Patrzeć nie znaczy widzieć

A czy Ty potrafisz ujrzeć słowa?
Znajdź mnie
Data wydania: 01.03.2016
Liczba stron: 190
Gatunek: Powieść obyczajowa
Wydawnictwo: Warszawska Grupa Wydawnicza

Depresja to bardzo zwodnicze zaburzenie. I zazwyczaj wtedy, gdy nie mamy z nią za wiele wspólnego w życiu, to uważamy, że to nie może być choroba, a że są to tylko wymysły i proste tłumaczenia. Jednak Ewa Łokuciejewska ukazuje jej realia w dość nieoczywistej odsłonie.

Ewa choruje na depresję i z własnej woli pozwala się zamknąć w szpitalu psychiatrycznym. Czy jesteście gotowi na opowieść o tym, czego nie widać?

Zaskoczyła mnie ta pozycja, ze względu na to, że jest inna niż wszystkie. Podążamy za główną bohaterką nie tylko w jej podróży, ale spacerujemy z nią po jej własnych myślach. Dzięki temu, możemy z innej perspektywy spojrzeć na osobę, której przyjacielem jest depresja. I pomimo, że ta pozycja nie grzeszy objętością, to jest przepełniona tak wielką ilością prawdy, że nie sposób jej odmówić wyjątkowości. Nie sądzę, by była to lektura na parę chwil, w nią należy się wczytać, może nawet odpowiednio do niej przygotować, stąd też nie jest to zwykła opowiastka jakich wiele.

Nie jestem zwolenniczką narracji pierwszoosobowej, a jednak ta do mnie przemówiła, ponieważ dzięki niej, dostrzegamy jak zwykła czynność, może wpływać na osobę, która zmaga się z depresją. Jakie myśli mogą się kotłować w takiej osobie? Bardzo wiele. Może wydawać się że są one monotonne, ale chyba tak wygląda świat widziany oczami osoby, która nie chce zobaczyć w swoim życiu kolorów. Nie chce czy jednak nie może?

To ważna literatura dla każdego i chociaż nie jest łatwo przez nią przebrnąć, to sądzę, że warto. Tym razem mała objętość wyszła na plus i pozwala nam dawkować tę treść jeszcze na mniejsze kawałki, bo naprawdę, nie da się jej połknąć na raz.

Realia egzystencji (bo życiem tego nazwać nie można) w szpitalu psychiatrycznym, są oddane realistycznie, stąd też na naszym ciele niejednokrotnie przebiega dreszcz zawahania i niedowierzania. Styl Autorki jest przystępny i widać, że nie jest to pierwsza koncepcja, która wyszła jej z głowy.

Czy myśli głównej bohaterki są alter ego samej Autorki? Nie wiem, nie potrafię tego jasno określić, ale zarazem jeżeli ktoś nie przeżył w życiu stanu w którym dopadła go ta choroba, to nie sądzę by był w stanie napisać tak mocno poruszającej książki. Może nie poruszającej naszych łez, strachu, czy innych odczuć, ale dotyka nas w tak specyficzny sposób, że jednym słowem, którą mogę ją opisać to: niedowierzanie. Ale potrzebne niedowierzanie.

Za tę lekturę dziękuję: Warszawskiej Grupie Wydawniczej

Stała się rzecz straszna, zmieniłam koncepcję zdjęć na Instagramie i ludzie przestali mnie obserwować i nie udzielają się tak jak wcześniej. Co mam teraz zrobić?

Myślałam, że popłaczę się ze śmiechu, gdy zobaczyłam taki wpis na Instagramie jednej z osób, które obserwuję (oczywiście musiało to zaowocować odlubieniem, czy jakoś tak). Byłam zszokowana takim wpisem - czy naprawdę w dzisiejszych czasach, liczą się tylko cyferki? Jest to waluta o jakiej nie wiem? Może wy mi to wytłumaczycie?

Cyferkowcy i ich cyferki

Oczywiście cyferki na początku się liczą, w wielu sprawach. Zaczynasz prowadzić bloga, to wtedy każdy komentarz i wyświetlenie cię raduje, bo wiesz, że gdy nazbierasz ich odpowiednią ilość, to możesz ruszać szturmem do wydawców. Ja nawet po takim stażu jaki tu mam, cieszę się najmniejszą waszą aktywnością, nawet gdy jest to jedno wyświetlenie – to znaczy, że chcecie czytać, to co dla was piszę. Ale czy gdyby się okazało, że w pewnym dniu nie mam wyświetleń tyle co zeszłego dnia, to znaczy, że nie chcecie mnie już znać? Nie - sądzę, że to musi być jakaś szalejąca apokalipsa na zewnątrz, o której ja, jak zwykle nic nie wiem.

Zaczęłam więc zastanawiać się nad tym pokoleniem cyferkowców (ale fajną nazwę wymyśliłam, nie?). Jak wiele musi dla nich znaczyć świat Internetu, każdy unsub, unlike i inne un-y mogą spowodować u nich nieodwracalne szkody psychiczne, a o fizycznych już nie wspomnę.

Antydepresanty poszukiwane

Jest to smutne wiecie? Bo w jakim świecie przyszło mi żyć. Myślicie, że mogę być wykluczona ze społeczeństwa, ze względu na to, że mam mało obserwujących, a moja domena nie jest prywatną domeną, tylko jakimś tam blogspotem? Nie wiem jak teraz poradzę sobie w życiu wiedząc, że w każdej chwili może wam się nie spodobać to co właśnie piszę. Zakupienie antydepresantów, na pewno byłoby dobrym pomysłem. Wiecie może gdzie kupię je z dostawą do domu?

Cyferkowcy mnie przerażają na każdym kroku. Boję się nawet wypowiadać u nich, bo może się okazać, że nie trafiłam w sedno z komentarzem, nie zaprosiłam nikogo do polubienia danej strony, to na pewno spotka mnie nieszczęście. Na wszelki wypadek odmówię kilka zdrowasiek.

Fejmowcy

Nawiązując do książkowych spraw - to samo tyczy się fejmowców. Znam kilku takich. Piszą super recenzję książki, która niezbyt im się podobała, ale w końcu to pierwsza książka, którą dostali od wydawcy, to muszą się pokazać z jak najlepszej strony. Albo wiem! Jeszcze lepszy przykład: wiedzą, że będą mogli napisać rekomendację na okładkę, więc niezależnie od tego, jaka ta książka będzie, to strona z synonimami idzie w ruch aż się kurzy. To samo tyczy się patronatów, gdzie trzeba już wcześniej określić się z umieszczeniem logo na książce, a treści nawet się nie czytało – ale nie ważne, liczy się rozgłos i reklama.

Ludzie, dorośnijcie. Smutny ten wasz świat, żałuję, że w takim świecie muszę żyć - użerać się z cyferkowcami i fejmowcami. Ale przyznacie, czasem jest śmiesznie…
Data wydania: 01.03.2016
Liczba stron: 240
Gatunek: Fantastyka
Wydawnictwo: Warszawska Grupa Wydawnicza
Nie wiem dlaczego ale po samym opisie, na który natknęłam się na samym początku, pomyślałam, że coś mi tu trąca Dawcą (obejrzałam tylko film). I nawet po przeczytanej lekturze nie mogę jasno stwierdzić, czy coś wspólnego Twórca i Dawca ma ze sobą, bo niestety do książek Loisa jeszcze nie dotarłam.

