Patrzeć nie znaczy widzieć

A czy Ty potrafisz ujrzeć słowa?
Znajdź mnie
Data wydania: 04.05.2016
Liczba stron: 310
Gatunek: Horror / Groza
Wydawnictwo: Videograf
Nigdy nie miałam nic przeciwko w miarę odgrzewanym kotletom. Nie sądzę, by w dzisiejszych czasach można było wymyślić coś genialnego, a inspiracja filmami, książkami, czy nawet wydarzeniami nie jest dla mnie wątkiem, dla którego daną lekturę mogłabym skreślić. Jeśli autor potrafi mnie wciągnąć, to nie widzę żadnych przeszkód.

Wzbogacona o elementy fantastyki i wątki kryminalne powieść grozy, której akcja rozgrywa się w fikcyjnym podwarszawskim miasteczku Boguty. Pewnego dnia okazuje się, że z miasta nie można wyjechać – każda próba opuszczenia go kończy się powrotem tą samą drogą…* 

Tym razem zacznę od tego, co w tej historii nie jest najlepszą stroną: a jest to źle wyważona akcja. Nie wiem czy do końca przepadam za takimi zagraniami, jakie wystąpiły w Chwilach Ostatecznych Marcina Gryglika. Pierwsze kilka stron jest genialne, ponieważ w odpowiedni sposób okrutne i nietuzinkowe. Jeżeli tak ja, lubisz takie klimaty, to dobrze wiesz, że zaczyna ci lecieć ślinka ze względu na wątki, które mogą cię czekać w dalszej historii. Jednak potem mamy nagły przeskok. Te dobre, i właściwie pierwsze strony były tylko wstawką, która ma odpowiednio zachęcić czytelnika. Następnie poznajemy życie codzienne kilku mieszkańców Bogut, aż znów zaczyna się coś dziać, ponieważ okazuje się, że nie mogą oni wyjechać z miasta. Tylko nadal głowiłam się, co wspólnego mają pierwsze strony z tą historią. Dopiero później zostało to rozwinięte.
Kolejne pytania pojawiały się jak chwasty. Żeby chociaż na jedno była jakaś odpowiedź...
To powoduje, że czasem jesteśmy skołowani. Jesteśmy na samym początku bardzo zaciekawieni okrutną historią, ale później, gdy brniemy dalej w tekst, to jest bezpłciowo. Nawet wprowadzane elementy fantastyczne, czy mroczne momenty (które miały być mroczne) nie są moim zdaniem na miejscu. W tej pozycji jest bardzo dużo dialogów, i chociaż wszystko wydaje się być odpowiednio napisane, to jednak brak tam tej iskierki, która mogłaby spowodować, że książka okazałaby się genialna. Brakuje jej pewnej finezji i kunsztu, ponieważ jak na książkę, która mieści się w trzystu stronach, za dużo jest powtórzeń dotyczących wydarzeń. Przebiegamy między jednym a drugim bohaterem, dowiadując się w większości tego samego, bo należy o danych wydarzeniach opowiedzieć przecież: cioci, mamie, sąsiadowi etc.

Jak wspomniałam na wstępie, nie mam nic przeciwko inspiracjom. Końcówka książki jest dość nieoczywista i szczerze zaczęłam się jej domyślać i niestety w tym przypadku, nie byłam za bardzo zadowolona, ze względu na to, że wystarczy obejrzeć jeden z moich ukochanych filmów, by być rozczarowanym. Jednak nie zdradzę wam co to za film, bo może wy go nie znacie i zakończenie wyda wam się jedyne w swoim rodzaju.

Pomimo moich zarzutów to dobra historia, która ma w sobie nutkę grozy, dozę fantastyki, ale tej z horrorów, a nawet i kryminał się znajdzie. Czyta się ją szybko i można ją przeczytać w jeden wieczór (przynajmniej ja tak zrobiłam). Znawcy i fanatycy gatunku mogą być zawiedzeni tą pozycją, ale osoby, które sięgają jedynie po takie klimaty od czasu do czasu mogą być oniemiali ze względu na wewnętrzną tajemnicę. Jak na debiut prozatorski, to książka godna polecenia. Może i nie będziecie się nad nią ogromnie zachwycać, ale moim zdaniem ma w sobie to coś, co mam nadzieję, zaowocuje w przyszłości u autora kolejną, jeszcze lepszą książką.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Videograf
* opis pochodzi ze strony wydawnictwa
Tytuł oryginału: Solitare
Data wydania: 13.04.2016
Liczba stron: 363
Gatunek: Dla młodzieży
Wydawnictwo: Ya!
Książki młodzieżowe od jakiegoś czasu bardzo się zmieniły w konstrukcji. Teraz zwykłe tematy jak pospolita miłość, zwykłe szaleńcze zakochanie jest już na porządku dziennym i za bardzo takich uniwersalnych zwrotów akcji w książkach nie znajdziemy. Autorzy starają się nas w różny sposób zszokować – dodając do fabuły pewien czynnik tragiczny i dość nieoczywisty. Tym razem nie było inaczej, a ja przez całą lekturę Pasjansa byłam nią niesamowicie oczarowana.

Tori Spring jest introwertyczką, pesymistką i blogerką. Studiuje literaturę angielską, choć… nie znosi książek. Jest sarkastyczną 20-latką, która spędza większość czasu w Internecie i unika bezpośrednich kontaktów z ludźmi. Kiedy jej szkoła stanie się celem ataków grupy żartownisiów, Tori będzie musiała opuścić swój bezpieczny wewnętrzny świat i zmierzyć się z prawdziwym życiem.* 

Na okładce znajduje się informacja, że jest to pozycja dla fanów Johna Greena – mam nadzieję, że dla fanek też;) Osobiście nie uważam się za jakąś wielką zwolenniczkę twórczości Autora, ponieważ napotkałam na swojej drodze pozycje, które mi się kompletnie nie spodobały, ale muszę przyznać, że jest coś w tym, że styl Johna Greena jest niecodzienny. Czy więc Alice Oseman również może się poszczycić czymś szczególnym? Sądzę, że tak, ponieważ skoro przeczytałam książkę w jeden dzień, ba, chciałam ją czytać, to znaczy, że coś jest na rzeczy.
Uświadamiam sobie, że czuję się szczęśliwa, chociaż nie powinnam, i że targające mną sprzeczne emocje czynią tę chwilę tylko jeszcze bardziej szaloną, bardziej olśniewającą, bardziej niezmierzoną.
Książka nie jest idealna, to fakt. Jednak niesamowicie przekonała mnie do siebie cała otoczka tej historii, a przede wszystkim styl Autorki, gdzie między wierszami znajdujemy wiele odwołań do filmów, czy różnych książek. Oczywiście nie każdy z nas lubi takie zagrania, bo w końcu nie jesteśmy alfą i omegą, by być na bieżąco ze wszystkim i może paru żarcików najprościej w świecie nie zrozumiałam, ale to nie umniejsza w zupełności charakteru i brzmienia tej historii.

Pomimo tego, że Autorka wydała książkę mając siedemnaście lat, to jest to naprawdę dobra pozycja. Wspomniałam, że nie jest idealna, ponieważ czasami można w niej dostrzec schematyczność, prostolinijność i przewidywalność, ale wcale to nie przeszkadzało, w szczególności w odwołaniu do relacji między Tori a Michealem. Michael jest moim ulubionym bohaterem w tej historii – jest szalony, nieprzewidywalny i naprawdę zabawny. Gdy w głowie wyobrażałam sobie te dialogi i wydarzenia z nim związane, naprawdę byłam zahipnotyzowana. Ta relacja Autorce naprawdę świetnie się udała.
Jest czas i miejsce na bycie normalnym. W przypadku większości ludzi normalność jest ich ustawieniem domyślnym. Ale dla niektórych, takich jak ty i ja, normalność to coś, co musimy sobie narzucić, jak włożenie garnituru na wytworną kolację.
To książka o młodzieży dla młodzieży. Idealnie wpisuje się ona w klimat odbiorców, ponieważ można znaleźć w niej wiele wartości i sytuacji, z którymi każdy uczeń musi się zmierzyć: z brakiem akceptacji, izolacją, niezrozumieniem. Chociaż może się wydawać że tytułowy Pasjans powinien odgrywać tutaj główną rolę, to ja osobiście uważam, że jest to wyłącznie dodatek. Dość miły i czasem nieprzewidywalny, ale nie aż tak bardzo główny, jakbym się tego spodziewała, skoro taki tytuł został wybrany.

