Patrzeć nie znaczy widzieć

A czy Ty potrafisz ujrzeć słowa?
Znajdź mnie
Tytuł oryginału: Bad girls don't die
Data wydania: 13.01.2016
Liczba stron: 360
Tom: I
Złe dziewczyny nie umierają || From Bad to Cursed || As Dead As It Gets
Seria: Złe dziewczyny nie umierają
Gatunek: Dla młodzieży / Horror

Powieści z dreszczykiem mają to do siebie, że muszą w nas powodować pewnego rodzaju niepokój. Bo przecież uwielbiamy pozycje, które jak za dotknięciem magicznej różdżki wpływają na nasz mózg tak, że nie ma szans byśmy przy zgaszonym świetle w spokoju udali się do łazienki. Czy powieść dla młodzieży również może dostarczyć takich wrażeń? Oczywiście, że tak.

Kasey to młodsza siostra Alexis. Uwielbia lalki i jest dość ekscentryczna, tylko że w pewnym momencie jej zachowanie zaczyna być przerażające. Tak jakby Kasey nie była momentami tą niepozorną dziewczyną sprzed kilku chwil. W końcu każdy nastolatek przechodzi pewną metamorfozę, tylko co, gdy bliskie osoby Alexis ulegają dziwnym wypadkom?

Złe dziewczyny nie umierają to dobrze skonstruowana powieść dla młodzieży z horrorem w tle. Nie wiem jak was, ale mnie horrory nie straszą, a wręcz uwielbiam je oglądać i czytać. Jedni to lubią, inni nie. Jednak zwracając uwagę na mnie samą, to ta pozycja to taki lekki horror. Idealny dla nastoletnich dziewczyn jak i chłopców, którzy dopiero rozpoczynają swoją wędrówkę do świata duchów (oczywiście nie mam na myśli tutaj umierania). Nie wszyscy przecież muszą zaczynać od Kinga w przypadku książek i Freddy’ego Kruegera jeżeli mówimy o filmach. Czasem potrzeba lekkiego bodźca, by móc pobudzić wyobraźnię.

Katie Alender powoli wprowadza nas w temat dziwactw. Ponieważ nie oszukujmy się, w takich powieściach nie można ruszyć z kopyta. Powoli poznajemy Alexis i gdzieś tam w tle pojawia się Kasey. Zwykła rodzina, która może i nie jest idealna, ale na pewno nie odstaje od reszty rodzin, które sami znamy. To jest właśnie wartość dodana, którą dostrzegłam właśnie za sprawą przedstawienia tego młodzieżowego charakteru powieści. Z jednej strony poznajmy życie Alexis, gdzie dowiadujemy się o wielu przykrych rzeczach, które spotkały ją na przestrzeni nastoletniego życia, a z drugiej mamy tu również mamę, która nie ma za wiele czasu dla swoich córek. W końcu to powieść młodzieżowa, więc cała otoczka niesprawiedliwego świata i buntu młodzieżowego jest całkowicie na miejscu. Może odrobinę nie podobał mi się wątek miłosny w tej książce, jakoś tak nie odczułam go zbyt mocno. Był i tyle. Ale może z drugiej strony to dobrze, że nie jest to historia aż tak napisana pod publikę, bo w końcu wiadomo, że miłość niezależnie od sytuacji w życiu bohatera czy bohaterki musi się pojawić.

Co tyczy się samego paranormalnego wydźwięku, nie jest najgorzej. Ja osobiście mam już trochę lat na karku, dlatego też naoglądałam się filmów i przeczytałam wiele książek właśnie z motywem nawiedzonej osoby, bądź też domu. Stąd też dla mnie ten paranormalny wątek nie wniósł niczego w życie. Ale chcę zaznaczyć, że dla osoby, która dopiero wkracza w te rejony, to zapewne będzie to nieprzyjemna lektura. Znaczy się przyjemna w tej nieprzyjemnej części. W końcu strach jako odczucie nie powinno należeć do przyjemnej części życia.

Historia momentami zaskakuje, nawet i ja byłam zaskoczona, że mnie zaskoczyła (dziwne czyż nie?). To taka pozycja, którą połyka się na raz. Czy rzeczywiście powoduje uczucie strachu? Nie mi to oceniać, w końcu od maleńkości byłam wychowana na wspomnianym już Freddy’m Kruegerze. Docelowo Złe dziewczyny nie umierają  to pierwsza część trylogii. Jestem ciekawa co może znaleźć się w kolejnych tomach, bo ta historia zawarta w pierwszym tomie wydaje się być skończona. 

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Feeria Young
Data wydania: 15.01.2016
Liczba stron: 518
Tom: II
Gatunek: Fantastyka
Seria: Trzy siostry
Mannumiterra || Dzikie Krainy
Wydawnictwo: Warszawska Grupa Wydawnicza
Dość niespodziewanie, ale z mocnym przytupem, wkroczyłam w czytanie drugiej części cyklu Trzy siostry z niemałym zachwytem i iskierkami w oczach. Wszystko za sprawą tego, że macie przed sobą patronkę drugiego tomu i nie mogłam wyjść z podziwu, a uśmiech nie znikał mi z ust przez długie dnie, bo pierwsza część Mannumiterra wywołała we mnie wiele emocji i to wyłącznie tych dobrych. W podziękowaniach, znalazłam również i te, skierowane do mnie. Wyobrażacie to sobie? Wcześniejsza radość zrobiła się jeszcze większa! Ale przejdźmy może do właściwej recenzji.

Osetia, Emily i Elisabeth, czyli cyklowe Trzy siostry stają przed trudnym zadaniem jakim jest obalenie rządów Tyrana. Siostry te postanawiają więc zjednoczyć okoliczne ziemie oraz skompletować Amulet Pięciu Serc, który w tym zadaniu na pewno im pomoże. Czy im się to uda? Oraz jakie przeciwności będą na nie czekać? Tego dowiecie się, jeżeli sięgniecie po Dzikie Krainy.

Nie oszukujmy się, to poważna i potężna księga – w końcu liczy sobie ponad 500 stron. Jednak mogę was zapewnić, że czyta się ją szybko i ciągle mamy ochotę na więcej. Znów wkroczyłam w świat, który niesamowicie mi się podoba. Znów powiem, że to jedna z najlepszych książek polskich autorów, które do tej pory czytałam. Znów muszę się zachwycić detalami. Ciągle te znów, znów, znów, ale inaczej się nie da w przypadku tego cyklu.

Poniekąd zacznę od oprawy i innych materialnych dodatków. W książce znajdziecie aż pięć map, gdyż każda ukazuje poszczególne części Angvaarii. Nie są to jakieś zwykłe gryzmoły, ale dopieszczone w detalach mapy, które przydadzą się każdemu czytelnikowi, który chciałby poznać ten świat od podszewki. Oczywiście można zrobić z niej użytek również podczas czytania by sprawdzić, w którym kierunku poruszają się bohaterowie. W tej części nie mamy styczności z białym papierem, więc ilość stron nie przytłacza ciężarem, a wręcz okazuje się przyjemnością samą w sobie.

Mogę już śmiało stwierdzić, że detale są domeną Kacpra Bębenka i jego świata. Znów nie zabrakło wprowadzeń w każdym rozdziale. Znajdziecie tutaj wiersze Anonima, fragmenty encyklopedii, które zapewne znajdują się w bibliotekach stworzonego świata, przepowiednie elfickie i mogłabym tak w nieskończoność wymieniać. To naprawdę genialny dodatek, bo ukazuje jak wiele pracy musiał włożyć Autor w stworzenie takich niby nic znaczących bonusów. Ja osobiście każde takie uzupełnienie traktuję bardzo poważnie i zachwycam się nad nimi tak samo jak nad treścią. Bo stworzyć pewną historię jest łatwo, ale jeżeli nie ma w sobie ona żadnych dodatków, to jest po prostu zwykłą, może i wymyślną, ale nadal historią. A tak to majstersztyk.
- Ja nikomu nie ufam – odparła Mathilda. – Za długo siedzę w polityce, by wciąż wierzyć w ludzką szczerość i ofiarność.
Co tyczy się samej historii, to jest ona inna niż poprzednia. Mannumiterrę porównywałam do Harry’ego Pottera, ale w innym wydaniu, a za to Dzikie Krainy chętnie przyrównałabym do Władcy Pierścieni. Nie wiem szczerze dlaczego akurat takie porównanie mi wpłynęło do głowy podczas jej czytania, ale może to za sprawą tego, że nie mamy w tej części aż takiego wielkiego uzewnętrznienia magii. A raczej się jej jako tako nie uczymy, jak to miało miejsce w poprzedniej części. Tym razem uwaga jest skupiona na wędrówce, poznawaniu różnych krain i oczywiście sprostaniu wszystkim wyzwaniom, które są stawiane przed trzema siostrami. Więc tym razem kontynuację określiłabym mianem powieści przygodowej z wątkami fantastycznymi. Oczywiście nie jest to złe wrażenie, ale po prostu inne. I gdy głębiej się nad tym zastanowię, to znów dochodzę do wniosku, że to kolejny atut Autora, że nie trzyma się on jednego nurtu, a wręcz czerpie z różnych inspiracji i wychodzi mu to bardzo dobrze.