Jest rok 2660. Ludzie żyjący w różnych wszechświatach nie są szczęśliwi – ich życie jest zautomatyzowane i pozbawione wszelkich emocji. Już od pierwszych dni życia zażywają preparat, który zabija w nich zdolność kreacji oraz odczuwania. Zwolenników prawdziwego człowieczeństwa jest niewielu. Chcą nadać światu inny wymiar, ale ceną jest zgładzenie miliardów ludzi…*

Głównym moim zarzutem, jaki mogę wystosować po skończonej lekturze jest to, że brak tu różnorodności. Odnoszę to oczywiście to stylu i języka, który przedstawił Rupert Grinn w Twórcach. Pozycja liczy sobie lekko ponad dwieście stron i myślę, że na takiej objętości nie może pojawiać się schematyczność, a przede wszystkim powtarzalność. Widać ją w zachowaniach bohaterów, w słowach, których używają. W niektórych przypadkach przydałby się po prostu słownik synonimów. Ale pomimo tego, nie jest najgorzej. Serio.

Sam zamysł jest dość ciekawy i nietuzinkowy, pomimo tego, że jak na wstępie wspomniałam: już gdzieś coś podobnego słyszałam. Ale w dzisiejszych czasach ciężko o jakąkolwiek oryginalność w jakimkolwiek temacie, więc te przeczucia co do zamysłu mogą się objawiać tylko u mnie.

Wracając do Twórców: nie jest to najgorsza książka jako debiut, ale również nie najlepsza. Nie ma w niej większych błędów w tekście, natomiast znajdzie się kilka błędów logicznych, które czasem wyprowadzały mnie z równowagi. Bohaterowie to ta sama bajka w tej historii. Nie zaskakują, czasem zachowują się dość irracjonalnie, niektóre zachowania są dość sztuczne niestety.

Myślę, że zamysł tej książki i sam pomysł, można by podzielić na trylogię, nawet sagę, rozpracować go na drobne składniki, a nie utworzyć dość szerokie streszczenie. Coś w stylu: co wpadnie do głowy to to napiszę; tu wytnę kilka wydarzeń, tu nie wiem co napisać, a to napiszę już o wydarzeniach miesiąc później. Sam świat wykreowany przez Autora ma duży potencjał.

Skoro to debiut, to nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Autorowi przyszłych sukcesów, ciągłego kształcenia w tym kierunku i doskonalenia warsztatu. Dzisiaj sam pomysł  nie jest za dużą wartością dodaną, ale warto ją mieć, a Rupert Grinn na pewno ja ma, tylko musi sprostać się z tym moim kubłem zimnej wody, a kto wie, może kiedyś ujrzę jego inne, lepsze dzieło?

* opis pochodzi ze strony wydawcy
Za tę lekturę dziękuję: Warszawskiej Grupie Wydawniczej
Tytuł oryginału: The Raven
Data wydania: 16.03.2016
Liczba stron: 512
Gatunek: Fantastyka / Erotyka
Seria: The Florentine
Tom: I
Raven | The Shadow
Wydawnictwo: Akrat
Jeżeli mogę określić Raven jednym zdaniem to: spodziewałam się czegoś lepszego. Wiecie, nie przepadam zbytnio za tym, gdy jest bardzo dużo recenzji przedpremierowych, ponieważ wtedy zazwyczaj tak napalam się na daną książkę, że mi wstyd. Potem wstydzę się jeszcze bardziej, gdy książka okazuje się marna.

Raven porusza się o lasce i dodatkowo nie jest najchudszą kobietą we Florencji. Zajmuje się restaurowaniem obrazów. Wszystko się zmienia, gdy pewien przystojny mężczyzna ratuje ją z opresji, tylko, że ona nawet tego nie pamięta. Jakim cudem jej noga już jej nie dokucza, jest szczupła i piękna? Co z tym wszystkim ma wspólnego książę?

Gdy zobaczyłam objętość tej pozycji, na samym początku się przeraziłam. Jednak tak ubóstwiam wszelkie historie o wampirach, że nie mogłam jej sobie podarować. Dawno nie czytałam czegoś o krwiopijcach, stąd też wybór był nieskomplikowany. Sylvain Reynard to pseudonim, i nie wiemy czy ukrywa się pod nim mężczyzna czy kobieta. Ja stawiam, że jest to mężczyzna. Dlaczego tak sądzę? Bo trochę czuć w stylu taki wydźwięk. Ja zawsze mam nosa do takich spraw, ale nie zdawajcie się na mnie.

Wracając do Raven. Początek jest dość koszmarny. Bardzo ciężko przez niego przebrnąć, by dobrać się wreszcie do treści, które nas elektryzują i ciekawią. Autor bawi się w półsłówka i urywane myśli bohaterów, by na samym początku nie zaserwować nam wszystkich informacji. Osobiście lubię takie zagranie, ponieważ wpływa to na naszą wyobraźnię i chętnie dzięki temu brniemy dalej w treść. Tylko jakoś ta tajemnica i niedopowiedzenia na początku mnie denerwowały. Sprawiały wrażenie zbyt ogólnych, by móc zaciekawić.

Dopiero gdy do gry wkraczają wampiry, to wtedy zaczyna się dziać, ale znów, nie na tyle, bym była usatysfakcjonowana. Pomimo tego, że Raven jest promowana jako erotyk z fantastycznym podszyciem, to erotyku to aż tak dużo tu nie ma. Więc nie napalajcie się na ten wątek za bardzo, tym bardziej, że mnie on osobiście nie rozpalił. Cała ta miłość między człowiekiem i wampirem, jest nam już bardzo dobrze znana i nic do niego nie mam, ale koszmarny charakter Raven zepsuł całą otoczkę.
- Mówisz, że żaden mężczyzna nigdy cię nie pragnął, ale kiedy któryś naprawdę cię pragnie tak bardzo, że gotów jest dla ciebie ryzykować wszystko, ty wmawiasz sobie, że to kłamca.
Podoba mi się fakt, że Autor starał się stworzyć kobietę nieidealną, dodatkowo w treści tłumacząc dlaczego rubensowskie kształty są tak pociągające. To dość nietypowe zagranie, ale charakter tego psuje okładka. No bo jeżeli Raven nie jest idealna, to kto w takim razie jest na okładce? Przecież zawsze jest tak, że poniekąd utożsamiamy postacie z okładki z bohaterami w książce. Zagraniczna okładka jest w tym przypadku o wiele lepsza. Co tyczy się samej bohaterki. Jest tak niezdecydowana, i tak denerwująca, że miałam jej dość. Wręcz nienawidzę niezdecydowanych bohaterów, a gdy jest to główna bohaterka, to tym bardziej. Na jednej stronie kogoś kocha, a potem z błahych powodów postanawia go porzucić. William jako wampir wypada w tej historii nieco lepiej, ale to też nie jest postać, którą pokochałabym całym sercem.

Czy polubiłam styl Sylvain Reynard? Nie za bardzo. Wszystko dlatego, że nie umiem się w niego wkręcić. Czasami tak dobrze wszystko opisuje i prowadzi akcję ciekawie i nietuzinkowo, by potem przez kilkanaście stron przeprowadzić wyłącznie dialogi, które w pewnym momencie były już nużące.

Ale na plus zdecydowanie jest świat wampirów i całe jego przedstawienie. Ta wersja bardzo mi się podoba i nadal czekam z utęsknieniem, by dowiedzieć się nieco więcej o przeszłości Williama. Chyba tylko z tego względu byłabym ciekawa kolejnego tomu. Czy więc polecam? Nie wiem. Jak to się mówi: szału nie ma.

