Patrzeć nie znaczy widzieć

A czy Ty potrafisz ujrzeć słowa?
Znajdź mnie

To jest dopiero heca dla czytelnika, jeżeli trzyma książkę w ręce, spogląda na tył okładki, by dowiedzieć się czegoś o fabule, a tu nicość. Ja nie miałam takiego problemu, że nazbyt się zszokowałam tą zagrywką, ponieważ zakochałam się w Invocato Agnieszki Tomaszewskiej i zdaję mi się, że nawet gdyby Autorka napisała tomik poezji to i tak bym go przeczytała. Styl nieporównywalny do innych wielkich autorów. Jeżeli już raz sięgniecie po którąś z książek Agnieszki Tomaszewskiej, to ciągle będzie wam mało.

Sam tytuł tej pozycji mówi wiele, ale nie odsłania wszystkiego. Bezsenność jest głównym wątkiem, ale zarazem jest częścią całkiem innej historii, która przybywa do nas z innej galaktyki. Nana jako główna bohaterka zaprasza w swe skromne progi nie tylko nas, ale i owych przybyszów. Czy coś dobrego z tego wyniknie? Przekonajcie się sami.

Prawie na początku mojego wywodu, nasypię do tej recenzji odrobinę goryczy. Znów przydarzyło mi się to dziwne uczucie, że czasami nie sklejałam odpowiednio wątków. Albo że nie zostały one odpowiednio sklejone. Takie czasami pomieszanie z poplątaniem, bo niekiedy w tekście coś wydaje się być wyrwane z kontekstu. Może właśnie to jest taki genialny styl Autorki, że zasiewa w nas niepewność i pozostawia minimalną lukę do snucia swoich własnych wyobrażeń. Nie mniej jednak ta historia jest świetna i jedynym minusem są właśnie te niekiedy nieskładne wątki, które powodują w czytelniku dezorientację.

Dobra, jakoś ta gorycz przeszła, czas na tony cukru i lukru. Głupio tak z jednej strony komuś słodzić, ale jeżeli się to komuś należy to czemu nie? Insomnia i Invocato to jedyne wydane książki tej Autorki i da się w nich dostrzec pewne podobieństwa. Widać zarysowany styl, który odbiega od stylu innych autorów, ale zarazem jest prosty i nieskomplikowany.

Najlepiej jakbyście przekonali się o tym na własnej skórze i po prostu przeczytali którąkolwiek pozycję Agnieszki Tomaszewskiej. Tylko tyle, albo aż tyle mogłabym w tym temacie napisać, bo czasem mam wrażenie, że tego nie da się opisać. Po za tym, w tej historii mamy tak świetnie wykreowanych bohaterów, że aż szok. Nie są ślamazarni, posiadają ciętą ripostę na każdy przytyk i to sprawia, że mamy ochotę z nimi przebywać. W szczególności z Naną - to skomplikowana osóbka, ale zarazem, napiszę to wprost: kobieta z jajami.

Wracając do pomysłu na daną książkę, można tylko Autorce pogratulować, ponieważ niewątpliwie ma jakieś konkretne szare komórki w swoim mózgu, które mogą stworzyć niepowtarzalną historię. Nawet nie sądzę, by o czymś podobnym byście słyszeli. Nie chce zdradzać wam czegokolwiek z tej historii, ponieważ trzeba ją poznać na własnej skórze.

Na wielki plus zasługuje końcowy punkt kulminacyjny. Dostajemy prawym sierpowym, by po chwili wejść w stan odrętwienia, bo w końcu ktoś nam ten policzek masuje. Nie wiem szczerze komu mogłabym polecić tę książkę. Sądzę, że wszystkim bez wyjątku, ponieważ każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Zarazem znajdzie się tu pewna przygoda, sensacja, ale i fantastyka, a raczej science fiction.

Zapewne długo zajmie mi by powrócić do świata żywych, albo zatracić się w jakiejś innej pozycji, przez następnych kilka dni, może tygodni. W dodatku pierwszy raz udało mi się dawkować lekturę przez dłuższy czas i to nie dlatego, że była nudna, tylko po prostu nie chciałam się z nią za szybko rozstać. To najlepsza rekomendacja jaką mogę wam przedstawić.

Wyzwanie: Kiedyś przeczytam

Zaskoczenie w przypadku tej pozycji to mało powiedziane. Dawno nie zdarzyło mi się tak, bym otrzymała coś kompletnie innego niż przypuszczałam, że otrzymam, ale oczywiście w pozytywnym sensie. Jak sama nazwa serii wskazuje: Inni, to pozycja inna niż wszystkie.