Przyjemna lektura, która ma w sobie coś z Greena, Levithana i innych podobnych Autorów. Wiecie, nie da się opisać ich stylu, bo ich książki są nad wyraz bardzo dziwne, ale zarazem bardzo ciekawe. Właśnie taka jest książka Alice Oseman. Warto ją przeczytać.

Za tę lekturę dziękuję: Grupie Wydawniczej Foksal
* opis pochodzi ze strony Wydawnictwa
Data wydania: 28.05.2016
Liczba stron: 288
Seria: Dotyk Północy
Tom:
 I
Dotyk Północy | 
Gatunek: fantastyka
Wydawnictwo: Biblioteka
Dobrze wiecie, że lubię debiuty. Mam do Autorów dość duże zaufanie i nie mogę się powstrzymać przed tym, by przeczytać jakąś książkę, która może się okazać genialna, albo wręcz przeciwnie. W dzisiejszych czasach to taki hazard, a któż z nas czasem nie lubi zaszaleć? Przeczytałam Dotyk Północy przedpremierowo i postanowiłam objąć ją patronatem, ponieważ naprawdę zasługuje na to by uzyskać szerszy rozgłos.

Wszystko zaczęło się od niepokojącego snu. Później było już tylko mroczniej, zimniej i ciemniej. Laura na co dzień wiedzie normalne życie, kończy studia, pracuje, spotyka się ze znajomymi. Jej życie drastycznie zmienia się, gdy wyjeżdża na wolontariat do dalekiej Norwegii. Tam po raz pierwszy w życiu poznaje mężczyznę, który ją intryguje, pociąga i odpycha zarazem, a nawet potrafi zawładnąć jej ciałem wbrew jej woli. Laura nawet sobie nie wyobraża, jak mroczną tajemnicę ukrywa rodzina, u której przebywa...*

Nie jest to żadna cegła czytelnicza, i dzięki temu spędza się przy niej miło wieczór. Początek jest może odrobinę leniwy, ale w końcu trzeba poznać bohaterów. Wielkim plusem, który ja dostrzegłam, jest to, że Autorka stawia w większości (nie zdradzę wam dlaczego) na polskich bohaterów. Ba, nawet możemy wraz z Laurą zasiąść w Łódzkiej kawiarni, która w rzeczywistości również istnieje. Jedni lubią takie pomysły, inni wręcz nie, ale ja uważam, że to dość prosty i ciekawy zabieg, który jest zdecydowanie na plus.

Sam pomysł na historię jest dość niecodzienny, zahacza lekko o powieść z gatunku paranormal romance. Kiedyś uwielbiałam takie książki, a dzisiaj trudno mnie jakąś zainteresować. A tu proszę takie zdziwienie. Nie jestem znawczynią, ale sądzę, że takiego połączenia fantastyki z rzeczywistością nigdzie nie znajdziecie. Fantastyka odgrywa tutaj duże znaczenie i jest dość nowatorskim pomysłem, a nie jakimś odgrzewanym kotletem. I zwracając uwagę na to, że jest to debiut, to naprawdę zasługuje ona na moje brawa. Warto również zaznaczyć, że nie ma tu bohaterki nastoletniej. Właśnie skończyła studia, więc chociaż gatunek zazwyczaj skłania nas do myślenia o nim w kwestii czytelników młodych, to sądzę, że taki dinozaur jak ja nawet czerpie przyjemność z takiej lektury.

Oczywiście nie twierdzę, że jest to książka idealna. Idealnych pozycji prawie w ogóle nie ma, a jak na debiut, plasuje się ona wysoko w moich ulubionych książkach. Dostarcza ona odpowiednią dozę tajemniczości, przyjaźni oraz dreszczyku. Autorka sprawnie operuje słowem pisanym i łatwo możemy sobie wszystko wyobrazić w głowie.

Zdarzało mi się zaśmiać podczas tej lektury, czy czekać w napięciu na dalszy ciąg. Przemierzamy więc w tej książce przez wszystkie odczucia, jednocześnie, po skończonej lekturze byłam zrozpaczona – chciałam od razu wziąć drugi tom do ręki. Dotyk północy to dość nieoczywista książka. To jeden z tych debiutów, który zapadnie mi na dłużej w pamięci, ponieważ sam pomysł na tę historię jest niecodzienny. Chciałabym się cofnąć w czasie i wraz z Laurą na nowo odkrywać tajemnice rodu Seihval.

Warto wspomnieć również o okładce, która ujęła mnie za serce i zapewne będzie się pięknie prezentować na mojej półce. Polecam tę książkę, nie tylko osobom młodym, bo i starsi odnajdą w niej coś niezwykłego. Dajcie się przekonać zatem do tego debiutu, bo naprawdę warto dać Dotykowi Północy szansę.

Za tę lekturę i możliwość objęcia ją patronatem dziękuję: Autorce
* opis pochodzi ze strony Autorki

Jeżeli macie ochotę, to jutro tj. 28.05.br o godz. 18.00 w Łódzkiej kawiarni Grand Cofee będzie miała miejsce premiera książki. Może i ja się pojawię... Oczywiście w najbliższym czasie wypatrujcie na stronie konkursu, jak i wywiadu z Autorką :)
Tytuł oryginału: Phobos
Data wydania: 01.06.2016
Liczba stron: 456
Seria: Fobos
Tom:
 I
Fobos | 
Gatunek: Literatura dla młodzieży / Science-fiction
Wydawnictwo: Otwarte
Wydawnictwo miało niezłego nosa do tej książki. Znaczy zacznę od tego, że zawsze gdy mowa o zagranicznych autorach, to posiłkuję się serwisem goodreads, by odrobinę spojrzeć na to, czy książka w oczach czytelników spoza naszego kraju jest dobra czy też nie. Niesamowicie się zdziwiłam, ponieważ ocen nie ma tam zbyt wiele, ale dopiero później zorientowałam się, że jest to francuski autor, a na francuskich stronach czytelniczych to ja się nie znam. Nie mniej jednak – ta książka mnie pochłonęła.

Léonor wchodzi na pokład statku kosmicznego. Doskonale pamięta moment, w którym zobaczyła ogłoszenie o naborze do programu „Genesis”, pierwszego reality show w kosmosie. Sześć dziewczyn i sześciu chłopaków wybranych w ogólnoświatowym castingu ma założyć pierwszą ludzką kolonię na Marsie. Będą poznawać się podczas sześciominutowych randek, by zdecydować, z kim założą rodzinę, gdy dotrą do celu.* 

Opis lekki, nawet dość komiczny, ale uwierzcie, że pośród tej treści kryje się nie tylko sława, dążenie do gwiazd i randki w przestworzach. Może to tylko ja tak mam, że jaram się każdą możliwą książką o tematyce kosmicznej, która nie jest takim twardym science-fiction, ale mnie do takich książek po prostu coś przyciąga. I tym razem ja sama mogę się poszczycić tym, że wiedziałam, że to będzie coś dobrego.
Prosta jest tylko śmierć. Prosta i wieczna. A życie, widzisz, jest skomplikowane, a do tego strasznie krótkie. Człowiek odnosi wrażenie, że ma mnóstwo czasu, ale w rzeczywistości to jest niczym szybka randka: ledwie wszedł do Kuli, a już musi się zabierać.
Chciałabym nawet napisać, że to nie jest lektura na jeden dzień, ale mnie nie słuchajcie - ja, gdy się wreszcie wkręciłam w ten styl i historię, to nie potrafiłam się od niej oderwać i nieważne były jakiekolwiek sprawy przyziemne. Styl Victora Dixena jest oszałamiający – zarazem nacechowany prostym językiem (jeżeli akurat nie ma wstawki o jakichś kosmicznych sprawach), ale jednocześnie bogaty i nieszablonowy. Każdy kolejny rozdział jest ciekawszy, a te ostatnie, uf, cóż to były za emocje! Z niecierpliwością przewracałam wirtualne strony, ponieważ byłam kłębkiem nerwów. Oczywiście wiedziałam, że to pierwszy tom, ale żeby tak zakończyć ten tom? Szczyt bezwzględności.

Pomysł na tę historię jest prosty i moim zdaniem na miarę naszych czasów. Uwielbiamy reality show, więc czemu nie przenieść tego w kosmos? Niby takie banalne, a jeszcze o takim pomyśle w literaturze, czy w filmach nie słyszałam. Po skończonej lekturze nie jestem do końca pewna, który wątek jest tutaj najważniejszy. Biję się z myślami czy wybrać kwestię miłości, a może spisek? Nie wiem, kompletnie nie wiem. Ale wiecie co jest najgorsze? Jeżeli za moich przyszłych czasów, nastanie era takiego show w telewizji, to też zapewne będę się do niego ślinić jak ci bohaterowie z milionowego rzędu w tej książce. Nie zdziwiłabym się gdyby taka przyszłość nas czekała.