Za tę lekturę dziękuję: wydawnictwu Akurat
Data wydania: 01.03.2016
Liczba stron: 88
Gatunek: Fantastyka / Sci-fi
Wydawnictwo: Warszawska Grupa Wydawnicza
Znów powróciłam do krótkiej formy, która z jednej strony jest skonstruowana jako książka, ale z drugiej sprawia wrażenie dłuższego opowiadania.

Spokojne życie mieszkańców Zakrętów zakłóca pojawienie się na niebie tajemniczego obiektu. Wkrótce z pobliskiego wysypiska zaczynają znikać śmieci. Jacek rozpoczyna prywatne dochodzenie. Odkryte fakty są przerażające. Nieznana siła zaczyna siać spustoszenie i obracać w pył ludzkie siedliska. Czy ludziom uda się przetrwać i znaleźć skuteczną broń do walki z zagrożeniem?*
- Panie władzo, na naszym wysypisku znikają odpady.

- To chyba dobrze. Co mi pan tu z głupotami wydzwania? Macie chociaż problem z głowy.
Ta pozycja niestety nie powaliła mnie na kolana. Już na samym początku czułam lekkie zgrzyty, w sposobie prowadzenia narracji, czy ukazywania opisów i dialogów. Nie zachęcały mnie zbytnio do sięgnięcia dalej, ale brnęłam w tej lekturze, by poznać odpowiedź na tę tajemnicę, która została zaserwowana w opisie. I muszę przyznać, pomysł na stworzenie tej historii był prosty, ale zarazem nietuzinkowy. Jednak to wykonanie zepsuło całą aurę, która w tej historii mogła mnie zaskoczyć.

Z głównym bohaterem jakoś nie było mi po drodze. Był taki, hm... bezpłciowy? Po przeczytanej lekturze, nie odczułam z nim żadnego przyciągania, ani tym bardziej nie sądzę, by zapadł mi na dłużej w pamięć. Zbyt krótka proza, by Autor mógł sobie pozwolić na niektóre wydarzenia, które się tam znalazły. Nie wiem czy jest to za sprawą tego, że nie było pomysłu jak rozwinąć niektóre wątki, czy była to próba zmierzenia się Autora z prozą.

Jeżeli się nie mylę, jest to debiut prozatorki Autora i miło widzieć, gdy ktoś chce coś wydać, ale powinien on jeszcze popracować nad stylem. Bo pomimo tego, że nie zauważyłam błędów w tej krótkiej historii, to brak jej polotu i świeżości, która skłaniałaby do zainteresowania tą pozycją. Zmarnowany pomysł - to chyba dobre określenie.

Szkoda również zakończenia tej historii, która była przewidywalna i sztampowa. Autor musi jeszcze popracować nad wieloma rzeczami, ale jeżeli posiada takie pomysły jakie zawarł w Recyklingu, to warto je realizować i ciągle poprawiać, dodawać nowe wątki (ale bez przesady). Nie jestem znawczynią pisania, ale ta historia mogła być dobra, gdyby była dłuższa. Kto wie, może następna pozycja Autora będzie obszerniejsza?

* opis pochodzi ze strony wydawnictwa
Za tę lekturę dziękuję: Warszawskiej Grupie Wydawniczej
Tytuł oryginału: Noggin
Data wydania: 13.04.2016
Liczba stron: 350
Gatunek: Dla młodzieży / Science-Fiction
Wydawnictwo: Otwarte

Prawdopodobnie pod koniec 2017 roku zostanie przeprowadzona pierwsza próba (miejmy nadzieję udana) przeszczepu ludzkiej głowy do innego ciała. Muszę przyznać, że dla mnie jest to zarazem przerażające, ale i arcyciekawe. To taka rozbieżność pomiędzy różnymi uczuciami, bo nie do końca wiem jak się do tego wszystkiego odnieść. Czy jeżeli operacja się uda to czy będzie to już odrobinę za blisko wyniszczającego dla nas postępu medycyny, czy wręcz przeciwnie, okaże się to milowym krokiem dla naszego przyszłego świata?

Travis ma 16 lat, dziewczynę, przyjaciela, ale również nieuleczalnego raka. Z pomocą przychodzi mu eksperymentalna operacja, w której jego głowa zostanie przeszczepiona do innego ciała. Staje on więc przed wyborem, czy dać się zamrozić, a raczej wprowadzić jego głowę w kriomedyczny sen i czekać, aż nauka będzie na takim poziomie by móc przeprowadzić taka operację, albo powoli w agonii przeżyć ostatnie chwile. Postanawia on zaryzykować i na całe szczęście już po pięciu latach może on się cieszyć drugim życiem, tylko czy te życie jest takie jakie powinno? Jakim cudem jego dziewczyna ma narzeczonego, a rodzice chyba coś przed nim ukrywają.
Niektórzy ludzie mówią, że umieranie w samotności jest gorsze niż sama śmierć. Może powinni spróbować samotności za życia. 
Chłopak, który stracił głowę to lektura na czasie, w końcu na początku przedstawiłam wam prawdziwą nowinę z tej dziedziny. Ciężko poukładać sobie w głowie taką sytuację, ale przeczytać o niej jest stosunkowo prosto. John Corey Whaley postanowił więc ukazać tę informację, z całkowicie innego punktu widzenia. W tej książce, poniekąd przeznaczonej dla młodzieży, konfrontujemy uczucia i zachowania takiej osoby, która przecież zamknęła oczy tylko na chwilę, ale cały świat na niego nie czekał. Jak wiele może się wydarzyć w życiu, w ciągu pięciu lat? Oj wiele.

Największym plusem tej historii, to zdecydowanie humor. Nie ma możliwości, byście się nie uśmiechnęli przy niej, a może nawet będziecie się przy niej śmiać. W końcu mamy do czynienia z nastoletnim bohaterem, więc nie będzie on podchodził do życia przed operacją, a co dopiero po operacji, ze stoickim spokojem, dorosłym spojrzeniem na całą sytuację, a nawet i ze zrozumieniem. On nie rozumie dlaczego tak ma być. Stąd też ta lektura jest swoistym poradzeniem sobie ze zmianami, na które bohater nie ma wpływu. I sądzę nawet, że jeżeli odsuniemy na bok historię z przeszczepem, to ukaże nam nastolatka, który stara się zrozumieć otaczający go świat, a przede wszystkim, jak nie dawać za wygraną.

Świat zawsze nie jest taki jakbyśmy tego chcieli. Stąd też wydźwięk tej historii jest taki uniwersalny, a zarazem niepowtarzalny. Ta historia zdecydowanie spodoba się osobom, które lubią styl Johna Greena, nie twierdzę też że to ten sam typ, ale dość tożsamy, jeżeli przyrównamy ją do nietypowych historii nastolatków i ich problemów.
Zdaje się, że wcale nie trzeba tak do końca umrzeć, żeby zostać uznanym za zmarłego. 
Sam Travis zdobył moja sympatię, ze względu na jego humor. Jego wypowiedzi i przemyślenia są trafne i zdecydowanie wpasowują się one w nastoletni charakter bohatera. Dodatkowo pokazuje on, jak dążyć do wyznaczonego celu. Może i popełnia błędy, których nie dopuściłby się dorosły, ale przecież on jest szesnastoletnim chłopcem (no dobra, może zgodnie z aktem urodzenia ma 21 lat, ale to tylko papierek, ponieważ pięć lat było dla niego chwilą).

Jedynym minusem jaki nasunął mi się podczas czytania tej książki, to brak naukowego wywodu dotyczącego tej operacji, ale z drugiej strony, może tylko ja jestem tak dociekliwym czytelnikiem? Również opisany świat w swojej konstrukcji nie zmienił się na przestrzeni tych kilku lat, a przecież jak dobrze wiemy, technologia i media społecznościowe zmieniają się tak szybko, że nawet ja za tym nie nadążam. Tego tutaj zabrakło.

