Patrzeć nie znaczy widzieć

A czy Ty potrafisz ujrzeć słowa?
Znajdź mnie

Kochani moi, miło mi was poinformować, że Mannumiterra (czyli 1 tom serii Trzech sióstr), uzyskała ponowne wydanie! A złożyło się tak, że pokochałam tę serię ogromnie to i objęłam ją patronatem. Tym razem jednak nie będzie recenzji, ponieważ ci z was, którzy są ze mną tu od dłuższego czasu, już ją czytali. Pozwolę sobie wam co nieco o niej powiedzieć:

O czym jest Mannumiterra?

Kim jest Mannumiterra? Jak głosi elficka przepowiednia, to człowiek władający magią życia, wyzwoliciel, który ma uwolnić legendarne krainy spod jarzma złego cesarza. Wszystkie znaki na niebie i ziemi zdają się mówić, że owym z dawna wyczekiwanym wybawcą jest nastoletnia Emily. Dziewczyna rusza zatem w świat pełen magii, tajemnych sił, mitycznych stworzeń, by wypełnić to, co jej pisane. Na szczęście nie działa sama. Ramię w ramię idzie z nią grupa przyjaciół, na czele z Osetią, jej siostrą. Ale żeby dawne proroctwo się wypełniło, swojego zadania musi się też podjąć druga z sióstr Mannumiterry. Ta jednak jest okrutną księżną Northeburghu, władczynią Angvarii Północnej. Starcie sił dobra z ciemnymi mocami zdaje się nieuniknione.

Co ja o niej sądzę?

Każdy dopracowany detal skłania mnie ku refleksji, że to chyba jedna z najlepszych książek polskich autorów, które do tej pory przeczytałam. Gdy spojrzymy na rozdziały, znajdziemy za każdym razem jakąś myśl, bądź przepowiednie, która będzie nas nastrajać na wydarzenia znajdujące się w danym rozdziale. Ukazuje to kunszt dopracowania historii, nawet w najmniejszym szczególe. Na dużą uwagę zasługuję tutaj część, gdy siostry uczą się w Akademii. O tak! Więcej poproszę, mogłabym przeczytać całą książkę o perypetiach związanymi, ze szkołą nauki o magii. Lecz nie tylko lekcje zasługują tutaj na uwagę, bo próby wymyślone przez autora, z którymi musiała zmierzyć się Osetia, były genialne. Łamigłówki, sprawiały wrażenie, że nie wiem czy sama wpadłabym na pomysł jak je rozwiązać. No i oczywiście mapa na końcu książki. Takie dodatki budują moją wiarę w autorów, którzy wiedzą, że takie dodatki, powinny być wręcz obowiązkowe w każdej historii.

Nawet brakuje mi słów, których używa się do opisania zachwytu. Książka ta pochłonie cię w całości, nie zostawi nawet jednej, najmniejszej kosteczki. Strawi cię całego, a ty, po skończonej lekturze, będziesz jedynie szlochać, że tak szybko tę historię przeczytałeś.

Całą recenzję i moje zachwyty znajdziecie tu: Recenzja Mannumiterry
Fragment powieści możecie znaleźć tu: KLIK

Poznajcie Autora

Z Kacprem przeprowadziłam już dwa wywiady i myślę, że warto się z nimi zapoznać. Przecież mnie znacie i wiecie, że ja dość wścibska jestem ;)

Wywiad nr 1 - bardziej na luzie, pytania o wszystkim i o niczym
Wywiad nr 2 - pytania dotyczące serii, książek, pisania

Premiera drugiego wydania jest już jutro, czyli: 01.03.2016r.! A tak nawiasem mówiąc, wiecie co oznacza patronat nad tą pozycją? 
Data wydania: 04.11.2015
Liczba stron: 419
Tom: I
Ostatnia saga || Świt po bitwie || Wojna runów
Seria: Trylogia Nordycka
Gatunek: Fantastyka
Całkiem niedawno pisałam o tym, że moje serce szybciej zabiło ze względu na książki dotyczące historii nordyckich. Niewiele więc myśląc, załapałam się również na Ostatnią sagę. O książkach Autora słyszałam, ale przyznam się, że nic jeszcze nie czytałam, aż do teraz. I niestety na samym początku naszego poznania, a raczej mojego poznawania wyobraźni Mortki, nie ułożyło się najlepiej. Ale po kolei:

W wielkim skrócie i nie wdając się zbytnio w szczegóły, jest to historia o splocie losów wikingów i wyznawców Chrystusa. Tyle lub aż tyle.

Uznałam, że nie będę wdawać się w szczegóły w danym opisie, ponieważ właśnie głównie o tym jest książka. I chociaż myślałam, a może wręcz miałam nadzieję, że mnie ta historia pochłonie, to jednak była to katorżnicza wędrówka, istny bieg po szyszkach (wiem, słabe porównanie, ale tak było!). Już teraz jednak zaprzeczę samej sobie, bo pomimo tego morderczego biegu były momenty pełne błogości. Jednak momenty nie wystarczą, by zamaskować ogólne rozczarowanie dotyczące pierwszego tomu Trylogii Nordyckiej.

Możliwe, że jednak to nie jest książka dla mnie. No wiecie, każdy czasem tak ma, że sięgnie po jakąś pozycję, bo myśli o odnalezieniu idealnego gatunku, czy historii. Nie jestem wielką fanką wikingów, Chrystusa i jego ziomków tym bardziej nie trawię, ale połączenie ideologiczne tych dwóch światów wydawało mi się genialne. Pierwszym potknięciem dla mnie był język. I to on podciął moje skrzydła już na samym początku.

Nie jestem znawczynią języka, ale był on nacechowany staromodnie, z wieloma zwrotami z dawnych czasów, które nie oszukujmy się, nie są dla nas zbyt przejrzyste i przystępne. Rozumiem z drugiej strony to, że Autor chciał pokazać kunszt pisarski, w końcu to nie lada wyczyn napisać w takim stylu książkę, ale czy znajdzie się wiele czytelników, których ten język zachwyci? Dodatkowo zostały poczynione wtrącenia słów islandzkich - ja kompletnie do takiego zabiegu nie jestem przekonana. Męczy mnie ciągłe zerkanie w dół strony by móc dowiedzieć się co dane słowo znaczy. A następnie powiedzmy pod koniec powieści, jeżeli dane słowo było użyte i już wytłumaczone, to nie posiada on później tłumaczenia. Proszę mi wybaczyć, ale ja tak szybko nowego języka się nie uczę. Ale to może tylko moja domena.

Język i styl to jedno, ale musi być w tym najważniejsza i jedyna podstawa: fabuła. Przydałaby się mocna i z rozmachem. Niby jest, ale dość mocno rozwleczona i bardzo często nudna. Stąd też właśnie pojawia się moje rozczarowanie.

Ostatnia saga jest ponownym, drugim wydaniem pierwszego tomu, ponieważ została wzbogacona o opowiadanie Smocze nasienie, które jest dobrym dodatkiem, ponieważ już na wstępie możemy się dowiedzieć z jakim stylem będziemy mieć do czynienia w dalszej części. Szkoda również, że tak mało zostało zastosowanych ilustracji w książce. Mi osobiście bardzo przypadły do gustu i więcej proszę! Pomimo wszystko uważam, że to wielki kunszt Autora, by pokazać tak trudny język, wypowiedzi bohaterów stylizowane na inne czasy, czy wykorzystanie w wypowiedziach innego, nieznanego nam języka, to dodatki, które się lubi bądź nie.

Jednak rozczarowanie te nie spisuje książki całkowicie na stratę, ponieważ teraz wiem, że to nie jest kompletnie mój styl, w którym lubię się zagłębiać. To zawsze jakaś cenna rada. A więc czy polecam? Pomimo mojego ciągłego nie, to jednak polecam. Wytrawanym czytelnikom, którzy na pewno wiedzą, że to gatunek dla nich, że to będzie dla nich nie pierwszyzna. Ludzie czytają różne książki, może właśnie ta przypadnie tobie do gustu?

Za tę lekturę dziękuję: Grupie Wydawniczej Foksal
Tytuł oryginału: Hotelles
Data wydania: 03.02.2016
Liczba stron: 623
Tom: I
Gatunek: Erotyk / Romans
Za często nie sięgam po literaturę erotyczną. Robię to dość rzadko, ponieważ obawiam się wielu rzeczy gdy do niej zajrzę. Po pierwsze: martwi mnie wątek obyczajowy, którzy może być aż nadto sztampowy, a po drugie: sama otoczka zmysłowości i erotyzmu będzie nakreślona nie tak, jak to dzieję się w prawdziwym życiu. I muszę sprostować na wstępie, że Hotel. Pokój nr 1 całkowicie mnie zaskoczył. Gdyż zdecydowanie nie wpisuje się on w obawy, które pokładam w tym gatunku.