Bohaterów jest tu dużo, i poznajemy zarówno tych dobrych, jak i poniekąd złych. Dlaczego poniekąd? Bo nie do końca jestem przekonana czy wszystkie karty w pierwszym tomie zostały odkryte i mam wrażenie, że jeszcze się zdziwię w przyszłości.

Jeżeli mogłabym się do czegoś przyczepić, to do okładki. Oryginalna wersja francuskiej obwoluty jest okropna, ale wersja polska trochę mnie po całej lekturze rozczarowała. Przecież główna bohaterka ma czerwone/rude włosy, to dlaczego tutaj widzę blondynę? To takie jedno małe zastrzeżenie. I chyba tak naprawdę jedyne. Ale może w ostatecznej wersji papierowej się to zmieni?
Edit: Tak, będą czerwone włosy - w takim wypadku nie mam już na co narzekać :)

Coraz więcej znajdujemy książek o podboju kosmosu, ale reality show w kosmosie? To dopiero coś.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Otwarte
* opis pochodzi ze strony Wydawnictwa

Dodatkowo: wiecie, że właśnie trwa konkurs, gdzie można wygrać lekcję latania w tunelu aerodynamicznym? Ale to nie wszystko, laureaci otrzymają również Fobos z własnym zdjęciem! Biegnijcie albo lećcie wziąć udział!
Tytuł oryginału: Real
Data wydania: 09.03.2016
Liczba stron: 400
Seria: Real
Tom:
 I
Real | Mine
Gatunek: Literatura erotyczna
Wydawnictwo: Papierowy księżyc
Jak określić jednym zdaniem tę pozycję? Porażka systemu. Napalałam się na nią jak szczerbaty na suchara, a wyszło dość okropnie. Nie wiem skąd się biorą tak wysokie noty tej pozycji i zachwalanie jej pod niebiosa. To było po prostu słabe.

Remington Tate to niepokonany zawodnik, który jak się okazuje ma jedną słabość: Brooke Dumas. Podczas jednej z walk zauważa ją i postanawia ją zatrudnić jako rehabilitantkę sportową. Między nimi iskrzy, ale co takiego skrywa przed nią Tate? Czy ta żądza, przerodzi się w coś dobrego?

W tej recenzji poczytacie raczej same moje żale do tej historii, ale zacznę od tych dobrych stron Real, których stanowczo jest mniej od wad. Pomimo czterystu stron treści, łatwo przez nią przebrnąć, a może nawet i mamy w sobie nikły ognik zaciekawienia, który każe nam czytać dalej. Tylko, że ja czytałam tylko po to, by się dowiedzieć, czy Brook przestanie mnie wreszcie denerwować, a Katy Evans wreszcie pójdzie po rozum do głowy i zmieni bieg tej historii. Jednak jak się okazało, cały czas było tak samo okropnie.

Wiecie, ja rozumiem fikcję literacką. Ale nie rozumiem jej, gdy fikcja odbiega tak mocno od rzeczywistości, a gatunek który czytam to nie fantastyka. Moje oczy krwawiły na myśl o kolejnej stronie, przepełnionej słodkimi (według Autorki) uniesieniami, myślami przepełniającymi główkę głupiutkiej Brooke. W oczach naszej głównej bohaterki Brook, Remington był chyba jakimś bogiem, a ona postanowiła stworzyć dla niego jakiś ołtarzyk w postaci tej książki i wychwalać go pod niebiosa, a to już zakrawało na fanatyzm.

Dobra, trochę przesadzam, ale tak właśnie było. Ludzie różnie zachowują się, gdy się zakochują, ale to przerosło moje najszczersze chęci do zrozumienia tej nielogiczności. Możecie zrobić tak by nie tracić czasu: przeczytajcie pierwsze trzydzieści stron, następnie przekartkujcie historię i ponownie przeczytajcie ostatnie trzydzieści stron. Tyle wam zdecydowanie wystarczy by zapoznać się z tą paplaniną.

Dobrym pomysłem było stworzenie złego bohatera. Która z nas nie śliniła się do tych wiecznie czarnych charakterów? To właśnie taki Tate – sama okładka niejednej z was zapewne pobrudziła trochę myśli. Ale najgorsze w tym jest to, że jak usuniemy z niej wszystkie sceny seksu (dość słabych tak nawiasem pisząc), później postanowimy wykreślić każde zdanie wychwalające cudne ciało Remingtona, to zostaniemy tak naprawdę z niczym.

Na początku tej recenzji napisałam o porażce systemu: jak inni nie dostrzegają tego co ja? Ja wiem, to nie jest Grey, który w większości jest przeznaczony dla osób wiekowo i emocjonalnie dorosłych, ale Real, chyba chciał siedzieć w jego blasku i postanowił poskromić nastolatki, które na każdą taką niegrzeczną historyjkę są napalone. Oczywiście nie chcę obrazić żadnej z osób, której ta książka się podobała, ale uwierzcie mi: są lepsze książki erotyczne, niż Real.

Brak tej książce finezji, polotu, oryginalności i zmysłowości. Jak widziałam tekst, że sutki Brook twardnieją jak diamenty to już mi się bluzgi zbierały w gardle (tym bardziej, że te samo zdanie było zastosowane przynajmniej dwa razy, w odstępie kilkudziesięciu stron). Nie chcę też wspominać o tym, że na samym początku jest napisane, że Tate ma metr osiemdziesiąt, a dosłownie parę stron dalej ma już metr dziewięćdziesiąt. Albo to wina tłumaczenia, albo oryginału, ale jak wiadomo tego nie sprawdzę.

Mogłabym na nią dalej narzekać, ale nie ma sensu. Nie traćcie na nią czasu - historia jest tak przekoloryzowana, że jawi się w samych jaskrawych kolorach.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Papierowy Księżyc
Tytuł oryginału: The Grace of Kings
Data wydania: 27.04.2016
Liczba stron: 592
Seria: Pod Sztandarem Dzikiego Kwiatu
Tom:
 I
Królowie Dary | Ściana Burz
Gatunek: fantastyka
Wydawnictwo: SQN
Zobaczyłam okładkę, przeczytałam opis i już wiedziałam, że ta pozycja musi być moja. Chociaż muszę też przyznać, że miałam co do niej pewne obawy, ale teraz po skończonej lekturze stwierdzam, że niepotrzebnie.

Oto misterna, wielowątkowa i wielopoziomowa opowieść przepełniona duchem Orientu, którą pokochał cały fantastyczny świat. Porywająca historia o walce z tyranią, mechanizmach politycznych, braterstwie i rywalizacji zdolnej obrócić wniwecz wszystko, co cenne.* 

Czego więc tak naprawdę się obawiałam? Orientu. Zdecydowanie nie jest to klimat, który lubię. Nawet dość mocno stwierdzam, że go nie trawię. A zazwyczaj jest tak, że jak mamy jakieś uprzedzenia, to za wszelką cenę staramy się stronić od danego gatunku. Jednak to fantastyka przekonała mnie do siebie mocniej i dałam jej szansę.

To nie jest lektura na jeden dzień. Królowie Dary to pokaźna cegiełka, więc nie sądzę, by ktoś sobie z nią poradził w jeden wieczór, ale kto wie, wielu jest świrów na tej planecie. Ale nie mniej jednak, zachwycił mnie styl Autora i dość nieszablonowa historia. Nie jestem też zwolenniczką opisów, jednak tu byłam oczarowana.

Jedna najważniejsza sprawa: nie wiem dlaczego, ale gdy patrzyłam na ten tytuł w zapowiedziach, myślałam sobie, że coś tu jest nie tak. Jak to, Królowie Dary, nie powinno być darów? Jednak jak się okazało, tak, możecie się śmiać, Dary to nazwa wysp, stąd też ten zwodniczy tytuł. Musiałam wam o tym napisać, bo ja miałam zagwozdkę. Ale teraz już wiecie tak jak ja.

W tej pozycji zaskakuje dopracowanie. Sam pierwszy tom mógłby być podzielony na kilka mniejszych tomów, ponieważ tyle w niej historii. Ta obwoluta jest wypełniona ją po brzegi. Oczywiście, na samym początku ciężko się wkręcić w ten klimat, przynajmniej ja miałam z nią niemałe problemy, ale potem było coraz lepiej, ciekawiej i nietuzinkowo.