Jeżeli szukacie dość śmiesznej, ale i mądrej lektury, przy której będziecie odczuwać odprężenie, to zdecydowanie musicie sięgnąć po Chłopaka, który stracił głowę. I jeżeli myślisz, że żyje się tylko raz, to jesteś w błędzie.
Jasne, że nic nie było w porządku. Ale tak trzeba, prawda? Musimy mówić ludziom, że wszystko jest w porządku, nawet jeżeli to bzdura.
Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Otwarte 
Tytuł oryginału: The Winner's Crime
Data wydania: 17.03.2016
Liczba stron: 408
Seria: Niezwyciężona
Tom: 2
Pojedynek | Zdrada
Gatunek: Dla młodzieży / Romans
Wydawnictwo: Feeria Young

Na tę książkę czekałam z niecierpliwością, a wszystko dlatego, że pierwsza część pozostawiła mnie z tak wielkim niedosytem, że byłam bliska temu, by nawet zakupić ją gdzieś w oryginale. Jednak poskromiłam swoje zapędy i teraz po przeczytanej Zdradzie jestem w dość ciężkim szoku, ponieważ kompletnie nie spodziewałam się tego co otrzymałam.

Po pierwszym tomie trwaliśmy, my jako czytelnicy, w pewnym zawieszeniu i muszę przyznać, z jednej strony chciałam się poskarżyć na Autorkę za ten czyn, ale z drugiej strony gratuluję jej takiego pomysłu. Bo to taki związek miłość-nienawiść. Co będzie dalej z Arinem i Kestrel? Czy Kestrel postąpi wbrew sercu i wyjdzie za księcia?

Już tłumaczę dlaczego jestem w szoku. Ta część nie podobała mi się tak bardzo jak wcześniejsza. Znów wpadłam w ten okropny wir, gdy kontynuacja wydaje się być słabsza od poprzedniczki. Nie mniej jednak miło spędziłam przy niej chwile i były momenty, które powodowały, że chciałam już od razu przewracać kartki na kolejną stronę, by dowiedzieć się co będzie dalej. Jednak skąd poniekąd pojawiło się moje rozczarowanie? Chyba ze względu na ogólną statyczność.

Nie sposób nie porównywać Zdrady do pierwszej części i w moim mniemaniu, w Pojedynku było więcej akcji, romansu i rozterek. Teraz natomiast wkraczamy w szeregi polityki, knowań i cechą wspólną są wspomniane rozterki. Wiem, że drugi tom zawsze jest tym najgorszym, jeżeli mówimy o odczuciach w cyklu, bo zawsze, wręcz zawsze, w drugim musi się coś popsuć w fabule. Coś musi nas zdruzgotać doszczętnie i tutaj też to się stało. Dwójka bohaterów jest bardziej osobno niż razem, a to właśnie to było takie elektryzujące w pierwszym tomie. Tutaj tego motywu brakuje. Oczywiście nie jest to wina braku talentu Autorki, bo widocznie uznała, że tak poprowadzi fabułę i ja nic do tego nie mam.

Może za dużo oczekiwałam? Byłam przyzwyczajona do romansu z polityką w tle i to chciałam dostać, a jednak dostałam coś kompletnie odwrotnego: politykę z lekkim romansem w tle. Ale i tak jest coś magicznego w tej serii, że z niecierpliwością czekam na kolejny tom.

Styl pisania Autorki jest przystępny i każda fanka, a nawet i fan, książek młodzieżowych, będzie odczuwać niemałą przyjemność z jej przeczytania. I jak zwykle muszę was pouczyć, że to może być tylko moje odczucie, a tak szczerze zwracając uwagę na inne opinie, to jestem jedyna, która poniekąd jest Zdradą rozczarowana. Chyba coś ze mną jest nie tak.

Marie Rutkoski ma dar rozwalania serc na kawałki. Końcówka tej historii wgniata w fotel i to właśnie potęguje sytuację, że muszę stwierdzić, że to naprawdę dobry cykl. Każdy z was, kto jeszcze nie poznał twórczości Autorki, zdecydowanie musi to nadrobić. Bo co tam będziecie czytać moje narzekania, sami przeczytajcie i przekonajcie się o wyjątkowości tej serii.
Czasem myślisz, że bardzo czegoś potrzebujesz, a tak naprawdę powinieneś pozwolić temu odejść.
Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Feeria Young 

Pozycję możecie zakupić tu: KLIK
Tytuł oryginału: The Honest Truth
Data wydania: 02.03.2016
Liczba stron: 236
Gatunek: Dla dzieci / Dla młodzieży
Wydawnictwo: Bukowy Las

Gdy tylko przeczytałam opis Całej prawdy, szykowałam się na płaczliwą historię, po której nie będę mogła się pozbierać. Zarazem prosta, klimatyczna okładka oddaje charakter tej książki. Nie jest ona obszerna, ale za to jest pełna prawdy – w końcu sam tytuł na to wskazuje.

Mark jest zwykłym chłopcem. Jednak choroba nigdy nie wybiera dobrze, i tym razem młody chłopiec był na jej celowniku. Postanawia on wyruszyć wraz ze swoim psem i aparatem spełnić marzenie – wspiąć się na pewną górę. I nawet gdyby to miała być ostatnia rzecz którą zrobi w życiu, to zrobi to.

Tak jak wspomniałam, jest to bardzo krótka pozycja. W końcu liczy sobie tylko 235 stron, ale jest to tak przejmująca lektura, że aż miło spędzić przy niej czas. Zaczyna się dość lekko, a przede wszystkim z tajemnicą i to mi się najbardziej podoba, ponieważ stopniowo dowiadujemy się o Marku coraz więcej, ale nie tylko o nim.

Pomimo, że jest to napisana książka przez dorosłego, to czuć w niej powiew młodej osoby. Rozmyślania nie są za bardzo na wyrost, a mają w sobie ten składnik, który pokazuje, że tylko dzieci, czy nastolatkowie mogą mieć w sposobie myślenia całkowitą odmienność.
Nie ogarniam tego: dlaczego ludzie chcą nosić przy sobie coś, co im przypomina, że życie cały czas ucieka?
Oczywiście chcemy czasem dać bohaterowi przysłowiowego klapsa, bo jak mógł on odejść w tak ważnym dla niego momencie, w dodatku nie informując o niczym rodziców, czy swojej przyjaciółki. To książka o wszystkim co ważne w życiu: o miłości, wsparciu, spełnianiu marzeń i przyjaźni.

Nie brak w niej chwil gdy zastygamy w bezruchu. Jednak jest w niej pewien mankament. Z jednej strony czyta się ją szybko i bez żadnych problemów przebiegamy po kolejnych zdaniach, ale jest za krótka. To jest tak jakby wyrywek z całej historii. Można by ją rozbudować o tyle ważnych elementów, że aż szkoda, że ich w niej zabrakło.

Dodatkowo nie mogę stwierdzić do jakiego przedziału wiekowego czytelników ją zaklasyfikować. Dla młodzieży szczególnie ją polecę, dla takich starszaków jak ja, również. Chyba polecę ją wam wszystkim. Czy zapłaczecie? Nie wiem, ja się nie wzruszyłam, ale kilkukrotnie gdzieś w środku mnie coś zakuło.
Czasami płacz jest łatwiejszy, gdy koś płacze z nami, ale czasami to tylko pogarsza sprawę.
Przyjemna lektura na kilka godzin, która ma w sobie wiele prawdy i chociaż nie jest to jedna z tych szczęśliwych książek, bo ma w sobie mnóstwo schodów i podchodów, to jednak warto je pokonać, by odkryć w niej coś nietypowego. Dodatek w postaci różnych haiku tylko spotęgował wrażenie wyjątkowości. Aż nabrałam ochoty napisać własne haiku.

