Patrzeć nie znaczy widzieć

A czy Ty potrafisz ujrzeć słowa?
Znajdź mnie
Data wydania: 13.01.2016
Liczba stron: 464
Gatunek: Kryminał
Seria: Trylogia z komisarzem Forstem
Tom: II
Ekspozycja | Przewieszenie | Trawers
Wydawnictwo: Filia
Do Mroza nie trzeba mnie wcale przekonywać. I wielu z was zapewne też nie muszę nakłaniać, byście przeczytali jakąkolwiek jego książkę. Z Przewieszeniem wiązałam wielkie nadzieje, ponieważ uważam, że Ekspozycja była genialna pod każdym względem. Na początku ciężko było mi się w nią wkręcić, ale ostatecznie ją skończyłam i jestem zadowolona.

Podhale i seria wypadków w górach to tylko wierzchołek góry lodowej, z którą musi się skonfrontować komisarz Forst. Jak się okazuje, wielu chce go pogrążyć, a dodatkowo nawiedzają go demony przeszłości…

Tak jak wspomniałam, Ekspozycję pokochałam całym sercem i pamiętam, że wtedy zarwałam dla niej noc. Podobała mi się ze względu na okrucieństwo, które w niej znalazłam. No i oczywiście zakończenie, które na pewno i was wytrąciło z równowagi. Jakiś czas temu, dawkując sobie moje zaciekawienie dalszym losem Forsta, postanowiłam wreszcie ponownie zanurzyć się w tej niesamowitej, mrocznej serii. Jednak szło mi dość opornie. Nie wiem dlaczego, ale nie umiałam się w nią odpowiednio wkręcić i ciągle coś mi w niej brakowało.
Gdziekolwiek nie zaszedł, ciągnął za sobą problemy. Z kimkolwiek nie nawiązał bliższej relacji, sprowadzał na niego złe fatum.
Było tak normalnie, aż chyba za normalnie. Tak, brakowało mi Forsta, jako bohatera, ale na samym początku Przewieszenia nie wykazał się dla mnie tymi cechami, za które go pokochałam. Tak, ja go pokochałam bezgranicznie. Ale chyba każda dziewczyna się ze mną zgodzi, że coś w nim jest takiego, co nas do niego przyciąga. Wredny, impulsywny i dość niezrozumiały. Już wiem, Forst to taki kot, który chodzi swoimi drogami i wszystkich ma gdzieś… głęboko. Ale wracając do treści, było dość statycznie i nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę jest kontynuacja na którą tyle czekałam.

Wielkim plusem były rozdziały poświęcone czynom mordercy, czyli brutalność nie odstępuje nas o krok w tej serii. Jednak w Przewieszeniu mamy do czynienia z prawniczym światem, i to powodowało trochę moje rozżalenie (przynajmniej przez połowę książki). Ale dopiero później zaczęło wszystko nabierać właściwego tempa i coraz szybciej mój wzrok przebiegał po tekście. Mróz jak zwykle, potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. Wie jak przytrzymać czytelnika przy sobie i sprawić, by czekał z niecierpliwością na kolejny tom.

Ostatecznie uważam, że kontynuacja nie jest tak genialna jak Ekspozycja, ale nieustannie jestem pełna podziwu. Różnica między tymi tomami jest w moim mniemaniu dość znaczna, ponieważ pierwszy tom, był swoistym wybuchem bomby nuklearnej, gdzie poszukiwaliśmy wraz z bohaterami ścieżek, które doprowadziłyby do rozwiązania sprawy, a tu natomiast Forst musi zmierzyć się z konsekwencjami, a zagadek jest mniej, ale nadal ocieka ona brutalnością. I gdyby nie ostatnie rozdziały i oczywiście ostatnie zdanie, to byłabym chyba bardziej zawiedziona, a tak, nadal polecam tę serię ogromnie i nie mogę się doczekać Trawersu.

Jutro wyjeżdżam na tydzień, więc mnie tu nie będzie, ale posty się będą pojawiać, o to się nie martwcie :) Tydzień wyjęty z życia internetowego - przynajmniej będę miała mnóstwo czasu na czytanie książek :) Naładuję bateryjki :) 
Tytuł oryginału: Morning star
Data wydania: 20.04.2016
Liczba stron: 592
Seria: Red Rising
Tom:
III
Red Rising: Złota krew | Red Rising: Złoty syn | Red Rising: Gwiazda zaranna
Gatunek: fantastyka / science-fiction
Wydawnictwo: Drageus
Najgorsze uczucie jakie może spotkać książkoholika to takie, gdy nastaje czas na rozstanie się z jedną z ulubionych serii. Do końca nie wiedziałam, czy chcę ją szybko pochłonąć, czy wręcz przeciwnie, odłożyć konsumpcję na później. Ale z serią Red Rising nie ma żartów, obojętnie jak mocno byś sobie wmawiał/a że tym razem będziesz się nią delektować, to i tak ciekawość zwycięży.

Misja Darrowa au Andromedusa skończyła się fiaskiem, trafił do niewoli, ukochana go opuściła, rodzina została porwana, a on sam został zdemaskowany. Czy jest jakaś szansa na ocalenie?

Gdy kończyłam czytać drugi tom Złoty syn, byłam w rozsypce. Przecież ta historia nie może się tak skończyć! Dajcie mi kolejny tom, teraz i już. Niestety musiałam poczekać. Oczekiwanie było męczarnią, a teraz po skończonej trylogii jest mi najprościej w świecie smutno, że to już koniec.

Nie będę was oszukiwać, ale trzeci tom to pokaźna cegiełka, ponieważ liczy sobie niemal 600 stron. Jednak w tych stronach jest zawarta tak świetna historia, że nawet ta ogromna liczba wydaje się być zbyt mała. Pierce Brown ma taki dar, że potrafi wprowadzić czytelnika w trans i nawet nie zauważa on mijających minut, godzin, a nawet pory dnia. Nie ma szans, byście sobie powiedzieli: tylko dokończę rozdział i wracam do obowiązków domowych. Uwierzcie, gdy nastanie koniec danego rozdziału, to znajdziecie w nim taki zalążek, że będziecie musieli się dowiedzieć, co znajduje się w kolejnym. I tak w kółko, aż do ostatniej strony.

Największym zaskoczeniem jest fakt, że nie mamy w tej serii miejsca na oddech. Niezależnie czy przebywamy z Darrowem na szkoleniach, infiltracji, czy w przestworzach. Każda sceneria wydaje się ciekawa. To nie jest seria dla grzecznych chłopców i dziewczynek. Nie każda dziewczyna przepada za mocną, kosmiczną fantastyką, ale ja w tym niewielkim odsetku się zawieram i pomimo treści, którą w niej znajdziecie, nie mogę powiedzieć, że to męska literatura – chociaż mogłoby się tak wydawać. Nie dajcie się zwieść pozorom, że kosmos i wojny są przeznaczone tylko dla mężczyzn. Ja pokochałam tę serię bezgranicznie, ponieważ Pierce Brown w swojej serii Red Rising miał niesamowity pomysł, świetny styl i przede wszystkim zabija bohaterów jakby to były muchy.