Nie ma tak naprawdę sensu przedstawiać wam skrótu z opisu, czy skracanie wam jej fabuły, bo mam wrażenie, że bez tej znajomości, ta książka wydaje się tak wspaniała. Sama stałam przed takim wyborem, ponieważ nie zaglądając za bardzo w opis i w treść, coś mi podpowiadało, że muszę się za tę pozycję wziąć. Ciągle tylko obijała mi się myśl o uszy, że sama nazwa serii wskazuje na jakieś paranormalne stworzenia. I w tym przypadku jest to całkowicie dobra ścieżka myślenia. Odnajdziecie tutaj wilki, wrony, niedźwiedzie, oczywiście nie tak jak my postrzegamy te zwierzęta, ale posiadają one możliwość przemieniania się w ludzi i jakby na to nie patrzeć, są ponad ludźmi. To oni wyznaczają prawa, potrafią pokazać zęby, a nawet ich użyć. Tak właśnie są oni przedstawieni, jako terra indigena, czyli stworzenia o niebywałej mocy, którzy potrafią zmieniać się w ludzi, a raczej przybierać ich wygląd. I chociaż to wszystko może wam się wydawać skomplikowane, to co gdy dowiecie się, że występują tu również wampiry, jak i Cassandra sangue – czyli wieszczka krwi.
-Wrona w recepcji, szczeniak w sortowni, a na zewnątrz szalony Wilk – mruknęła do siebie – Czy ten dzień może być gorszy?Najwyraźniej mógł – ale na szczęście Meg zauważyła robaka, którego Jake wrzucił jej na przeprosiny do herbaty, zanim go połknęła.
I chociaż mi nie wierzycie, to naprawdę nie musicie tego wszystkiego wiedzieć, by oddać się przyjemności podczas jej czytania. Pierwsze skrzypce w tej książce to zaskoczenie i niebywała historia, która wciąga od pierwszego zdania. Wykreowanie tak genialnego świata, który jest połączeniem świata ludzi i tych innych stworów i ich wzajemne przenikanie jest cudem.

To jedna z takich recenzji, które przedstawiam wam w skrócie, ponieważ niewiele jest do powiedzenia w przypadku bardzo dobrych książek, które potrafią nawet mnie wzruszyć! Tak, przecież to dziwne, że mnie coś wzruszyło, ale jednak. Ta książka przeznaczona jest dla tych osób, które lubią pławić się w niebanalnych historiach z pogranicza fantastyki i nie tylko dla osób, które zaczytują się w takim paranormalnym gatunku.

Każdy z bohaterów, czy jest to Simon Wilcza Straż, czy Meg wieszczka, jest idealnie wykreowany i sprawia wrażenie ulubionych bohaterów wszech czasów. Niezależenie od tego, ile ta historia miałaby stron, to czytałabym ją tak samo zachłannie, stąd też, gdy przeczytałam ostatnie zdanie, to od razu zabrałam się za kolejny tom i aktualnie czytam ostatni i to jedna z moich ulubionych serii. Potrafi zaskoczyć, wzruszyć, emanować takimi emocjami, że ciągle pragniemy więcej. 

Nie ma zbyt wiele słów by opisać tę pozycję. Ją po prostu musicie przeczytać i poznać wizje Meg, bo mogą wam zmrozić krew w żyłach.

Wiecie jak to bywa w konkursach, ktoś musi wygrać, a tak naprawdę wybór tym razem był bardzo trudny. Porzuciłam już konkursy, gdzie o wygranej decyduje los, ale wcale nie jest teraz łatwiej. W końcu trzeba tylko przeczytać Wasze odpowiedzi, wybrać tę najlepszą... Taa, tylko właśnie każdy z Was w moim mniemaniu powinien wygrać. Nie przedłużam:

Pakiet dwóch tomów Red Rising wygrywa:


Lecz nie zapominajmy o zakładkach, które obiecałam! W tym przypadku e-mail informujący o powiedzmy nagrodzie pocieszenia w postaci zakładek otrzymują:

Martha Oakiss
_ CrUzOn _
bookworm
Patrycja Waniek
Dziewczyna z książkami
Ania K
Marcelina L.
Czarny Kruk

Tak, postanowiłam nagrodzić więcej odpowiedzi, jak i rodzynka, który jako jedyny chciał zawalczyć jedynie o zakładki ;) E-mail zaraz się skonstruuje ;)

Ostatecznie: wasze wizje świata są przerażające i z wieloma waszymi wypowiedziami się zgadzam. Nie wiem co to będą za czasy w przyszłości, ale nie wiem czy takiej przyszłości chciałabym dożyć. 

Regulamin:
1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga: http://ujrzec-slowa.blogspot.com/, czyli Riana.
2. Sponsorem nagród jest : Grupa Wydawnicza Publicat S.A..
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest zgłoszenie się w komentarzu i odpowiedzenie na proste pytanie i trzymanie kciuków, że to właśnie Ty wygrasz.
4. Konkurs trwa od 25.11.2015 roku do 5.12.2015 roku do godz. 23.59 i wyniki ogłoszę w ciągu 3 dni od daty zakończenia konkursu.
5. Nagrodą jest książka: Przepaść czasu Jeanette Winterson, mini notes oraz zakładki.
6. W konkursie może wziąć udział każdy. 
7. Nagroda jest wysyłana przez Pocztę Polską, wyłącznie na terenie Polski. Nie wysyłam książek za granicę.
8. Zwycięzca ma 3 dni na odpowiedź na mojego e-maila informującego o wygranej, jeżeli tego nie zrobi, nastąpi ponowne wyłonienie zwycięzcy.
9. Pytanie: Co życzyłbyś Wiliamowi Szekspirowi z okazji jego 400 rocznicy śmierci?