Każdy szanujący się fan fantastyki, powinien mieć ją w swojej biblioteczce. To historia inna niż wszystkie, jest jak powiew świeżości w pierwsze wiosenne dni. Nie jest to też fantastyka pisana pod czytelników, gdzie jest łatwo i przyjemnie. Oczywiście, podczas jej czytania jest przyjemnie, ale należy się trochę wysilić, by odkryć piękno ducha orientu. Tej pozycji nie można do niczego przyrównać, ponieważ jest zgoła inna. Ale jeżeli zaczytywaliście się w książkach Tolkiena, Martina, to i seria Pod sztandarem dzikiego kwiatu wam się spodoba. To nie jest ten sam styl, historia zgoła inna, ale jest to po prostu fantastyka na najwyższym poziomie.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu SQN
*opis pochodzi ze strony Wydawnictwa
Tytuł oryginału: A Court of Thornes and Roses
Data wydania: 27.04.2016
Liczba stron: 524
Seria: Dwór cierni i róż
Tom:
 I
Dwór cierni i róż | 
Gatunek: fantastyka
Wydawnictwo: Uroboros
Jestem jedną z tych nielicznych osób, które do tej pory nie przeczytały serii Szklany tron i proszę mnie za to nie bić oraz nie przeklinać. Seria sobie wygodnie leży na półce i czeka na moje zainteresowanie. Znaczy zainteresowanie moje tą serią jest ogromne, ale jakoś boję się zapoznać z twórczością Maas, ponieważ co się stanie, jeżeli za rogiem czeka rozczarowanie? Postanowiłam więc zacząć od nowej serii, a więc od Dworu cierni i róż. Jakie to było spotkanie? Dość nieoczywiste.

Dziewiętnastoletnia Feyre jest łowczynią – musi polować, by wykarmić i utrzymać rodzinę. Podczas srogiej zimy zapuszcza się w poszukiwaniu zwierzyny coraz dalej, w pobliże muru, który oddziela ludzkie ziemie od Prythian – krainy zamieszkanej przez czarodziejskie istoty. To rasa obdarzonych magią i śmiertelnie niebezpiecznych stworzeń, która przed wiekami panowała nad światem.
Kiedy podczas polowania Feyre zabija ogromnego wilka, nie wie, że tak naprawdę strzela do faerie.*

Osobiście, od samego początku polubiłam się ze stylem Autorki, ponieważ jest bardzo płynny i przystępny. Od razu zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń i jeżeli tylko podobają wam się klimatyczne baśnie, to na pewno jest to pozycja dla was. Mogłoby się wydawać, że to odgrzewany kotlet, ponieważ poniekąd inspiracją dla tej historii była Piękna i bestia. Któż o niej nie słyszał? Chyba każdy z was. Jeżeli dołożymy do tego fantastyczny świat pełen różnych istot, następnie znaną i lubianą autorkę, to mamy bestseller. No prawie.

Ta historia to niezła cegiełka (zawsze określam tak książkę, która ma ponad 500 stron), jednak tutaj aż tak nie czuć tej objętości – zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Ta historia jest lekka i napisana przede wszystkim dla czytelnika nastoletniego, ponieważ nie mogło tu zabraknąć wątku miłosnego. Określiłabym ją mianem lekkiej czytanki, ale świat, który został tutaj wykreowany jest genialny. Czemu zatem to lekka lektura? Ponieważ momenty niby przełomowe zbytnio nie wydały mi się pełne fajerwerków. Brakowało mi w niej głośnego i mocnego bum.

Jak już wcześniej wspomniałam – styl jest bardzo ciekawy. Autorka potrafi w szczegółowy sposób opisać daną sytuację, a my nie czujemy się danym opisem zmęczeni. Wiecie o czym piszę? Niektórzy nie posiadają takiego daru, a to dla mnie jedna z najważniejszych cech dobrego pisarza/pisarki. Po za tym ogromnie podobała mi się fantastyczna strefa tej pozycji. Wszystkie te wymyślone stwory, ich historia, jak i sposób funkcjonowania jest dla mnie genialny i jedyny w swoim rodzaju. Wydaje się, że mnie już nic nie zadziwi, a tu proszę, taki psikus. Takich psikusów więcej proszę!
Ciesz się swoim ludzkim sercem, Feyro. Żałuj tych, którzy nie czują już nic.
Nie mogę się odwoływać do poprzedniej, uwielbianej przez wszystkich serii Szklany tron, ale Fayre, odrobinę grała mi na nerwy. Z jednej strony była taka władcza i pewna siebie, ale z drugiej najchętniej chyba byłaby prowadzona za rączkę (co często gęsto się zdarzało w tej historii). Ale nie powinnam oceniać głównie książki po tym, że jakaś część charakteru bohaterki nie przypadła mi do gustu.

To historia pomimo wszystko godna polecenia. Może nie będzie ona należeć do moich ulubionych, ale na pewno będę ją miło wspominać, właśnie ze względu na przedstawiony świat i niebywały styl. Tę książkę można pochłonąć na raz (wiadomo, że zajmie wam ona cały dzień i noc), bo zawsze dzieje się w niej coś ciekawego, co nie pozwoli wam jej odłożyć chociażby na chwilę.

Za tę lekturę dziękuję: Grupie Wydawniczej Foksal
*opis pochodzi ze strony wydawnictwa

Tytuł oryginału: Becoming Calder
Data wydania: 15.06.2016
Liczba stron: 376
Seria: A sign of Love
Tom:
 I
Calder. Narodziny odwagi | Eden. Nowy początek
Gatunek: Romans
Wydawnictwo: Helion
Calder. Narodziny odwagi to już trzecia przeczytana przeze mnie książka Mii Sheridan i muszę przyznać, że ta jest najlepsza ze wszystkich. Ledwie się obejrzałam, a już ją kończyłam i przede wszystkim ogarnął mnie smutek, że muszę czekać z niecierpliwością na kolejny tom.

Kiedy dziesięcioletni Calder po raz pierwszy zobaczył ośmioletnią Eden, nie przeczuwał, że ich losy na zawsze splecie niewidzialna nić. Ale z pewnością wiedział, że jego uczucia nie zyskają aprobaty społeczności, w której przyszło mu żyć. Jako syn członków apokaliptycznej sekty o surowych zasadach moralnych nie powinien nawet marzyć o dziewczynce, która... miała zostać żoną przywódcy tej sekty.*

Przyznacie, że powyższy opis jest dość niecodzienny. No dobra, nie twierdzę, że takich pozycji nie ma na naszym rynku, czy nawet na tym światowym, ale ten pomysł wydał mi się niesamowicie nowatorski i zdecydowanie przyciągnął mnie do siebie. O okładce może i nie mogę powiedzieć, że jakoś ogromnie mnie urzekła, ale zdecydowanie na plus mogę dodać to, że dawno już nie spotkałabym się z modelem na okładce, który tak bardzo przypominałby głównego bohatera. Naprawdę to ogromny plus, ponieważ dzięki temu, mogłam już podczas czytania wyobrażać sobie jak Calder wygląda.

Nie wiedziałam do końca, jak wyjdzie ta historia Autorce. Bałam się, że może przedobrzyć z całą otoczką sekty, ale w tym przypadku ujęła mnie za serce. W szczególności, że pomimo tego, że nie myślimy o takich sprawach, to tak, na świecie nadal istnieją takie wyznania, a mnie zawsze intrygowało to, jak jest możliwe, by taka religia była w stanie funkcjonować. Mia Sheridan poradziła sobie w tej kwestii znakomicie, ponieważ poznajemy struktury tej hierarchii od podstaw i nie jest to dzięki temu, tylko zmyślna historyjka miłosna.
Z tym że przeznaczenie o nic mnie nie pytało. Bo jeśliby spytało, odparłabym, iż jestem zupełnie pewna, że moim przeznaczeniem jest Calder Raynes – a w każdym razie błagałabym je, aby tak było.
Oczywiście, najważniejszą rzeczą, jest rodzące się uczucie między Calderem a Eden, i tu wszystko wydawało mi się na miejscu. Historia jest odpowiednio stonowana. Raz ogarnia nas wielkie zaciekawienie dotyczące całej religii, a gdzieś między tymi murami, powstaje uczucie, o jakim jeszcze nie śniliście, a może i nawet nie czytaliście. Bohaterowie zaskakiwali mnie na każdym kroku i sądzę, że lepiej bym sobie tego wszystkiego nie wymyśliła.