Krótka historia.
Wspaniała na kilka chwil.
Musisz przeczytać.

Za tę lekturę dziękuję: Bukowy Las

Już na wstępie bardzo trudno odpowiedzieć na te pytania. Wszystko za sprawą tego, że z jednej strony Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego i media alarmują, że Polacy czytają mało książek, ba, że wielu z naszej populacji w zeszłym roku nawet nie przeczytało jednej książki, a z drugiej natomiast, sama jestem w tym niszowym kręgu osób, którzy czytają na potęgę. Na ten dzień, 40 osób z was, którzy nie czytają książek, może powiedzieć, że już w tym roku jakąś książkę przeczytało, statystycznie oczywiście. W ciągu prawie trzech miesięcy udało mi się podwyższyć o tyle statystyki na rok 2016.

Bardzo rzadko zdarza mi się podróżować komunikacją miejską. Kiedyś w dawnych młodzieńczych czasach była to moja codzienność. Któż nie uwielbia tego ścisku o poranku i powrotów w godzinach szczytu? Nie mniej jednak moje czytanie zaczęło się zarazem wcześnie, ale nie w pełni. Książki zaczęłam czytać w przedszkolu, w podstawówce biegałam do biblioteki jak szalona, potem jakoś sprawa ucichła, aż do czasów mojej świetności na studiach. Ponownie wkręciłam się w czytanie i do tej pory osiągam dzięki temu niemałą przyjemność.

Jednak wracając do komunikacji miejskiej. Byłam zszokowana tym, że jedynie ja wypełniałam przestrzeń piętnastu metrów autobusu książką. Młodzież i osoby w moim wieku (nie, do młodzieży już zaliczać się nie mogę), były wpatrzone w ekrany smartfonów, oczywiście mogło się zdarzyć, że czytaliby książki elektroniczne, tzw. e-booki, ale jakoś dziwnie ich palec szybko śmigał po ekranie i chyba nie miało to nic wspólnego z czytaniem książek. Trochę mnie to zasmuciło, ponieważ w autobusie usiadłam w takim miejscu, że naprzeciw mnie były drzwi, zatem na każdym przystanku powstawał misz-masz osób wysiadających i wsiadających. Nawet nie wiecie, jak bardzo byłam zdziwiona, gdy to oni zerkali na mnie dziwnym, nieprzystępnym wzrokiem.

Toż to cud! W moich rękach zauważyli książkę i byli wręcz oniemiali. Czułam w środku, że już miał się rozpocząć ten moment, który znamy z dziwnych, czasem dość śmiesznych żartów na temat sytuacji w autobusie, kiedy to wszyscy wstają z siedzeń i wraz z kierowcą zaczynają bić brawo. Tak przynajmniej ja to widziałam w swojej głowie. Ciekawe czy ta sytuacja zapoczątkowała interakcję w ich mózgach, że zaczęli się czuć zażenowani, że to oni nie wpadli na ten jakże hipsterski pomysł zabrania ze sobą książki. Bo pewnie uznali, że ja jej nie czytam, tylko wystawiam się na ten otaczający mnie blask fleszy i multum ukradkowych spojrzeń, dotyczącej makulatury słów zawartych w tym staroświeckim zbiorze.

Czy jesteśmy za bardzo zabiegani by sięgać po książki? Nie wiem. To tylko przykład dotyczący komunikacji miejskiej w moim mieście, ale czułam się wyalienowana z papierową okładką w rękach. Kolejną sprawą jest inna rzecz, która nie daje mi spokoju. Oczywiście też dotyczy czytelnictwa. Mogę chyba napisać, że z ręką na sercu, nikt, dosłownie nikt z kręgu mojej rodziny i znajomych nie czyta książek. Porozmawiać o lekturze mogę wyłącznie z osobami, które poniekąd ze względu na literaturę, poznałam w Internecie i chociaż z niektórymi znam się osobiście, to jednak moja pierwotna grupa, w której powinnam się czuć sobą, sobą być nie mogę. Nie rozumieją mojego zafascynowania dotyczącego książek. Nie cieszą się tak jak ja, gdy mówię im, że pojawi się moje logo na książce, czy moja rekomendacja.

Chyba nawet pani listonoszka nie cieszy się z mojego hobby. Niby dzięki temu ma pracę, ale zapewne wolałaby w swojej torbie trzymać pocztówki, niż grubaśne książki. Ale to ma to też swój plus, przynajmniej kurierzy już wiedzą jak dojechać do mojej zapyziałej dziury, zapewne dzięki temu poznali kawałek nowego świata. Gratuluję im tego osiągnięcia.

Ostatecznie stwierdzam, że czytelnictwo jest znikome. Wszystko dlatego, że gdy wyjdę ze swojej skorupy i spojrzę na to z boku, to dostrzegam pewną zależność. Pomyślcie o tym logicznie. Jeżeli interesujecie się książkami, to widzicie je wszędzie, wasz Facebook jest przepełniony informacjami o nich, strony Internetowe i reklamy również (wiecie, że to są ciasteczka, które poniekąd wskazują drogę, gdzie i w co macie klikać). Osoby, które interesują się grami, mają zapełnione życie elektronicznym światem i oni też klikają tylko w wiadomości, które dotyczą ich zainteresowań. Dlatego wtedy uważamy, że nasze hobby, w odniesieniu do całości, ma się coraz lepiej. Czy jest tak naprawdę? Nie sądzę.

Czytanie książek jest drogim hobby. Wolę nie wiedzieć ile zamrożonych pieniędzy leży u mnie na półkach, bo może się okazać, że za to mogłabym sobie kupić jakiś samochód. Może bez wygód, ale zawsze samochód. Oczywiście od razu powiecie, że są biblioteki, promocje etc. Mówię o nałogowym czytelnictwie, bo jeżeli czytacie jedną książkę na miesiąc, to fakt, na taki luksus raz w miesiącu możecie sobie pozwolić. Temat dotyczący promocji i bibliotek to już zostawię na kiedyś.

Dobra, koniec rozmyślań, idę czytać książkę.

Jeżeli jesteście ciekawi, zerknijcie tu: KLIK - rynek książki w Polsce
Data wydania: 17.02.2016
Liczba stron: 376
Gatunek: Fantastyka
Seria: Kraina martwej ziemi
Tom: I
Wydawnictwo: SQN
Fantastyka to tak naprawdę worek bez dna. Można do niego sięgać wszelkimi sposobami, a jednak zawsze znajdzie się coś innego, czasem podobnego, ale nie w pełnym wymiarze. Trzeba tylko stworzyć świat, bohaterów, no i oczywiście myśl przewodnią. Krew i stal to debiut Autora, który właśnie postanowił stworzyć taką wędrowną fantastykę. Czy udało mu się mnie zaskoczyć?