Wzór zgłoszenia dla książek:
Zgłaszam się!
Odpowiedź: 
E-mail:

10. Ale byłoby mi miło, gdybyście dodali mój blog do obserwowanych, udostępnili konkurs, czy nawet polubili mój fanpage: [KLIK]

Pamiętajcie, nie ma złych i dobrych odpowiedzi, niech Was poniesie fantazja :)

Każda osoba, która w jakiś sposób stara się pisać recenzje, pewnego dnia wstaje i myśli: że albo coś robi źle, albo że straciła zapał do wszystkiego. Do czego, i jakich myśli prowadzi blogowanie?

Dlaczego Ujrzeć Słowa?

Może zacznijmy od samego początku, gdy Ujrzeć Słowa powstało. W ogóle wiecie jaki szok przeżyłam, gdy podczas tworzenia logo mojego bloga uświadomiłam sobie, że skrót to : US? Z Urzędami Skarbowymi nie mam nic wspólnego, tak w gwoli ścisłości. Lecz powróćmy do początku. Nie wiem kiedy blog wpadł mi do głowy, nie mam nawet pojęcia kiedy czytanie książek przed snem w łóżku stało się moją codziennością. Gdzieś mam przebłyski tego, skąd pojawiła się taka nazwa, a nie inna oraz jaka książka wywołała aż tak silne emocje, by się swoją opinią (nawet najkrótszą) podzielić z innymi.

Nazwa wpadła do głowy przy okazji jednego konkursu, w którym musiałam rozszyfrować pseudo jednej z blogerek (której blog uległ zawieszeniu rok temu) TAJUS. Myślałam, myślałam i doszłam do takiej konkluzji:
T - Trwogą
A - Analfabety
J - Jest
U - Ujrzeć
S – Słowa
Niby nic twórczego, ale gdzieś wryło mi się na tyle w pamięć, że gdy jakakolwiek opinia chciała powstać, i myśl o założeniu bloga była coraz bliższa, to wtedy właśnie przypomniałam sobie ten konkurs i w szczególności moją odpowiedź.

Pierwsze kroki w pisaniu recenzji

Książka, która mnie zainspirowała, do powiedzmy prototypu recenzji, to: Wieczni – Alma Katsu. Ogromnie się w nią wkręciłam. I musiałam coś na jej temat napisać. W przeszłości bez bloga było to tylko zdawkowe zdanie w opinii na lubimyczytac.pl. Następnie swoje trzy grosze do stworzenia bloga miała kolejna wygrana w innym konkursie, a mianowicie wygrałam u Autorek e-booki ich książek. A były to Mroki – Katarzyny Szewioła-Nagel i Niewolnica – Anny Chaudiere. Pierwsze poszły Mroki pod osąd i przepadłam. Powstał blog, pierwszy post, pierwsza recenzja i tak trwam z wami do dzisiaj. Jak widzicie na moim przykładzie, małe błahostki potrafią odmienić w jakiś sposób życie.

Oczywiście dzisiaj mam ochotę wydrapać swoje oczy, gdy czytam moje starsze recenzje. Ba! Mam ochotę je sobie wydrapać gdzieś do momentu pół roku wstecz. Gorzko przychodzi mi przyznanie się do tych wszystkich błędów, na jakie narażony jest bloger, który uważa, że jego miejsce w sieci jest najważniejsze i trzeba tylko czekać na sukces. A więc moi mili: życie osoby, która pisze recenzje (nawet tak jak w moim przypadku nieprofesjonalne), jest trudne i spodziewajcie się w nim wiele dołków, w które niechybnie wpadniecie.

Jak to powinno wyglądać?

Nawet do teraz błąkam się pomiędzy moimi myślami, czy to co tworzę jest w jakiś sposób zadowalające? Czy coś jeszcze mogę poprawić? Oczywiście, że tak. Sami zapożyczamy z innym blogów szablony, pomysły na zdjęcia, pomysły na konstrukcje i styl postów. Nawet jeżeli się do tego nie przyznajecie, to tak jest w rzeczywistości, że może przez przypadek coś zauważyliście u kogoś innego i w jakiś magiczny sposób tworzycie takie coś u siebie. Każdy człowiek jest podatny na wpływy, a bycie indywidualistą, może przysporzyć wielu kłopotów, ale zarazem wiedzcie, że jest to trudna i kręta droga. Ja sama nie wiedziałam i do tej pory nie wiem jak ostatecznie wszystko powinno wyglądać.