Jedyną kwestią, która niezbyt mi się podobała, to pierwsze dwa rozdziały. Wybaczcie, ale niezależnie od tego, jak wielka fikcja literacka została tu przedstawiona, to nikt mi nie wmówi, że dziesięciolatkowie są w stanie zakochać się od pierwszego wejrzenia miłością jedyną na całe życie, a w dodatku się tak nie wysławiają. To jedyny mankament tej historii, ale pamiętajcie, że to tylko dwa pierwsze rozdziały, później wszystko jest na odpowiednim miejscu. A miłość rozkwita, by potem zostać zdeptaną i stłamszoną, a później znów czas na uniesienia.
I niech bogowie mi wybaczą, ale ziarno miłości, które we mnie zakiełkowało; ziarno, którego przyrzekałem nie pielęgnować, i tak rosło z każdą chwilą.
Nie powiem, że to tylko książka dla kobiet. Nie stwierdzę też jaki przedział wiekowy byłby dla tej książki odpowiedni (zapewne przydałaby się pełnoletność ze względu na sceny erotyczne, ale kto by się tam tym przejmował). Ta historia zostanie mi na dłużej w pamięci i czekam z niecierpliwością na kolejny tom, ponieważ jak Autorka mogła tak zakończyć ten tom!? Uważajcie, możecie rozpaść się na kawałki.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Helion
*opis pochodzi ze strony Wydawnictwa
Tytuł oryginału: The Girl with All the Gifts
Data wydania: 18.05.2016
Liczba stron: 416
Gatunek: Thriller / Postapokalipsa
Wydawnictwo: Otwarte
Uwielbiam historie, których okładka niczego tak naprawdę nie zwiastuje. Przyznacie: z czym wam się kojarzy ta okładka? Czy skrywa w sobie coś tragicznego, a może nawet i strasznego, czy wręcz przeciwnie? Niezbyt dobrze wczytałam się w opis, więc gdy tylko zaczęłam się zagłębiać w treść Pandory, to byłam oniemiała, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

Melanie nie zna normalnego życia. Jest zamykana w celi, jest przywiązywana do wózka i prowadzona przez wojskowych do sal lekcyjnych. Nie tłumaczą jej, jak i osobom do niej podobnych kim są, a może nawet czym są? Powolnymi krokami czas zagłębić się w tę historię…

Niesamowicie urzekła mnie Pandora, a wszystko za sprawą tego, że Autor ma niesamowity styl. Nie wiem co zadziałało na mnie najbardziej, ale chyba tajemnica. Uwielbiam takie książki, które od pierwszych stron nie wrzucają nam do głowy wszystkich możliwych informacji, tylko stopniowo dowiadujemy się z czym tak naprawdę przyszło się nam zmierzyć.
Nie tylko Pandora nosiła w sobie te fatalne piętno. Wygląda na to, że każdy człowiek jest skonstruowany tak, by zrobić czasem coś niedobrego i głupiego.
Pomysł na tę historię, może nie jest nowatorski, bo nawet w podziękowaniach Autor wspomina, że inspiracją było opowiadanie Ifigenia w Aulidzie. Jednak już sama inspiracja nie jest tu najważniejsza, ponieważ sam zamysł, na pewną apokalipsę już był tak wiele razy przez autorów wykorzystywany, że uważamy że nic nowego nie jest już w stanie wejść na rynek. Jednak ja wam zaręczam, że to jest coś całkowicie nowego.
Przygarnijcie ten strach do waszych śmiertelnych dusz. Im bardziej się boicie, tym mniejsza szansa, że powinie wam się noga.
Narracja pomimo że jest trzecioosobowa, to tak naprawdę poznajemy daną historię z kilku perspektyw. Oczywiście najważniejsza jest Melanie, ale nie można zapominać o sierżancie, nauczycielce, czy na lekarce kończąc. Zadziwiający jest fakt, że ta historia tak bardzo mną zawładnęła. Uwielbiam, gdy moim ciałem targają dreszcze i nie zazdroszczę bohaterom niczego - przyszło im żyć w ciężkich czasach.

Wracając do lekarki. Zadowoleni będą czytelnicy, którzy uwielbiają nowinki technologiczne oraz momenty, które powodują, że nasza głowa ma ochotę eksplodować. Pojawia się tu wiele teorii, ale dopiero na sam koniec dowiadujemy się całej prawdy o otaczającym świecie.

Nie chcę za bardzo wam zdradzać tajemnic, które się tu kryją, więc tak, możecie uznać, że ta recenzja jest nazbyt chaotyczna, ale w Pandorze znajdziecie na pewno:

Dużo emocji.
Akcję na wysokim poziomie.
Niepospolitego spojrzenia na znane już tematy.
Jeszcze więcej emocji.

Nawiązanie do mitu o Pandorze ma w tej historii bardzo duże znaczenie, i to od was zależy czy potraktujecie je dosłownie, czy może wręcz przeciwnie. Nie mniej jednak: puszka Pandory została otwarta...

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Otwarte
Data premiery: 27.04.2016
Liczba stron: 445
Gatunek: Rozwój osobisty
Wydawnictwo: Muza
Kiedy tylko usłyszałam o tej książce, to wiedziałam, że muszę ją mieć. Może i nie jestem zapalonym podróżnikiem, ale zdecydowanie jestem osobą, która woli odkrywać uroki świata, bez nadmiernie przebywanych kilometrów – czyli tak naprawdę szukać różnych wypraw, które znajdują się blisko mnie. Stąd też ta pozycja wydała mi się bardzo ciekawa.

Minisurvival to coś, co może uprawiać każdy. W każdym wielkim mieście w Polsce, jak Kraków, Warszawa, Poznań, Katowice, Wrocław, Łódź czy Trójmiasto znajdziemy miejsca, które mimo otaczającej je cywilizacji nadal urzekają nieskalaną przyrodą. Są dosłownie na wyciągnięcie ręki, albo naprawdę niedaleko, góra godzinę drogi od rogatek.*

W tej recenzji odnajdziecie również odrobinę mojej prywaty. Tak jak Łukasz Długowski, już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że jeżeli chce się podróżować, tak naprawdę nie trzeba zwiedzać urokliwych państw, czy nawet zmieniać kontynentu. Fakt, może i zazdrościmy naszym znajomym, którzy właśnie wrócili z wycieczki z Chin, ale naprawdę – zacznijcie zwiedzanie od waszej okolicy.

Prawie trzy lata temu wyruszyłam wraz z chłopakiem w podróż dookoła Polski w moim Poldzmierzu. Byliśmy miesiąc poza domem i przejechaliśmy 5 tys. kilometrów. Więc tak, ja wiem, że Polska jest równie urokliwa co inne kraje, tylko trzeba chcieć. Autor właśnie dlatego chce przedstawić nam swoją historię, że nie potrzebujesz kurtki za trzy tysiące, ani super markowych rzeczy, by być wielkim podróżnikiem. Może się zdarzyć, że trzeba jakieś pieniądze wydać, i może kupiona kurtka za 50 zł nie będzie tak wytrzymała jak ta firmowa, ale to nie o to w tym chodzi. Rozejrzyj się wokół twojego miejsca zamieszkania i zgłąb tajniki mikrowypraw.

Może i nie jestem zbytnio przekonana do życia aż tak bardzo w naturze, jak ukazuje to Autor w swojej książce – on to już jest hardcorem, że się tak wyrażę. Jednak taka książka jest ważna, w szczególności dla tych, którzy nie mają większych środków, a dysponują tylko wolnym weekendem i chcieliby wyrwać się na łono natury. Na samym początku znajdziecie wiele cennych rad: jak przygotować się do wyprawy, co może się przydać, albo co się może zdarzyć.

Nie jest to jakieś wielkie kompendium wiedzy, bo jest to tak naprawdę relacja z przygód, które przeżył sam Autor, ale wiele prawdy odnajdziecie w jego słowach. Może macie ochotę na nocleg w namiocie na plaży? Albo jak się odstresować za pomocą przyrody?

Książka na pewno będzie przydatna dla osób, które żyją w centrum miasta, mają już dość warkotu silników, wiecznego gwaru ulic. Przyroda sama w sobie jest piękna i to dla niej warto wybrać się na takie mikrowyprawy. Trzeba tylko chcieć.

Miałam nadzieję, że w tej małej, ale jakże obszernej książeczce znajdę trochę więcej inspiracji już do gotowych podróż, które mogłabym odkryć, ale chyba warto samemu rozpocząć takie poszukiwania. W moim przypadku, pomimo że Polskę zwiedziłam wzdłuż i wszerz, to jednak pozostało mnóstwo miejsc, które nie zostały jeszcze przeze mnie odkryte. Warto przeczytać tę książkę i później znaleźć chęci na to, by się gdzieś wybrać, nawet i w pojedynkę.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Muza
* opis pochodzi ze strony Wydawnictwa
Tytuł oryginału: Bright Side
Data wydania: 11.05.2016
Liczba stron: 586
Seria: Promyczek
Tom: I
Promyczek | Gus
Gatunek: Powieść współczesna
Wydawnictwo: Filia
Kurde. Nawet nie wiecie ile razy zaczynałam pisać tę recenzję. Napisałam dwa zdania i znowu je skasowałam. Chciałam przedstawić ją w sposób radosny, ale wydało mi się to nieodpowiednie. Następnie postanowiłam przyjąć smutną wersję, ale nawet ona nie jest do końca adekwatna. Będzie zatem chaotycznie, krótko i zarazem bardzo przejmująco.