Darrow jest bohaterem idealnym i naprawdę w tym przypadku nie rzucam słów na wiatr. Osobiście jestem zwolenniczką takich kreacji, ponieważ oprócz tego wiadomo wątku jakim jest los wybrańca, pozostaje on zwykłym, narażonym na popełnianie błędów człowiekiem. Nie wszystko idzie jak z płatka w jego przypadku i tak, czasem wybiera źle. I to właśnie jest bohater idealny!

Tych, którzy jeszcze nie sięgnęli po tę serię, powinnam wytargać za uszy i napisać: musicie ją przeczytać. Chociaż mamy tu do czynienia z science fiction, to jednak Autor czerpie z mitologii rzymskiej. Może nie dosłownie czerpie, ale się na niej w niektórych przypadkach wzoruje – chociażby imiona bohaterów, ich statusy społeczne i cała organizacja społeczności. To taki kosmiczny Rzym. Dobra, to zabrzmiało dziwnie.
Współczucie to nie wybaczenie, a wdzięczność nie oznacza zadośćuczynienia.
Ale ostatecznie nie ma co płakać – jak podaje goodreads.com Autor ma w planach kolejną serię zatytułowaną Iron Gold (Żelazne złoto?). Widać jak na dłoni, że Pierce Brown nie potrafi rozstać się ze swoim uniwersum i chwała mu za to!

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Drageus

Chciałabym od razu ogłosić wyniki i mieć to już za sobą, ale muszę tutaj trochę popisać, byście przypadkiem w blogrollu nie dowiedzieli się kto wygrał książkę Pora chudych myszy. 

Niestety bądź stety, zmienię formę konkursów. Bo jak się okazuje (o czym kompletnie nie wiedziałam), rozdania gdzie jest czynnik losowy, są tak naprawdę nielegalne, a w dodatku podlegają pod ustawę.

Dobrze wiecie, że nie tworzę tych rozdań, by nabić sobie wyświetleń, czy zyskać obserwatorów, czy co tam jeszcze innego się robi. Ja po prostu uważam, że los zawsze ma coś do powiedzenia w jakichkolwiek kwestiach, a skoro nasze piękne państwo wmawia mi, że obdarowywanie kogoś w taki sposób jest nielegalne, to cóż mi pozostaje innego?

Jeżeli chcecie się dowiedzieć trochę więcej na ten temat odsyłam do linku: Zielona małpa

A więc nie przedłużam, książkę wygrywa:

beatakandzia@gmail.com

Czekam na twój e-mail 3 dni (kontakt@ujrzecslowa.pl)
Tytuł oryginału: Stinger
Data wydania: 18.03.2016
Liczba stron: 404
Gatunek: Romans / Erotyka
Wydawnictwo: Helion
To już moje drugie spotkanie z twórczością Mii Sheridan i muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona. Coś jest w jej stylu takiego, że pochłonęłam tę pozycję raz dwa. Lekka, przyjemna, ale przede wszystkim z pomysłem dość innym niż wszystkie.

Grace przybywa do Las Vegas na konferencję branżową i tam spotyka Carsona - aktora branży erotycznej. Co będzie się działo dalej, chyba nie muszę opisywać?

Na wstępie napiszę, że nie jestem znawczynią literatury erotycznej, nie czytam jej za wiele, więc nie mogę danej lektury do czegokolwiek przyrównać, ale przy Stinger bawiłam się doskonale. Nie wiem czy jest to sprawa świetnego stylu Autorki, czy dość nietuzinkowej historii – bo chyba mi nie powiecie, że w co drugiej powieści znajdziemy aktora porno. I chociaż zapewne przemknęło wam przez myśl, że ta książka to jedna wielka orgia, to niestety muszę was zmartwić; oczywiście, znajdziecie tutaj pikantniejsze sceny łóżkowe, ale cały zarys tej historii jest nietuzinkowy i odpowiednio wyważony.

Może i na początku przeszkadzało mi zbyt szybkie prowadzenie akcji, które kierowało moje myśli co do toku tej historii. W końcu punkt kulminacyjny znajduje się na początku tej książki. Ale uwaga! To nie jest jedyny zwrot akcji, którego tu uświadczycie. Ważniejsze wydarzenia (według mnie) znajdują się w dalszej części książki. Może i przemiana bohaterów na samym początku wydaje się odrobinę nierealistyczna, ale kto może to oceniać, skoro są oni poddani uczuciu, na które nie byli przygotowani? Każdy wtedy zachowałby się irracjonalnie.
Miłość nie zawsze ma sens. I na tym polega jej piękno, jej tajemnica [...]
Chyba nawet jestem w stanie pokusić się o stwierdzenie, że nie jest to wyłącznie książka dla kobiet. Wszystko za sprawą tego, że narracja jest podzielona na dwójkę głównych bohaterów. Zatem poznajemy dwa punkty widzenia - dostrzegamy ich przemianę i myśli, które im kłębią się w głowach. To dość popularny chwyt, który stosują autorzy, ale ja osobiście nic do tego nie mam, ponieważ w tej historii to było świetne zagranie.

Nie sądzę, by ktokolwiek z was podejrzewał tę okładkę, jak i krótki opis o to, że można znaleźć w niej wątek sensacyjny, ale właśnie tak jest i dopóki nie zagłębicie się w tę książkę, to nie wiecie co tracicie.

Wydaje się, że jeżeli mamy tutaj wiele uczuć, jak i różnych gatunków literackich, to każdy z nich może być opisany po łebkach, ale przy Mii Sheridan nie tędy droga. Jest to przyjemna lektura, która w odpowiednim momencie rozpali wasze policzki, rozśmieszy, ale również zmrozi krew w żyłach. Z takimi bohaterami i taką historią warto zarwać noc.
Zrobiłem tylko to, co było trzeba, żebyś mi tu nie zeszła. Skoro mam siedzieć w zaciętej windzie, to wolałbym nie robić tego w towarzystwie trupa. Mam wiele dziwacznych upodobań, ale nekrofilia do nich nie należy.
Przeczytajcie i zrozumcie, że w życiu nie można wszystkiego zaplanować.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Helion
Data wydania: 20.04.2016
Liczba stron: 96
Gatunek: Rozwój osobisty
Wydawnictwo: Muza

Wreszcie przyszedł czas na uzewnętrznienie się Adriany w sprawach kreatywności. W moim życiu pojawiła się raz kolorowanka i było całkiem przyjemnie, nawet zakupiłam sobie kredki i byłam w ferworze walki, by ukończyć chociaż jeden rysunek. Pokolorowałam, byłam dumna i zostawiłam kolorowankę w szufladzie. I to by było na tyle jeżeli chodzi o moją twórczość. Jednak tym razem postanowiłam skorzystać z okazji i spróbować swoich sił w połączeniu kropek.