Annabelle to dwudziestotrzyletnia dziewczyna, która jest call-girl. Jest kobietą do towarzystwa i obraca się ona w sferze bogatych mężczyzn, z którymi czasem kolacja przedłuży się do późnych godzin nocnych (jeżeli wiecie co mam na myśli). Na swojej drodze spotyka Davida i po trzech miesiącach znajomości staje się jego narzeczoną. Niepokoją ją jednak anonimowe liściki, które jak się okazuje, znają ją lepiej niż ona sama. A do tego, David skrywa pewną tajemnicę...

Sam opis nie jest jakoś bardzo odkrywczy, w dodatku jakoś nie nastrajał mnie pozytywnie, by sięgnąć po tę powieść. Ale coś ciągnęło mnie za rękaw i krzyczało: weź mnie, weź mnie. Więc wzięłam i dziwiłam się niejednokrotnie. Objętość tej pozycji na początku mnie przeraziła, ponieważ liczy sobie ponad 600 stron dość drobnego tekstu, a dodatkowo nie spodziewałam się, że tak szybko osiągnę przyjemność podczas czytania. Wiem, że używanie takich słów w recenzji książki erotycznej można dwojako rozumieć, ale to naprawdę bardzo dobra lektura erotyczna. Bez obaw możecie się w niej zagłębić. Ups, znów te dwuznaczne słowa.

Już od pierwszych stron, wiemy że coś jest na rzeczy i chcemy jak najszybciej poznać wewnętrzne struktury tej powieści. I chyba się nikt nie obrazi, jeżeli uznam ją za skomplikowaną. Ale w takim dobrym sensie. To nie jest zwykła opowieść erotyczna, która ma za zadanie przedstawienia wam najróżniejszych pozycji seksualnych, dewiacji i nie wiadomo czego jeszcze. Sam wątek obyczajowy jest rozległy i dość nieszablonowy, ale o czym tak naprawdę jest to wam nie zdradzę, ponieważ w opisie tego nie znajdziecie. A jak wiadomo najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.
Widzi pani, Elle, nie można zrobić postępów w wiedzy o sobie i własnych doznaniach, jeśli nie zacznie się od pełnego uświadomienia sobie środowiska, w jakie wpisuje się nasze ciało.
Mężczyźni nie odnajdą się w tej historii, chociaż niektóre zdania powinni oni sobie przyswoić. Dzięki niej można poznać żądze i pragnienia wielu kobiet, nie tylko te skatalogowane dla głównej bohaterki. Mają one dość uniwersalny charakter, ale niektórzy boją się o tym czytać, a co dopiero mówić. Ukryte liściki i jej treści są odzwierciedleniem jej pikantnych myśli, które ona sama nie jest w stanie wypowiedzieć na głos. Pomimo mojego strachu co do jej objętości, to sądzę, że nie macie się czego obawiać – bardzo łatwo się w niej zatracić. A dodatkowym smaczkiem i kropką nad i jest część wpleciona w książkę Emmy Mars dotycząca historii Francji oraz różnych wielkich kobiet minionych czasów.

Co tyczy się samych bohaterów, to każdy z nich jest różnorodny, podstępny, niewinny i tajemniczy. Nawet główna bohaterka zaskarbiła sobie we mnie trochę uczucia. To przykład wyzwolonej spod jarzma tabu historii, o której przyjemnie się czyta i fantazjuje. Czy każda kobieta powinna ją przeczytać? Nie wiem, wszystko zależy od waszego otwartego umysłu, a jeżeli taki posiadacie i lubicie opowieści z pieprzem, to zdecydowanie musicie po nią sięgnąć. Myślę, że po książki erotyczne sięga się dla przyjemności i Hotel. Pokój nr 1 jest przyjemnością samą w sobie. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom.

Za tę lekturę dziękuję: Grupie Wydawniczej Foksal
Tytuł oryginału: Zero
Data wydania: 13.01.2016
Liczba stron: 496
Gatunek: Sensacja


Nie jestem zwolenniczką postępu technologicznego. Fascynuje mnie, ale chyba jednak bardziej przeraża. Nie posiadam smartfona, na portalach społecznościowych nie udzielam się za bardzo. Możliwe, że to wszystko tak naprawdę mnie przerasta, albo po prostu za tym nie nadążam. Jednak po przeczytaniu Zero, chyba nawet się cieszę, że jestem tak zacofana.

Nastolatek ginie podczas pościgu za mężczyzną poszukiwanym listem gończym. Wszystkie tropy w tej sprawie dążą do Freemee – platformy internetowej, która specjalizuje się w pozyskiwaniu i analizowaniu danych osobowych. Myślisz, że i ty jesteś bezpieczny? Śmiem wątpić, pomyśl tylko jak często korzystasz z Internetu, ilu aplikacji używasz i jak często spoglądają na ciebie kamery monitoringu. To tylko kwestia czasu, gdzie i ty się w tym zatracisz.

Tak jak wspomniałam, technologia mnie przeraża. Ale to co znalazłam w Zero, przeraża mnie jeszcze bardziej, bo przykłady, które znalazły się w tej pozycji naprawdę mają odzwierciedlenie w naszej rzeczywistości. Jak zaczniecie się nad tym zastanawiać, to jedyne co wam pozostanie to wpadnięcie w obłęd. Wszyscy nas obserwują, wiele organizacji zabija się o nasze dane personalne. Są one zarazem pozyskiwane, ale i sprzedawane, a my jak te ślepe owieczki podążamy za każdym e-mailem subskrypcyjnym, programami lojalnościowymi, kartami kredytowymi. Sprzedajemy siebie, a przede wszystkim nasze dane, zdjęcia, uczucia, i sądzę, że nie trzeba długo czekać zanim ktoś to wykorzysta.
No cóż, w naszym nowym świecie możliwości oraz szanse przyporządkowuje się prawdopodobieństwu. Dzisiaj w większym stopniu niż kiedykolwiek twoja przyszłość zależy od twojej przeszłości, ponieważ twoja przyszłość zostaje wyliczona z twojej przeszłości.
Oczywiście to nie jest tak, że nie zdawałam sobie sprawy z tych wszystkich rzeczy, które zostały wykorzystane w Zero. Wiedziałam, ale zarówno wiem, że bardzo ciężko się od tego odciąć. Coraz trudniej poruszać się w naszej rzeczywistości takim osobom jak ja. Chcesz mieć coś taniej? A masz kod QR? A może bonusowe punkty, ale musisz zapisać się na newsletter. Zgubiłeś się i potrzebujesz dojść w odpowiednie miejsce? Przydałby się telefon z nawigacją i dostępem do Internetu. Zastanów się: wiele zawdzięczamy aplikacjom, Internetowi, przyjdzie wreszcie jakiś moment, gdy ktoś to wykorzysta i połączy wszystko ze sobą. Taką wizję przedstawia Marc Elsberg w Zero. Ktoś to wykorzystał i teraz trwa powolne śledztwo niedowiarków, ale również Zero, który stara się pokazać, jak to nas niszczy.

Co tyczy się jednak samej książki, to bardzo podobała mi się strona technologiczna i wszystkie wydarzenia, które były z tym bezpośrednio związane, jednak historia powiedzmy to: kryminalno-sensacyjna, była dość średnia. Często gubiłam się w wątkach, ponieważ pozycja jest podzielona na rozdziały dotyczące następujących po sobie dni, a w tych rozdziałach jedynie odstępy oddzielają różne wydarzenia dotyczące różnorakich osób. Jednak ostatecznie nie jest źle, przerażająco i zdecydowanie wpływa na umysł.

Bohaterowie nadto nie zaskakują, po prostu są, tak samo jak cała historia. Jednak ze względu na wątek technologiczny i zastanowienia się nad tym, warto po nią sięgnąć. Możliwe, że i w taki sposób ma właśnie na nas wpłynąć. Inwigilacja jest nieuchronna, a nawet już dawno temu się rozpoczęła. Strzeżcie się.

Najważniejszą oznaką prania mózgu jest to, że delikwent niczego nie zauważa.

Za tę lekturę dziękuję: Grupie Wydawniczej Foksal 
Tytuł oryginału: Loki's Wolves
Data wydania: 13.01.2016
Liczba stron: 272
Tom: I
Wilki Lokiego || Odin's Ravens || Thor's Serpents
Seria: Kroniki Blackwell
Gatunek: Fantastyka / Dla młodzieży

Wilki Lokiego to z jednej strony nowość, ale również i nie najnowsza książka. Jeżeli zbytnio się nie mylę (w razie czego proszę o sprostowanie), jest to ponowne wydanie, w innej okładce – moim zdaniem ładniejszej. Marr i Armstrong, są znane z wielu książek, w szczególności tych paranormalnych, fantastycznych. Teraz natomiast postanowiły połączyć siły i stworzyć coś dla młodzieży z wątkiem mitologicznym. Muszę przyznać, że wynik tej pracy jest bardzo zadowalający.