Sto pięćdziesiąt lat po powstaniu Martwej Ziemi z twierdzy granicznej wyrusza oddział żołnierzy, by wąskim przesmykiem przekroczyć zapomnianą krainę. W starym klasztorze u podnóża Smoczych Gór ukryte jest coś, co musi powrócić do królestwa, zanim Zasłona Martwej Ziemi pęknie i zaniknie.*

Poniekąd historia mnie zaskoczyła. W szczególności ze względu na to, że jako debiut jest dobry. Oczywiście zdarzają się jakieś uchybienia, bądź potknięcia, ale na tle innych debiutów w sferze fantastyki stoi dość wysoko. Zacznę od tego, że głównym plusem tej historii jest przedstawiony świat. Każdy kto lubi zagłębiać się w fantastyce na pewno się tutaj odnajdzie, a nawet zadomowi na dłużej. Połączenie słowiańskiego stylu ze średniowieczem, ma wielu zwolenników i fanów. Nie do końca wiem, czy ja należę do tego kręgu. Ale tak to już jest, że z każdą kolejną przeczytaną książką doskonalimy swój gust czytelniczy.

Owe połączenie w szczególności widać w wypowiedziach bohaterów. Są one stylizowane na dawne czasy, co zapewne niejednemu niewprawionemu czytelnikowi może sprawić problemy. Jednak nie jest to aż tak mocne stylizowanie, by stało się to niezrozumiałą breją. A co tyczy się samych dialogów, to czasem wydawały mi się one nazbyt sztuczne, odrobinę przeciągnięte i nad wyraz nużące. Ale tylko czasami. Znajdziemy w nich również i mocne strony, jakim jest humor niektórych wypowiedzi. Nie raz na moje usta wpełzał uśmiech.
- Ażeby go wychędożyło! – Dartor stanął w strzemionach. – Nie przypuszczałem, że ta zasrana magia może się kiedykolwiek przydać na coś dobrego!
To jest właśnie mój główny zarzut – książka jest nierówna. Początek jest dość statyczny i nie wiem dlaczego, ale niezbyt zachęca do sięgnięcia dalej, ale nie martwcie się, później wszystko się rozkręca. Jedne fragmenty są lekkie i czyta się je szybko i niestrudzenie, a drugie są wyprawą przez mękę. Kilka razy musiałam książkę odłożyć, by powrócić do niej i znów na jakiś czas się zachwycić.

Nie mogę zapomnieć o pochwaleniu świetnego wydania, klimatycznej okładki i grafik znajdujących się przy każdym rozdziale. Ale jednak to nie wszystko bo odnajdziecie w niej również rysunki, które mi osobiście skradły serce. Więcej takich dodatków proszę!
- Mości Arthornie – wtrącił się Dartor – racz mi wyjaśnić, o co się rozchodzi, bo gadasz tak, że mi myśli jak dziwki w burdelu tańcują.
Ostatecznie polecam Krew i stal, bo ani do końca nie rozczaruje, ale niestety też nie do końca zachwyci. Nie powiem też, że jest to średnia lektura, bo ten debiut na tle innych jest bardzo dobry. Mam nadzieję, że Jacek Łukawski jeszcze nie raz pokaże na co go stać. W końcu, to dopiero pierwszy tom cyklu…

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu SQN
* opis pochodzi ze strony wydawcy
Tytuł oryginału: The Strange & Beatiful Sorrows of Ava Lavender
Data wydania: 02.03.2016
Liczba stron: 304
Gatunek: Saga rodzinna / Obyczajowa / Surrealizm
Wydawnictwo: SQN
Lubię zjawiskowe książki. Uwielbiam magiczne okładki, które mnie do siebie przyciągają i nie potrzebuję nawet zaglądać do opisu, by wiedzieć, że muszę daną książkę przeczytać. Tak właśnie było z Osobliwymi i cudownymi przypadkami Avy Lavender.

Ava urodziła się ze skrzydłami i chociaż nie jest aniołem, ani dziwnym stworem, to jest zwykłą dziewczyną, która w swojej osobliwości szuka odpowiedzi.
W moich marzeniach nigdy nie miałam skrzydeł. Byłam w nich po prostu zwykłą dziewczyną.
Zacznę od okładki, która jest najładniejszą okładką jaką w tym roku widziałam, i szczerze mam nadzieję, że będzie tym faworytem do samego końca. Nie można w recenzji pominąć kilku słów na ten temat, ponieważ jej faktura i połączenie kolorów jest magiczne. Zaprasza nas do historii, równie barwnej co sama okładka. A jakie są moje wrażenia na jej temat?

Dość różne i tak naprawdę niejednoznaczne. Wszystko za sprawą tego, że nie do końca wiem, do jakiego gatunku ją przypisać. Z jednej strony jest to opowieść obyczajowa, ale gdzieś tam są wątki magiczne, ale nie takie jak się tego spodziewacie. Bo nazwać ją książką fantastyczną byłoby grzechem. Jest surrealistyczna, ale w takim dobrym sensie.

Ja lubię dziwne książki. Gdzie czasem trzeba odnaleźć w nich drugie dno, a co najważniejsze: sądzę, że każdy z nas odbierze ją inaczej. Posunę się w swojej interpretacji dość daleko, ale przecież nikt mi tego nie zabroni. Dzieci lubią zmyślać różne historie, mają swoich wyimaginowanych przyjaciół i tym podobne rzeczy i to taka baśniowa historia, gdzie tak naprawdę nie wiemy co jest prawdą, a co nie. Chociaż Ava nie jest małym dzieckiem, to czułam się jakbym błądziła w jej sennych marzeniach i fantazjach. Jednak było to przyjemne uczucie, nawet pomimo tego, że nie jest to w pełni szczęśliwa historia.

W tej książce albo się odnajdziecie lub nie. Ja się w niej odnalazłam, ale momentami coś mi w niej przeszkadzało. Chwilami wydawała się przydługa, chociaż ilość stron tej pozycji nie powinna tego sugerować. Czasem była to bardzo szczegółowa historia, a czasem wręcz opowiedziana po łebkach.

To nie jest tak, że mi się nie podobała. Bo jest w niej coś nieodkrytego i nieopisanego. Styl i pomysł na powieść na pewno zasługują na moje uznanie, ale pomimo tego jest to saga rodzinna, do których nie pałam wielkim uczuciem. Zaskakuje to fakt, ale tylko momentami, czy pewnymi przemyśleniami, znacznie rzadziej niż bym się po niej tego spodziewała.

Na pewno jest to niepowtarzalna historia, ale chyba oczekiwałam po niej czegoś więcej. Bardzo szybko się ją czyta co jest zdecydowanie na plus i wiele osób w tej historii się zakocha. Tylko pamiętajcie: to nie jest czyste fantasy, czy paranormal. To kompletnie nie ta bajka w tej historii. Widocznie sami musicie ją odkryć.
To, że miłość nie wygląda tak, jakbyś tego chciała, nie znaczy, że jej wokół ciebie nie ma.
Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu SQN 
Tytuł oryginału: Archer's Voice
Data wydania: 30.03.2016
Liczba stron: 384
Gatunek: Romans
Wydawnictwo: Otwarte
Zatrzymajmy się na chwilę na samym początku i zastanówmy się nad tytułem. Czy można wyrazić uczucia bez słów? Oczywiście, że tak. Sama jestem zwolenniczką czynów, niż pustych wielokrotnie powtarzanych słów. To czyny tworzą coś niezwykłego i przede wszystkim unikatowego. Tytuł do tej historii jest trafiony i przede wszystkim chwytliwy, chociaż pomimo tego, że wgłębi umysłu wiemy co się szykuje, to jednak zdradzę wam, że ta historia może zaskoczyć.
Kiedy tak stałam, obejmując go ciasno, przyszło mi do głowy, że nie wszystkie bohaterskie czyny są jasne dla przypadkowych świadków.
Bree przybywając do małego miasteczka poszukuje spokoju, a tam na jej drodze staje dziwnie milczący Archer. Możliwe, że pod warstwą niechlujstwa, to dość przystojny facet. Do miłości pozostaje im wykonanie wyłącznie małego, niepostrzeżonego kroku. Bo słowa są tu zbędne.