O czym tak naprawdę mam pisać, a w szczególności jak? Nie ma na ten temat jednoznacznej odpowiedzi. Twórzmy tak, byśmy my czuli się na swoim blogu dobrze. Byśmy byli zadowoleni ze swoich tekstów, nawet gdy są upaćkane babolami. Nawet wtedy, gdy tylko my uważamy, że nasze teksty są najważniejsza i tylko one mogą przywoływać atencję innych. Nie ma zasady, która jasno by określiła, jak osiągnąć sukces w naszym gronie. Ja nie uważam, bym jakikolwiek sukces osiągnęła, a raczej nie sądzę, że niektóre sukcesy, nie są osiągnięciami w waszych oczach.

Pamiętajcie o przyjemności

Czytanie książek ma być przyjemnością, ale czasami taką przyjemnością nie jest. Nie będę się rozpisywać na temat wielu rzeczy, o których dobrze wiecie. W końcu trudne życie blogera już wam kiedyś nakreśliłam, ale po prostu czasami nie chcemy zawieść nas samych. A czasem mam również wrażenie, że nie wiem dokąd dążę z tym moim pisaniem. Nie jestem tym typem blogera, który powiedzmy się tutaj doszkala, a w zaciszu pisze swoją genialną książkę. Nie, ja raczej pozostanę w kręgu odbiorców literatury, i wcale się z tym źle nie czuję. Tylko gdzie zaciera się linia między przyjemnym czytaniem, a obowiązkiem?

Nie martwcie się, albo wręcz martwcie się: nie mam zamiaru was opuszczać, chociaż może i mój tekst nie jest spójny zbytnio do tego co chciałam wam opisać, a co opisane zostało. Nie wiem jak długo będę cieszyć się blogowaniem, nie wiem jak długo będę odczuwać z tego nieopisaną przyjemność. Nawet i teraz zdarzają się pewne rysy na szkle, że gdzieś tam brakuje mi czasu. Brak czasu nie jest wcale żadną wymówką, bo po prostu to wskazuje na to, że źle organizuje sobie czas. Mogłabym się skłonić do tego, że staram się nie popadać w pewnego rodzaju marazm, gdzie książki byłyby moim jedynym hobby (chociaż jak dzisiaj na to spojrzę, to jedyna moja rozrywka).

Czy koniec jest bliski?

Cykl Riana Rozmyśla właśnie ma mnie nakierowywać na takie tory w myśleniu, by całkowicie nie zaprzepaścić sobie wiele możliwości, które czekają mnie w życiu. Nie czas na poklepywanie mnie po plecach, czy mówienie, że tak naprawdę wszystko ma swój początek i koniec. W moim przypadku koniec jeszcze nie nastał i obym nie widziała go gdzieś za zakrętem, bo byłoby mi po prostu przykro. Jak widzicie wiele może się zmienić za sprawą wielu przypadków, a nawet czasem za sprawą jednego malutkiego. To wystarczy by tchnąć w was nowe doznania i ukazać wam nowe rozwidlenia. Na razie cieszę się, że spełniam się w tym co robię i chociaż czasami jest tak trudno poradzić sobie ze wszystkim, to jednak przeskakuję każdą kolejną poprzeczkę i mówię sobie: nie wiesz nawet co czeka cię jutro. Blogowanie nie jest łatwe, jest cholernie trudne i zajmuje mnóstwo czasu (przynajmniej wtedy, gdy jesteś perfekcjonistą jak ja). Jednak pomimo wszystko warto. I jeżeli jakimś cudem przeczytałeś/aś ten tekst do końca, to gratuluję, mi by się nie chciało.

Makary Karo to Autor (ukrywający się pod pseudonimem) Po latach przed śmiercią i tak bardzo podobała mi się ta pozycja, że nie mogłam odpuścić sobie możliwość przeprowadzenia z nim wywiadu. Jeżeli jesteście ciekawi to zerkajcie dalej:


Adriana Bączkiewicz: Powróćmy do dawnych czasów: szkolne ławki, dzwonki oznajmiające przerwę – jakim typem ucznia byłeś? Przyznaj się bez bicia, czy czytałeś lektury?
Makary Karo: Byłem dobrym uczniem, sumiennie wykonywałem prace domowe i nie miałem specjalnie problemów z nauką. Dobra passa trwała do czasu liceum, kiedy z powodu wielkości wymaganego materiału musiałem ustalić priorytety. Od początku bardziej ciągnęło mnie do przedmiotów ścisłych, dlatego o ile czytałem lektury, to nie mam sentymentów do większości poza trylogią Sienkiewicza i Lalką. Te pozycje mogę śmiało polecić.


Czy do dzisiaj przemknęła Ci chociaż jedna myśl, że chciałbyś, by Twoje życie potoczyło się inaczej?
Wiele razy, jednak nie jestem pewny czy skończyłbym lepiej niż tu, gdzie jestem.