Każdy z mieszkańców Blackwell jest spokrewniony z Lokim bądź Thorem. Wydaje się to nieprawdopodobne, a jednak. Historia rozpoczyna się w momencie, gdy coraz bliższy jest Ragnarök – w mitologii skandynawskiej oznacza zmierzch bogów. Fen, Laurie i Matt to niezbyt zgrana paczka, ale muszą połączyć swoje siły, by zapobiec końcu świata. Czy im się to uda?
Cała ta afera z bogami była prawdziwa, ale sami bogowie byli głupi. I nie żyli. Skoro nie żyli, to jak miała się odbyć ostatnia bitwa? To nie miało najmniejszego sensu.
Moja ciekawość dotycząca tej serii osiągnęła zenitu. Po pierwsze dlatego, że lubię czytać pozycje przeznaczone dla młodzieży, a po drugie, rzadko sięgam po historie, które w jakiś sposób mówią o mitologii, bądź się nią inspirują. Nic na to nie poradzę, ale kilka razy starałam się zanurzać w takich fantazjach, ale zawsze mi się to nie podobało. Jednak w przypadku Wilków Lokiego, bawiłam się całkiem nieźle, a dodatkowo mam niemałą chęć na kolejne części.

Zainteresowanie może się objawiać w tym, że każdy co nieco wie o nordyckich bogach. Jest to po prostu na czasie za sprawą wielu ekranizacji, jak również i książek. Jednak gdy sobie pomyślę, że to powieść dla młodzieży, to niebywale mnie to cieszy, bo młodsze pokolenie, może spokojnie wkręcić się w ten świat. Możliwe, że mój zachwyt jest związany z tym, że mamy w tej historii wybrańca, a raczej wybrańców, to jednak nie są oni zatraceni w tym świecie, a nawet czuć, że są zwykłymi nastolatkami, którzy tak naprawdę nie wiedzą jak sobie poradzić z daną sytuacją. Wydaje mi się, że stworzenie bohaterów nastoletnich jest bardziej przekonujące, niż gdyby bohaterowi byli starsi.
To będzie katastrofa. Świat się skończy, bo nie wiemy, co robić.
Zawsze gdy mam do czynienia z duetem pisarskim, to się nieco obawiam. Ale w tym przypadku nie ma czego się obawiać, ponieważ wszystko jest opisane w przyjemny sposób, a akcja biegnie tak szybko, że ledwo udaje nam się za nią nadążyć, oczywiście w pozytywny sposób. Pożyczenie tej historii i stworzenie z niego serialu bądź filmu, byłoby strzałem w dziesiątkę.

Najlepszym co znalazłam w tej historii podczas jej czytania jest to, że otrzymujemy dawkę informacji o mitologii nordyckiej. Jest ona odpowiednio wkomponowana i sprawia nam przyjemność. Wartością dodaną jest również to, że książkę bez problemu może przeczytać zarówno dziewczyna jak i chłopak. Czasem się czuje w książkach, że jest ona odpowiednio nacechowana na jakąś płeć, jednak tutaj takiego zaznaczenia nie znalazłam.

Nie pozostaje wam więc nic innego jak sięgnąć po Wilki Lokiego, ponieważ jest to świetna przygoda, dla tych młodszych, jak i starszych czytelników. Przeczytacie ją bardzo szybko i nie będziecie potrafili się od niej oderwać. Zaskakuje, wciąga – a przecież to jest najważniejsze.

Za tę lekturę dziękuję: Grupie Wydawniczej Foksal
Data wydania: 17.02.2016
Liczba stron: 432
Tom: I
Waga || Reset || Lama
Seria: Waga
Gatunek: Kryminał

Nie musiałam mieć żadnych zapewnień, rekomendacji, czy innych zachwytów by sięgnąć po kolejną książkę Bartłomieja Basiury. Jego poprzednia seria bardzo mnie pochłonęła i byłam nią wniebowzięta. A jak się sprawa ma przy kolejnej serii, gdzie pierwszym tomem jest Waga? Tutaj sprawa ma się nieco inaczej, ale po kolei.

Waga rozpoczyna się w momencie odnalezienia trzech zwłok w lesie. Nie są to jednak zwykłe ciała, ponieważ przeprowadzono na nich sekcję zwłok, a morderca zabrał sobie to i owo. Później wszystko zaczyna się komplikować i tak gmatwać, że dopiero gdy dojdziecie do końca to zrozumiecie, jak wszystko jest ze sobą powiązane.

Najlepsze co można znaleźć w książkach Bartłomieja Basiury to detale. Jako absolwent prawa doskonale wie, jak sprawy się mają jeżeli mówimy o morderstwach, całym świecie politycznym i policyjnym. Nie ma sobie za nic wasze żołądki, więc potrafi w dosadny sposób przedstawić nam chociażby sekcję zwłok. I to wszystko za sprawą słów, a nie jakiegoś filmiku. Podczas czytania możecie się odprężyć i z niebywałą prostotą poznać wszystkie tajniki kryminału. Dodatkowo, pomijając jego wiedzę, w dość prosty sposób potrafi zaciekawić czytelnika, prowadząc akcję danych fragmentów w odpowiedni sposób, tak, że nie możemy się doczekać finału tej sprawy.

Napisałam fragmentów, ponieważ ja już wiem, że powieści Autora są wielowątkowe. Zapewne jest to wielki plus, że potrafi on niby nic nieznaczące fragmenty ułożyć jak puzzle w jedną całość. Jednak ma to zarazem swoisty minus (oczywiście może on występować wyłącznie u mnie), że na samym początku jesteśmy bombardowani informacjami, postaciami, zdarzeniami i trzeba nie lada wyczynu, by sobie w głowie to poukładać. W Wadze, właśnie to spowodowało, że się niesamowicie pogubiłam, ale może to tylko moja domena, ponieważ niezależnie od tego jak wciągająca by była książka, to ja i zapamiętywanie imion to niezbyt dobre połączenie.

Jednak tak jak wspomniałam, czytanie konkretnych fragmentów jest ciekawe i miło się w nich zagłębiać, tylko powstaje problem gdy trzeba to odnieść do całości. Stąd też myślę, że według mnie Waga prezentuje się słabiej niż poprzednia seria. Ale jednocześnie muszę stwierdzić, że Bartłomiej Basiura to dobry pisarz kryminałów. Wie jak przedstawić dane postacie, ma wiedzę by sobie w danym temacie poradzić i odpowiednio dawkuje nam zaciekawienie podczas czytania.

Bohaterzy to inna bajka, ponieważ nie wiem kogo polubiłam najbardziej. Każdy z nich jest dość wyrazisty i nieobliczalny. Dodatek pod sam koniec powieści, w postaci wypowiedzi samego zabójcy to dla mnie ogromny plus.

Jeżeli szukacie książki z jednym głównym wątkiem, dość prostym w obsłudze, a dodatkowo macie nadzieję, na rozpracowanie zagadki już na pierwszych stronach, to na pewno nie możecie sięgnąć po Wagę. Śmiem nawet stwierdzić, że ta pozycja jest dla wytrawnych kryminalnych czytelników. Takich, którzy uważają, że nic ich nie zaskoczy, ale ja wam powiem, że Bartłomiej Basiura zapewne zmieni wasz pogląd na ten gatunek.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Videograf
Tytuł oryginału: These Broken Stars
Data wydania: 02.03.2016
Liczba stron: 488
Tom: I
W ramionach gwiazd || This Night So Dark || Whis Shattered World ||Their Fractured Light
Seria: Starbound
Gatunek: Dla młodzieży / Science Fiction / Fantastyka

Nie wiedziałam czego się spodziewać po tej książce. Jedyne co mi się obiło o uszy to to, że jest genialna (przynajmniej tak mówił rynek zagraniczny), dodatkowo okłada wywołuje wiele emocji, bo jest cudowna. To była jedna z tych książek, które musiałam przeczytać, niezależnie od tego, czy jest to gatunek w którym lubię się zagłębiać lub nie. Po skończonej lekturze mówię: bomba!
A może to wszystko sen, w którym nie działają prawa fizyki?
Ikar to największy prom kosmiczny, po jego katastrofie przeżywa tylko Lilac – córka najbogatszego człowieka w kosmosie i Trevor – wojskowy, bohater wojenny. Czu uda im się przeżyć na nieznanej planecie? Wszystko zależy od tego, czy posłuchają wizji, które ich zaczynają nawiedzać…

Na początek się do czegoś przyczepię: około pierwszych 150 stron niezbyt mnie wciągnęło. Myślałam: gdzie ta wielka historia, o której rozpowiadają wszyscy? Czy coś mnie ominęło, czy tylko ze mną jest coś nie tak? A potem nagle padłam na ziemię, uderzona chyba jakimś obuchem w głowę i nie umiałam się podnieść. Tkwiłam w tej lekturze, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że teraz to się zaczyna prawdziwa historia.