Kacper Bębenek znów rozszerzył świat w takim stopniu, że nie mogę się do niczego przyczepić. Bo pomimo tego, że poznajemy inne tereny, to potrafił on w tak barwny sposób je opisać, wręcz precyzyjnie, że podczas jej czytania, czujemy się jakbyśmy wraz z bohaterami wędrowali po danych terenach. Wyobraźnia przekłada się na styl i nie ma możliwości by i nad tym aspektem się nie zachwycić. Mamy w tej pozycji różnej maści bohaterów. Nie są to tylko ludzie, ale również połączenia różnych zwierząt, fantastyczne stwory, a nawet i takie, które wymyślił sam Autor. Smoki, wampiry, to tylko podstawa góry wszystkich stworzeń. I chociaż ja nigdy nie byłam zwolenniczką mieszania wielu stworzeń w historii, tak tutaj mi się to po prostu podoba. Bo jeżeli ktoś umie w odpowiedni sposób to wkomponować, to ja nie mam nic przeciwko.

To była nie lada gratka, by znów wkroczyć w ten świat. Polecam całym sercem wszystkim, którym fantastyka nie jest obca. Gdyby Autor urodził się i wydał książkę za granicą, to na pewno cykl okazałby się bestsellerem, a w Polsce, no cóż. Niemniej jednak życzę Autorowi wielkiej rzeszy fanów, bo przy tak dobrze skonstruowanej historii zasługuje on na rozgłos i to duży. Inni Autorzy mogą się schować, przy tak dopieszczonej w detalach powieści.

Za tę lekturę dziękuję: Warszawskiej Grupie Wydawniczej
Data wydania: 21.10.2015
Liczba stron: 400
Gatunek: Kryminał

Ponoć trzeba być twardym, a nie miękkim. Stawać na samym szczycie choćby ta droga miała prowadzić po trupach. Ale czy jest tak naprawdę, że każdy z nas może okazać się pewnego rodzaju psychopatą?

Życie nadkomisarza Roberta Krugłego wydaje się normalne dopóty, dopóki w jego mieszkaniu nie zjawia się prokurator Michalczyk, który twierdzi, że zabił kobietę. Czy jest to możliwe, by spokojny człowiek mógł zabić, czy jest to tylko próba wrobienia go w te przestępstwo? I co z tym wszystkim wspólnego ma Anders Soedergren – człowiek biznesu?
- Naprawdę wierzysz w to, że to on zabił tę dziewczynę?
- Nie wiem! Nigdy nie wiesz, co siedzi w człowieku.
Dawno nie spotkałam się z takim kryminałem, a może i thrillerem. Wszystko za sprawą tego, że poznając wydarzenia w Twardym zawodniku mamy wszystko wyłożone na tacy. Wiemy kto tak naprawdę zabił, dlaczego to zrobił i przede wszystkim śledzimy kroki prokuratora i nadkomisarza by móc się dowiedzieć, czy był to jednak przekręt idealny. Więc tak naprawdę w tej pozycji nie mamy do czynienia ze śladami, szukaniem zabójcy, czy rozwiązywaniem zagadki idąc po tropach. My jesteśmy biernymi obserwatorami, którzy albo kibicują ludziom prawym, bądź tym złym. Jednak nie wszystko jest przesądzone. I nie sądźcie, że takie rozwiązanie jest złe, ponieważ osobiście uważam, że to dość śmiałe posunięcie Autora.

Skoro tak naprawdę wszystko wiemy prawie od samego początku, to czy jest tu miejsce na jakiekolwiek zagadki? Oczywiście, że tak. To nie jest tak, że jesteśmy wszechwiedzącymi czytelnikami, którzy po kilkudziesięciu stronach mogą w spokoju odstawić książkę. W końcu nic ciekawszego się nie wydarzy, czyż nie? A właśnie że nie. To sprawnie napisana proza, która zachwyciła mnie wieloma detalami, barwnością i różnorodnością bohaterów i pomysłem na wykreowanie właśnie takiej historii. Pomysł został dobrze wykorzystany, bo Autor na samym końcu przedstawia nam, jak wiele podobnych historii miało miejsce na przestrzeni ostatnich lat w Polsce. To takie prawie pospolite wykorzystanie świata ludzi z marginesu i tych, którzy działają na mocy prawa.

Historia ta niesamowicie na mnie wpłynęła, bo podczas jej czytania, czułam się jakby ta historia wydarzyła się naprawdę. Jakbym gdzieś niedawno słyszała o wrobionym w morderstwo prokuratorze. Wielkie brawa dla Autora, ponieważ to nie mały wyczyn, by czytelnika tak zaciekawić. Ponieważ oprócz tego, że mamy główny wątek morderstwa, to jednak jak się okazuje w trakcie czytania, zamieszanych w to osób jest więcej, i z pozoru nie mają ze sobą wiele wspólnego, a jednak.

Bohaterowie to inna bajka, która w tej pozycji została idealnie odwzorowana. Źli zostali namaszczeni niecnymi podstępami, noże i broń pojawiły się w odpowiednim miejscu i krwi również nie zabrakło. Natomiast świat policji również wydał mi się odpowiednio zinfiltrowany i odczuwałam niemałą przyjemność w poznawaniu tej historii.

Każdy szanujący się fan kryminalnych książek powinien przeczytać Twardego zawodnika Marka Stelara. To odpowiednia dawka emocji, podstępu i czegoś oczywistego w nieoczywistym wydaniu.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Videograf
Tytuł oryginału: All the Bright Places
Data wydania: 21.10.2015
Liczba stron: 424
Gatunek: Dla młodzieży

Wzruszyłam się, gdy w piątej części Harry’ego Pottera umarł Syriusz. Płakałam i nie umiałam się uspokoić, gdy oglądałam film Gwiazd naszych wina (przy czytanej lekturze, tylko łza gdzieś zakręciła się w oku). Jednak to przy Wszystkich jasnych miejscach płakałam jak bóbr, nie nadążałam sięgać po chusteczki, ale jednak z zamazanym wzrokiem czytałam dalej. Dobrze, że czytałam w nocy i nikt tego nie widział, bo by pomyślał, że w rodzinie musiał mi ktoś umrzeć. Ostrzegam, ta książka zdecydowanie doprowadzi was do łez.

Finch i Violet spotykają się w nietypowym miejscu, bo na szczycie szkolnej wieży. I nic nie jest pewne, a w szczególności to: kto kogo z tej sytuacji ratuje? Potem zdaje się, że ta para ma się ku sobie, ale czy to możliwe, by myśl o samobójstwie odeszła w zapomnienie?

Tak naprawdę zanim sięgnęłam po tę książkę, to myślałam, że czeka mnie zwykła literatura dla młodzieży, których tak naprawdę wiele w księgarniach. I im dalej brnęłam w historię, tym bardziej do mojej głowy wpływała myśl, że to jest coś niezwykłego, tak pięknego i tragicznego zarazem. Nigdy bym nie pomyślała, że jakakolwiek lektura jest w stanie tak na mnie wpłynąć, a przede wszystkim doprowadzić mnie do takiego stanu, że nie potrafię się od tamtej pory zagłębić w pełni w innej książce, bo nie jest to historia Fincha i Violet.

Wiecie co to jest kac książkowy? Właśnie ten czas po przeczytanej lekturze, gdy nic nie wydaje się takie samo, a najchętniej przenieślibyśmy się w czasie, by móc nie zaczynać tej lektury. Rozerwała ona moje serce na kawałki, jestem w strzępach i potrzebuję jakiegoś ukojenia, ale nie potrafię go nigdzie znaleźć.

Co tyczy się samej lektury, to porzućmy już te wszystkie uczucia i zajmijmy się właściwymi rzeczami. Może zacznijmy od bohaterów? Violet i Finch są dość nietypowi. W szczególności Finch, któremu zarazem daleko do łatki wariat. To bohater tragikomiczny i to jest w nim nieszablonowe. Poznajemy go, a raczej chcemy poznać i nawet nie wiem, czy możemy nazwać to mianem poznawania, ponieważ tak wiele jeszcze o nim nie wiemy, ale zarazem kochamy go miłością bezgraniczną. A co tyczy się Violet, to prawie typowa nastolatka, która wiele przeszła i za sprawą Fincha powoli odzyskuję wiarę w normalne życie.
Masz się ubierać, żeby zadowolić samego siebie. Jeśli nie spodobasz się jej takim, jakim jesteś, możesz o niej zapomnieć.
Fabuła jest ciekawa i zapiera dech w piersiach. Czujemy, że dzięki tym wysublimowanym emocjom, nas samych przeszywa pierwsze zauroczenie, chwile zwątpienia i mamy nadzieję na lepsze jutro. Tylko czy te lepsze jutro ma szansę nadejść? Czytając tę książkę marzymy tylko o tym, by numery stron nie rosły w tak zastraszającym tempie. A one nas po prostu nie chcą słuchać.