Twoje dotychczasowe życie wskazuje na to, że twardo stąpasz po ziemi, w końcu zdobyłeś 3 dyplomy wyższych uczelni. Czy to wskazuje na to, że najprościej w świecie lubisz się uczyć, czy może jednak twierdzisz, że lepiej mieć więcej zainteresowań i któreś z nich później wybrać?
Z jednej strony tak to może wyglądać, że stąpam twardo po ziemi. Ale z drugiej, dużo czasu spędzam na rozwijaniu wyobraźni i niespecjalnie przejmuje się życiowymi drobiazgami. Od kiedy pamiętam zwyczajnie byłem dobry w nauce nowych rzeczy. Jestem praktyczną osobą, dlatego uważam, że w życiu powinniśmy robić to, w czym jesteśmy najlepsi. Nie poprzestaje na utartych schematach, ponieważ wydaje mi się, że nadal szukam najlepszej działalności dla siebie. Informatyka, a pisanie powieści czy scenariuszy leżą przecież na dwóch przeciwnych biegunach palety zainteresowań. A jednak, znajomość geopolityki, psychologii, zachowań społecznych, podstaw ekonomii, wiedza techniczna z zakresu nowych technologii czy światowych trendów w dziedzinie innowacji pomagają mi tworzyć realistyczne światy w powieściach i scenariuszach.

Ja osobiście uważam, że Polska jest bardzo trudnym krajem, jeżeli mówimy o rozwoju osobistym, politycy ciągle podcinają nam skrzydła. A jakie jest Twoje zdanie?
To zależy od tego ile z rzekomych barier uważamy za zewnętrzne, a ile za zależne od nas. Znam wielu ludzi, którzy rozwijają się fenomenalnie. Oni mają inne spojrzenie na przeszkody, od tych którzy nie odnajdują się w swojej rzeczywistości. Inaczej je definiują. Myślę, że wiele zależy od naszego podejścia. Świadomość siebie i swoich prawdziwych ograniczeń pozwala dokładniej szacować nasze możliwości. Staram się wierzyć, że jeśli istnieje wola, znajdzie się droga. Tylko problem polega na tym, że jako społeczeństwo i system, zamiast równać w górę, równamy w dół, a potem jesteśmy zdziwieni, że mamy niski wskaźnik innowacyjności i jedynie „zbieramy intelektualną bawełnę” dla zagranicznych podmiotów. Nazywam to „Syndromem Pomimo”. W cywilizowanym świecie osiąga się sukces „dzięki” czemuś - dzięki programom edukacyjnym, łączeniu nauki z biznesem, systemem finansowania, instytucjami wspomagającymi rozwój - tymczasem mam wrażenie, że w Polsce panuje przekaż, że komuś udało się rozwinąć „pomimo” czegoś – pomimo biurokracji, pomimo braku znajomości, itd. Nie potrafię powiedzieć na ile winić za to polityków, a na ile nas samych jako społeczeństwo. W końcu ktoś tych ludzi wybiera, prawda?


Każdy z nas gdy zauważa w Internecie, czy w telewizji, piętnowanie w śmieszny sposób natury Polaków, uważa, że to nie on jest tym typowym Januszem w sandałach ze skarpetkami. Czy jesteś w stanie się przyznać do tego, że którymś typem Janusza jesteś?
Tak! Mam ogromny dystans do naszych narodowych przywar i osobiście uwielbiam żarty o „Januszowym” stylu bycia. Zawsze świetnie się z tego ubawię. Jeśli chodzi o mnie to wydaje mi się, że mógłbym podpadać trochę pod „Janusza biznesu”, ze względu na zamiłowanie do kombinowania i rozwiązywania problemów niestandardowymi metodami. Jednak jeśli dobrze wykorzystać akurat tą cechę uznam ją za atut na tle innych narodowości.



XXI wiek skłania, a raczej narzuca ludziom to, że nie mamy na nic czasu. Ciągle jesteśmy zabiegani, mało śpimy, szybko jemy. Jak myślisz, co zabiera nam czas? Czy kiedyś czas naprawdę wolniej płynął?
Myślę, że sami zabieramy sobie czas nieumiejętnym wykorzystaniem go. Zaryzykuję stwierdzenie, że nawet w codziennym życiu robimy wiele czynności, czy to w pracy, czy w życiu osobistym, które z perspektywy naszego rozwoju czy dobrobytu (materialnego, duchowego) są zwyczajnie niepotrzebne. Natomiast robimy je, bo przecież „tak zawsze się robiło” i nie mamy czasu lub nie chcemy się nad tym zastanowić. Ludzie często nie zdają sobie sprawy ile czasu zyskaliby, gdyby na przykład odstawili telewizję. Ja zyskuje kilkanaście godzin tygodniowo. Dlatego nie zgadzam się, że nie mamy czasu na nic. Nie mamy czasu na WSZYSTKO. Po to wymyślono priorytety. Na nie wszystko znajdziemy czas.


Już jest! Naukowcy wymyślili sposób, by móc przenieść się do przeszłości lub do przyszłości na jeden dzień. W jakie czasy byś się chętnie przeniósł i dlaczego?
Czas rewolucji przemysłowej w Anglii. To jest to! Czułbym się jak w uniwersum steampunku.