Początki tej lektury może nie są nudne, ale dość statyczne. Powoli wkręcamy się w styl Autorek, przebiegamy po Ikarze, jakby to był nasz własny prom kosmiczny, poznajemy odrobinę bohaterów. Z tego też względu już na starcie zaczynamy oceniać Lilac i Trevora. Ale to katastrofa jest jednym z punktów kulminacyjnych tej powieści, lecz nie tylko. Ale reszty wam nie zdradzę, bo to byłby zamach na czytelnictwo. Po prostu po drodze dzieje się wiele rzeczy, które raz na zawsze odmienią wasz pogląd na gatunek science fiction.
Powinienem się cieszyć, że jest tutaj, przy mnie, nareszcie znowu stała się sobą. Nie czuję się jednak zwycięzcą – czuję, że to pożegnanie.
To co tyczy się gatunku. Wiedziałam, że będzie to pomost między literaturą dla młodzieży i science fiction. Jednak myślałam, że tego drugiego gatunku będzie znikoma ilość, że będzie to dodatek, który miałby wytłumaczyć całą otoczkę przyszłego świata. Ale nie! Teraz mogę śmiało stwierdzić, że to wątek romansu jest dodatkiem do całej kosmicznej historii. Wiem, że możecie się przerazić, ale nie ma obaw. Ponieważ jeżeli dla was otoczka dziwnych kosmicznych spraw nie jest priorytetem, to dostrzeżecie w tej historii przejmującą opowieść o miłości. I to nie jest tak, że będzie tu cukier puder, lukier i inne słodkości, ponieważ miłość między bohaterami rozwija się stopniowo, a mogę wam zaręczyć, znajdziecie tutaj wiele sytuacji, gdy i wasze serce przestanie bić.
Ale ona nie wie, jak bardzo wszystko może się zmienić, kiedy wrócimy do cywilizacji. A ja nie mam zamiaru rozliczać jej z obietnic, których nie będzie w stanie dotrzymać.
Sam wstęp do historii i jej powolne poznawanie było dość ciekawym doświadczeniem. Wszystko dlatego, że sądziłam, że z jednej strony cofnęłam się w czasie, a zarazem ruszam do przyszłości. Wytworne damy, żołnierze i cała ta etykieta przypominała mi dawne czasy, ale przecież wiedziałam, że historia dzieje się w przyszłości. Niezły mętlik w głowie, ale ostatecznie wyszło to bardzo dobrze.
Wolałabym, żeby dalej zachowywał się jak dupek. Niechęć łatwiej przełknąć niż współczucie.
Jestem pełna podziwu dla tej historii. Przepadłam i roztrzaskałam się wraz z bohaterami w tym promie kosmicznym. Razem z nimi przeżywałam ich wzloty i upadki i ostatecznie nie żałowałam żadnego słowa, które przeczytałam. Zarówno wątki fantastyczne, romansowe i obyczajowe, są na odpowiednio wysokim poziomie i chociaż może się wydawać, że nie ma możliwości by połączyć to w jedną dobrą całość, to się mylicie. To kosmiczna wyprawa w odmęty przyszłości i miejcie tylko nadzieję, że taki los w przyszłości nas nie spotka. Nie sposób ogarnąć ją rozumem, ją trzeba poczuć i pokochać.
A jednak jej uroda urzeka mnie może nawet bardziej niż wcześniej, ponieważ teraz w jej rysy jest wpisana opowieść o przetrwaniu.
Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Otwarte

Z tego miejsca zapraszam Was również na fanpage serii:

Tytuł oryginału: Life and Death
Data wydania: 03.02.2016
Liczba stron: 792
Tom: V
Zmierzch || Księżyc w nowiu || Zaćmienie || Przed świtem || Życie i śmierć
Seria: Zmierzch
Gatunek: Dla młodzieży / Fantastyka

Chyba nie ma takiej osoby na ziemi, która przyznałaby się do tego, że nigdy przenigdy nie słyszała o sadze Zmierzch. Oczywiście znajdą się osoby, które tej sagi nie przeczytały, możliwe, że obejrzały te dość średnie filmy i szerzą w Internecie sączone jadem wypowiedzi na jej temat. Przyznam, ja czytałam serię zanim była sławna, czyli w kwietniu 2007 roku. Szmat czasu, miałam wtedy niecałe 16 lat, czyli idealnie wpasowałam się w target i wiecie co? Podobała mi się. I nic wam do tego.

Z okazji 10 jubileuszu wydania powieści za granicą, Stephanie Meyer postanowiła stworzyć Życie i śmierć, czyli historię Zmierzchu opowiedzianą na nowo. Tym razem jednak mamy do czynienia z Beau Swan i Edythe Cullen. Historia ta sama, ale nie polega ona wyłącznie na zamienieniu imion i przedstawienia tej historii z perspektywy chłopaka. O nie. Na końcu dostrzeżecie różnice.

Na pewno byłoby tak, że gdybym sięgnęła po Zmierzch teraz, gdy na karku mam już trochę lat, dodatkowo masę przeczytanych książek, to zapewne bym się rozczarowała. Ale to właśnie jest potęga wyobraźni i wielkiego oddania do serii. Nie jestem jakoś dozgonnie jej oddana i by wielbić ją pod niebiosa, ale ta seria przyczyniła się do tego, że dzisiaj czytacie moje słowa. W tamtych czasach, tuż po premierze Zmierzchu, dla młodej nastoletniej osoby, nie było wyboru książek. Ja się wychowałam na wampirach Meyer, magii Rowling i smokach Paoliniego. I nie żałuję żadnej chwili na to, by poznać miłość silniejszą od śmierci i nawet brokatowe dyskotekowe kule w postaci wampirów mi nie przeszkadzały. Więc to wasza sprawa czy nienawidzicie tej serii lub nie.

Sięgając po Życie i śmierć najbardziej bałam się tego, że poczuję, że była to pozycja wydana ze względu finansowych. By zabrać żniwo w postaci dzisiejszych nastolatków. Pomimo wszystko po skończonej lekturze wcale tak nie uważam. To świetny dodatek, który pozwolił mi wrócić do Forks i skonfrontować się z tym, czy naprawdę ta seria ma coś w sobie. I zdecydowanie ma. Bo od wieków ludzie w jakiś sposób byli głodni wiedzy o wampirach. Był Bram Stoker z jego Draculą, następnie Anna Rice z Kronikami wampirów, ale nie oszukujmy się, są to pozycje dla starszych czytelników. I wtedy nastała luka dla książek dla młodzieży i tak rozpoczął się szał na serię Zmierzch.

Co do nowego wydania Życia i śmierci podoba mi się, że z jednej strony mamy nową historię, a gdy przewrócimy pozycję w drugą stronę to mamy nasz dawny Zmierzch. To gratka dla kolekcjonera, czy nawet takiego małego świra jak ja, by móc mieć takie podwójne wydanie na półce. Pięknie się prezentuje. Oczywiście z tego też względu jest to mała cegiełka, ale całkiem zgrabna.

Jeżeli miałabym już porównywać alternatywną wersję Zmierzchu z pierwowzorem, to sądzę, że nie jestem do końca w stanie określić, która opcja podobała mi się bardziej. Oryginał lubię za to, że właśnie to mężczyzna jest wampirem, a człowiekiem kobieta. W przypadku alternatywy, niektóre wątki mi niezbyt pasowały do chłopaka, nie było w nich takiej zażyłości, jak np. w sytuacji gdy Beau było zimno, to Edythe dała mu apaszkę – wersja z kurtką Edwarda była lepsza. I nie jest to historia napisana słowo w słowo jak Zmierzch, znajdują się tam detale, które trzeba było jakoś zmienić, by pasowały do przeciwnej płci. Ale mój wybór wersji jest niemożliwy, właśnie ze względu na zakończenie Życia i śmierci, która jest inna i osobiście bardziej mi się podoba.
Doszłam do wniosku, że skoro i tak skończę w piekle, równie dobrze mogę po drodze zaszaleć.
Ta pozycja to była dla mnie konfrontacja z uczuciami, które żywiłam do tej serii, przez 9 lat i wiecie co? Cholernie mi się ta seria podoba. Myślę, że cały ten jad, który dotyczy Zmierzchu jest spowodowany pewnego rodzaju zawiścią oraz wspomnianymi już przeze mnie ekranizacjami. Gdy nie znałam jeszcze filmów, błyszcząca skóra wampirów była dla mnie ciekawym spojrzeniem, ale gdy tylko zobaczyłam wersję filmową, to już przestało to być takie wyjątkowe, a stało się komiczne. Więc z jednej strony rozumiem, dlaczego niektórzy się tak zachowują. Z drugiej strony nie jest to jakaś wybitna literatura i jest ona postrzegana jako zapychacz dla nastolatek żądnych krwi i oglądania boskiego ciała wampirów. Szkoda, że po tylu latach jest ona tak postrzegana.