Każdy szanujący się fan gatunku powieści młodzieżowych, lecz nie tylko, powinien sięgnąć po tę książkę i pozwolić się rozbić na milion kawałków. Ona przenika do wszystkich komórek ciała. Nie obiecuję, że coś zmieni w twoim życiu. Nie twierdzę, że momentami cię rozbawi, by potem wbić ci nóż w plecy. Wszystkie jasne miejsca musisz przeczytać i tylko wtedy docenisz, że żyjesz. Po tej lekturze trudno o oddech, ciężko wykrzesać uśmiech, ale ostatecznie zrozumiesz, że bez tej książki nie wyobrażasz sobie jutra.

Za tę dawkę emocji dziękuję: Wydawnictwu Bukowy Las
Tytuł oryginału: Armada
Data wydania: 13.01.2016
Liczba stron: 448
Gatunek: Science Fiction

Mam czasem wrażenie, że dzisiejsze czasy są niezwykle przewidywalne. Najgorsze jest jednak to, że nie potrafię się w nie odpowiednio wpasować. Wszyscy grają w gry komputerowe, ja nie. Wszyscy uwielbiają Gwiezdne Wojny, ja nie. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, ale ten wstęp ma bardzo duży wpływ na resztę tej recenzji, ponieważ filmy i gry komputerowe mają bardzo duże znaczenie w Armadzie i sądzę, że jeżeli ktoś nie lubi takich tematów, to nie ma czego szukać w tej pozycji.

Nowa pozycja Ernersta Cline’a opowiada o Zacu Lightmanie, który marzy o tym, by coś znaczącego wydarzyło się w jego życiu. Jakież to było wielkie niespotykane szczęście, gdy okazuje się, że świat znany z gier, a raczej jednej gry: Armada dzieję się na jego własnych oczach. Wszystko zależy od niego i innych graczy, by nasza planeta ocalała. Czy im się to uda?

Wcześniej napisałam, że jeżeli ktoś nie ma bzika na punkcie gier komputerowych, to zbytnio się nie odnajdzie w tej historii i nie jest to zbyt wygórowana myśl. Nie oszukujmy się też za bardzo, ponieważ tematy dotyczące science fiction, również nie są dla wszystkich, a nawet sądzę, że są dla dość wąskiej grupy odbiorców. Czemu tak jest? Wszystko za sprawą tego, że oglądając film z tej kategorii, wszystko mamy na tacy, a w przypadku książki, mózg musi wejść na wyższe obroty by wyobrazić sobie międzygalaktyczna potyczkę.

Do końca nie mogę powiedzieć, że Armada była zła. Gdybym tak uznała, to oznaczałoby że nie słucham własnego sumienia. Ja osobiście lubię zagłębiać się w takich historiach, gdzie tkwi w nich coś niezrozumiałego, co my sami staramy się odpowiednio uporządkować. Jednak ta pozycja w jakiś sposób mnie pokonała. Sam opis książki, nie wróży czegoś indywidualnego, czy niepowtarzalnego – w końcu mamy do czynienia z typowym wybrańcem. Ale na to mogę przymrużyć oko, ponieważ nie jest to wyznacznik złej lektury.

Największym zarzutem jest akcja. Tyle lub aż tyle. Na początek musimy przebrnąć ok. 100 stron, by właściwa akcja się rozpoczęła, a następnie wszystkie wydarzenia dzieją się tak nagle, ale zarazem są w tak szczegółowy sposób opisane, że zajmuje to kolejne ¾ objętości książki. Nie ma w tej historii niestety nic zaskakującego, i to kolejna sprawa, która rozrywa moje serce, ponieważ ta pozycja mogła być dobra, a jest po prostu przeciętna. Przeciętna w takim złym znaczeniu, bo wiem, że jest wiele lepszych powieści niż ta zaprezentowana przez Ernersta Cline’a.

Bohaterowie też mnie niczym nie urzekli, nie potrafiłam się zżyć z żadnych z nich. Mam wrażenie, że za tydzień, może dwa, niewiele będę pamiętać z tej historii. Ot tak, kolejna przeczytana książka, która po chwili wyparowuje z naszego umysłu. Pomimo zawiłości, które mogą się napatoczyć laikom w tym gatunku, to nie mogę napisać: nie czytajcie, nie warto. Zawsze mogę się mylić, bo może zaważyło na mojej ocenie to, że jednak gry komputerowe nie są moim konikiem? Kto wie, sięgnijcie po nią i sami się przekonajcie. Ja pomimo tego rozczarowania, mam chęć by przeczytać poprzednią książkę Autora czyli Player one.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Feeria
Tytuł oryginału: Gregor and The Prophecy of Bane
Data wydania: 23.09.2015
Liczba stron: 336
Tom: II
Gregor i Niedokończona Przepowiednia || Gregor i Przepowiednia Zagłady
Seria: Kroniki Podziemia
Gatunek: Dla młodzieży / Fantastyka

Ile razy zdarza się w waszym życiu coś nieoczekiwanego, co można skomentować jednym zdaniem: przecież to niemożliwe!? Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, ile razy Gregor musiał sobie coś takiego pomyśleć. W końcu Podziemia nastrajają do tego, by uznać, że oszaleliśmy.

Pod koniec pierwszego tomu Gregor dowiedział się o kolejnej przepowiedni, która niechybnie znów poniekąd dotyczy jego. I chociaż obiecywał sobie i innym, że nie wróci do Podziemia, to jednak widać los ma dla niego całkowicie inne plany. Okazuje się, że musi pokonać białego szczura Mortifera, ale czy zdoła go zabić?

Powrót do świata Gregora, zwykłego nastoletniego chłopca, było dla mnie dość ciekawym doświadczeniem i przyjemną przygodą. Wspominałam wcześniej, że jest to pozycja zdecydowanie przeznaczona dla młodszych czytelników, dla nastolatków, którzy dopiero rozpoczynają swoją wędrówkę po fantastycznych światach, lecz nie tylko. W końcu ja już mam trochę lat na karku, a jednak przeczytałam ją i czuję się usatysfakcjonowana.

Fantastyczny świat, który Collins przedstawiła, jest niebywały, ponieważ dotyczy on zwierząt, ale w dość niezwykłym rozmiarze. Wyobrażacie sobie olbrzymie karaluchy, świetliki, nietoperze, ale i ogromnie ośmiornice. Już na samą myśl o insektach zapewne wielu z was pojawiają się dreszcze, ale nie macie się czego bać. Nawet Botka – siostra Gregora – pokochała wspaniałe karaluchy. A następna w kolejce jestem ja, bo muszę przyznać, że może i nadal będę z packą biegać za insektami, ale te, rozumujące i prowadzące swój własny świat pod ziemią w historii Collins, bardzo lubię i lubić będę.

Pomimo tego, że nie jest to obszerna pozycja – w końcu młodszym czytelnikom przeszkadza znaczna objętość, to jednak ma w sobie tyle wydarzeń, że nigdy nie wiecie, czy jak przewrócicie kolejną stronę, to nie zdarzy się coś nieoczekiwanego. Co ja piszę, na pewno coś takiego się wydarzy. Nie umiem do końca stwierdzić, czy tragiczne w skutkach niektóre wydarzenia są odpowiednio nacechowane dla takiego czytelnika. Ale z drugiej strony może to dobrze, że młodzi czytelnicy nie są traktowani jak przysłowiowe jajko?

Nie sposób nie wspomnieć również o fenomenalnych okładkach, które zapewne przyciągną do siebie wielu czytelników. W tej książce znajdziecie wiele i nie jest to wyłącznie walka dobra ze złem, ponieważ sądzę, że uczy wielu innych wartości, które dla młodych osób mogą być, a raczej muszą być znaczące: czyli że liczy się rodzina i przyjaciele, wzajemne zaufanie, jak i pomaganie innym. W końcu Gregor wcale nie musi pomagać stworzeniom z Podziemia, ale jednak to robi i to w bardzo inteligentny sposób.

Sięgnijcie po tę serię bo naprawdę warto. Jeżeli lubicie fantastykę w lekkim wydaniu, gdzie czyta się  ją tak szybko, że nawet nie wiecie kiedy należy już zamknąć pozycję po ostatnim zdaniu.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu IUVI
Tytuł oryginału: Career of Evil
Data wydania: 13.01.2016
Liczba stron: 480
Tom: III
Wołanie kukułki || Jedwabnik || Żniwa zła
Seria: Cormoran Strike
Gatunek: Kryminał

Z czym wam się kojarzą żniwa zła? Mnie osobiście z okrutnymi morderstwami, które będą przyprawiać mnie o gęsią skórkę, a wyściubianie nosa poza własne drzwi nie będzie za dobrym pomysłem. Ci z was, którzy poznali już Cormorana Strike’a w poprzednich dwóch tomach wiedzą, że ten tom, z tak dosadnym tytułem, pozwoli nam przeżyć chwile grozy, lecz nie tylko.

W przypadku trzeciego tomu, wszystko rozpoczyna się od tajemniczej przesyłki zaadresowanej do Robin Ellacott. Ta przesyłka skrywa w sobie odciętą kobiecą nogę. Czy jest możliwe, by był to przytyk do samego prywatnego detektywa? A jeżeli tak, to kto za tym stoi?