Nienawidzę, wręcz się brzydzę takimi okładkami. Są piękne, radosne, ba, nawet sam tytuł nie zwiastuje czarnych chmur. A potem zagłębiam się w lekturę i czuję że za chwilę przekroczę tę linię, po której będę się tarzać po ziemi ze śmiechu. Nie mogę nawet zliczyć, jak wiele razy na moich ustach wykwitał uśmiech. Kate jest tak radosna i wspaniałomyślna, zażarta w swoich postanowieniach, nieosobliwie dobra dla wszystkich. Nie ma takich ludzi na świecie, ale ja święcie jestem przekonana i wierzę w to, że może się mylę.

Myślę sobie, Autorka upadła na głowę, że stworzyła tak długaśną historię. Ileż można czytać o szczęśliwym życiu? Przecież to prawie sześćset stron kolorowanych barwnymi pastelami. Ale dalej czytałam, a godziny mijały, a ja nadal trzymałam na stronach kurczowo ręce, bo chciałam wiedzieć co się zdarzy dalej. Powoli nabierałam pewnych podejrzeń, że coś mi tu śmierdzi. I tak, miałam rację.
Nie chcę się smucić, ponieważ tak naprawdę… mam całkiem fajne życie.
Dzisiaj moje życie jest cudowne.
Nie chcę myśleć o jutrze.
Ani o kolejnym dniu.
Powtarzam więc sobie: Dzisiaj moje życie jest cudowne.
Rozpadłam się na kawałki, próbowałam się pozbierać, starałam się odłożyć tę książkę. Wszystko na marne. Płakałam pełna uśmiechu, płakałam pełna rozpaczy. Płakałam bo to jedna z piękniejszych historii jakie do tej pory czytałam. Mało jest książek, które zasługuje u mnie na miano najlepszej z najlepszych. Ale jeżeli fikcja literacka, doprowadza mnie do histerycznego płaczu, zasługuje na najlepsze. Zasługuje na każdą sekundę i minutę mojego skupienia wzroku na tekście. Zasługuję na każdą godzinę i dzień, po skończonej lekturze gdy rozmyślam o niej z każdym możliwym humorem, który mnie po niej ogarnął.

Zarwałam dla niej noc, bo nie potrafiłam się od niej oderwać. 
Sinusoida wrażeń. 
Przeczytałam i umarłam.
Miłość jest nieuchwytnym, nierealnym, niedefiniowalnym uczuciem. Wiem, że niektórzy ją czują, dla mnie też nie jest całkowicie obca, jednak mimo że jestem optymistką, przede wszystkim jestem też realistką. Moje życie nie będzie bajką i nie przeszkadza mi to.
Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Filia


Data wydania: 13.04.2016
Liczba stron: 384
Gatunek: fantastyka
Wydawnictwo: SQN
Do twórczości Jakuba Ćwieka nie trzeba mnie wcale przekonywać. Zyskał moje czytelnicze serce za sprawą Ciemność płonie oraz serii Chłopcy (Kłamca dalej czeka na półce i tęsknie na mnie łypie).

Jeżeli po Grimm City spodziewacie się baśni, to muszę was zmartwić, bo może i motywy są zaczerpnięte z tego gatunku, ale tu przyszedł czas na mroczną metropolię z przestępstwami na czele. A tam znajdziecie oficera Wolfa… tylko, że martwego.
Jako człowiek o artystycznej duszy nie miał co prawda wątpliwości, że takie jest Grimm City od wewnątrz – przegniłe korupcją, brudnymi interesami, a z drugiej strony przesycone szarością dniówki lub gdzieniegdzie czarną rozpaczą – no ale po co się z tym zaraz obnosić?
Podczas chwytania po książki tego Autora nie ma się co martwić, po prostu bierzesz kolejną i kolejną, bo Ćwiek, w niebywały sposób wyciska ze swojej wyobraźni wszystko co może, a później daje to tak niebywały efekt. Jednak w tej powieści natrafiłam na pewne mankamenty. Nie wiem dlaczego, ale strasznie mnie ta historia na początku nużyła. A potem jakby od połowy, była to niezwykła i szybka akcja, a w dodatku bohaterowie zaskarbili sobie moje uczucia, dopiero pod koniec tej historii.

Niebywale jest mi przykro z tego powodu, ponieważ klimat tej książki jest naprawdę przedni i podczas jej czytania miałam wrażenie, że żyję wraz z innymi w wielkiej mrocznej metropolii i że powinnam się bać o własne życie za każdym rogiem. Istna gangsetrska sieczka. Może mój zarzut co do tej historii jest taki, że mamy do czynienia w niej z kryminałem, to jednak język bohaterów jest nacechowany bardzo wulgarnie. Ale nie mogę też stwierdzić, że to do końca kryminał. Może kryminał z elementami fantastycznymi byłby dobrym określeniem.

Chyba ogólnie książki Ćwieka wydają się na pierwszy rzut oka bardzo męskie. Wręcz przepełnione są testosteronem, i jak w Chłopcach bardzo podobał mi się ten motyw, tak tutaj, pomimo że potrafię go zrozumieć ze względu na scenerię, nie mogę przetrawić tego zabiegu. Możliwe, że to nie był odpowiedni czas by sięgnąć po tę lekturę. Bo tak, Autor ma dość niebywały styl, dość prosty, ale zarazem zaskakujący w sposobie odzwierciedlenia rzeczywistości.
Bo wiesz, gdy twoje życie opiera się na wierze w opowieść, w pewnym momencie zaczynasz też odruchowo pokładać wiarę w tym, że nic nie dzieje się bez przyczyny.
Pomysł był dość dobry i ostatecznie Autor dobrze go wykorzystał. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że Jakub Ćwiek zawsze tworzy książki takie, jakie chce. Nie twierdzę, że inni Autorzy tak nie robią, ale to już moja szósta książka tego Autora i wiem, że jego styl jest dość odstający od reszty – ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Jego twórczość albo się lubi, albo nie. Ja osobiście Grimm City uważam do tej pory za najsłabszą pozycję, ale zarazem nie tak słabą, bym stwierdziła, że czas zakończyć wieczorne spotkania z jego twórczością. O nie. Spróbujcie i przekonajcie się, czy taki styl wam odpowiada. Bo tak jak już wspomniałam, pomysł jest genialny.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu SQN
Tytuł oryginału: On the Edge
Data wydania: 30.09.2011
Liczba stron: 408
Tom: I
Na krawędzi || Księżyc nad Rubieżą || Fate's Edge || Steel's Edge
Seria: The Edge
Gatunek: Fantastyka / Romans
Wydawnictwo: Fabryka słów

Po tę książkę sięgnęłam, nie wiedząc tak naprawdę w jakie odmęty i w jaki gatunek tym razem trafię. Czasem tak mam, że wolę nawet nie czytać opisu, by potem się miło zaskoczyć. I tak było tym razem, ponieważ jestem nią oczarowana w bardzo magiczny sposób.

Skoro ja nie wiedziałam o czym jest ta książka, to po co i wam taka informacja? Myślę, że jest zbędna, a jedyne co musicie wiedzieć, to to, że jest to pozycja z gatunku fantastyki. I nie jest to taka mroczna fantastyka, a całkiem przyjemna, powiedziałabym nawet że dla młodzieży. Odnajdziecie tutaj różne stwory, magię, ale oczywiście również miłość.