Twierdzę, że posiadam z reguły dość matematyczny umysł i cyferki nie są dla mnie problemem. Nawet jestem dość spostrzegawcza, ale to tylko znacie moje zdanie w tym temacie, a jak było naprawdę?

Łączenie kropek nie ma w sobie żadnej relaksującej domeny. Ja przykładowo, denerwowałam się nieziemsko, gdy nie potrafiłam znaleźć konkretnego numerku, który pozwoliłby mi na dokończenie mojego kreskowania. Jednak plusem jest to, że w przypadku pozycji od wydawnictwa Muza, z tyłu tej książeczki, mamy przedstawione gotowe rysunki, więc jeżeli macie sokoli wzrok, to w trudnych momentach dostrzeżecie, w które miejsce powinniście zerknąć by znaleźć kolejną liczbę. Mi to wiele razy ratowało skórę.


W czym łączenie kropek jest lepsze od kolorowanek? Nie trzeba mieć w tej sytuacji duszy artysty. Bo chyba nikt mi nie powie, że nawet w zwykłym kolorowaniu nie potrzeba zmysłu kolorystycznego. Tutaj kropeczki i przyporządkowane do nich liczby pozwolą na sukcesywne podążanie tropem do ostatniego, finalnego miejsca.

Nie myślcie sobie, że łączenie kropek to pół godzinki i rysunek już jest gotowy. Nie wiem jak to jest w przypadku innych publikacji, ale w przypadku tej, którą wam przedstawiam, skończenie jednego rysunku to kilka godzin. Rysunek, który widzicie poniżej miał 1200 kropek. 


Skoro to było moje pierwsze podejście, to miałam problem z wybraniem przyrządów. Co więc jest potrzebne?
W moim przypadku ołówek się nie sprawdzał. Postawiłam więc na długopis (tylko ten z cieńszą końcówką, te żelowe, czy inne, mogą spowodować u was rozmazywanie się obrazka, a przecież nie o to chodzi). Warto również uzbroić się w linijkę, bądź ekierkę – taką, gdzie skala jest do 10 cm powinna wystarczyć.

Obrazy, które znajdziecie w tej publikacji są dość szczegółowe, ale sądzę, że ma to właśnie urok, ponieważ widać ich doprecyzowanie w detalach. I co najważniejsze, tematem przewodnim są niesamowite miejsca. Ja akurat za pierwszym razem trafiłam na Wengen w Szwajcarii, ale znajdziecie tutaj wiele innych inspirujących obrazów.

Podoba mi się to, że kółeczkiem na każdym rysunku mamy zaznaczoną jedynkę – dzięki temu wiemy gdzie zacząć. Plusem jest również to, że rysunki są na stronach nieparzystych, dzięki temu, niezależnie od tego, jakiego użyjecie pisaka, to nic nie zepsuje wam kolejnego rysunku. Strony są klejone, ale po wykonaniu jednego rysunku nie mogę stwierdzić, czy klej będzie dobrze trzymał, po ciągłym rozchylaniu stron, ale wykonanie wydaje się stabilne.

Łączenie kropek może nie jest jakoś super twórcze, ale działa na mózg tak (przynajmniej mój), że już chcę się dowiedzieć co z tego łączenia powstanie. A uwierzcie mi, jak otworzycie ją na przypadkowej stronie, to często nie będziecie w stanie wywnioskować, co może przedstawiać ten obraz cyferek i kropek – dopiero twój długopis i determinacja pokaże ci, co cudownego możesz stworzyć.


Za tę dawkę kreatywności dziękuję: Wydawnictwu Muza
Data wydania: 05.05.2015r.
Liczba stron: 437
Gatunek: Thriller / Weird fiction
Seria: Jakub Kempner
Tom: I
Wydawnictwo: Videograf
Nie wiem dlaczego, ale na tę pozycję czekałam z wytęsknieniem. Ta okładka pojawiała się w zapowiedziach i coś mnie ciągle szturchało w ramię, że nie ma innej opcji - muszę po nią sięgnąć. I gdy tylko zaczęłam się zagłębiać w pierwszych stronach wiedziałam, że to będzie niecodzienna podróż.

Jakub Kempner jest policyjnym śledczym, który został zdegradowany i przeniesiony do Wrocławia. Pierwsza sprawa na pierwszy rzut oka wydaje się być rutynowym samobójstwem. Jednak jak się po chwili okazuje, nic nie jest tym na co wygląda. Zanurzcie się więc w świecie dziwnych mar i niewytłumaczonych cieni i uważajcie, niebezpieczeństwo może czekać tuż za rogiem.

Milion razy, nawet samej sobie wmawiałam, że nie jestem zwolenniczką długich, szczegółowych opisów. Najprościej w świecie mnie nużyły. Wszystko się zmieniło za sprawą stylu pisania Macieja Lewandowskiego. Kurde, on potrafi zwykłą kamienicę opisać w tak niebywały sposób, że czuję się jakbym właśnie przed nią stała. Domeną Autora jest bogate słownictwo, które tak ubarwia całą historię, że nie zrażałam się wcale długimi opisami, bo potrafiły one mnie tak wkręcić w treść, że nie zwracałam uwagi na mijające godziny. Chyba pierwszy raz spotkałam się z takim stylem i jestem nim kompletnie urzeczona. Czuję w kościach, że to świetnie prosperujący Autor, który osiągnie niemały sukces.

Nie mogę również nie wspomnieć o okładce, która moim zdaniem przyciąga wzrok tak mocno, że zaczynają was oplątywać liny, które zdecydowanie skłonią do zakupienia tej pozycji. Lubię takie okładki, które jednoznacznie nakierowują myślenie na temat danej książki. Mnie ta okładka kompletnie pochłonęła.

Co tyczy się samej treści, to jestem ogromnie na tak. Nie brakuje w niej niczego. To co chciałam dostać, to się w niej znalazło i to jest w tym najwspanialsze, ponieważ dostałam treść, która pomimo wszystko mnie zaskakiwała. Autor balansuje między horrorem, thrillerem i kryminałem, ale również wprawne oko czytelnicze zauważy tam wiele innych gatunków, to taki istny misz-masz. Chciałam flaków, to je dostałam, wątek kryminalny również się pojawił, coś niecodziennego, wręcz niewytłumaczalnego, też tu znajdziecie.
Chwilami żałował, że rodzice wpoili mu wraz z zestawem dobrych manier przy stole zasadę, by nie rzygać na innych własnymi problemami.
Niejednokrotnie uśmiechnęłam się przy niektórych dialogach, bo wydają się bardzo autentyczne i to samo tyczy się bohaterów, którzy przekonali mnie do siebie raz dwa. Sam tytuł oddaje charakter tej pozycji bo to istne splątanie różnych rozdziałów. Czasem są to senne koszmary, innym razem sprawa kryminalna, a czasem normalna codzienność, ale ostatecznie wszystko w tej treści ma swój określony cel. Bardzo podobało mi się to, że w dialogach czy niektórych wydarzeniach, Autor przemycał swoje przemyślenia dotyczące religii, polityki i innych spraw, jednak nie mogę do końca stwierdzić, czy to jego własne poglądy, czy może stworzone na potrzeby książki. Ja z wieloma poglądami się utożsamiam, stąd też ta pozycja wydała mi się perełką.