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że wielu czytelników, którzy tak jak ja, byli zakochani w tej serii w młodości, teraz stają po drugiej stronie barykady. To jest zastanawiające, że u nas w Polsce wstyd się przyznać do tego, że Zmierzch się przeczytało, ba, nawet się ją polubiło, gdy za granicą jest to w miarę powód do dumy (przynajmniej w środowisko booktuberów). Ja mam w nosie co sobie pomyślicie, że dałam tak wysoką ocenę tej książce, szczerze nie obchodzi mnie to. 


Za tę lekturę dziękuję: Grupie Wydawniczej Publicat
Tytuł oryginału: Salt & Stone
Data wydania: 17.02.2016
Liczba stron: 365
Tom: II
Ogień i Woda || Kamień i Sól
Seria: Ogień i Woda
Gatunek: Dla młodzieży / Science Fiction / Fantastyka
Znów nadszedł ten wielki i niespokojny moment, gdy w moje ręce trafia drugi tom serii. Nie byle jaki tak naprawdę, ponieważ gdy nastaje ta chwila, gdzie wiem, że już za chwilę przeczytam kontynuację książki, która ogromnie mi się podobała, to czuję skurcz w żołądku. Wszystko za sprawą tego, że mam wielkie oczekiwania, a jak ostatnio się zdarza – wydają się one zbyt wysokie. Jednak nie tym razem.

Tella powiedziała już a, więc teraz musi powiedzieć b. Podjęła decyzję, że wystartuje w wyścigu, by uratować swojego brata, ale nie jest jedyna. Przeprawa przez dżunglę i pustynię nie była łatwa, ale teraz czekają ją kolejne dwa etapy: morze i góry. Czy zdoła wygrać tę walkę? O tym przekonacie jeżeli sięgniecie po Kamień i sól.

Nadal mam bardzo wielkie obawy przed tą serią, pomimo że dwa z trzech tomów już za mną. Wszystko za sprawą tego, że wiele osób przyrównuje ją do Igrzysk Śmierci i jest w tym trochę prawdy, ale nie do końca. Oczywiście gdy wiemy, że mamy do czynienia z walką na śmierć i życie, to pierwsze co nam się nasuwa to Katniss i jej świat, jednak nic bardziej mylnego. Może i Victoria Scott zainspirowała się tą trylogią, ale za sprawą pandor wszystko wydaje się całkowicie inne. Ale skąd więc moje obawy? A stąd, że wiem jakimi torami porusza się Autorka. I trzeci tom, może być albo genialny, albo wielką porażką. Jednak kto by się przejmował, drugi tom jest genialny.

Możliwe, że moje uwielbienie nad tą serią nie jest spowodowane tym, że mamy tutaj coś odkrywczego. Jednak ubóstwiam historie, gdzie nigdy nie wiemy co wydarzy się na kolejnej stronie. Bohaterowie też są niczego sobie, sama Tella, nie wydaje się być denerwującą osobą. Jej charakter to waleczny tygrys, z domieszką dość płochliwego słodkiego króliczka. I chociaż poprzednie zdanie wydaje się być nacechowane negatywnie, to tak naprawdę nie jest, ponieważ w Kamień i sól dostrzegamy jej przemianę i przede wszystkim staramy się ją popychać naprzód. Rozterki głównej bohaterki są całkowicie zrozumiałe i nie są wyssane z palca i chociaż gdzieś tam krąży powoli wątek miłosny, to nie jest on w stanie przysłonić najważniejszej wartości tej książki, którą jest akcja.

Stworzenie ogólnej wizji przetrwania jest trafnym zagraniem, tym bardziej, jeżeli wiemy już z pierwszego tomu, że nic nie jest tym na co wygląda. Dodatkowo jesteśmy przygotowani na to, że nie ze wszystkimi bohaterami będzie nam dane dotrwać do końca. Stąd też moje uwielbienie do tego, że nic nie jest przekoloryzowane, a dodatkowo nie jest nakreślone w taki sposób, że głównej bohaterce zawsze jest z górki. Czytelnik to bardzo trafny obserwator i potrafi dostrzec, gdy coś dzieje się dość nienaturalnie, ja tutaj takich zagrywek nie dostrzegłam.

To nie jest historia o wyścigu i żądzy wygrania. Jest tutaj o wiele więcej wspaniałych kąsków, niż moglibyście się spodziewać. To przede wszystkim rachunek sumienia głównej bohaterki, która musi wiele razy wybierać między miłością a zdrowym rozsądkiem, wygraną by uratować życie brata a postąpieniem wbrew swoim zasadom. To są dylematy człowieka, który znajduje się na pierwszy rzut oka w sytuacji bez wyjścia, a później okazuje się, że należy dostrzec detale, by móc spojrzeć na ogół.

Wartością dodaną tej historii, są wspomniane pandory. I chociaż dobrze wiemy, że zostały one stworzone, i nie są to zwykłe zwierzęta, to jednak tak samo jak Tella się do nich przywiązujemy i każde ich zagrożenie życia przeraża nas tak samo jakby był to człowiek. W końcu lubimy zwierzęta. Ja osobiście zapałałam miłością do aligatora. A co, nie wolno mi?

Ogień i woda jak i Kamień i sól to historie na jeden wieczór. Gdy nastąpi ten moment, że zaczniecie czytać pierwsze zdanie, to wtopicie się w ten świat i nie będziecie umieli go porzucić. Podczas czytania, poczujecie słoność w ustach za sprawą otaczającego was morza, chłód gdy będziecie przemierzać górskie rejony. To nie jest wyłącznie lektura dla młodzieży, i zdecydowanie nie jest to ot taka sobie opowiastka dla rozrywki. Uczy wiele - przede wszystkim tego, że nie zawsze trzeba słuchać rozumu, a nawet należy pozwolić pokierować swoje czyny sercem.
To właśnie Piekielny Wyścig robi z ludźmi. Każe nam wybierać między życiem jednych a drugich. Sprawia, że jesteśmy mniej ludźmi, a bardziej zwierzętami, w desperacji próbującymi chronić członków własnego stada bardziej niż innych.
Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu IUVI 
Tytuł oryginału: Six of Hearts
Data wydania: 10.02.2016
Liczba stron: 480
Tom: I
Seria: Hearts
Sześć serc || Macabre Magic || Hearts of Fire || King of Hearts || Hearts of Blue
Gatunek: Romans / Erotyk / Kryminał
Nie wiem jak wy, ale ja od zawsze fascynowałam się iluzjonistami. Jest coś w tym, że gdy oglądamy jakieś sztuczki w telewizji to nie ma możliwości, byśmy przełączyli na inny kanał. To jest po prostu magia, że ręka iluzjonisty jest szybsza niż nasze oko, ale nie zawsze, ponieważ nie oszukujmy się, ale czasami jesteśmy najprościej w świecie naciągani.

Najlepsze w Sześciu sercach jest to, że opis ani trochę nie zdradza nam fabuły. Wiemy jedynie, że to będzie widowiskowy numer, który rozprzestrzeni się na kilkuset stronach. Iluzjonista Jay jest posądzany o zabicie człowieka, jednak jak się okazuje, nie jest to prawda, a on poszukuje tylko zemsty. Jednak co ma wspólnego z tym Matilda?

Wiesz, oskarżenia plamią twoją reputację, nawet jeśli zostaniesz uznana za niewinną.

Sama okładka nie jest do końca odzwierciedleniem fabuły. Jest genialna i świetnie się prezentuje, ale ja kompletnie nie miałam pojęcia, czy to będzie powieść obyczajowa, romans, a może jeszcze coś innego? Po przeczytanej historii mogę śmiało stwierdzić że nie da się jej jednoznacznie zaklasyfikować, a dodatkowo powiedziałabym, że odnajdziecie tutaj odrobinę kryminalnej zagadki, która ma tu kluczowe znaczenie.

Nie sądziłam, że niecałe pięćset stron będę potrafiła przeczytać za jednym razem, ale w tej historii jest coś takiego, że nie potrafiłam się od niej oderwać. L.H. Cosway bawi się z czytelnikiem w dość pruderyjny sposób, ponieważ nie będę was oszukiwać, ale fanki, a może nawet i fani scen łóżkowych znajdują tu coś dla siebie. Jednak nie musicie się bać, że od pierwszej strony ta historia wyda wam się przegadana i co najważniejsze: nudna. Co to, to nie. Zaciekawienie czytelnika pojawia się już w prologu. Jak możecie więc zauważyć, nie musicie czekać na rozwój wydarzeń nie wiadomo ile stron. Jeżeli tylko przeczytacie wspomniany wstęp, to nie będziecie potrafili się od niej oderwać.