Od pierwszych stron tej pozycji konfrontujemy się z tajemnicą, i dlatego tak bardzo jesteśmy ciekawi co zdarzy się dalej. To niebywały wyczyn, by w wyrazisty, a zarazem skomplikowany sposób tak sobie zagrać z czytelnikiem. Wszystko to za sprawą snów i wyrywkowych, wręcz skąpych informacji dotyczących głównej bohaterki. Wiemy, że coś jest na rzeczy, a dopiero na dalszych stronach dowiadujemy się okropnej prawdy.

Chciałoby się napisać, że jest to błaha historia, ale to wcale nie prawda. Może i jest tak, że jeżeli myślimy o wątku romansowym w tej książce, to wszystko wydaje się przesądzone, ale w rzeczywistości tak nie jest. Każdy z nas uważa, że już nic nie może nas zaskoczyć w romansie, a jednak Mia Sheridan, dodaje za pomocą swego stylu czegoś specyficznego, taką kropkę nad i, która wyróżnia tę historię.

W tej lekturze zdecydowanie odnajdą się fanki twórczości Coleen Hoover. Nie wiem dlaczego, ale podczas jej czytania naszła mnie taka myśl. Nie powiem, że to dokładnie, wręcz skopiowany styl, bo jest w nim coś innego. I nie próbujcie się zrażać tym zdaniem, bo to ma być dla was zachęta. Lubię takie historie, właśnie ze względu na miłosny charakter, ale jednocześnie gdzieś tam w głębi jest wpisana jakaś tragedia. W końcu nikt z nas nie ma życia usłanego różami. Ta historia to pomieszanie uczuć. Odnajdziecie w niej nadzieję, smutek, ale i radość. Wszystkiego po trochu.

Miałam pewne obawy, co do tej historii. Najbardziej bałam się, czy Autorka będzie w stanie stworzyć autentyczną historię - czy w swoim umyśle poczuję, że mogła się ona gdzieś wydarzyć. I wiecie co? Sądzę, że tak i to jedna z takich historii, które zapadają na dłużej w pamięć. Może i nie pokochałam jej najmocniej na świecie, ale jednocześnie polubiłam ją, bo zaskakiwała mnie wieloma rozwiązaniami, o których ja bym nie pomyślała. To właśnie tyczy się wątku Archera, ale więcej wam nie zdradzę, bo musicie sami to odkryć.

Wiecie, czasem są takie historie, które czytamy, i mocno kibicujemy bohaterom. Czujemy się, jakby to byli nasi przyjaciele i w Bez słów, właśnie tak było. Fakt, jest to historia na jeden wieczór, ależ jakże emocjonujący jest to wieczór!
Ona dźwigała poczucie winy spowodowane przekonaniem, że nie walczyła wtedy, kiedy należało. Ja zaś nosiłem bliznę, która przypominała mi, co się dzieje, gdy człowiek walczy.
Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Otwarte 

Książkę możecie kupić w przedsprzedaży tu: KLIK

Dziś przychodzę do was z luźnym postem, by ukazać wam, na jakie zapowiedzi, będę polować w najbliższym czasie. Przyznam, trochę tego jest, ale to przecież nie żadna nowość. Wydawnictwa zasypują nas różnymi pozycjami - ja nie narzekam na taki stan rzeczy :) 


Brown Pierce - Red Rising. Gwiazda zaranna [Drageus 20 kwiecień] Trzecia część Red Rising nie może mnie ominąć. Pokochałam tę serię od pierwszego przeczytania.
Gryglik Marcin - Chwile ostateczne [Videograf 30 marzec] Ta pozycja mnie bardzo intryguje ze względu na fantastyczne i mrożące krew w żyłach wątki.
Rutkoski Marie - Niezwyciężona. Zbrodnia [Feeria Young 17 marzec] Drugi tom to mój must have, pierwszy ogromnie mi się podobał.
Evans Katy - Real [Papierowy księżyc 9 marzec] Jejku ile to ja już się nasłuchałam o tej pozycji, mam nadzieję, że rozpali mnie do czerwoności.
Howey Hugh - Silos [Papierowy księżyc 9 marzec] Ponowne wydanie tej serii mnie elektryzuje, ponieważ jakoś zawsze o niej zapominałam, ale nigdy więcej.
Shusterman Neal - Podzieleni [Papierowy księżyc 16 marzec] Również ponowne wydanie, może wreszcie się do niej przekonam?


Kristof Jay - Bratobójca [Uroboros 16 marzec] Pierwszy tom leży sobie na półce i czeka, a skoro wychodzi drugi tom z tak piękną okładką, to zdecydowanie muszę ją przeczytać.
Maas Sarah J. - Dwór cierni i róż [Uroboros 27 kwiecień] Maas to chyba już marka sama w sobie. Nie mogę się jej doczekać.
Groff Lauren - Fatum i Furia [Znak 16 marzec] Zaintrygował mnie opis, okładka również. 
Gameinhart Dan - Cała prawda [Bukowy Las 2 marzec] Mam nadzieję, że sobie trochę przy niej popłaczę, albo przynajmniej się wzruszę.
Sheridan Mia - Bez słów [Otwarte 30 marca] Ta zapowiedź mnie elektryzuje, a w dodatku już zabrałam się za jej czytanie i przepadłam! Przedsprzedaż tu: KLIK
Whaley John Corey - Chłopak, który stracił głowę [Otwarte kwiecień] Macie na co czekać, to przejmująca historia pełna humoru, ale również i smutku. Recenzja już wkrótce.


Armentrout Jennifer L. - Dark Elements. Ognisty pocałunek [Filia 9 marzec] Nie czytałam jeszcze nic tej autorki, ale na taki pocałunek jestem w stanie się skusić.
Cherry Brittainy C. - Art & Soul [Filia 16 marzec] Już sama okładka mnie kusi i woła mnie do siebie. Na pewno ją przeczytam.
Mróz Remigiusz - Trawers [Filia 18 maj] Tu chyba nie trzeba nic dodawać. Przewieszenia jeszcze nie przeczytałam, ale na pewno to nadrobię.
Mróz Remigiusz - Rewizja [Czwarta strona 30 marzec] Zobaczymy co tam ciekawego Remi wymyślił.
Hilary Sarah - W obcej skórze [Czwarta strona 27 kwiecień] Ponoć najlepszy kryminał roku 2015. Zobaczymy co z tego wyniknie.
Motyl Marta - Odcienie czerwieni [Edipresse Książki 2 marzec] Kontrowersyjna książka, więc jestem na tak.
Hoover Coleen - Ugly Love [Otwarte kwiecień] Okładki jeszcze nie ma, ale skoro to Hoover, to muszę ją przeczytać.
Edit: Okładka już jest, Ami w komentarzach ją zaprezentowała :)

A wy na co czekacie?

Data wydania: 04.11.2015
Liczba stron: 90
Gatunek: Komedia kryminalna
Nie każdy lubi czytać krótkie książki. Jesteśmy już przyzwyczajeni do tego, że pozycja, która nie ma czterystu stron, to lekkie czytadło. A co dopiero gdy lektura zajmie nam góra dwie godziny przy wolnym czytaniu, to zapewne wielu z was uzna ją za formę opowiadania. I Złote spinki Jeffreya Banksa postanowiłam przyrównać do dłuższego opowiadania.