Myślę, że Autor dobrze wiedział jaką powieść chce napisać i zrobił to w niebywałym stylu. Ogromnie się cieszę, że to dopiero pierwszy tom cyklu o Jakubie Kempnerze, bo już zacieram ręce, by móc dobrać się do kolejnego tomu. Fani thrillerów na pewno nie będą zawiedzeni, a ci, którzy nie są za bardzo przekonani do takiego gatunku, powinni zacząć od tej pozycji, by rozpocząć niebywałą podróż do niewytłumaczalnych zjawisk.
Ale jeśli ty masz nierówno pod kopułą, to tym samym i ja mam. A to jest całkowicie nie do zaakceptowania.
Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Videograf 
Tytuł oryginału: Maybe Someday
Data wydania: 11.05.2015
Liczba stron: 384
Gatunek: Dla młodzieży
Wydawnictwo: Otwarte

Do Coleen Hoover nie trzeba mnie przekonywać. Jestem jedną z wielu osób, która w jakiś sposób będzie wam zachwalać książki tej Autorki. Jednak myślę, że warto. I chociaż zapewne już rzygacie tęczą gdy znajdujecie kolejną recenzje jakiejś jej książki, to nic nie umiem na to poradzić, że one są tak dobre.

Sydney ma poukładane życie, dopóki na swojej drodze, a raczej na balkonie, spotyka muzyka- Ridge’a, który gra każdego wieczoru na gitarze. W jednej chwili jej życie jest jednym wielkim koszmarem, bez perspektyw na przyszłość. Jednak co wspólnego z tym ma Ridge?
Często usiłujemy ukryć nasze uczucia przed tymi, którzy powinni je poznać.
Oczywiście nawet gdy zerkniecie na ten bardzo skrócony opis, to wiecie, że coś jest na rzeczy. Nikt od tak nie przedstawia wam dwóch głównych bohaterów. Macie rację, tych dwoje ma się ku sobie, ale w jaki sposób mają się ku sobie i jakie przeciwności muszą pokonać, to już inna sprawa.

Maybe Someday to druga książką, którą przeczytałam od tej Autorki i już wiem, że stara się ona ukazać piękno miłości, ale gdzieś tak w tekście jest ukryta okropna prawda, coś co łamie serce. To chyba taka domena Coleen Hoover i ja nie mam nic przeciwko temu, ponieważ za sprawą tych złych rzeczy, które robi bohaterom, ta historia wydaje się autentyczna i prawdziwa. To też nie jest tak, że historia musi się zakończyć happy endem, ponieważ jesteśmy targani różnymi uczuciami i już tak do końca nie wiemy, co jeszcze złego wymyśli Autorka.

To zarazem historia dla młodzieży, ale również dla starszych, bo zawsze łakniemy miłości, innej od tej, którą sami znamy. To jest tak samo jak z filmami romantycznymi. Wiemy, że takie dialogi, czy sytuacje nie mogłyby mieć miejsca w normalnie funkcjonującym świecie, ale jednak pomimo to je oglądamy i kochamy. Tak samo jest z książkami. Ta historia wydaje się nieprawdopodobna, ale zarazem jest w niej coś szczególnego. Chcemy być zaskakiwani i właśnie takie są nasze uczucia podczas czytania jakiejkolwiek książki Coleen Hoover.

Ta książka aż kipi emocjami, dostarcza nam wielu przeżyć, nie tylko tych radosnych, ale i smutnych. Trzeba być czasem rozgoryczonym by potem móc zobaczyć wychodzące zza chmur słońce. Nie znajdziecie w tej pozycji prostych i nieskomplikowanych uczuć, tutaj trzeba się wgłębić i móc pozwolić by wszystko toczyło się własnym tempem. Jedną z najważniejszych prawd jakie odnalazłam w niej to to, że miłość może czekać tuż za rogiem i czasem niestety potrzeba czasu, by móc sobie na nią pozwolić.

Jedynie do czego mogłabym się doczepić, to zakończenie. Za bardzo pozytywnie przerysowane. Tam to już lukru nie brakowało, ale i tak cała lektura była przyjemna i dość wyjątkowa.
Tytuł oryginału: Feed
Data wydania: 20.11.2012
Liczba stron: 441
Tom: I
Przegląd końca świata: Feed || Przegląd końca świata: Deadline || Przegląd końca świata: Blackout
Seria: Przegląd końca świata
Gatunek: Dla młodzieży / Thriller
Wydawnictwo: SQN

Czasem się zastanawiam, dlaczego czasem tak jest, że mamy jakąś serię na półce, i ona tak leży i leży, a gdy wreszcie strzepiemy z niej kurz i otworzymy pierwszą stronę, to jesteśmy ogromnie źli na siebie, że nie sięgnęliśmy po nią wcześniej. Przegląd Końca Świata: Feed zdecydowanie należy do lektur, bez której jakikolwiek bloger nie może się obejść.

Wszystko za sprawą tego, że z jednej strony jest to książka o zombie, ale zarazem głównymi bohaterami są blogerzy. Może nie są tacy, jacy jesteśmy dzisiaj, w końcu to tekst o naszej przyszłości, nie mniej jednak jest na tyle ciekawa, że może nie jednemu zjeżyć włos na głowie. Georgia i Shaun czekają tylko na niespotykaną sensację, ale co może być sensacją w świecie opanowanym przez zombie? Oczywiście rozkładające się zwłoki. Ale jak się okazuje, przygodą może być również relacjonowanie kampanii prezydenckiej.

Moim zdaniem, nie trzeba o tej historii wcześniej wiele wiedzieć. Wystarczy wam znajomość tego, że jest to historia o zombie relacjonowana na żywo przez blogerów. To tyle lub aż tyle, bo nigdy bym się nie spodziewała, że takie połączenie wyda mi się ciekawe. Chyba dzięki tej serii zapałałam nową miłością do umarlaków. A wszystko za sprawą wspaniałego stylu Miry Grant, która za nic ma nasze uczucia. Potrafi tak dawkować napięcie, że sami zaciskamy ręce na okładce nie mogąc się doczekać, co zdarzy się na kolejnej stronie. A przede wszystkim staramy się dowiedzieć: czy wszyscy bohaterowie przeżyją?

Tak moi mili, w tej serii niczego nie możecie brać za pewnik. Jest to dobre zagranie, bo w końcu gdy pomyślimy o jakiejkolwiek pladze, to mamy dość zachowań Autorów, którzy swoich bohaterów traktują jak oczka w głowie. Mira Grant tarmosi ich tak bardzo, że zaczynamy jej po prostu nienawidzić.