Chyba pierwszy raz od dawien dawna, tak podobał mi się wątek miłosny w danej historii. Nie był przegadany, nie ociekał brokatem, był w sam raz, a dodatkowo te wrażenia były spotęgowane tym, że charaktery bohaterów, były idealnie odwzorowane. Rose to twarda babka, która umie przygadać, a nawet i strzelić do ciebie z kuszy. Chyba nie chciałabym do niej podchodzić, wolałabym oglądać ją z bezpiecznej odległości. Declan natomiast to typowy amant, który ma swoje tajemnice. Wszystko jednak jest owiane magią, nie tylko tą miłosną, ale prawdziwą elektryzującą magią.
Podała mu szklankę wody i dwie kapsułki Aleve.
- Przeciwzapalne. Trochę złagodzą ból i zmniejszą opuchliznę. Połknij, nie gryź.
- No cóż, myślałem, że fajnie by było wetknąć je sobie w nos i udawać morsa, ale skoro nalegasz to połknę.
Rubież to idealnie wykreowana kraina. Niby spokojna wioska, gdzie podobni do siebie ludzie mogą ze sobą obcować, ale zarazem aż tętni emocjami i uczuciami. Chętnie przeniosłabym się do tej krainy. Tylko nie zapominajcie, że nie jest to kraina od tak sobie istniejąca, ponieważ jest to powiedzmy, świat równoległy do naszego. Dawno nie spotkałam się z motywem, gdzie nasz świat, jak i inny, odmienny współistniałby na tej ziemi.

W dodatku Ilona Andrews to nie jest pisarka, a raczej duet małżeński - Ilona i Andrew Gordon. Tym bardziej jest to ciekawe, ponieważ sądzę, że wspólna praca nad takim tytułem wyszła im dobrze. To było moje pierwsze spotkanie z tym duetem i jestem pewna, że za jakiś czas sięgnę zarówno po kontynuację, jak po ich inne serie.

Nie umiem zbytnio pisać recenzji, które prawie w każdym szczególe mi się podobały, bo ta recenzja byłaby obsypana brokatem, do tego nałożyłabym na nią lukier i jeszcze dosypała jakąś kolorową posypkę. Tę książkę po prostu trzeba poznać, zakochać się w niej i potem czekać w oczekiwaniu na kolejny tom.

To zarazem zabawna i nieskomplikowana historia, gdzie demony (dosłownie) wychodzą na światło dzienne. Znajdziecie tutaj również wiele wartości, poza zwykłą rozrywką, takie jak: przyjaźń, miłość, oddanie. Wszystkiego po trochę, ale zamknięte w szczelnej szkatule. Zdecydowanie polecam.

Ostatnio podyskutowaliśmy sobie o tym jak to książka jest dobrem luksusowym. Ale czasem się zdarza, że potrafimy kupić coś w znacznej promocji. Jak i gdzie Riana szuka okazji? Zapraszam na przewodnik po świecie promocji:

PRZYKAZANIE PIERWSZE: NIE NAPALAJ SIĘ

To zawsze jest nasza największa bolączka. Książka dopiero miała swoją premierę, a my jak te krwiożercze zombie, podążamy z wyciągniętymi rękami do księgarni, bo musimy daną książkę mieć. Mnie nie urzekają promocje 30%-40% - w dzisiejszych czasach to jest tak naprawdę wirtualna cena okładkowa książki. Zatrzymaj się na chwilę i pomyśl, ile książek masz na półce nieprzeczytanych, w szczególności tych, które w taki sam sposób kupiłaś/eś jak wyżej. Ja często się tak zaplątałam. W końcu w moje zaległości wynoszą ponad 130 pozycji. Pohamuj swoje żądze, ktoś na pewno ją sprzeda taniej za tydzień, miesiąc, pół roku.


PRZYKAZANIE DRUGIE: NIE KUPUJ KSIĄŻEK, TYLKO ZE WZGLĘDU NA TO, ŻE SĄ W PROMOCJI


Sama popadałam w ten obłęd. Byłam w supermarkecie i nagle zobaczyłam kosz z książkami i w głowie przebiegały mi myśli, że gdzieś widziałam taką okładkę, na pewno jest to dobra książka. I kupowałam, jedną, dwie, trzy, ewentualnie osiem. Bo w końcu żal nie kupić książki za 7-10zł. Jednak gdy przychodziłam do domu, okazywało się, że nie są to jakieś super książki, oceny na portalach nie są też zachęcające. I zamiast kupić sobie za te wydane pieniądze książkę, w której utwierdziłam się w przekonaniu, że na pewno ją chcę, to uzyskałam kilka kolejnych pozycji, które się będą kurzyć na półce.


PRZYKAZANIE TRZECIE: ZAPLANUJ ZAKUP


Niby banalne, ale jeżeli przetrwałeś już pierwsze dwa przykazania, teraz czas na zaplanowanie kupna. Pomyśl o chwilach gdy promocje są znacznie lepsze. Książki 3 za 2, promocje na festiwalach książki, dzień darmowej dostawy. Jeżeli już chcesz czekać na tańsze książki, warto poczekać na takie dni w księgarniach internetowych (ja zakupuje książki tylko w Internecie).


PRZYKAZANIE CZWARTE: SPRAWDŹ WSZYSTKIE MOŻLIWOŚCI


Czas zdradzić wam tajemnicę, jak ja wyruszam na łowy promocyjne. Nie jest tak, że za każdym razem coś kupię, bo czekam na wspaniałą okazję, uwierzcie mi: na przestrzeni kilku lat polowania na promocje, udało mi się złapać kilkadziesiąt książek za bezcen.


DLA LENIUCHÓW:



Jest to strona, która pokazuje, w jakich księgarniach Internetowych są właśnie promocje. Warto zaglądać tam codziennie, ponieważ jeżeli nie jesteście zapisani na newsletter w danych księgarniach, to może was czasem ominąć bardzo dobra promocja, lub np. dzień darmowej dostawy.


ALLEGRO DLA BYSTRZAKÓW



Warto również zerkać na allegro. Pokaże wam mój szybki sposób sprawdzania promocji.
Dodałam na strony allegro zapytania dotyczące książek, których poszukuję, zaznaczając by cena wraz z dostawą była od najniższej. Każdego dnia, otwieram te zakładki, by sprawdzić, czy ktoś nie sprzedaje taniej książki, której ja szukam. 5 minut wystarczy na sprawdzenie. Nie tracicie przy tym czasu na wpisywanie każdego dnia od nowa waszych poszukiwań.
Tę samą metodę możecie zastosować również na: ceneo.pl oraz olx.pl


KSIĘGARNIE



Z tej księgarni często korzystam, ponieważ ma tanią dostawę i promocje na nowości są znaczne. Raz widziałam nawet Dziecictwo ognia - Sarah J. Maas za 18 zł. Zdecydowanie warto tam zaglądać.


Skład taniej książki, jak sama nazwa wskazuje, można znaleźć tu niezłe perełki. Dodatkowo macie możliwość skorzystania ze sklepów stacjonarnych, co jest dla wielu z was dużym plusem. Nie mniej jednak, ja pamiętam, jak udało mi się tu upolować dwa tomy Parabellum Mroza, gdzie wtedy nigdzie ich w Internecie nie było. Zazwyczaj znajdziecie tu starsze pozycje, ale przecież starsze nie znaczy gorsze.


Skorzystałam z tej księgarni raz, ale co to był za zakup! Udało mi się upolować: Król z żelaza. Tom 1 - Maurice Druon. Jest to starsze wydanie, i nigdzie nie znajdziecie niektórych tomów, a tu proszę, w tej księgarni jeszcze 1 egzemplarz był. Ceny, również są przystępnie. Nic tylko korzystać.


Z tej strony warto korzystać, jeżeli jest jakiś gorący okres. Powiedzmy przed świętami, a wy chcecie kupić książkę. Wiadomo, wtedy nie za bardzo uda wam się upolować promocje, a tutaj? Zazwyczaj są tańsze niż gdziekolwiek indziej. To samo tyczy się sytuacji: ostatnio chciałam kupić trzy książki, których wiem, że nigdzie nie ma w promocji, gdy zrobiłam zestawienie, w której jest najtaniej, to się okazało, że tu, te trzy książki wraz z wysyłką było ok 8 zł tańsze niż w kolejnej taniej księgarni. Wybór był dość prosty nieprawdaż?


Również księgarnia ze starszymi książkami. Można odnaleźć tu perełki, przesyłka 10 zł trochę boli, ale przy takich cenach książek i tak się opłaca.

To jest mój własny subiektywny wybór: przykazań, strategi promocyjnych i księgarni internetowych. Tak jak wspomniałam 30% zniżki to dla mnie żadna zniżka, więc inne księgarnie odpadają jak dla mnie. Oczywiście najważniejszą zasadą jest: szukać, szukać i jeszcze raz szukać.