To nie jest tak, że historia, która została zawarta w tej pozycji jest krótka, ze względu na to, że Autor nie umie sobie poradzić z dłuższą formą. Ja już poznałam jego styl pisania za sprawą Pozytywnie nieobliczalnych i bez żadnych wątpliwości sięgnęłam po najnowszy jego twór. Nie jestem nim zawiedziona, bo wiem, że Marcin Brzostowski potrafi tak ścisnąć fabułę, a dodatkowo ukazać ją w tak klarowny sposób, że ja nic do tego nie mam. Nie zawsze przecież musimy czytać cegły, czasem i ja potrzebuję jakiejś historii na odstresowanie się, szybkie poznanie i zatracenie się w lekturze na dłuższą chwilę. Właśnie na taką chwilę jest ta historia i jest to dobra historia.

Znajdziemy tutaj odpowiednio wyważoną proporcję między kryminałem, a humorem. Niby te dwie sfery się ze sobą nie łączą, ale Autor ukazuje, że się da, a w dodatku można to zrobić lekko i przyjemnie. Określiłabym ją nawet mianem komedii gangsterskiej. To taki książkowy odpowiednik filmu Kiler – przyrównuję go wyłącznie do ukazania wam charakteru tej minipowieści. Humor znajdziemy zarówno w opisach danych sytuacji, czy w dialogach, a nawet i w samych bohaterach. Przyznam, że to było moje pierwsze spotkanie z takim gatunkiem i zaliczam go do udanych.

Oczywiście wszystko należy przyjmować z przymrużeniem oka, ale to właśnie domena komedii. Bo chyba nie sądzicie, że rosyjska mafia przemycałaby diamenty w krówkach? To są takie smaczne kąski, które wyłapiecie jeżeli tylko sięgniecie po Złote spinki Jeffreya Banksa. Traktując tę historię jako jedynie rozrywkę, to wiem, że się na niej nie zawiedziecie.

Nie możecie tutaj szukać drugiego dna, czy jakiegoś przesłania, bo go po prostu tu nie ma. Będzie inwigilować świat przestępczy, ale również i pracę ministra spraw wewnętrznych. Istny misz masz, ale odpowiednio wyważony i skonstruowany. Dodatkowo główne postacie, które przewijają się w tej historii są w odpowiednim momencie ze sobą połączeni w jedną całość. Po prostu pod sam koniec wszystko wydaje się logiczne i przede wszystkim śmieszne. Jeżeli ani razu podczas jej czytania na twojej twarzy nie pojawi się uśmiech, to po prostu jesteś gburem.

Jestem ciekawa czy Marcin Brzostowski poradziłby sobie z dłuższą formą. Myślę, że tak i mam nadzieję, że kiedyś się o tym przekonam.

Za tę lekturę dziękuję: Autorowi

Już mamy marzec. To jest niemożliwe, wręcz przerażające - czas ucieka mi przez palce tak szybko, że można zwariować. Zastosuję tutaj trochę prywaty na sam początek:

Imam się ostatnio wielu rzeczy, bardzo dużo zmieniam i działam w sferach mojego bloga. Wnikliwe oko dostrzeże zmiany, ale wiadomo jak to bywa, czasem trzeba coś uzewnętrznić. A więc:
- w zakładce Alfabetyczny spis recenzji, macie teraz możliwość wyszukiwania recenzji za pomocą jednego kliknięcia, które przeniesie was na konkretną literkę alfabetu,
- gdy klikniecie na zakładkę Wywiady, ukażą wam się nowe grafiki, by wygląd był przejrzysty i czytelny.
- Papierowy Książkoholik Atakuje, jak i Riana Rozmyśla uzyskały nowe grafiki, mam nadzieję czytelniejsze, ale zarówno zmieniłam odrobinę logo, które znajdziecie u góry (dopiero teraz zauważyłam, że książka była przezroczysta, a to przecież niemożliwe ;))
- bawię się szablonem, a raczej tworzę coś nowego, ale to raczej dalszy oddalony termin, bo dostosowuje go w każdym milimetrze, ale zmiany nie będą ogromne,
- tworzę nowy projekt zakładek, tym razem będą to zakładki... nie, nie zdradzę wam, ale na pewno gdy projekt i wykonanie będzie idealnie, to zorganizuję konkurs, takie zakładki każdy z was będzie chciał mieć,
- w ostatnim miesiącu pojawiły się nowe współprace, patronaty i rekomendacje, ale o niektórych dowiecie się w najbliższym czasie.

Dobra, koniec ględzenia i tak wiem, że chcecie zobaczyć co do mnie przywędrowało w lutym:

Egzemplarze recenzenckie cz.I

Mars Emma - Hotel. Pokój nr 1 [Erotica] Dawno nie czytałam żadnego erotyku, ale ten był naprawdę bardzo dobry. Przyjemność sama w sobie.
Mortka Marcin - Ostatnia saga [Uroboros] Tu zaliczyłam niestety potknięcie, ale i tak jestem pełna podziwu dla kunsztu Autora. Tu pamiętajcie o konkursie! KLIK
Armstrong K.L., Marr M.A. - Wilki Lokiego [Wilga] Do mitologii nordyckiej nigdy nie byłam przekonana, a tu proszę takie zdziwienie.
Paver Michelle - Bogowie i Wojownicy. Grobowiec Krokodyla [Wilga] Przypadkowy dodatek w paczce, ale niestety zaczynać czytać serię od czwartego tomu jest dość trudno.
Elsberg Mark - Zero [WAB] Przerażająca wizja inwigilacji społeczeństwa za pomocą technologii. Strzeżcie się.

Egzemplarze recenzenckie cz.II
Cosway L.H. - Sześć serc [Filia] Nie wiedziałam, że to będzie aż tak dobra pozycja. Świetny romans z magią w tle.
Oliver Lauren - Panika [Otwarte] Niezbyt podobała mi się seria Delirium, ale za to Panika już tak. Tak, to za niedługo będzie egzemplarz któregoś z was. Pamiętajcie o konkursie! KLIK
Scott Victoria - Kamień i sól [IUVI] Drugi tom serii i to naprawdę dobrej i niezwykłej serii. Pokochałam ją od samego początku.
Meyer Stephanie - Życie i śmierć [Dolnośląskie] Sentyment, ale również wielkie zaskoczenie. Warto było wsiąknąć w świat wampirów ponownie.
Basiura Bartłomiej - Waga [Videograf] Każda książka Bartka to miłe zaskoczenie, osobiście uważam, że Waga jest odrobinę słabsza od poprzedniej serii, ale i tak warto ją przeczytać.
Kaufman Amie, Spooner Meagan - W ramionach gwiazd [Otwarte] Brak jej na zdjęciu, bo otrzymałam e-booka. Cóż to była za historia! Za mało słów by opisać zachwyt.
Whaley John Corey - Chłopak, który stracił głowę [Otwarte] Kolejny e-book, i również jestem mile zaskoczona tą książką. Recenzja pojawi się dopiero w połowie marca, a premiera już w kwietniu - macie na co czekać ;)
Marcin Brzostowski - Złote spinki Jeffreya Banksa [e-bookowo] Recenzja już za parę dni, świetna komedia gangsterska!

Wymiana
Shwartz Gesa - Grim. Dziedzictwo światła [Jaguar] Nareszcie mam komplet serii, więc trzeba zobaczyć, czy seria jest warta mojej uwagi.
Grant Michael - Posłaniec strachu [Jaguar] Słyszałam o niej wiele złego, ale i dobrego. Muszę się sama przekonać, czy mi się spodoba.

Jak widzicie, w tym miesiącu pohamowałam swoje żądze, by sobie coś kupić. Jestem z siebie dumna, bo nie wiem jak to zrobiłam.