Ciągle stukamy w klawiaturę, wysyłamy sms, piszemy post na bloga, a gdzieś zatraciło się pisanie listów, wysyłanie pocztówek, ogólnie zatraciliśmy się w ręcznym pisaniu. Czy sądzisz, że kiedyś w przyszłości, będziemy umieli wyłącznie się podpisać?
Nawyk ręcznego pisania jakoś przeboleję, ponieważ mam mało estetyczny charakter pisma. Myślę jednak, że w przyszłości nie będziemy musieli się podpisywać. Wystarczy, że przyłożymy czoło do czytnika. Bardziej martwię się o zanik znajomości ortografii i gramatyki. Jego początki widać już teraz, o zgrozo!



Przejdźmy do muzyki, bo w końcu bez niej nie da się żyć. Lecz nie zapytam Cię o piosenkę, którą możesz namiętnie słuchać godzinami, ale wręcz o taką, gdzie Twoje bębenki aż krwawią.
Sigma ft. Paloma Faith – Changing



Filmy i seriale to kolejna rzecz, bez której nie mamy możliwości bytu. Jaki film bądź serial poleciłbyś swoim czytelnikom?
Poleciłbym serial Breaking Bad.


Pytanie czysto teoretyczne, a nawet abstrakcyjne: jak myślisz, czytelników jakiego gatunku na Polskim rynku jest najwięcej?
Waham się pomiędzy kobiecymi romansidłami, a kryminałami.

Nie będę pytać Cię o typowe pytania, które zadaje się Autorom książek. Jednak zastanawia mnie fakt, dlaczego piszesz pod pseudonimem?
Bo prawdziwe nazwisko zachowuję na materiał, który zawładnie światem (śmiech). Będę wiedział, że to on, gdy go napiszę.

Po latach przed śmiercią to w moim mniemaniu bardzo dobrze skonstruowana książką. Czy sądzisz, że Twoja wyobraźnia, która stworzyła taka historię, mogła zdarzyć się naprawdę?
To bardzo dobre pytanie. Historia powieści w zamyśle opierała się o stricte fikcyjną fabułę. Wykorzystuje tu wspomnienia z jednego z moich wyjazdów w leśne tereny Warmii, ale miejsce akcji wybrałem dosłownie przeciągając palcem po mapie. Tym większe było moje zdziwienie, gdy po skończeniu powieści, przygotowując się do wydania, dowiedziałem się, że w okolicy terenów, które opisuje w powieści rzeczywiście istnieje podobny ośrodek wypoczynkowy i rzeczywiście był on często odwiedzany za czasów PRL. Zadałem sobie wtedy to samo pytanie.

Jako debiutant, o czym marzyłeś? O pieniądzach? Może o tym uczuciu, gdy zobaczysz swoją książkę na półce? Czy może o czymś zgoła innym?
Zobaczyć swoją książkę na półce księgarni to miłe uczucie. Jednak ja myślałem o tym bardziej w kategorii zakończenia pewnego projektu, który jest elementem większej układanki. Starałem się zaskoczyć widza serwując znany motyw historii (grupa przyjaciół wyjeżdża na imprezę i coś im się przytrafia), w oryginalnej, zaskakującej formie. W zamierzeniu chciałem, aby Po latach przed śmiercią stało się moją wizytówką i podbudową dla przyszłych projektów. W końcu łatwiej jest dyskutować, gdy ma się na koncie wydane pozycje i można komuś pokazać coś więcej niż szkice z szuflady.

Nie sposób zapytać Cię o cokolwiek znajdującego się w Twojej książce, bo zdradzilibyśmy czytelnikom za dużo treści. Jednak grupa przyjaciół występująca w Po latach przed śmiercią jest zżytą grupą, ale z pewnymi perturbacjami. Czy sądzisz, że w grupce przyjaciół zawsze pojawi się jakaś para ukochanych? I czy to ma wpływ na całą grupę?
Ciekawostką jest, że tworząc bohaterów mojej powieści bazowałem na rzeczywistych postaciach kilku moich znajomych. Oczywiście musiałem podkoloryzować i przerysować ich charaktery oraz relacje. Wątek pary zakochanych jest w tym przypadku takim przerysowaniem. Ludzie łączą się w grupy z różnych powodów. Prędzej czy później w tych grupach muszą pojawić się jakieś związki. Jedne mniej udane, inne bardziej. Jednak nic tak nie podnosi napięcia w grupie jak rywalizacja o czyjeś uczucia.