Wiele pytań, ale ostatecznie odpowiedź jest zaskakująca i by ją otrzymać, musicie przeczytać niemalże 500 stron. Z tego też względu dobrze wiecie, że nie jest to kryminał, bądź thriller na jeden wieczór, chociaż znając życie, znajdzie się paru takich, którzy nie potrafili się od niej oderwać. Ja poszłam innym traktem i pozwoliłam sobie zaaplikować podwójną dawkę, czyli dwa wieczory przepełnione poszlakami, jak i wędrówką po Londynie.

To niebywałe w jak dokładny sposób możemy poczuć topografię miasta. Nawet ci, którzy nigdy nie postawili nogi w tym mieście, będą usatysfakcjonowani wydarzeniami, które mają miejsce w różnych częściach Londynu. Lecz przecież nie to jest najważniejsze, a ta tajemnica, i jej skrupulatne zgłębianie, doszukiwanie się odpowiedzi i próba przechytrzenia samego detektywa. Tak, nawet w sobie odkryłam żyłkę poszukiwacza, ale tym razem udało się Rowling wodzić mnie za nos.

Żniwa zła różnią się od pozostałych części. Wszystko dlatego, że mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że dotyczy ona wyłącznie Cormorana, jak i jego asystentki Robin. Tym razem nie jest to sprawa, za którą dostanie pieniądze. Jedynie co dzięki niej może zyskać to życie. Ze względu na to, że morderca za cel obrał sobie zniszczenie życia Strike’a, to powoduje to, że ta część to istny pamiętnik. Może w niedosłownym znaczeniu, ale dzięki temu, poznajemy jego przeszłość, znajomych i wiele różnych rozterek, które dopadają każdego z nas.
Piękno można znaleźć prawie wszędzie, jeśli człowiek przystanie, żeby się rozejrzeć, lecz codzienna walka o przetrwanie sprawia, że łatwo zapomnieć o istnieniu tego zupełnie darmowego luksusu.
Jednak zarazem nie mogę stwierdzić, że to jedynie Cormorana poznajemy, ponieważ o pierwsze miejsce walczy z nim jego asystentka. W tym tomie, to już prawie początkująca pani detektyw, a nie zwykła asystentka. Jest błyskotliwa, ale zarazem krucha i niedostępna. Poznajemy jej przeszłość, ale i wydarzenia dotyczące teraźniejszości przyprawią was o szybsze bicie serca, a nawet i gęsią skórkę.

Wiele osób uważa, że to najsłabsza książka z tego cyklu, ale ja się z tym nie zgadzam. Jest inna, to fakt. Dochodzi w niej do większej ilości przestępstw czy morderstw. Dodatkowo poznajemy przeszłość bohaterów w nieco szerszym i dalszym zakresie. Ale przede wszystkim plusem jest to, że znajdziemy tu rozdziały, gdzie wypowiada się, a raczej dostrzeżemy myśli mordercy. Moim zdaniem to dość ciekawy dodatek.

Oprócz rozwiązywania sprawy, na pierwszy plan również wysuwa się zwykła obyczajowa struktura. Więcej tekstu zostaje poświęcone na relacje między detektywem, Robin, jak i również jej narzeczonemu Matthew. Mi osobiście bardzo podobało się to urozmaicenie, bo nie wiem dlaczego, ale jakoś mam wrażenie, że Cormoran mógłby być autentyczną postacią, która porusza się prawie sprawnie po ulicach Londynu. Te trio jest tak barwne, że mam ochotę wejść między nich i przysłuchiwać się ich zatargom, złym słowom, a nawet złym wyborom.
W tej krytycznej sytuacji i nie z własnej winy Robin stała się jego piętą achillesową, słabym punktem, i przypuszczał, że ten, kto postanowił zaadresować nogę na jej nazwisko, dobrze o tym wiedział.
Jeżeli macie za sobą dwie poprzednie części, to nawet nie muszę was przekonywać do tego, by sięgnąć po Żniwa zła. A jeżeli jeszcze się wahacie, to nie możecie mieć przed nią obiekcji, ponieważ to świetny cykl. Dość nieszablonowy, może i odrobinę przydługi, ale niezmiernie ciekawy.

Za tę lekturę dziękuję: Grupie Wydawniczej Publicat S.A.

Dziś moi kochani przychodzę do Was z niesamowitą nowiną! Pamiętacie może moją recenzję Mannumiterry, czyli pierwszego tomu cyklu: Trzy siostry? Jak nie, to zapraszam tu: KLIK. Zachwycałam się nad nią tak bardzo, że nie mogłam się doczekać kontynuacji. Nawet mieliście możliwość poznania Autora trochę bliżej: KLIK.

Jednak to dziś jest ten szczególny dzień, ponieważ od dziś możecie zaznajomić się z drugą częścią tego cyklu, a dodatkowo jak możecie zauważyć: blog Ujrzeć Słowa objął tę pozycję patronatem. To wielki zaszczyt, ale również wielka odpowiedzialność :)

Już teraz zapowiadam Wam, nie tylko recenzję w najbliższym czasie, ale również konkurs, gdzie będziecie mogli wygrać drugą część czyli Dzikie krainy. Dodatkowo powstanie wywiad nr 2! W końcu, przez tyle czasu, wiele może się zmienić w życiu :)

Może opis was zachęci?:
Druga część cyklu „Trzy siostry”. Osetia, Emily i Elisabeth muszą pokonać Tyrana, który nikczemnymi sposobami stara się zdobyć władzę nie tylko na wszystkich terenach Dzikich Krain, ale również zapanować nad umysłami stworzeń tam żyjących. Wyjście z tej sytuacji jest tylko jedno – stworzyć wspólny front ze wszystkimi ludami zamieszkałymi okoliczne ziemie oraz skompletować historyczny Amulet Pięciu Serc. Aby tego dokonać, należy stawić czoło wielu niebezpieczeństwom. Na szczęście siostry mają po swojej stronie sprzymierzeńców oraz magię. 