Przegląd Końca Świata jest na swój sposób magiczny, ponieważ gdy wczytacie się w tekst, dostaniecie wiele informacji o otaczającym bohaterów świecie, ale zarazem zostanie wam przedstawiona dawka historii, gdzie po prostu będziecie wiedzieć na czym stoicie. To zawsze jest moja największa bolączka, która dotyka historii o przyszłości. Autorzy zapominają stworzyć tło historyczne, a Mirze Grant należą się brawa, że i o tej stronie nie zapomniała.

Bohaterowie są tak barwni i kolorowi, że możecie wybierać ich z głębokiego worka i zarazem postanowić, kogo polubicie najbardziej. Shaun i Georgia to duet idealny. Za Shaunem piszczą dziewczyny, a za Georgią ślinią się faceci. Innej opcji nie ma w tym zestawieniu.

Pomimo, że pozycja należy do grubasów, bo liczy sobie 496 stron, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że pochłania się ją jednym kęsem. O tak, temat zombie mi się udzielił. A więc, nie wahajcie się ani chwili dłużej, tylko sięgnijcie po Przegląd Końca Świata, ponieważ ta lektura nie pozwoli wam zasnąć.
Powstańcie, póki możecie.

Już na samym początku mogłabym się posłużyć cytatem Charlesa Bukowskiego :
Miałem zły dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok. Życie. Cholera jasna.
Jednak mam nadzieję, że u mnie zakończy się to na tygodniu, chociaż jeszcze mamy weekend w natarciu. Ale po kolei:

Przejście na własną domenę

Pewnego pięknego dnia postanowiłam zaszaleć w swoim życiu i przejść na własną domenę. Przecież tyle jest poradników, jak to zrobić, większość ludzi przechodzi przez ten proces problemowo (ponoć 99% osób nie napotkało problemów). Przezorny zawsze ubezpieczony, więc postanowiłam na samym początku stworzyć nową stronę, która od zawsze chodziła mi po głowie. W końcu książki to niejedyna moja pasja. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam.

Wyszukanie szablonu, zakup i przejście na własną domenę, w tamtym przypadku, to był pikuś. Wszystko działało w ciągu chwili i było aż miło, serce się uradowało. Zachęcona tym sukcesem postanowiłam przenieść ujrzeć słowa. Jak tam się udało, to tutaj też będzie cud, miód, malina. Rzeczywistość jednak przywaliła mi mocnym sierpowym, a któryś z bożków internetowych zaśmiał mi się w twarz.

Jajko mądrzejsze od kury

Dwa dni mordowania, szukania rozwiązania problemów na nic się zdały. Nie chcę patrzeć w lustro, bo na pewno pojawiło się na mojej głowie dużo siwych włosów. Zrozpaczona, postanowiłam skorzystać z pomocy specjalisty, który na takich przenosinach się zna. I tu, moje ogromne podziękowania dla Arka z Weblove, który zrobił o wiele więcej, niż bym się tego spodziewała. To naprawdę dzięki niemu, oglądacie teraz tę stronę.

Jaka jest więc puenta całej tej historii? Nie tykajcie się czegoś, o czym nie macie zielonego pojęcia. Bo tak, w 99% przypadków, uda wam się to zrobić bez problemów, ale jeżeli będziecie mieli pecha tak jak ja i znajdziecie się w tym małym odsetku, to może być gorąco. Przestoje na stronie nie są dobrym rozwiązaniem, ale mam nadzieję, że teraz będzie wszystko super.

Co się zmieniło?


Oprócz tego, że patrzycie teraz na www.ujrzecslowa.pl, zamiast www.ujrzec-slowa.blogspot.com (nie martwcie się, jak wpiszecie drugi adres, to i tak was przeniesie, ale warto już wpisywać adres z domeną pl), możecie również do mnie napisać e-mail na: kontakt@ujrzecslowa.pl

Z przeniesieniem komentarzy w disqus może być trochę problemów (gdzieniegdzie się jeszcze nie przeniosły), ale disqus ma 24h na dokonanie zmian, więc mam nadzieję, że i w tym przypadku, po upłynięciu tego czasu wszystko będzie dobrze.

Zatem, nie zwlekajcie z przenosinami na własną domenę, jeżeli wiążecie ze swoją stroną dłuższą część życia. Nie są to wielkie pieniądze. Skorzystajcie z pomocy specjalistów, którzy się na tym znają, a nawet, powiedzą wam o milionie innych rzeczy, o których nie mieliście w ogóle pojęcia.

A teraz czas na moją reklamę: tak jak wspomniałam, jest również druga strona, która będzie o wszystkim i niczym, to będą przemyślenia, jakie możecie znaleźć w cyklu Riana rozmyśla, jednak o książkach nie znajdziecie tam za wiele informacji. Teraz możecie przeczytać tam moją twórczość własną, a tytuł tej twórczości to: Królewna Śnieżka XXI wieku.

Myśl Przewodnia

Dziękuję, że ze mną jesteście, i że będziecie nadal :)

Mam nadzieję, że pojawią wam się informację o nowych postach w bloggerze, katalogach i blogrollach, a jeżeli nie, to poczekamy, zobaczymy ;)

Tytuł oryginału: Uprooted
Data wydania: 25.06.2015
Liczba stron: 512
Gatunek: Dla młodzieży / Fantastyka
Wydawnictwo: Rebis

Na tę lekturę napalałam się jak szczerbaty na suchara. Dosłownie. Idealna okładka, opis niczego sobie, i wreszcie miałam ją w rękach. Zaczęłam się wgłębiać w tekst i czekałam, czekałam i nadal czekałam na ten przełomowy moment. Niestety do samego końca powieści go nie otrzymałam.

W przypadku tej pozycji nie należy nakreślać szerokiego opisu, ponieważ cała historia opiera się na walce dobra ze złem, gdzie główna bohaterka Agnieszka, zostaje wybrana przez Smoka – czarodzieja na dziesięcioletnie usługi. Jak się jednak okazuje, magia krąży w jej żyłach i od tej pory rozpoczyna się seria niefortunnych zdarzeń.

Sam opis, nie jest jakoś bardzo zaskakujący, a jeżeli już spojrzymy na tytuł, to wiemy że będziemy mieli styczność z przysłowiowym wybrańcem, a raczej wybrańcem o płci pięknej. I w tym przypadku nie mam nic do zarzucenia, w końcu oklepany motyw i opis nie może nas nastrajać na złą lekturę. Wiele dobrego się o niej nasłuchałam i naczytałam, więc nie miałam obiekcji przez tym by po nią sięgnąć. Możliwe, że to właśnie okładka przemówiła do mnie najbardziej, bo mogłabym jej nadać miano, jednej z piękniejszych okładek (w dodatku w twardej oprawie), które do tej pory widziałam. Następnie gdy zgłębiałam się w tekst, ziewaniu nie było końca.