A wy gdzie kupujecie książki i czy również jesteście maniakami promocji tak jak ja? :)
Tytuł oryginału: Insignia
Data wydania: 22.05.2013
Liczba stron: 333
Tom: I
Insygnia. Wojny Światów || Allies || Vortex || Catalyst
Seria: Insignia
Gatunek: Dla młodzieży / Fantastyka / Science Fiction
Wydawnictwo: Egmont

Ileż ta książka musiała przeleżeć na mojej półce. Aż mi wstyd. Zakupiłam ją za marne 4 zł, w promocji chyba dwa lata temu. Pomyślałam sobie, że skoro została tak przeceniona, to zdecydowanie nie będzie dobra. Jednak wiadomo jak to jest, przy takiej cenie nie mogłam sobie jej odmówić. I cieszę się, że postanowiłam ją zabrać ze sobą i zarazem jestem sobą rozczarowana, że tak długo musiała na mnie czekać.

Nie będę za bardzo przybliżać wam streszczenia, bo myślę, że jest ono niepotrzebne. Wszystko za sprawą tego, że najlepiej tę pozycję odkrywać, bez jakiejkolwiek znajomości treści. Jedyne co musicie wiedzieć to to, że mamy tu do czynienia z Wojną Światów (niezbyt odkrywcze, nieprawdaż? – w szczególności gdy zerkniecie na tytuł). Ale to już tak jest, że tytuły książek, same nas nakierowują na tok myślenia.

Zapewne było wiele podobnych powieści, ponieważ motyw, który tutaj zastosowano jest bardzo powszechny, a więc gry komputerowe i wykorzystanie najlepszych graczy do walki o nasz świat. Jednak zarazem jest w niej coś innego, dodatkowa technologia pozwala rekrutom na niewyobrażalną znajomość wielu zagadnień, które są przydatne w tej potyczce. Czyli przyznacie, dość powszechny klimat, bo można tu zaliczyć podobne: Armadę Clinta, Gra Endera Carda, i zapewne multum innych historii podobnych do Wojny Światów. I chociaż nie mogę jej przyrównać do Gry Endera (obejrzałam wyłącznie film), to sądzę, że ta mała cegiełka ma coś w sobie innego.

Po pierwsze nie walczymy z istotami z nie z tego świata, a są to wojny ziemian w przestworzach. Jakby na to nie spojrzeć, dość humanitarne podejście, by chronić naszą ziemię, a buszować gdzieś tam w kosmosie i za sprawą innych rzeczywistości pozwolić sobie na rozegranie partyjki gry, w której jedynie stawką jest upadek, bądź zwycięstwo mocarstw.

I chociaż historia wydaje się błaha, a gdy dodatkowo spojrzymy, że bohaterowie w tej historii mają kilkanaście lat, to pomyślicie, że nic ciekawego tutaj nie znajdziecie, ale błąd. Bohaterowie są tak genialnie wykreowani, że czułam z nimi więź, której nie chciałam kończyć, gdy zamykałam książkę. W szczególności pokochałam głównego bohatera –Toma Rainesa, który może i jest naznaczony w tej historii jako wybraniec, ale jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało. Wśród bohaterów można było odnotować rywalizację, nastoletnie przytyki, ale również siłę przyjaźni.
- (…) Miałem fantastyczną bliznę nad okiem, która po operacji także zniknęła. Szkoda. Dzięki niej wyglądałem bardziej męsko.
- Nie wierzę.
- Naprawdę miałem bliznę. – Vik wskazał na swoją brew.
- Tak, w to wierzę. Po prostu nie mogę sobie wyobrazić, żebyś kiedyś wyglądał męsko.
Dodatkowo cały świat, który mógłby nam przysporzyć ból głowy, ze względu na zaawansowaną technologię, nie jest wcale skomplikowany, a nawet jeżeli jest, to ja tego nie odczułam, ponieważ w dość klarowny sposób zostało wszystko wytłumaczone. Nie spodziewałam się, że tak zatracę się w potyczkach kosmicznych, ale to nie tylko o tym jest ta historia. Jest wielowymiarowa i zdecydowanie jest warta poświęcenia kilku chwil, by się w niej zagłębić. Może dlatego mi się tak podobała, ponieważ sądzę, że podobna historia może nas czekać w przyszłości? Wszystko w dzisiejszych, jak i przyszłych czasach, jest możliwe.

Jejku, naprawdę nastał kolejny miesiąc? Przecież to niemożliwe. Nie będę wam się tu znowu żalić, ale trzymam kciuki za wszystkich maturzystów - pamiętam jaki to był stres... 6 lat temu. Ja byłam pierwszym rocznikiem, który pisał obowiązkowo maturę z matematyki, ale dla mnie nie było to złe, tym bardziej, że sama z własnej woli zdawałam rozszerzenie z tego przedmiotu ;) Ale może niektórych z was uda mi się odstresować moimi nabytkami, chociaż z drugiej strony chyba nieładnie się chwalić, ale co mi tam:

Wydawnicze perełki

Długowski Łukasz - Mikrowyprawy w wielkim mieście [MUZA] Ta pozycja zaintrygowała mnie ze względu na to, że może nawet i w mojej metropolii odnajdę jakieś ciekawe miejsca? Kto wie...
Brown Pierce - Red Rising. Gwiazda Zaranna [Drageus] Smutno było się żegnać z tą pozycją, zdecydowanie wolałabym mieć tę serię jeszcze przed sobą.
Ćwiek Jakub - Grimm City. Wilk! [SQN] Książki Ćwieka biorę w ciemno, ponieważ uwielbiam jego styl a ta wydaje się wspaniałym kąskiem!
Liu Ken - Królowie Dary [SQN] Cudna oprawa i historia mnie również do niej przyciąga, mam nadzieję, że w weekend majowy się z nią uwinę i spędzę przy niej miłe, fantastyczne chwile.
Sheridan Mia - Stinger. Żądło namiętności [Septem] Nie czytam za dużo romansów, ale ten pomysł mnie ogromnie urzekł i zdecydowanie polecam.
Sheridan Mia - Calder. Narodziny odwagi [Septem] Premiera dopiero w czerwcu, ale coś czuję, że to będą świetne emocje!
Lewandowski Maciej - Splątanie [Videograf] Zaskoczyła mnie ta pozycja, była w odpowiedni sposób intrygująca, przerażająca i dość niecodzienna. Warta polecenia, a za niedługo przeczytacie wywiad z Autorem...
Bauer Wojciech - Pora chudych myszy [Videograf] Przywędrowały do mnie myszki do was na rozdanie, a wystarczyło się tylko zgłosić ;)
Połącz kropki. Niesamowite miejsca [MUZA] Ten format i tak nie zmieściłby się na tym zdjęciu, ale całkowicie inaczej spojrzałam na kreatywne zadania, bo w przypadku tej pozycji trzeba się trochę namęczyć.
Pollmer Udo - Kto nam podkłada świnię? [Znak Literanova] Mama mi ją ukradła i nie chciała oddać, więc i na zdjęcie się nie załapała. Jak jesteście ciekawi, czym nas w mediach mamią, to zdecydowanie musicie po nią sięgnąć.

Coś tam sobie kupiłam

Mróz Remigiusz - Przewieszenie [Filia] Nareszcie zakupiłam sobie drugi tom i chociaż po przeczytaniu wydaje się odrobinę słabsza od Ekspozycji, to nie mniej jednak czekam z niecierpliwością na Trawers.
Mead Richelle - W mocy ducha [Nasza Księgarnia] Tak, jak wam wspominałam w poprzednim miesiącu - nagle zapragnęłam znów wprowadzić do mojej biblioteczki książki Mead. Tak, wiem, że ciężko je dostać, ale jakoś niektóre tomy udało mi się zdobyć. Brakuje mi jeszcze trzeciego i czwartego i jakby ktoś miał na zbyciu, to wiecie gdzie mnie szukać :)
Mead Richelle - Ostatnie poświęcenie [Nasza Księgarnia] jw.
Sanderson Brandon - Stop prawa [Mag] Dwa tomy z tej serii już za mną, a że przezorny zawsze ubezpieczony, to postanowiłam zakupić kolejne dwa tomy, mogę bez przeszkód brnąć w trzecim tomie.
Sanderson Brandon - Cienie tożsamości [Mag] jw.


Nieskasyfikowane

Rajtner Ewa - Przeklęta laleczka [Jaguar] Wygrana w konkursie na profilu Autorki, za co z całego serca dziękuję. Jestem ciekawa tej pozycji.
Cherry Brittainy C. - Art & Soul [Filia] Udało mi się wymienić za tę pozycję, o której nadal jest głośno, mam nadzieję, że się nie zawiodę.
Mead Richelle - Akademia wampirów [Nasza Księgarnia] Pierwszy tom w tej ładniejszej oprawie jest mój, a to wszystko za sprawą wymiany.

A co do was przywędrowało ciekawego w kwietniu? Może polecicie jakąś pozycje na przyszłe zakupy? :)