Tymczasem zapraszam Was na fragment powieści:
Elisabeth, Art, Sallavassa, Vlak’lov, Abelard i Fett przemierzali stepy za wschodnią granicą Królestwa Orgharnu. Szli już kilka dobrych dni. Krajobraz w ogóle się nie zmieniał, wszędzie wokół rosła sięgająca im powyżej pasa trawa, która falowała niczym powierzchnia morza kołysana wiatrem. Łany roślinności kołysały się raz na lewo, raz na prawo, co tylko dodawało podroży monotonii. Tereny, na których obecnie się znajdowali, nie należały do nikogo. Te pokryte roślinnością stepową połacie lądu stanowiły swoistą granicę między Angvaarią centralną a wschodnią. Prawie nikt nie zamieszkiwał tych ziem. Gdzieniegdzie tylko znajdowały się jakieś domy, których mieszkańcy utrzymywali się z rolnictwa na żyznych ziemiach. Pomimo żyzności gleb żadne z państw nawet nie starało się o przyłączenie tego terenu, zupełnie jakby nie był nic wart. Między innymi dlatego tak dobrze rozwijała się tu dzika przyroda. Nie było chwili, aby spomiędzy traw nie wyfrunął jakiś owad, skrzący się wszystkimi barwami tęczy w promieniach słońca.
Do granicy państwa merdian pozostał jeszcze dobry tydzień marszu. Ziemie zamieszkane przez tą humanoidalną rasę ptaków oddzielała od stepów wstęga jednej z odnóg Anghaaru i wody wypływającego spod lądolodu Angvaarskiego Lodowego. Sallavassa prowadziła wszystkich, opierając się za dnia na pozornej wędrówce słońca na nieboskłonie, w nocy zaś orientowała się dzięki gwiazdom.
Czternastego dnia od dołączenia ergorianki i studenta magii do wyprawy, natknęli się na pierwszy znak, informujący bezsprzecznie o dobrym kierunku obranej drogi. Pośród fali traw i turzyc, które tylko gdzieniegdzie były poprzecinane rosnącymi tu chabrami, makami, krwiściągami i naparstnicami, natknęli się na niewielkie kamienne usypisko. Przed sobą mieli kurhan, najprostszy możliwy nagrobek stawiany zmarłym w podroży, zwłaszcza w miejscach takich jak to, czyli na stepach. Kurhany poza rolą
upamiętniania zmarłego przechodnia spełniały jeszcze jedną ważną funkcję. Zgodnie z niepisaną umową zawsze były one orientowane, to znaczy usypywane w taki sposób, aby na ich podstawie można było się orientować w przestrzeni. Ten był typowym przykładem podłużnego zwału kamieni i łupków znalezionych w okolicy.
– Biedak – rzuciła Sallavassa – pewnie padł z wycieńczenia albo popadł w obłęd, o co nie trudno w tych okolicach. Wystarczy, że za długo przebywasz sam i zaczyna ci odbijać. Wszędzie słyszysz ścigających cię ludzi, a to tylko wąż albo jakiś większy gryzoń przedziera się przez kępy traw. Coż, przynajmniej wskaże nam drogę.
– Niby jak? – zapytała Elisabeth i odgarnęła sprzed oczu kruczoczarne włosy.
– Kurhany usypywane są tak, aby głowa zmarłego wskazywała północ. Głowa jest – w tym momencie ergorianka przeszła obok kamiennego usypiska i stanęła przy jednym z krótszych boków kurhanu – tutaj. Tu jest najwięcej kamieni, to znak. Północ jest tam – wskazała ręką.
– To by się zgadzało – wtrącił się Vlak’lov. – Słońce wzeszło tam – tu pokazał kierunek na prawo od tego, który wskazała wcześniej Sallavassa. – Dokładnie kąt prosty.
– Nie ma wątpliwości – dodał Art.
Ruszyli dalej. W milczeniu przeszli kilkadziesiąt kilometrów, zanim miało się ku zachodowi. Słońce wciąż oświetlało im drogę, jednak ich twarze coraz bardziej pokrywał cień. Zdecydowali się zrobić postój, zjeść kolację i położyć się spać. Po odpoczynku mieli kontynuować podroż, nocą. Po znalezieniu dogodnego miejsca, którym okazała się być niewielka skała wystająca z ziemi na niecałe trzy metry, zaczęli szukać drewna na opał. Z tym był największy problem. O ile rosnące wszędzie wokół trawy były idealnym materiałem na hubkę czy rozpałkę, to znalezienie drewna było nie lada wyzwaniem. Po godzinnym poszukiwaniu znaleźli zaledwie kilka gałęzi jakiejś krzewinki rosnącej pośród burzanu. Rozpalili ogień. Nie sprawiało im to żadnej trudności. Art. natychmiast użył czaru i po chwili mieli przed sobą średniej wielkości ognisko, w którym tańczyły pomarańczowe płomienie, niczym tancerki w teatrze.
– Kończą nam się zapasy – rzuciła Elisabeth – nie wystarczy na długo. Musimy coś upolować.
– Zaraz wracam – powiedział Abelard i wzbił się w powietrze. Po chwili wrócił z martwą sarną w jednej ze swym ptasich łap. Gryf wylądował na gołej skale i pchnął zwierzynę dziobem w celu przybliżenia jej do reszty. – Przez najbliższy czas nie musimy się martwić jedzeniem – dodał.
Sallavassa szybko rozpłatała skórę sarny i zajęła się ćwiartowaniem mięsa. Niemało się przy tym poplamiła. Całe ręce, aż po łokcie, miała pokryte krwią zwierzęcia. Art wziął większość mięsa i rozwiesił je na magicznej linie nad ogniskiem, tak aby mięso się nie usmażyło, lecz uwędziło dymem, który pochodził ze spalanej kory drzewa miodnego. Tak zakonserwowaną żywność owinęli dokładnie liśćmi i zapakowali. Resztę zjedli. Zgodnie z metodą khundów nie zmarnowało się nic. Skórę oczyścili z tłuszczu, namoczyli, rozciągnęli nad ogniskiem i poddali dalszym obróbkom. W rezultacie uzyskali dość materiału na dwa płaszcze i rękawiczki. Oddzielony od skory tłuszcz zapakowali w kawałek szmaty. Choć smalec ma to do siebie, że szybko się psuje, to jest bardzo kaloryczny i stanowi bogate źródło niezbędnych do życia witamin. Pomimo tego, nikt nie zdecydował się na posiłek z sarniego tłuszczu. Zamiast tego wykorzystali go później jako materiał opałowy do pochodni, dzięki którym lepiej widzieli w nocy, choć kopcący się tłuszcz nie był źródłem najprzyjemniejszych zapachów. Wnętrzności sarny również zostały wykorzystane, głównie jako pożywienie, zwłaszcza Abelardowi przypadły do smaku. Największy problem stanowiły kości. Gdyby byli w bardziej cywilizowanym miejscu, oddaliby je na produkcję rogów, łuków i tym podobnych, jednak nie mieli tej możliwości. Vlak’lov jednak nalegał, aby w jakiś sposób je wykorzystali. Z części wyssali szpik, inne pozostawili rozcięte dla żyjących w okolicy zwierząt jako źródło pożywienia, z kilku utworzyli groty do strzał i igły. Zdecydowanie najtrudniej było wykorzystać czaszkę. Nie mieli żadnego pomysłu. W końcu podsunął go Fett. Piórokot wziął jeden z kijów, który nie zdążył się jeszcze zwęglić i wsunął go w szczelinę między dwoma fragmentami skały tak, żeby stał stabilnie. W czaszce wydrążył dziurę za pomocą swoich ostrych jak diament pazurów, dla których zresztą w przeszłości stworzenia te były masowo mordowane, i osadził czaszkę na kiju tak, aby wskazywała północ. Na koniec na jednej z kości policzkowych, a mianowicie na tej, która była wystawiona na wschód, wyrył drogowskaz w postaci strzały o dwóch grotach. Jeden z nich podpisał Pn, drugi Pd.
– Zawsze lepiej, żeby posłużyła jako drogowskaz, niż żeby leżała bez sensu pośród stepu – skwitował.
W trzy dni później ujrzeli kolejny znak. Na środku stepu stała drewniana tabliczka na kiju pełniąca rolę drogowskazu.
Drogowskaz kierował ich wprost na ziemie merdian. Poszli w kierunku granicy. Po kolejnych trzech dniach wędrówki, podczas których niewiele się działo, zauważyli w oddali smugę płynącej rzeki.
– To Lodowy – powiedziała Sallavassa. – Jesteśmy blisko. Jutro przekroczymy granicę.
Tej nocy nie rozpalili ogniska, aby nie ściągnąć na siebie przedwcześnie uwagi wartowników. Poszli spać bez kolacji.
Następnego dnia ruszyli przez ostatni fragment rozległych stepów, które teraz przechodziły coraz bardziej we wrzosowiska. Pokryte fioletowymi kwiatami łany wyglądały magicznie pięknie. Szli przed siebie w milczeniu. Prowadziła Elisabeth, za którą stąpała ergoriańska mistrzyni ostrzy. Do granicy dotarli przed zmierzchem, jednak miało się już ku zachodowi. Powitało ich trzech strażników, którzy nie byli zbyt przychylnie doń nastawieni, tym bardziej, że w drużynie mieli ergoriankę. Zostali poprowadzeni do stróżówki. Jej rolę pełniła skalna grota, nieopodal biegu Lodowego. W środku znajdował się postawny merdian o złoto-fioletowym upierzeniu. Mimo tego że był znacznie wyższy od strażników, to i tak był o głowę niższy od Elisabeth.
– Kapitan Thil – powiedział – co was sprowadza na tereny Północnego Królestwa Merdian? – zapytał i pochylił się na swoim krześle zza biurka w stronę przybyszy.
– Jestem Elisabeth Buckenherdt, królowa Orgharnu, dawniej Północnego Królestwa Angvaarii i przybywam tutaj z wizytą do władcy owych ziem.
– Tak, a ja jestem półbogiem, jaja sobie robisz dziewczynko? Myślisz, że dam się na to nabrać? – zwrócił się doń zbulwersowany, a pióra na głowie stanęły mu dęba. Jego żółte oczy przekrwiły się ze złości, a dziób lekko rozchylił.
– Kapitanie Thil – kontynuowała dziewczyna – oto dokument potwierdzający moją tożsamość. – Podała merdianowi akt założenia Królestwa Orgharnu i królewską pieczęć, po czym zaczęła grzebać w kieszeni, z której po chwili wyciągnęła jednego noaura i pokazała kapitanowi. – Na tej monecie jest moja podobizna. Wytłoczono na niej słowa: „Regni Orgharn Reginimus, Regnae Elisabeth Buckenherdt”, co znaczy: „Władca Królestwa Orgharnu, królowa Elisabeth Buckenherdt”.
Merdianin wziął do ręki monetę i spojrzał na nią pod światło padające z lampy oliwnej. Porównał podobiznę do dziewczyny i bardzo się zdziwił. To była jedna i ta sama osoba. Nie sprawdzając nawet podanego mu dokumentu i pieczęci, zerwał się z krzesła, ukłonił i nie podnosząc głowy, powiedział:
– Przepraszam, wasza wysokość, jednak dlaczego królowa przybywa tu nie w orszaku, nie w lektyce tylko, tylko…
– Tylko na piechotę? – dokończyła pytanie Elisabeth. – A po cóż mi lektyka? Moje nogi mogą jeszcze chodzić. Poza tym nie jestem twoim władcą, nie musisz mi się kłaniać.
Merdiański kapitan podniósł swe oblicze i wydał w ojczystym języku rozkaz dwom strażnikom. Po chwili jeden przyniósł dzban z winem, a drugi tacę z jadłem, po czym obaj zniknęli.
– Zatem, co cię sprowadza w te strony, królowo? – zapytał.
– Jak już mówiłam, muszę spotkać się z władcą tych ziem. Przyjeżdżam z misją dyplomatyczną. Zależy mi na współpracy naszych narodów – powiedziała, nie wspominając ani słowem o przepowiedni.
– Myślę, że jako władczyni nie będziesz miała z tym problemu. Jest tylko jedno ale. Oficjalnie nasze władze nie mają nic do ergorian, ja osobiście też nic do nich nie mam. Lepiej żyło się, kiedy nasze ludy współpracowały, lecz nieoficjalnie nie bardzo są tu mile widziani.
– Poradzę sobie z tym – rzuciła Sallavassa.
– Dobrze, proszę u nas przenocować. Znajdziemy dla was miejsce. Jutro ruszycie dalej.
– Dziękuję – powiedziała Elisabeth i cała szóstka wzięła się za jedzenie przyniesionego pożywienia.
Po spożyciu kolacji wszyscy udali się na spoczynek. Miłą odmianą było dla nich spanie w łóżku, które choć może nie było najlepszej jakości, to i tak biło na łeb, na szyję spanie na ziemi. I tylko Vlak’lov nie udał się na spoczynek. Do późnych godzin nocnych pracował skrzętnie nad trzymanym w rękach kawałkiem brzozowego drewna. Zasnął tuż przed świtem snem niespokojnym.