Chociaż sam opis wskazuje na to, że głównym wątkiem powinny być sztuczki magiczne, to poniekąd tak jest, ale traktowałam je wyłącznie jako urozmaicenie. Jednak cholernie dobre urozmaicenie. Nie potrafię też jasno określić, czy na pierwszy plan w tej historii wysuwa się zagadka kryminalna, czy może jednak wątek miłosny. I co najśmieszniejsze, nie jestem wielką znawczynią literatury erotycznej. Parę historii o zabarwieniu erotycznym przeczytałam w swoim życiu, jednak jestem w stanie stwierdzić jedno: to najlepsza taka historia jaką do tej pory przeczytałam. Sądzę nawet, że nie jest to wyłącznie literatura dla kobiet, ale i mężczyźni byliby nią zainteresowani.

Wielkim plusem jest stworzenie tak realistycznych charakterów i życiowych dialogów. To sprawiło, że czułam się tak, jakby ta historia wydarzyła się naprawdę, a ja po prostu czytam pamiętnik Matildy (dobrze, że nie ominęła pikantniejszych szczegółów). Po kilku chwilach gdy wreszcie ochłonęłam, to mogę ją ocenić wyłącznie w samych superlatywach. Oczywiście będziemy świadkami metamorfozy Matildy z cichej myszki, do przebojowej ukochanej, jednak całkowicie mi to nie przeszkadzało. Bo główną gwiazdą tego przedstawienia jest Jay - seksowny, bystry i inteligentny zarazem. Podobała mi się również otoczka kryminalna, bo dopiero pod sam koniec historii, wszystkie puzzle trafiają na swoje miejsce i możemy wreszcie w pełni poukładać sobie w głowę tę historię. Co jednak tyczy się samych bohaterów, to wiele razy na moje usta wpełzał uśmiech i wcale nie był wymuszony. Naturalny przebieg dialogów i w nich odwoływania do świata filmów i seriali było strzałem w dziesiątkę.

Ta zdzira ma więcej problemów niż Vogue numerów.

Wątek romansu bardzo przypadł mi do gustu, ponieważ był naturalny, a nie, że nagle bohaterowie pałali do siebie miłością większą niż do tej pory ktokolwiek na świecie. Miłość w normalnym życiu rozwija się powoli i takie samo tempo znajduje się w Sześciu sercach – jednocześnie nas elektryzuje i dostarcza nowych doznań. Tego właśnie oczekiwałam od tej lektury. Chciałam czegoś magicznego, i to właśnie dostałam, dodatkowo nawet z nawiązką.

Wszyscy jesteśmy winni, bo pragniemy idealnej osoby, ale nie pomyślimy, by zajrzeć do własnego wnętrza i zobaczyć, jak sami jesteśmy niedoskonali.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Filia 
Tytuł oryginału: Panic
Data wydania: 03.02.2016
Liczba stron: 358
Gatunek: Dla młodzieży / Powieść obyczajowa
Lauren Oliver zapewne wielu z was kojarzy, bądź też pokochało za sprawą trylogii Delirium. Ja do tej grupy zdecydowanie nie należę. Nie uważam, że była zła, ale jednocześnie seria była rozczarowująca. Na pewno też nie mogę zapisać się do grupy osób, które po jakimkolwiek fiasku ze spotkania z twórczością Autora przekreśla dane nazwisko na zawsze. Dobre książki mają wiele imion, a Panika zdecydowanie należy do dobrych książek.

Heather nie lubi Paniki – gry, gdyż zabawą ją nazwać nie można, która wpływa na przekraczania granic uczestników do maksimum. Sama nazwa wskazuje na to, że nie możesz być do końca pewien czy cię ona nie pokona, ale musisz przyznać, wygrana w postaci kilkudziesięciu tysięcy dolarów jest bardzo przekonywująca, tym bardziej, jeżeli mieszkasz w zapadłej dziurze, bez perspektyw na jakiekolwiek godne życie po szkole średniej. Heather nie miała w planach uczestniczyć w tej grze, ale widać życie woli pisać własne scenariusze.

Zapewne gdy przedstawiłam wam zarys tej historii, to pomyśleliście o dystopii. Nie wiem dlaczego, ale zanim do niej zajrzałam i wciągnęłam się w tę grę to ja też tak o niej pomyślałam. Carp to prawie zwykłe miasteczko, ze zwyczajnymi mieszkańcami, których trawią problemu normalnego świata: znalezienie pracy, utrzymanie pracy, wyżywienie dzieci, zapłacenie rachunków. Nic nadzwyczajnego, jednak to Panika jest na ustach wszystkich, w szczególności nastolatków, którzy właśnie ukończyli szkołę średnią. I chociaż nagroda wydaje się być nad wyraz kusząca, to gdy o mnie chodzi (pomimo, że w większości przypadków czuję się nieustraszona), to za nic w życiu nie wzięłabym udziału w tej grze.

Ale o tym musicie przeczytać, ponieważ nie zdradzę wam jakie zdania czekają uczestników, ale zaręczam wam, że włoski mogą zjeżyć się na karku, i będziecie dziękować światu, że w waszym mieście nie wymyślili czegoś tak absurdalnie chorego. Tak, chorego, ponieważ we wcześniejszych grach niektórzy przypłacili zdrowiem, jak i życiem.

To dość genialny pomysł na stworzenie takiej historii. Dzisiejsi nastolatkowie są już tak znudzeni brutalnością obejrzaną w filmach i usłyszą w wiadomościach, że już prawie nic nie może ich zaskoczyć. A jednak może, bo gdy pomyślicie chociaż chwilę nad tym, by zamienić się miejscami z bohaterami, to nie ma mowy byście zrobili to bez broni przyłożonej do waszej głowy. Mnie ta historia zaskakiwała na prawie każdej stronie, bo po prostu nie byłam przygotowana na taką wersję wydarzeń.
Nikt nie powinien być szczęśliwy, kiedy my sami jesteśmy przygnębieni – a już na pewno nie nasi najlepsi przyjaciele.
Pomimo, że to historia opowiedziana z perspektywy dwóch bohaterów: Heather i Dodge’a, to jednak jest na tyle spójna, że taki podział jest jak najbardziej na plus. Oczywiście każdy z was pomyśli, że coś musi być na rzeczy, że dwójka bohaterów jest tak mocno zaznaczona w tej konstrukcji, ale nie posuwajcie się zbyt daleko ze swoimi spostrzeżeniami. Lauren Oliver zapewne was zaskoczy.

Panika to słodko gorzka historia, która w moim mniemaniu jest bardziej gorzka niż zwykły czytelnik może to znieść. Naprawdę, czara goryczy jest bardzo głęboka i powoli będzie rozrywać wasze serce, jeżeli tylko w odpowiedni sposób otworzycie się na tę historię. Na początku wydaje się sielska, ale później ma w sobie wiele bólu, cierpienia i przede wszystkim niezrozumienia, że aż czytelnika zakuje serce.
Nikt nigdy nie powiedział jej tej podstawowej prawdy – nie każdy ma szansę na miłość.
Realizm wielu sytuacji stanowczo może nas przerażać - bohaterowie nie boją się wypowiadać swoich myśli na głos, w końcu człowiek uczestniczący w Panice niczego się nie boi. To powoduje, że zżywamy się z bohaterami bardziej lub mniej. Ja początkowo nie przepadałam za Heather, była zwyczajnie nijaka i nie traktowałam jej zbyt poważne, ale gdy powoli los zaczął odkrywać kolejne karty, to niechybnie stała się moją faworytką. Osobistą idealną przemianą. Zakończenie odrobinę nie przypadło mi do gustu, ale ma swoje zaskakujące momenty.
Chodzi mi o to, że jeśli kogoś naprawdę kochasz, jeśli się o niego troszczysz, musi to być na dobre i na złe. Nie tylko wtedy gdy jest łatwo i przyjemnie.
To historia, której nie spodziewałam się otrzymać. Myślałam, że będzie całkowicie inna, a jednak mi się podobała. Lubię być zaskakiwana, uwielbiam gdy bohaterom są rzucane pod nogi kłody. Jeżeli też to lubicie, to musicie sięgnąć po Panikę, bo się nie zawiedziecie.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Otwarte

Dziś przedstawiam wam już drugi wywiad z Autorem. Pierwszy możecie przeczytać tu: KLIK. Pierwszy wywiad był powiedzmy... dość inny, taka ciekawska strona Adriany w poznawaniu Autorów. Tym razem ponad rok później, postanowiłam zadać bardziej poważne (jak to brzmi) pytania. Jesteście ciekawi? Zapraszam:

Adriana Bączkiewicz: Już od dobrych odpowiedzi na moje dziwne pytania Cię poznaliśmy, więc może czas na coś prawie zwykłego? Minął ponad rok od naszego wywiadu. Czy coś zmieniło się w Twoim życiu?
Kacper Bębenek: I tak, i nie. W kwestii życia, nazwijmy to edukacyjnego, zmieniło się wiele. W końcu każdy nowy dzień, to nowe doświadczenia. W kwestii życia społecznego, nie zmieniło się prawie nic. Generalnie to go nie mam podczas roku akademickiego, bo i kiedy? Chyba w 15-minutowej przerwie między zajęciami albo po ich zakończeniu, tj. od 19 czy 21. Czasami mam wrażenie, że życie przecieka mi przez palce - moi znajomi w dużej części już założyli rodziny, pracują etc., a ja dalej dłubię i dłubię w tych zębach podczas zajęć na uczelni ;)

Myślisz, że druga część cyklu o Trzech siostrach jest lepsza od Mannumiterry?
To bardzo trudne i niebezpieczne dla autora pytanie :). Odpowiem zgodnie ze wszelkimi zasadami dobrego wychowania, tj. wymijająco - jest inna. Nie mam zamiaru wypowiadać się czy jest lepsza pod względem fabularnym, gdyż każdy ma prawo lubić co innego i każdy z czytelników na pewno wyrobi sobie swoje własne zdanie na ten temat. Na pewno uważam drugą część cyklu za lepszą pod względem czysto stylistyczno-technicznym. W końcu, cokolwiek robimy, z każdym kolejnym powtórzeniem tejże czynności, jesteśmy w niej lepsi. W Dzikich krainach chciałem zmierzyć się z jedną z moich literackich (zarówno pod względem czytelniczym, jak i pisarskim) zmór, tj. z opisami miejsc i przeżyć wewnętrznych. Mam nadzieję że poradziłem sobie z tym zadaniem.