Nie wiem co inni widzą w tej historii. Oczywiście sama reklama, jak i informacje o Autorce nastrajają nas pozytywnie, ponieważ któż z nas nie chciałby przeczytać czegoś poniekąd polskiego? Autorka wychowała się na polskich bajkach i baśniach i czuć to w tekście. Nie odznacza się to tylko w imieniu bohaterów, ale w ogólnej atmosferze i stylu, który przywodzi na myśl stare baśnie, ale w nieco rozszerzonym formacie.

Zapewne jest to pierwsza tak krytyczna opinia o tej książce, ale ja nigdy nie idę za tłumem. Ta historia jest po prostu nudna. Pierwszoosobowa narracja nigdy nie jest dla mnie atrakcyjna, a tutaj niestety ją znajdujemy, i Agnieszka jest denerwująca. Wiecznie ubrudzona, niedokładna i narzekająca na wszystko, jest typem bohaterki tragicznej. Wiecznie wszystkich chcę uratować, chociaż nie do końca wie jak się do tego zabrać, a dodatkowo jak się potem okazuje, jest w tym najlepsza. To jest jak z tą sytuacją w szkole, gdy wychodzi osoba z klasy po sprawdzianie i mówi: nie, nie poszło mi kompletnie, a potem dostaje 5. Tak, to taki typ osoby.

Ja nie twierdzę, że moja opinia powinna być wiodąca dla was, jeżeli jeszcze po nią nie sięgnęliście. Zawsze to zaznaczam: mogę się mylić, ale do odważnych świat należy nieprawdaż? Musicie się jednak przygotować na większą ilość opisów niż dialogów. Jedni to lubią, drudzy nie, ja za przydługimi opisami nie przepadam, bo są po prostu nudne. A nawet i dialogi nie ratują tej książki, bo są sztuczne i drewniane jak kora drzewa. Żaden bohater nie ujął mnie za serce, a raczej każdy mnie denerwował na potęgę. Już po stu stronach chciałam rzucić książkę w kąt, ale ciągle miałam nadzieję, że coś się odmieni w tej historii. Niedoczekanie moje.

Jest jeden plus: wykreowany świat. Nie znajdziecie tutaj fantastycznych postaci, bo tak jak wspomniałam jest to walka dobra ze złem, ale w dość mentalnym wydaniu. To takie zło, które czai się nie wiadomo gdzie. Duża część historii poświęcona jest nauki magii i to również zasługuje na zasługę, bo do tych tematów mam po prostu słabość.

Przeciętna historia, która denerwuje co chwilę, czasem zaskoczy, ale to by było wszystko. To od was zależy, czy weźmiecie sobie moją opinię do serca. Radzę wam samemu się przekonać, czy Wybrana wpasowuje się w wasze gusta.

__________________________________

Skorzystam z okazji i poinformuję was o kilku rzeczach:

- staram się przenieść na własną domenę, ale nastręcza mi to wielu problemów, dlatego w tym tygodniu, jeżeli zobaczycie, że tej strony nagle nie ma, bądź pojawiają się błędy, to nie martwcie się - to tylko mój nieprofesjonalizm w radzeniu sobie z zaawansowanymi przenosinami, albo po prostu jest to złośliwość rzeczy martwych,

- dlaczego złośliwość? Dlatego, że założyłam nową stronę, która nie będzie o książkach ;) I tam udało mi się podpiąć domenę bez najmniejszego problemu, tylko tu, na Ujrzeć Słowa, coś mnie Internet nie lubi,

- jeżeli chcecie zajrzeć co ciekawego wymyśliłam na innej stronie, to zapraszam: Myśl przewodnia

Kolejny miesiąc, to musi być kolejne rozdanie. Oczywiście czarne tło, jak i sama okładka zwiastują mroczne rejony i nie mylicie się w tym osądzie. Będzie mroczno i to w dodatku pod ziemią ;)

Mam tylko jedno zastrzeżenie: adres korespondencyjny musi być na terytorium Polski. I to wszystko. 

Forma zgłoszenia i treść zgłoszenia dowolna, ale zamieście w nim swój adres e-mail (w przypadku wygranej, to na was będzie ciążyć obowiązek skontaktowania się ze mną - ups, taki mały psikus ;))

Książkę na rozdanie zapewniło: Wydawnictwo Videograf

Ale jeżeli chcecie być na bieżąco z takimi rozdaniami, to zachęcam was do dodania bloga do obserwowanych, polubienia mojego Intagrama [KLIK], czy polubienia fanpage'a [KLIK]. A może nawet udostępnicie ten post gdzieś dalej? Jednak jest to tylko taka moja mała rada, żaden obowiązek (w końcu skąd będziecie wiedzieć, gdy pojawi się inne rozdanie?).

A jeżeli nie wiecie czy ta książka wam się spodoba to pędźcie do mojej recenzji (fragment poniżej was do niej przeniesie).


To do dzieła moi kochani i dajcie się porwać w świat mrocznej kopalni!

Tytuł oryginału: Mistborn: The Final Empire
Data wydania: 17.06.2015
Liczba stron: 624
Gatunek: Fantastyka
Seria: Ostatnie imperium
Tom: I
Z mgły zrodzony | Studnia wstąpienia | Bohater wieków | Stop prawa | Cienie tożsamości | Żałobne opaski
Wydawnictwo: Mag

Po tej lekturze mogę śmiało stwierdzić, że nadal zbieram szczękę z podłogi. Przyznam, że do Sandersona podchodziłam dość sceptycznie. Próbowałam całkiem niedawno sięgnąć po Drogę królów, ale kompletnie mnie nie wciągnęła, ba, była tak niezrozumiała, że ją sobie podarowałam. Ale jednak seria Ostatnie Imperium jakoś mnie ciągnęła do siebie (kto wie, może za sprawą pięknych okładek?) tak bardzo, że postanowiłam dać mu jeszcze jedną szansę. I jakże się dziś cieszę, że się na to zdobyłam.

Świat pokryty jest popiołem i rządzi nim Ostatni Imperator, niczym bóg. Skaa wiodą niewolnicze życie, dopóki Kelsier nie odkrywa w sobie mocy Zrodzonego z mgły. Gdy na jego drodze staje Vin, niepozorna złodziejka, wie, że świat który zna, można wyzwolić z jarzma Ostatniego Imperatora. Ale czy im się to uda?

Już po pierwszym tomie mogę stwierdzić, że zakochałam się w tej serii bezgranicznie. Wiecie, że nawet się na niej popłakałam? A przecież to tylko fantastyka. Gdzie między różnymi magicznymi umiejętnościami jest miejsce na łzy? Uważajcie, bo się jeszcze zdziwicie. Nie powiem, że łatwo się w nią wkręcić, bo to byłoby kłamstwo. Ale sam początek nie zwiastuje tak wielkiej dawki emocji. I nie ma w ogóle wpływu na to, że czytałam ją trzy tygodnie. Nie myślcie, że tak wolno czytam, ale naprawdę się rozkoszowałam tą lekturą i to bardzo mocno.