Tytuł oryginału: The Treatment
Data wydania: 13.01.2016
Liczba stron: 448
Tom: II
Plaga samobójców || Kuracja samobójców
Seria: Program
Gatunek: Dla młodzieży / Dystopia

Co jakiś czas przychodzi taki moment, gdy zamykasz już przeczytaną książkę, dumasz przez chwilę, a potem dochodzisz do wniosku, że to nie jest to co chciałeś otrzymać. Niestety w przypadku Kuracji samobójców, czyli drugiego tomu serii Program ogarnęło mnie takie uczucie. I chociaż do końca nie było źle, to jednak jestem zawiedziona.

Drugi tom, to zawsze moment w każdej dystopii gdzie należy zawalczyć z systemem. W przypadku tej pozycji nie jest inaczej. Sloane oraz James starają się uciec spod jarzma Programu dołączając do grupy buntowników. Czy uda im się uciec przed systemem, a jednocześnie go obalić?

Poniekąd zacznę od tego, że druga część Programu nie jest najgorsza, ale pomimo tego, większość tej recenzji zajmą moje gorzkie żale. Zapewne takiego zniesmaczenia by nie było, gdyby pierwszy tom nie był tak fenomenalny. Naprawdę niewiele, a może wręcz milimetry dzieliły ją od tego by zawładnął moim sercem w pełni. A tutaj nagle pojawił się klops. Suzanne Young, czyżbyś nie miała pomysłu na dalszą część?

To nie jest tak, że Autorce zabrakło zamysłu na kontynuację, ponieważ pomysł był może i dość oklepany, ale był. W końcu przecież dobrze wiemy, że w drugiej części trylogii musi się wydarzyć coś złego, a w takich gatunkach należy zawalczyć z systemem, bądź pomieszać co nieco w życiu uczuciowym bohaterów. I tak właśnie było tutaj. Tylko zabrakło mi tej lekkości, którą otrzymałam wcześniej.

Sloane i James byli dla mnie bohaterami idealnymi: zagubieni, żyjący w ciężkich czasach, gdy samobójstwo jest uznawane za epidemię. Jednak oni walczyli prawie do końca, by pomimo przeciwności losu zawalczyć o siebie, bo w końcu ich miłość jest jedyna w swoim rodzaju. W drugim tomie natomiast, nastąpiło wiele wątpliwości, uczucia nie były jak buchające płomieniami ognisko, a raczej ledwo żarzące się szczapy. A do tego trójkąt miłosny. Nie, stanowczo tego nie lubię.

Głównym tematem jest walka wraz z rebeliantami, których tak naprawdę w książce znajdziemy jak na lekarstwo. Mogłabym stwierdzić, że historia opiera się wyłącznie na ucieczce przed Programem, kilku chwil oddechu, podczas których i tak niewiele znajdzie się tych zapierających dech w piersi momentów, które miały miejsce w pierwszym tomie. Oczywiście zostaje rozwianych kilka wątpliwości dotyczących jak rozpoczęła się ta epidemia, ale zważając na liczbę stron tej historii, to jednak lakoniczne wytłumaczenia niektórych bohaterów na ten temat to za mało.

Nie wiem co się stało z kontynuacją. Mam wrażenie, że nie taką Suzanne Young pokochałam, nie takiego Jamesa darzyłam uczuciem, ani Sloane nie była tak denerwująca. A może byłam za bardzo zauroczona tym powiewem świeżości? W tym przypadku mam ogromną nadzieję, że tylko ja się tak na niej zawiodłam. Oczywiście gdyby pierwszy tom był po prostu dobry, to może i moja recenzja nie była by tak pesymistyczna (o nie, czyżby epidemia samobójców i mnie dopadła?). Jednak poprzeczka była tak wysoko, że jeden mały błąd mógł spowodować to, by dotknąć ziemi.

Nie wszystko jest tak naprawdę okropne. Sam wątek dotyczący niewiedzy bohaterów, komu tak naprawdę wierzyć, jest nakreślony w punkt. Historie nowych bohaterów również były niczego sobie. Nie mniej jednak nie skreślam tej serii, ponieważ sądzę, że warto ją poznać, a dodatkowo nadal, pomimo mojego zawodu, nie mogę się doczekać finału trylogii. Tak to czasami jest, że nie do końca jesteśmy usatysfakcjonowani z którejś części serii, ale i tak pozostanie ona w naszych myślach na dłuższy czas. Tak właśnie jest z trylogią Program.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Feeria Young
Data wydania: 15.01.2016
Liczba stron: 416
Gatunek: Powieść sensacyjna

Moim zdaniem kryminały są bardzo ciekawe, bo możemy wraz z historią szukać zabójcy, porywacza, zaginione I chociaż uwielbiamy ten dreszczyk emocji, to jednak każdemu z nas podobają się różne odmiany kryminałów. Nie jestem wielką specjalistką, ale sądzę, że rodzajów kryminałów jest bardzo wiele. W przypadku Cieni w Dolinie Słońca mamy do czynienia prawie z pospolitym kryminałem. Dlaczego prawie?

Włochy, szumiące potoki i dwa małżeństwa, które chcą poczuć raftingu na swojej skórze (rafting to odmiana spływu rzecznego). Wszystko wydaje się normalne, dopóki jeden z nich – Wiktor, nie zostaje wciągnięty przez wir wodny. Można by pomyśleć, że to zwykły przypadek, ale gdy poznajemy kolejne wydarzenia, nic nie może być już tak oczywiste.

Cienie w Dolinie Słońca nie są debiutem literackim, ponieważ to już trzecia książka tej Autorki. I chociaż o wcześniejszych pozycjach nigdy nie słyszałam, to po skończonej lekturze najnowszej pozycji jestem bardzo ciekawa tego, co przygotuje Alicja Flis dla swoich czytelników w przyszłości.

Zagadka kryminalna, która polega na odnalezieniu zaginionego Wiktora jest głównym wątkiem ale nie jedynym. I właśnie to urzekło mnie w tej historii. Jeżeli po nią sięgniecie, to dostrzeżecie różne gusła i dawne wierzenia, ale również pracę policji i mafijne porachunki od drugiej strony. Mogłoby się wydawać, że jak na jedną pozycję jest tego za dużo. Może i tak, ale ostatecznie wszystko się ze sobą spaja w dość ciekawym wizerunku.

Mogę również stwierdzić, że nie ma w tej historii głównego bohatera. Tak moi mili, poznajemy teraźniejszość i przeszłość kilku osób, i to znów działa na plus w tej historii. Chociaż z drugiej strony ja wolę mieć jakiegoś mocno zaznaczonego głównego bohatera. Nie przyznam również, bym w jakimś większym stopniu przywiązała się do któregoś z nich, ale najlepiej wykreowaną postacią jest Elena. Niezwykle charyzmatyczna i zarazem szalona osoba, która ma w sobie coś nieodpowiedniego, co nas do siebie przyciąga.

Jak już wspomniałam, wszystko zaczyna się od nieszczęsnego raftingu. Po przeczytanej lekturze, odniosłam wrażenie, że Autorka co nieco wie na ten temat, bądź dobrze się przygotowała do tego zagadnienia, ponieważ można w treści odnaleźć wiele informacji dotyczących danego hobby.

Według mnie pozycja nie zasługuje na miano wybitnej z trzech powodów. Pierwszym z nich jest płaskość wydarzeń. Wiem, wydaje się, że to dość dziwne stwierdzenie, ale tak właśnie było. Nie mogłam odnaleźć w nich mrożących krew w żyłach wydarzeń, które ciągnęłyby mnie w otchłań tej powieści. Nie wiem dlaczego tak się stało, ponieważ do stylu nie mam zbyt wiele do zarzucenia. Początek Cieni w Dolinie Słońca pomimo swojego głównego wątku, od którego się to wszystko zaczyna, również nie był zbytnio dynamiczny. I to też prowadzi nas do drugiego powodu jakim jest papierowe wypowiedzi bohaterów. Może nie tyczy się to wszystkich dialogów, bo tak wcale nie jest, tylko brakowało mi w nich pewnej iskierki, która dodałaby autentyczności bohaterom. Oczywiście może to być tylko moje mniemanie dotyczące tej historii.