Wizja Twojej historii jest okrutna i powstał z tego niezły horror. Sam powiedziałeś, że napisałeś już scenariusz do tej książki. Jaki jest Twój dalszy plan? Bo mam nadzieję, że następna książka ;)
Cieszę się, że tak sądzisz. Teraz pozostaje mi tylko przekonać producentów (śmiech). Posiadam aktualnie trzy scenariusze na podstawie powieści: 30minutowa, luźna adaptacja, 125 minutowy scenariusz na pełen metraż, oraz jego tłumaczenie na język angielski. Skończyłem odpowiednie kursy, więc teksty są poprawne pod względem formatowania na rynek europejski. Dalsze plany będą zależne od ilości wolnego czasu. Nie ukrywam, że napisanie powieści, jednocześnie pracując na pełen etat zajmuje praktycznie cały wolny czas. Dlatego aktualnie pracuję nad historiami do kilku scenariuszy. Jedna czy dwie z nich nadadzą się na kolejne powieści.

Jedziesz sobie spokojnie samochodem, gdy prezenter radiowy zawiadamia, że wszystko wskazuje na to, że czeka nas zagłada. Według Ciebie, jaki rodzaj zagłady nas czeka?
Chciałbym wierzyć, że efektowny – wielka asteroida, wojna nuklearna, biblijny Armageddon. Jednak znając życie zapewne zwyczajnie zginiemy przez epidemię głupoty (śmiech).

Ostatnie, jednak w miarę najważniejsze pytanie: gdzie widzisz siebie za 20 lat?
Tego nie wie nikt, ale pewnie gdzieś bardzo daleko. Z drinkiem z palemką. 

Największe zaskoczenie, jakie kiedykolwiek może spotkać takiego czytelnika jak ja, i zapewne was, jest wtedy gdy otrzymujecie do ręki niespodziewaną książkę. Nie słyszeliście o niej, nie wiecie co w sobie skrywa, nawet pal licho już ten opis. To wszystko nie ma tak naprawdę znaczenia, bo gdy zaczynacie wczytywać się w treść, to jesteście poruszeni i oczarowani. Tak właśnie było z Przepaścią czasu Jeanette Winterson.

Dla tych, którzy nic o niej nie wiedzą (tak jak ja zresztą przed otrzymaniem jej w swoje dłonie), to jest to książka inspirowana jednym z dzieł Szekspira, a mianowicie Zimową opowieścią. Tak, tak, to czysta inspiracja, która powstała ze względu na Projekt Szekspir, gdzie przez następne lata, inni poczytni Autorzy, będą próbowali swoich sił w stworzeniu kolejnych powieści, czerpiących z innych dzieł zmarłego prawie 400 lat temu Autora. Musicie przyznać, że to nie lada gratka. Nawet dla mnie samej, która tak na marginesie ma zamiar się przyznać do tego, że żadnego dzieła Szekspira nie przetrawiła. Ale byłam młoda, głupia i od niedawna mam zamiar zmienić tę postać rzeczy. Ba! Nawet zakupiłam sobie dzieła Szekspira, by się w nich zakochać. Lecz o czym to ja? No właśnie…

Myślę, że nie zanudziłam was tym wstępem, ale jestem wręcz wniebowzięta tym pomysłem. Nie wspominając już o tym, jak zacieram ręce, by w przyszłości przeczytać kolejne tytuły owych inspiracji. Co do Samej Jeanette Winterson, jest ona uważana za czołową przedstawicielkę literatury feministycznej. I co najdziwniejsze, i muszę się do tego przyznać z ciężkim sercem, że Przepaść czasu to poniekąd literatura obyczajowa. Przecież ja nie lubię tego gatunku! Ale czy na pewno? W takim wydaniu, z taką historią i genialnym stylem, to ja mogę się do tego gatunku przekonać. Oczywiście pierwowzorem była Zimowa opowieść Szekspira, której tak naprawdę nie da się przyrównać do żadnego gatunku, ale znajduje się ona pomiędzy romansem a tragedią. I tak samo jest w powieści Winterson. Nie da się do końca określić, jaki gatunek tutaj znajdziecie, gdyż znajduje się w tych niewielu stronach, tak wiele emocji i przemyśleń, że zaliczenie jej do jednego gatunku byłoby grzechem.