Nie ma co Sandersona porównywać do innych wielkich Autorów. Już po jednej książce wiem, że będę chętnie sięgać po inne jego serie i nie odpuszczę, aż nie przeczytam ich wszystkich. Nie oszukujmy się, jego książki to zazwyczaj tak wielkie cegły, że możecie poczuć się znużeni tylko gdy na nie patrzycie, ale uwierzcie, że warto się zagłębić w tym świecie. Jest nieprzewidywalny, bohaterowie są ulepieni z tak cudownej gliny, że czujemy się jakby to byli nasi bracia i siostry.
Nasza wiara jest często silniejsza wtedy, kiedy powinna być najsłabsza. Taka jest natura nadziei.
Uwielbiam historie, które nie są zwykłą opowiastką, ale są tak nawarstwionymi spekulacjami i detalami, że dany świat wydaje się autentycznym. Magiczne moce stworzone za pomocą metali, to strzał w dziesiątkę. Wszelkie opisy nie nastręczają problemów i nawet nie zauważycie, gdy będziecie wiedzieć, że właśnie należy spalić cynę z ołowiem, a jeżeli was będzie stać to i atium.

Chociaż mamy tutaj jeden główny wątek, to tak naprawdę jest tu tyle historii pobocznych, że nie mam pojęcia jak to się wszystko trzyma kupy, a jednak. Bohaterów pokochacie od pierwszego wejrzenia, wszelkie pomysły są sypane jak z rękawa, a przede wszystkim, wydarzenia potrafią zaskakiwać, niestety czasem rozrywając nasze serca. To nie jest wesoła historyjka, ale też nie jest przesadnie smutna; podczas jej czytania doświadczycie wszelkich możliwych uczuć, od radości, po złość i kończąc na smutku. Po tej książce można mieć sporego kaca, ale ja mam te szczęście, że kolejny tom już na mnie czeka – bez tej myśli, nie wytrzymałabym chociaż chwili.

To pozycja z rozmachem, fajerwerkami, bitwami, a nawet i zakradł się tu romans. Wszystkiego po trochu, ale w niebywały sposób wyważone i dopasowane. Każdy fan fantastyki będzie zadowolony – tego jestem pewna.
- To jest właśnie ta zabawna sprawa z przychodzeniem dokądkolwiek - rzekł, mrugając do niej. - Kiedy już tam jesteś, właściwie możesz zrobić tylko jedno: wyjść znowu.
Tytuł oryginału: Wer hat das Rind zur Sau gemacht? Wie Lebensmittelskandale erfunden und benutzt werden
Data wydania: 27.04.2016
Liczba stron: 288
Gatunek: Poradnik / Zdrowie
Wydawnictwo: Znak Literanova
Ta książka może przerazić i to w taki sposób, że po jej przeczytaniu nie pozostaje nam nic innego jak zamknąć się w domu, wyłączyć telewizor i zacząć uprawiać własne pole. Powiem wam, że zawsze podchodzę dość sceptycznie do książek poniekąd naukowych. Zawsze myślę, że może to być albo wielka nuda, albo coś całkowicie odwrotnego i zrewolucjonizuje moje myślenie. Jak na mnie wpłynęła lektura Kto podkłada nam świnię? Otworzyła mi oczy na kilka spraw, ale jednocześnie wiem, że nie da się z nimi walczyć.

Przestałeś jeść frytki i czipsy, bo uwierzyłeś, że dostaniesz od nich raka?
Znów wydałeś kupę pieniędzy na jajka z eko hodowli, bo są zdrowsze od tych ze sklepu?
Stosujesz się do wszystkich rad speców od zdrowego żywienia, a wcale nie jesteś ani zdrowszy, ani szczęśliwszy?
Jeśli odpowiedziałeś twierdząco na któreś z powyższych pytań, ta książka jest dla ciebie.*

Książka nie jest długa, bo liczy sobie ponad 200 stron, w dodatku nie są to takie treści, że musicie je w danej chwili przeczytać od deski do deski. Możecie zainteresować się wyłącznie niektórymi rozdziałami, a powiem wam, że wybór jest niemały. Chociaż ta pozycja w Niemczech została wydana w 2012 roku, to jednak wiele tekstów ma swoje odzwierciedlenie w dzisiejszych czasach.

To pozycja dla ludzi ciekawych świata. Dla takich, którzy podchodzą dość sceptycznie do życia. Bo jednak pomimo wszystko wiemy, że Internet i telewizja często jest przekłamana i zależy im tylko na oglądalności i wyświetleniach. Odpowiednio segregują informacje, często gęsto pomijając informacje bardzo ważne. To książka o jedzeniu i całym procesie dotyczącym żywności. Nie twierdzę, że każdy powinien ją przeczytać, pomimo, że jest to łatwa lektura, napisana przystępnym, czasem humorystycznym językiem, więc dzięki temu, pomimo treści dość naukowych, jest zrozumiała i chętnie brniemy w treść dalej, to jednak może czasem lepiej nie wiedzieć o różnych intrygach?

Szczepienia, produkty bio, różne grypy, to mały procent tematów, które jesteśmy w stanie tu znaleźć. Tak jak wspomniałam, ta lektura jest przerażająca, ponieważ nie są to fakty wyssane z palca – na końcu książki znajdziecie 30 stron bibliografii, stąd też wydaje się to być profesjonalnym zbiorem faktów.

Czy taka lektura sprawi, że przestaniemy myśleć o świńskich grypach, nie kupimy bio ziemniaków, czy ostatecznie zaczniemy uprawiać własne warzywa? Sądzę, że nie. W tej książce zawarte jest wiele prawd, które ukazują jak bardzo jesteśmy mamieni przez media, jak łatwo da się manipulować danymi, a przede wszystkim jak państwo ma wpływ na te wszystkie grzeszki. Tej machiny nie da się zatrzymać, a nam pozostaje jedynie racjonalne podejście do tematu. Nie dajmy się zwariować – nie wrócimy już do czasów, gdy cała rodzina pracowała cały rok na roli. Teraz pozostaje nam czekać, aż zaczniemy świecić w ciemności.
Jest tak, jak pisze niemiecki poeta Eugen Roth: „Jakiż jest dla lekarza najgorszy uczynek?
a) uzdrowienie, b) wieczny spoczynek. Dlatego konsekwentnie leczy z tym planem, by utrzymać nas między jednym a drugim stanem”.
* opis pochodzi ze strony wydawcy
Za tę lekturę dziękuję: Znak Literanova
Data wydania: 16.03.2016
Liczba stron: 336
Gatunek: Thriller
Wydawnictwo: Videograf
Zobaczyłam w opisie, że będę się czołgać pośród węgla, więc nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności. W końcu Śląsk węglem stoi, nie wspominając już o tym, że gdy tylko zerknę przez okno, to widzę kopalnię. Pomysł Wojciecha Bauera wydał mi się intrygujący, tym bardziej gdy jest to sąsiad z pobliskiego miasta.