Trzeci, a zarazem największy minus, łączy wszystkie poprzednie wywody. Nie trawię sytuacji, gdy rozwiązanie zagadki, niekoniecznie całkowite, znajduje się gdzieś wcześniej w tekście niż na końcowych stronach. Odpowiedzi otrzymałam wcześniej, ze względu na zawarte myśli i przemyślenia różnych bohaterów. Można by się również doczepić do niepotrzebnego powtarzania danych historii, które przewijają się na następnych stronach, gdy jest opowiadania z innej perspektywy. Te sytuacje i dialogi spowodowały zbytnie wydłużenie się historii, co skutkowało ponad 400 stronami tekstu.

I chociaż więcej w tej recenzji dostrzeżenie moich przytyków, niż zachwytów, to tak naprawdę polecam tę historię, właśnie ze względu na wierzenia ludowe, obłęd bohaterów i nieszablonowe podejście do grupy dwóch małżeństw, które moim zdaniem było genialnym posunięciem. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz usłyszę w przyszłości o Alicji Flis i jej książkach.

Za tę lekturę dziękuję: Warszawskiej Grupie Wydawniczej
Tytuł oryginału: The Silkworm
Data wydania: 21.09.2014
Liczba stron: 480
Tom: II
Wołanie kukułki || Jedwabnik || Żniwa zła
Seria: Cormoran Strike
Gatunek: Kryminał

Prywatny detektyw to dość poważna profesja. Musi przede wszystkim myśleć nieszablonowo i kroczyć poszlakami tak zwinnie, by wreszcie wytypować złoczyńcę, poznać prawdę. Czasami się zdarza, że i poszukuje różnych osób. Tylko co się stanie, gdy poszukiwany nie chce być odnaleziony?

Jedwabnik to drugi tom opowiadający o Cormoranie Strike’u – prywatnym detektywie z Londynu. Rozwiązanie sprawy Luli Landry przyniosło mu oczekiwane zyski, ale również i rozgłos. W Jedwabniku idąc za falą tak świetnie rozwiązanej sprawy, podążałam za nim, by odnaleźć pisarza, który się gdzieś ukrył. W końcu to jego domena znikać ot tak. Tylko co gdy prawda jest zgoła inna?

Oczywiście głównym wątkiem jest poszukiwanie zaginionego pisarza. Jest tak wiele poszlak, a już na samym początku żona, która zleciła Strike’owi te zadanie wie, że on na pewno jest w danym miejscu i gdy detektyw dowiaduje się, że go tam nie ma, to zaczyna się strasznie zakręcony wir wydarzeń i poszlak.

Długo nie zastanawiałam się nad tym, by od razu po zakończonym Wołaniu kukułki sięgnąć po kontynuację. Polubiłam tego detektywa. Jest w jakiś sposób ujmujący, ale przede wszystkim wywołuje w nas współczucie. To właśnie w drugim tomie, współczujemy mu jeszcze bardziej, gdyż dowiaduje się on, że kobieta, z którą żył na kocią łapę tyle lat, nagle oświadcza mu po ich rozstaniu, że wychodzi za mąż za dawnego znajomego ze szkolnych ław. To właśnie te rozterki złamanego serca przewijają się w tej historii i to powoduje, że jest ona w specyficzny sposób urozmaicona.

Gdy poznałam Cormorana w pierwszym tomie, to było mi go najprościej w świecie żal. Zakończył on kilkunastoletni związek, który tak naprawdę związkiem nie można nazwać, starał się on żyć przysłowiowo od pierwszego do pierwszego, a nawet to mu nie wychodziło. Myślę, że Strike’a można nie lubić. W końcu to typ aroganckiego wszechwiedzącego osobnika. Ale właśnie to mnie w nim urzekło od pierwszego zdania. Zawsze intrygowali mnie bohaterowie, którzy nie potrafią sobie poradzić z własnym życiem, a z zawodowym nie mają problemów.

Tym razem, my jako książkoholicy wkraczamy w temat, który bardzo lubimy, a mam na myśli: książki. Wydaje się to dziwne, ale właśnie to jest wartością dodaną tej pozycji. W końcu logiczne, skoro poszukujemy pisarza, to wiadome jest, że będziemy poruszać się wśród wydawców, świata literatury, ale przede wszystkim poznamy jego nie wydaną pozycję, którą trzeba zinterpretować. To właśnie w tej historii jest najlepsze.
Cały świat pisze powieści, ale nikt ich nie czyta.
Oprócz wspomnianej sprawy do rozwiązania i rozterek miłosnych, mamy również do czynienia z asystentką Robin i jej zmaganiami z pracą. Podoba mi się ten dodatek w postaci jej osoby, bo wprowadza tutaj coś świeżego i ciekawego zarazem.

Jak widzicie, ocena kontynuacji nie jest najwyższa, ponieważ znów natrafiłam na momenty, które mi się dłużyły. Ale nadal nie potrafię rozgryźć tej sytuacji, czy jednak tak szczegółowo opisane zeznania, czy zawirowania i poszlaki będące wstępem do kolejnych poszlak są złe, czy jednak genialnie dobre. Zdecydowanie ta seria nie jest dla wszystkich. Chciałabym tak napisać, ale tak nie jest. Wszystko za sprawą tego, że ta historia jest w pewnym sensie statyczna. Nie ma jakichś wielkich wydarzeń trzymających nas w napięciu co kilkanaście stron (oczywiście rozwiązanie zagadki jest takim momentem). To dość żmudne podążanie za wskazówkami, z dobrą oprawą w postaci bohaterów, jak i samego zamysłu na temat kryminalny. Może i w połowie książki domyśliłam się, kto za zniknięciem pisarza tak naprawdę stoi, ale wcale mi to nie przeszkadzało w poznawaniu coraz to nowszych poszlak.

Jeżeli więc czytaliście Wołanie kukułki, to zdecydowanie musicie sięgnąć po Jedwabnika. A ja już przygotowuje się mentalnie na premierę Żniw zła, czyli trzeciej części przygód detektywa Cormorana Strike’a. Ostatecznie mogę stwierdzić, że kryminalna strona Rowling jest bardzo atrakcyjna.

Tytuł oryginału: The Kill Order
Data wydania: 18.11.2015
Liczba stron: 420
Tom: 0.5
Wiezień labiryntu || Próby ognia || Lek na śmierć || Rozkaz Zagłady
Seria: Więzień labiryntu
Gatunek: Dla młodzieży / Dystopia

Od zawsze intrygowały mnie książki, które były swoistymi dodatkami do pewnych serii. Może intrygowały to zbyt mocne słowo, ponieważ zawsze z tyłu głowy przyświecała mi myśl, że chyba Autor bądź Autorka danej serii, chce po prostu sobie dorobić na tym świecie, który został stworzony. Stąd też wszelkie dodatki (nawet gdy uwielbiałam daną serię) jakoś niespecjalnie do mnie przemawiały. W końcu bez tego potrafię się obejść czyż nie? Jak widać nie.

Rozkaz zagłady to tak zwana połówka, czyli dodatek do serii Więźnia Labiryntu. Ta seria już jakiś czas temu została przeze mnie przeczytana i podczas jej czytania pojawiało się milion pytań dotyczących właśnie samych początków. I zapewne nie byłam jedyną osobą, którą to ciekawiło. James Dashner postanowił rozwiać nasze wszystkie wątpliwości, a zaczęło się tak…

Nie, tego wam nie zdradzę. Czas na moje przemyślenia. Czy tylko ja uważam, że dodatki do serii zazwyczaj są cienkie? Sama nazwa nawet na to wskazuje - dodatek, i chyba nawet nawet są to opowiadania? Widać w tym przypadku się pomyliłam, bądź może nie doinformowałam, ponieważ ta pozycja liczy sobie 411 stron. Czyli jakby na to nie patrzeć i niezależnie od tego jak traktowane przez was są dodatki, to jednak uważam, że jest to pełnowymiarowa powieść. Powieść tak dobra, że nawet pokuszę się o stwierdzenie, że jest lepsza od serii Więźnia Labiryntu. Lincz na 3..2..1..

Ta pozycja jest genialna. Nie za sprawą tego, że wreszcie otrzymujemy jakieś odpowiedzi na dręczące nas pytania, ale chyba ze względu na to, że mamy tutaj całkowicie innych bohaterów. Ja wiem, chcielibyśmy poznać młodszego Thomasa, no ale cóż, w tym przypadku musicie obejść się smakiem. Ale nie ma tego złego, ponieważ Tina i Mark, są równie barwni, a może i nawet jeszcze lepsi niż Streferzy? Nie bijcie, ale jednak sądzę, że ta pozycja ma w sobie o wiele więcej ognia (i nie mówię tu o okładce) niż którakolwiek część trylogii. Jest zarówno przerażająca i trzymająca w napięciu. Takie książki mogę czytać z przyjemnością.

Oczywiście pomimo tego, że ta pozycja jest tomem 0,5 to nie polecam czytać jej przed zaznajomieniem się z trylogią. Wspomniałam, że to nie jest pozycja o Thomasie i Teresie, no prawie nie jest. Prolog i epilog należą do nich, stąd też możecie sobie nieźle zaspojlerować Więźnia labiryntu. Lecz nie tylko, ponieważ pierwszy tom skłania nasze mózgi do myślenia i wymyślania różnych teorii dlaczego to się wszystko im przydarzyło. A jeżeli przeczytacie prequel, no to odpowiedź macie na tacy.