W cyklu znajdziemy wiele dziwnych nazw. Jak wygląda ich tworzenie? Starasz się je później wymawiać, by ładnie brzmiały, czy może istnieje jakaś konkretna etymologia?
To złożony problem. Zawsze staram się wymyślać wszelkie nazwy zupełnie od nowa (poza zaklęciami, które są zniekształconą łaciną). Tak więc wszystkie dziwne nazwy biorę z głowy, czyli z niczego :). Są jednak pewne wzorce, które stosuję. Stylizuję nazwy tak, aby brzmiały mi poprawnie z danym językiem, stylem, czy odniesieniem, tak więc delikatne i dystyngowane elfy mają język stylizowany na francuski, a zapijaczone, harde krasnoludy na języki germańsko-skandynawsko-ugrofińskie. Do tego dochodzi fakt, ze cały cykl jest planowany jako pastisz, a więc znajdują się w nim też nazwy nawiązujące do tematu, który mają wyolbrzymiać.

Cykl kojarzy mi się z kilkoma książkami. Docelowo ile części będzie miała seria?
I tego to nie wiem sam. Właśnie dlatego użyłem bezpiecznego w swej semantyce słowa "cykl". Początkowo zakładałem 4 części, ale zawsze mogę to zmienić, którą to możliwość wysoce sobie cenię.


Gdybyś mógł, to przeniósłbyś się do stworzonego przez Ciebie świata?
Oczywiście! Uważam, że cała literatura fantasy powstała w dwóch celach. Po pierwsze aby przekazać pewne uniwersalne wartości w łatwiejszy sposób (możliwość użycia wyolbrzymień, porównań, metafor czy w końcu większa swoboda twórcza, ale i większa możliwość szokowania). Drugim celem jest umożliwienie oderwania się od naszego codziennego, nierzadko żmudnego i nudnego życia. Każdy chyba chciałby przeżyć jakąś niezwykłą przygodę, mieć specjalne umiejętności, które ułatwiłyby mu życie, czy poznać kogoś zupełnie odmiennego od ludzi.


Zanim siądziesz do pisania, co jest Ci potrzebne pod ręką, albo jak przygotowujesz się do pisania?
Na pewno wena. A na serio, zawsze pisząc mam pod ręką wszystkie stworzone materiały pomocnicze - mapy, spisy postaci, miejsc, wydarzeń. Koniecznie plan wydarzeń! Muszę zawsze mieć go w pobliżu, gdyż podczas pisania wychodzi ze mnie cały chaos, i potem nagle uświadamiam sobie po 10 rozdziałach, że muszę wszystko zmienić, bo inaczej prowadziłem wątki ;)

Zawsze mnie to ciekawi: ile pracy, a może raczej ile czasu kosztowało cię napisanie drugiej części? Bo nie oszukujmy się, ale jest obszerniejsza od poprzedniczki.
W sumie pisałem Dzikie krainy przez 2 przerwy wakacyjne. W czasie roku akademickiego nie mam na to niestety czasu, więc nadrabiam w wakacje. Czy to dużo? Nie wiem, czasami sypię rozdziałami jak z rękawa, a innym razem nie jestem w stanie wydusić dwóch zdań. Paradoksalnie długie rozdziały piszą się szybko, a te krótkie, zwłaszcza z decydującą rolą postaci drugo- czy trzecioplanowych najdłużej.

Wyobraźmy sobie, że nie tworzysz fantastyki. W jakim gatunku byś się odnalazł?
Bardzo trudno mi to sobie wyobrazić, ale na Twoją specjalną prośbę, spróbuję. Myślę że (odrzucając całą fantastykę, a więc również science-fiction i horror) być może kryminały? Lubię pisać to, co również chętnie czytam, a poza fantastyką i tzw. "klasyką", są to właśnie kryminały.  Jako że piszę też poezję, której jednak nie publikuję (no dobrze, przemycam co nie co do powieści), bo nie oszukujmy się, odbiór byłby zapewne zerowy, to prawdopodobnie również ją.

Już nie jesteś debiutantem, a pisarzem, więc spytam tak: czy pisarz kiedykolwiek jest w pełni zadowolony ze swojej książki?
Kolejne, trudne pytanie - serio, poprzednie były o niebo łatwiejsze J. Po pierwsze, nie uważam się absolutnie za pisarza. Napisałem i wydałem 2 książki, czyni to ze mnie takiego samego pisarza, jak usunięcie 2 zębów czyni ze studenta chirurga stomatologicznego.  Mogę więc wypowiedzieć się tylko odnośnie Mannumiterry i Dzikich krain. Czy jestem z nich zadowolony w 100%? Chyba nie. Myślę, że gdybym zaczął cykl teraz, mając 22 a nie 16 lat, poprowadziłbym nieco inaczej fabułę i zmienił nieco styl i język. Nie mam jednak o to do siebie żalu, bo najważniejsza, moim zdaniem, w tworzeniu jest szczerość, więc nie żałuję tego, że pokazałem czytelnikom swoje "ja" z tamtego czasu. Powiedzmy, że jestem zadowolony tak w 95%.

Czy oprócz cyklu Trzy siostry masz jeszcze pomysł na inną, a może inne powieści?
Tak, nawet są w trakcie powstawania. Jednak na razie chciałbym zamknąć przygody trzech sióstr.

Jak zachęciłbyś czytelników, do sięgnięcia po swój cykl?
I to jest cecha, której chyba brakuje każdemu początkującemu twórcy - jak zachęcać? Powiem tak, zapraszam do poznania stworzonego przeze mnie świata. Jeśli jesteś znawcą literatury fantasy, zapraszam na pojedynek - odnajdź wszystkie nawiązania w moim pastiszowym świecie, jeśli zaś jesteś nastawiona/y nieprzychylnie do fantastyki - daj mi szansę Cię przekonać. Jeśli spodoba Ci się książka, będę zaszczycony, bo dla każdego twórcy najważniejszy jest odbiór. Drogi czytelniku, cóż masz do stracenia? W najgorszym wypadku będziesz miał powód do siania hejtów ;) 

Tytuł oryginału: Spelreglerna
Data wydania: 03.02.2016
Liczba stron: 192
Gatunek: Powieść obyczajowa

Każdy z nas otrzymuje czasem jakieś rachunki. Nie tylko te w sklepie, ale również za pomocą poczty do domu. Gaz, elektryczność, woda i tym podobne rzeczy należy przecież opłacić. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że większość z nas nie otrzymuje takich rachunków już do domu, w końcu staramy się wszystkie polecenia do zapłaty otrzymywać drogą elektroniczną. Ale wyobraźcie sobie sytuację, że nagle zostaje wam dostarczony list, w którym nakazuje wam się spłatę kilku milionów. Ciekawe o czym teraz pomyśleliście?

Pewien mężczyzna otrzymuję właśnie taki rachunek opiewający na pięć i pół miliona koron. Początkowo twierdzi, że to jakaś forma ulotki, następnie, że na pewno się pomylili. Ostatecznie stwierdza, że to może być przekręt. Jednak na samym końcu okazuje się, że wszystko jest prawdą i musi on zapłacić za swoje dotychczasowe szczęście. Tylko czy naprawdę było to szczęśliwe życie?

Ta książka wydaje się żartem. Pierwszoosobowa narracja skłania mnie do tego, że sama zaczęłam myśleć o tym jak ja bym się poczuła w takiej sytuacji. W końcu te miliony, które musi zapłacić bohater to nie jest mała suma. To tak jakbyś Ty musiał zapłacić nagle ok. 2 miliony złotych. Nie sądzę by ktokolwiek z nas widział taką górę pieniędzy na oczy. A jednak.