Thriller kryminalny z elementami ezoterycznymi, osadzony w nietypowym środowisku kopalnianych podziemi. Kiedy na jednym z szybów zostaje znalezione ciało młodej pani inżynier, nikt nie przypuszcza, że to początek serii nagłych zgonów. […] Kiedy ujawniają się kolejne morderstwa, wśród górników narasta atmosfera grozy i strachu. W egzotycznym dla czytelników środowisku rozgrywa się pojedynek z przeciwnikiem, który uważa kopalnię za swoje królestwo…*

Zacznę od tego, że to te elementy ezoteryczne i wspomniana kopalnia mnie przekonała do tej lektury. W końcu prawie jest to mój własny dom, więc wiem, w czym poniekąd będę brodzić. Dla wielu może odrobinę przeszkadzać śląska gwara która gdzieniegdzie się tu wkrada. Ja osobiście podeszłam do tego tematu dość sceptycznie i poniekąd się zawiodłam, ponieważ niektóre zwroty były nie do końca śląskie. Sama nie godom gwarą śląską, ale słyszę ją każdego dnia i wiem z czym to się je. Zapewne dla goroli (osób mieszkających poza Śląskiem) takie nawiązania do gwary mogłyby być nieco uciążliwie, więc Autor postanowił przedstawić niektóre sytuacje klarowniej. Ale dla mnie było tego za mało, a czasem wręcz wyglądało to dość przerysowanie.

Co tyczy się głównego wątku i pomysłu, to muszę przyznać, że to dobrze napisana historia, która ma w sobie nutkę horroru i thrilleru, który może zjeżyć włos na głowie – w końcu o to w tej historii chodzi. Sam wątek kryminalny wydał mi się trochę rozwleczony, ale miejscami na tyle ciekawy, by chcieć ciągle sięgać dalej w treść.

Nie myślcie, że to zła książka, bo tak wcale nie jest, tylko momentami musiałam ją odłożyć na bok, bo pojawiające się opisy, mogły czasem znużyć. To jedna z takich lektur, których nie potrafię do końca opisać i ostatecznie ich scharakteryzować, ponieważ są w tej pozycji plusy i minusy, które ostatecznie się równoważą.

Dla ludzi ze Śląska, to będzie nie lada gratka, a dla tych spoza granic tego węglowego województwa, może się okazać miłym smaczkiem. Tylko pamiętajcie, nie czytajcie jej wieczorami, bo kto wie, czy między nogami nie zobaczycie małych wierzgających myszek. 

*opis pochodzi ze strony wydawcy
Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Videograf

Kolejne święta za nami, miesiąc przeminął raz dwa, a ja nawet nie wiem kiedy to wszystko się wydarzyło. To jest straszne, czy z każdym kolejnym rokiem czas będzie mijał coraz szybciej i zanim się spostrzegę, to już będę starą babuszką? Dobra, koniec dekadencji. W końcu zawędrowaliście tu by poznać moje nabytki z marca. A więc zapraszam:

Egzemplarze recenzenckie


Włosiński Jacek - Recykling [Warszawska Grupa Wydawnicza] Poniekąd dobry pomysł, ale wykonanie niestety nie powaliło na kolana.
Łokuciejewska Ewa - Prawdziwy koszmar [Warszawska Grupa Wydawnicza] Ta lektura mnie zaskoczyła i to pozytywnie. Takich książek więcej proszę!
Grinn Rupert - Twórcy [Warszawska Grupa Wydawnicza] Zawiodłam się na tej lekturze, a mogło być naprawdę dobrze.
Kacper Bębenek - Mannumiterra [Warszawska Grupa Wydawnicza] Drugie wydanie jednej z moich ukochanych książek. Wiecie, że możecie zgarnąć ją w rozdaniu o tu?: KLIK
Whaley John Corey - Chłopak, który stracił głowę [Otwarte] Dotarł do mnie finalny egzemplarz, a w nim moja rekomendacja! Cudna pozycja, czekajcie niecierpliwie na premierę (13.04)!
Reynard Sylvain - Raven [Akurat] Ten miesiąc był pełen zawodów. Wampiry może i ok, ale zdecydowanie recenzje innych nie oddają jej słabego charakteru.
Pollmer Udo - Kto nam podkłada świnię? [Znak Literanova] Przedpremierowa pozycja, którą właśnie czytam i bardzo mnie zaskakuje. Jest o wielu sprawach dotyczących żywienia, o których wam się nawet nie śniło. Recenzja już wkrótce.
Bauer Wojciech - Pora chudych myszy [Videograf] Właśnie ją czytam i przyznam, że jest ciekawie.
Rutkoski Marie - Zdrada [Feeria Young] Drugi tom i poniekąd się zawiodłam. Nie wiem czy to moja zła passa ostatnio, ale potrzeba mi jakiejś dobrej lektury.
Walton Leslye - Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender [SQN] Ustawiam ją w szeregu dość pośrodku, ponieważ nie do końca mi się podobała, ale miała w sobie coś szczególnego.
Łukawski Jacek - Krew i stal [SQN] Jak na debiuty, to bardzo mocny start, ciekawe co będzie dalej.
Geheinheart Dan - Cała prawda [Bukowy Las] Nie powaliła mnie na kolana, ale była dość dobra. Ot tak na jeden wieczór.
Sheridan Mia - Bez słów [Otwarte] Nie pokochałam jej tak jak inni, ale zdecydowanie warto ją przeczytać.

Zdobycze prawie własne


Mead Richelle - W szponach mrozu [Nasza Księgarnia] Bo ze mną tak jest. Tę serię pokochałam chyba w 2012 roku, gdy jeszcze nie było o niej głośno. Później ją wymieniłam i postanowiłam do niej wrócić, tylko jak to zwykle ze mną bywa, muszę się obudzić wtedy, gdy nakład został wyczerpany. Może kiedyś, za 100 lat, znowu uda mi się ją uzbierać, w dość przystępnej cenie...
Doyle Arthur Conan - Pies Baskervillów [Aldo] Nareszcie mam cały cykl w tym wydaniu!
Sanderson Brandon - Stop prawa [MAG] Prezent świąteczny od Anety, którą serdecznie pozdrawiam. Może nie jest w nowej oprawie, ale przynajmniej będę mogła zachować ciągłość w czytaniu.
Sanderson Brandon - Studnia Wstąpienia [MAG] Tu mój chłopak, mnie mocno ukochał, i na dzień kobiet zamiast kwiatka, otrzymałam dwa kolejne tomy Sandersona. Pierwszym tomem długo się rozkoszowałam, ale teraz właśnie zabieram się za tom drugi.
Sanderson Brandon - Bohater Wieków [MAG] jw.
Bishop Anne - Srebrzyste wizje [Initium] Szkoda aż ją pokazywać. Tę pozycję przeczytałam dawno temu i teraz nadarzyła się okazja, by ją tanio kupić, jak się okazało, zużycie jej jest dość znaczne, no cóż. Muszę teraz cierpieć. O mocno używanych książkach na pewno za niedługo pojawi się pewien post...