James Dashner ma dar do opowiadania mrożących krew w żyłach historii. Potrafi za pomocą wyrazów złożonych w zdania zburzyć nasz świat, a dodatkowo przedstawić nam tak niewyobrażalną wizję przyszłości, że włosy zaczynają nam się jeżyć na głowie. Bardzo podoba mi się w jego stylu, jak i zamyśle to, że potrafi obrócić wszystko w proch - ale przecież taką wizję lubimy otrzymywać? Przynajmniej ja lubię. Nie ma tu miejsca na samozwańczych bohaterów, wybrańców, i magiczne cuda. Tutaj tego nie znajdziecie. Nie przywiązujcie się do bohaterów, jak i stworzonej wizji bo ona już sama w sobie jest zagładą.

Co jednak tyczy się Rozkazu zagłady: jest on obłędny i zdecydowanie wpasuje się on w gusta zarówno fanów trylogii, jak również osób, które lubią teorie spiskowe oraz walkę na śmierć i życie.
Boisz się. To dobrze. Dobry żołnierz zawsze się boi. To znaczy, że jesteś normalny. Liczy się to, jak sobie radzisz ze swoim strachem.
Za tę pozycję dziękuję: Wydawnictwu Papierowy Księżyc 
Tytuł oryginału: The Cuckoo's Calling
Data wydania: 04.12.2013
Liczba stron: 452
Tom: I
Wołanie kukułki || Jedwabnik || Żniwa zła
Seria: Cormoran Strike
Gatunek: Kryminał

W przypadku Wołania kukułki zastanawia mnie jeden fakt: czy gdybym nie wiedziała, że pod pseudonimem Robert Galbraith kryję się J.K. Rowling, to czy równie chętnie bym zagłębiła się w jej treści? Oraz najważniejsze: czy oceniłabym ją tak samo jak teraz? Szczerze nie potrafię odpowiedzieć na te pytania, bo to jest już chyba nieodłączna tajemnica każdego książkoholika, ale postaram się w jak najszczerszy sposób zrecenzować tę pozycję. Przypuśćmy, że nie wiem, kto tak naprawdę napisał tę pozycję.

Kryminały mają to do siebie, że muszą w swojej historii i splocie wydarzeń posiadać jakąś cząstkę czegoś niewytłumaczalnego - co będzie powodowało w nas niepokój, ale zarazem będziemy starać się na własną rękę znaleźć winnego. Tym razem podążamy z prywatnym detektywem Cormoranem Strikem po Londynie, próbując rozwiązać tajemnicę, a raczej udowodnić, że samobójstwo supermodelki Luli Landry wcale nie było samobójstwem.

Pierwsza rzecz, która moim zdaniem wyróżnia tę powieść to dość sympatyczny, ale całkowicie niezrozumiały dla nas główny bohater – prywatny detektyw Cormoran Strike. Muszę przyznać, że jego, jak i jego sekretarkę z przypadku, bardzo polubiłam, z tego względu, że wydali mi się oni… ludzcy. Dziwnie to brzmi, ale naprawdę muszę stwierdzić, że czasami gdy czytamy różne książki i poznajemy rozmaitych bohaterów, to bardzo często się zastanawiamy nad tym: serio? Ktoś w taki sposób się wysławia? Tutaj mamy do czynienia z prawie zwykłymi ludźmi, ponieważ sam detektyw jak i grono znajdujące się w świecie show-biznesu wydają się autentyczni. Muszę przyznać, że jestem tym światem kryminalnym oczarowana.

Oczywiście najważniejsza jest zagadka i jej ostateczne rozwiązania. Przyznam się bez bicia, że takiego obrotu sprawy się całkowicie nie spodziewałam, ale ze mnie żaden Sherlock Holmes, więc nie wiem czy jest to jakiś wyczyn. Powolnymi krokami poznajemy szczegóły, ponoć już rozwiązanej przez policjantów sprawy, i to właśnie z jednej strony jest takie nużące. Nie twierdzę, że pozycja jest nudna, co to to nie, ale czasami wydawała się bardzo monotonna. Szczegóły, czasami były tak małe, że poznawanie ich z tak wielu różnych perspektyw, było męczące. Chciałam wręcz krzyknąć podczas jej czytania: no rozwiąż to wreszcie Strike!

Umarli mogą mówić jedynie ustami tych, którzy nadal żyją, i za pośrednictwem pozostawionych po sobie śladów.

Czy jest to lekki kryminał? Sądzę, że tak. Jest trochę poplątany, ale na końcu wszystko wydaje się jawne i klarowne. Rowling musiała w dość specyficzny sposób podejść do tej historii, bo naprawdę, gdy już zamkniecie tę książkę pomyślicie: naprawdę? Niemożliwe, by tak małe szczegóły były zarazem tak znaczące. A jednak. Więc ostatecznie mój zarzut, jakim jest czasami nuda podczas czytania (ponieważ dialogi ze świadkami potrafią być czasem przydługie) to jednak osobiście polecam tę historię. Właśnie może ze względu na charakter wypowiedzi niektórych osób. Podczas jej czytania czuć, gdy ktoś wychował się w biedniejszej dzielnicy, albo wręcz przeciwnie i jest wielką damulką.


Nie mogę się wręcz doczekać, aż sięgnę po kolejny tom, a potem następny. Mam nadzieję, że na kolejnym tomie również się nie zawiodę, a Cormoran Strike mnie jeszcze czymś zaskoczy.

Data wydania: 15.01.2016
Liczba stron: 130
Gatunek: Sensacja

Kiedy sięgam po pozycję, której Autorką bądź autorem jest osoba o dobrych parę lat młodsza ode mnie, to wtedy są dwa wyjścia: albo książka będzie fenomenalnym debiutem lub wręcz odwrotnie. W przypadku książki Marii Michalskiej ciężko przyrównać mi ją do jednej bądź drugiej grupy. Pomimo, że to dość krótka pozycja i mogłabym ją okiełznać jako długie opowiadanie. Ostatecznie nie była tak bardzo zła, by przysłowiowo zjechać ją z góry do dołu.

Zacznijmy od samego pomysłu, który jest wykorzystaniem gatunku literackiego jakim jest kryminał, jednak zarazem przedstawia bardzo śmiały zamysł dotyczący badań nad zastosowaniem grafenu w medycynie. W opisie znajdziecie informację, że główny bohater, czyli Michał Zaborowski, prowadzi wspomniane badania, ale nagle jego życie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni i staje się on podejrzanym w sprawie popełnienia dwóch morderstw. Stąd też jego ucieczka i próba odkrycia tajemnicy z przeszłości.

Wybaczcie, że napiszę już o tym na samym wstępie, ale sam tytuł książki, poniekąd nakierowuje nas na pewne tory w myśleniu, tym bardziej gdy wiemy z opisu, co będzie się działo w historii. Wręcz nienawidzę takich zagrań Autorów. Szkoda, że ktoś młodej (bo 15 letniej) Autorce, nic nie podpowiedział w tej kwestii. Ale więcej nie zdradzę szczegółów dotyczących tej historii, bo wiecie, że nie lubię o takich sprawach rozprawiać, a po prostu tytuł wywołał u mnie zgrzytanie zębów i nie potrafiłam się powstrzymać przed tym by tego nie skomentować.

Tę historię zniszczyło jedno: jej objętość. Wspomniałam, że jest to krótka historia, bo ledwie mieszcząca się na 130 stronach. Sam zamysł kryminalny, a nawet i medyczne, czy fizyczne wyjaśnienia Autorki na temat wykorzystania grafenu w przypadku choroby Alzheimera, było strzałem w dziesiątkę. Uwikłanie z tego kryminału też było niczego sobie, a przede wszystkim: jak na tak młodą debiutującą Autorkę, jej zasób słownictwa, styl i próba okiełznania tej pozycji jest zadowalająca. A nawet wprawiło mnie to w nie małe zdziwienie. Wiem, że to stereotyp, gdy patrzymy na osoby młodsze od nas za nieudolne, ale wiem teraz, że tak nie mogę ich postrzegać, ponieważ sądzę, że o Marii Michalskiej jeszcze usłyszymy w przyszłości.

Co więc tak naprawdę wpłynęło na moja ocenę? Na minus jest zdecydowanie objętość, która spowodowała, że niektóre wydarzenia pojawiały się zbyt nagle, często gęsto były tłumaczone po łebkach, a co za tym idzie, nie jesteśmy aż tak ciekawi rozwiązania danej sprawy. Może źle to zabrzmi, ale również zbyt cukierkowe podejście do niektórych spraw, związanych na stałe z kryminałem, jak pościgi, tajemnice i najważniejsze: ich odkrywanie. Zabrakło tu trochę wyrafinowania, no i doświadczenia, ale zwracając uwagę na to, że jest to debiut młodej Autorki, to naprawdę należą się jej drobne słowa uznania.

Czy polecam tę pozycję? Myślę, że tak. Jeżeli macie zamiar ją odebrać jako dłuższe opowiadanie z wątkiem kryminalnym, a Autorce życzę dalszych godzin spędzonych nad swoim warsztatem, bo dobrych pomysłów zapewne ma wiele.

Za tę lekturę dziękuję: Warszawskiej Grupie Wydawniczej