Krótka jest ta historia, ale w odpowiednim stopniu treściwa. Mógłbyś pomyśleć, że to zwykła opowiastka, dosyć absurdalna, ale jednak nie. Ponieważ w ten tekst trzeba się wczytać głębiej. Jej sensem jest dostrzeżenie własnego szczęścia. Czy jesteś zadowolony ze swojego życia? Absurd tej historii polega na tym, że bohater się dziwi, dlaczego on musi zapłacić aż tak wielką sumę, w porównaniu z innymi. Ma prawie 40 lat, nie ma żony, dzieci, samochodu. Pracuje na niepełny etat w wypożyczalni filmowej, nie ma niczego na własność, mieszka w wynajmowanym mieszkaniu. Skąd więc taka horrendalna suma? Czy naprawdę nie jest to błąd?

Właśnie to w tej historii jest najlepsze, ponieważ ukazuje, że szczęście wcale nie jest przeliczane na posiadane pieniądze, na dobra, którymi człowiek się otacza. To postrzeganie samego siebie i otaczającego go świata determinuje jego szczęście. Nawet pomimo tego, że zdarzają mu się niepowodzenia, ale lubi takie swoje życie. W końcu niepowodzenia mogą doprowadzić do szczęścia.

Zwykłe życie, to szczęśliwe życie. Tak właśnie zakończę tę recenzję.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Znak Literanova
Tytuł oryginału: Gregor and The Curse of The Warmbloods
Data wydania: 13.01.2016
Liczba stron: 384
Tom: III
Seria: Kroniki Podziemia
Gatunek: Dla młodzieży / Fantastyka

To już trzecia część przygód jedenastoletniego Gregora i muszę przyznać, że jest to najlepsza część z tej serii. Zatem warto czytać całe cykle, a dodatkowo nie mogę się doczekać, co ciekawego wymyśli Suzanne Collins w kolejnych tomach.

Tym razem Gregor musi zejść do Podziemi by sprostać Klątwie Stałocieplnych, która mówi o rozprzestrzeniającej się zarazie. Myślał, że jego pobyt będzie krótki, w końcu w przepowiedni nie było mowy o żadnej wyprawie. Ale gdy zaraża się jego mama, to wie, że musi zrobić wszystko by móc ją uzdrowić.

Zastanawiam się dlaczego ta część spodobała mi się najbardziej. Myślę, że to za sprawą tej zarazy. Została w tak niezwykle dobry sposób opisana, a wspomniana wyprawa nie była jakoś naciągana. Bo zaraza to rzecz, która ma miejsce również u nas na ziemi. Może dlatego ta część nie wydawała się tak bardzo bajkowa? Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że we wcześniejszych częściach pisałam wam o tym, że to literatura dla młodszych, ale zarazem śmierci w niej od groma. Więc do jako takich bajek nie mogłabym jej przyrównać, ale ten charakter świata pod nami, i dziwnych stworzeń, tak jakoś wtedy na mnie wpłynął, że jestem jak najbardziej na tak.

Teraz natomiast pokochałam bohaterów całym sercem (wcześniej to była tylko część), ale w pełni mogę powiedzieć, a raczej napisać, że polecam tę serię każdemu. Widać Suzanne Collins ma lepsze i gorsze pomysły co do akcji, ale w przypadku trzeciego tomu, jest na co ostrzyć pazurki. Co dziwniejsze, trzeci tom jest na razie najbardziej obszerny z całej serii i to również pozytywnie wpłynęło na fabułę.

Gregor i Klątwa Stałocieplnych znowu uczy swoich czytelników wiele. I chociaż są to podstawowe zasady, które każdy człowiek powinien wiedzieć, to przekazywane one z ust bohaterów tej serii są jeszcze bardziej wyjątkowe. Nie sądzę, by nikt nie wymyślił podobnej serii, w końcu co to za problem napisać książkę o nastoletnim bohaterze i o zwierzętach, które potrafią mówić? Myślę, że niezbyt trudny, ale trzeba czytelnika czymś zaskoczyć i sądzę że Autorka dobrze wie jak to zrobić.

Sądzę, że Kronik Podziemia nie trzeba już nikomu zachwalać. Bo słowa i tak nie oddadzą uroku tej serii. Zdecydowanie musicie po nią sięgnąć, a jeżeli nadal się wzbraniacie, to podarujcie ją komuś młodszemu, a on was zapewni, że i wy musicie ją po prostu przeczytać.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu IUVI
Tytuł oryginału: Dash & Lily's Book of Dares
Data wydania: 18.11.2015
Liczba stron: 312
Gatunek: Dla młodzieży

Nie musi być przecież tak, że w zimę czytamy książki dotyczące tej pory roku, a w historiach, które mają miejsce w ciepłych miesiącach zaczytujemy się jedynie w okresie wakacyjnym. Stąd też powiedzmy, że z ponad miesięcznym opóźnieniem zabrałam się za Księgę wyzwań Dasha i Lily. Czemu miesięcznym? Ponieważ akcja książki rozgrywa się w okresie świąt Bożego Narodzenia.

Wszystko rozpoczyna się od czerwonego notatnika, który zostaje wciśnięty na półkę w księgarni, a w nim znajdują się instrukcje, czasem dość pokrętne. Kto by nie chciał zabawić się w Sherlocka Holmesa? Tylko, że nie w kwestii rozwikłania zagadki morderstwa, a raczej odszukania dziewczyny, która ten notatnik zostawiła. Takim oto sposobem Dash przedświąteczną gorączkę poświęca na szukanie kolejnych tropów, ale również nie zostaje w tym układzie bierny.

Zacznę może od końca, ponieważ uważam, że ta informacja jest ważna na tyle, by przedstawić ją na początku rozważań, a mianowicie: historia, a raczej jej rozdziały, są podzielone na te opowiadane przez Dasha, jak i Lily. Niezbyt odkrywcze prawda? Ale to nie to jest ciekawe, a raczej to, że David Levithan pisał jako Dash, a Rachel Cohn jako Lily – no cóż dalej bez szału? A więc niech zaciekawi was fakt, że historia jako tako nie była pisana wspólnie, a raczej po kolei powstawały rozdziały u tych dwóch różnych Autorów. Nie było żadnego planu – to dopiero coś, nieprawdaż? Gdy przeczytałam tę wzmiankę na samym końcu, to tym bardziej spodobała mi się ta historia. Dość ciekawe zagranie. Ode mnie duże brawa.

Co jednak tyczy się samej historii. To lubię takie dość słodkie wydarzenia i chociaż mamy tutaj do czynienia z szesnastoletnimi bohaterami, to możemy im pozazdrościć inteligencji. Osobiście uznajmy ich zagrania jako swojego rodzaju podchody. Po przeczytanej lekturze (którą pochłonęłam w jeden wieczór) stwierdzam, że wiek odrobinę mi przeszkadzał. Ponieważ gdy teraz o tym myślę, to charaktery Dasha jak i Lily były zbyt dorosłe, jak na wspomniany wiek bohaterów. Ale to tylko moje zdanie.

Tak jak zaznaczyłam we wstępie, nie sądzę, że tę lekturę powinno się czytać wyłącznie w okresie świąt. Ma w sobie pomimo wszystko również uniwersalny wydźwięk i wiele prawd, które przydają się nie tylko od święta. To historia o dawaniu sobie drugiej szansy, o niespokojnych uczuciach, które dopiero kłębią się w młodych głowach. Oraz najważniejsze to zabawa, taka czysta, niezmącona alkoholem i innymi używkami. Znajdziecie tutaj również i coś ważniejszego, a raczej relacje, jakie występują w ich rodzinach. Myślę że aspekty literatury młodzieżowej, gdzie opowiada się o całym szeregu uczuć, historii które mogły lub przydarzyły się wielu nastolatkom są całkowicie na miejscu.
- Widzisz Dash, ja nigdy nie byłam dziewczyną z twojej głowy. A ty nigdy nie byłeś moim księciem. Myślę, że obydwoje zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Kłopoty zaczynają się wtedy, kiedy chcemy na siłę uwierzyć, że spotykamy się z naszym wyśnionym ideałem.
Oczywiście nie są to zagadki, które i my moglibyśmy rozwikłać, ponieważ nie sądzę by każdy z nas trzymał w swojej biblioteczce Radość seksu gejowskiego. Nie mniej jednak to zaskakująca lektura, nie tylko przeznaczona dla młodzieży, bo muszę przyznać, że niektóre myśli i zachowania głównych bohaterów były genialne i zdumiewające zarazem.

Za tę lekturę dziękuję: Wydwnictwu Bukowy Las

Nie wiem kiedy ten styczeń przeleciał, ale muszę przyznać, był on obfity w książki, i zarazem był zapełniony czytaniem. Nie przeraźcie się tylko stosiku recenzenckiego, bo jest naprawdę ogromny, ale cóż zrobić, gdy wydawcy wręcz oszaleli na punkcie styczniowych premier? No właśnie...