Nie mniej jednak, to historia Perdity, która została porzucona przez ojca – Leo. Twierdził on, że jest ona bękartem, i tak oto rozpoczyna się jej wędrówka, tylko zapewne nikt by się nie spodziewał, że los tak bardzo potrafi sobie z nich zakpić. To zarazem smutna i dosadna treść, która wpływa na czytelnika z powodu wielu znaczeń, które jesteśmy w stanie w niej odnaleźć.
Potrzeba tak niewiele czasu, żeby zmienić życie, i potrzeba całego życia, żeby zrozumieć tę zmianę.
Treść, bohaterzy i cała otoczka jest tak sprawnie poprowadzona i przedstawiona, że ciągle mamy ochotę brnąć w nią dalej i dalej i wcale nie chcemy tej przygody przerywać. Nawet pomimo tego, że nie jest to szczęśliwa historia, a ściślej mówiąc, jest to po prostu pewna historia, która mogła się wydarzyć gdziekolwiek i komukolwiek, z wieloma tragicznymi wypadkami. To zarazem poszukiwanie prawdy, ale i jej zakopywanie. Nie znajdziecie w tej treści wartości tego bądź tamtego, wszystko się tu splata, jest przedstawione klarownie, a przede wszystkim wiele z przemyśleń, czy dialogów się tu znajdujących ,ma niesamowity wydźwięk, który przemawia wprost do nas. Warto czasem przy niektórych słowach przystanąć, zadumać i poznać jej drugie dno.
Zawsze mówię jej prawdę – w każdym razie tyle prawdy, ile trzeba.
Każdy z nas popełnia błędy. Jedni popełniają ich mniej, drudzy więcej, ale każdy ma coś na swoim sumieniu. Najważniejsza lekcja jednak z tej pozycji wypływa taka, że trzeba się na nich uczyć. Każdy z tych bohaterów je popełniał, i zapewne będą popełniać kolejne, ale może ich zachowanie i wypowiedzi wpłyną na was samych? Mam nadzieję, że ta lektura wpłynie na was pozytywnie, a przede wszystkim ochoczo będziecie przewracać kartki. Osobiście polecam tę pozycję wszystkim, niezależnie od tego, czy lubicie Szekspira, czy nie.
Zresztą czym jest pamięć, jeśli nie bolesnym sporem z przeszłością?
Już tak na sam koniec muszę wspomnieć, że nie musicie się martwić, że nie znacie pierwowzoru. Wszystko jest wytłumaczone na samym początku, w rozdziale Oryginał, gdzie znajdziecie streszczenie Zimowej opowieści

Za tę niespodziewaną treść dziękuję: Grupie Wydawniczej Publicat S.A


A więcej o Projekcie możecie dowiedzieć się z tego filmiku:



Ostatnia premiera książki wydawanej w tym roku przez wydawnictwo Feeria Young już jutro. A ja z tego miejsca i dodatkowo dzień wcześniej mogę was zapewnić, że maci po co biec jutro do księgarni. Ponoć się mówi, że ostatni będą pierwszymi i w przypadku Pojedynku Marie Rutkoski to przysłowie się sprawdza. Pochłonęłam, przeżyłam i się zatraciłam.

Wymyślone uniwersum, a raczej świat przez Marie Rutkoski czerpie wiele z naszej historii. To świat pomiędzy średniowieczem, gdzie miecze i niewolnictwo było na porządku dziennym, a dziejami antycznymi, które zainspirowały Autorkę. A w tym świecie jest Ona – córka generała i On – zwykły niewolnik. Kestrel i Arin splatają swoje losy całkowicie przypadkowo, ale czy tak naprawdę przypadek miał tu miejsce? Dwa zwaśnione rody będą musiały stanąć naprzeciw siebie i walczyć, lecz nie tylko wyciągając oręż, ale również wydobywając sztuczki dotyczące psychiki. I czy w takim świecie jest miejsce na szybsze bicie serca dwojga pozornie zakochanych w sobie ludzi?

Gdy czytałam tę historię, to do głowy wpadło mi pewne podobieństwo do Romea i Julii. Tak jakoś czułam tę całą aurę intryg i rodów, które nie potrafią zrozumieć swoich błędów i dzieci tych pokłóconych, które muszą walczyć nie tylko ze światem, ale ze swoimi przekonaniami. Ale pomimo podobieństw takich bardziej nostalgicznych, ta historia jest całkowicie inna i ja dobrze zdaję sobie z tego sprawę, że nudzi was te zdanie, które wypływa w moich recenzjach, że znów jest to coś innego. Jednak inaczej nie da się tej historii opisać, ponieważ pomimo tego, że historia została zainspirowana wieloma motywami i historiami, to jednak wrzucono je do wielkiego gara, zamieszano i wyszło coś niebywałego. Aż zazdroszczę tym osobom, które będą za niedługo możliwość czytać tę pozycję po raz pierwszy.

Osobiście lubię się pławić w historiach, które w wydarzeniach pokazują upozorowaną etykietę królewską, bale, ale przede wszystkim pojedynki na śmierć i życie i mocne charaktery. O tak, Kestrel i Arin, jako dwójka głównych bohaterów, są stworzeni na pozór bardzo prosto, ale posiadają w sobie takie cechy, że można ich oznaczyć mianem idealnych. Nie za sprawą wyglądu, a rozterek i nieprzeniknionego zachowania, który wskazuje na to, że są oni indywidualistami, którym ciężko odnaleźć się w danym świecie. To samo tyczy się ich mniemanej miłości. Nazwałam ją mniemaną z tego względu, że nie jest to historia oprószona brokatem, wielkimi wzniosłymi treściami, a nawet przyznam, że jest tragiczna. A ostatnie strony, które przeczytacie w tej książce spowodują, że będziecie łaknąć więcej i więcej. Och, Autorka potrafi stworzyć taki suspens, że mamy ochotę wykrzyczeć całemu światu: nie, to niemożliwe!

Bardzo wiele uczuć targało mną podczas czytania Pojedynku. Książka jest w każdym calu wyważona i jak już wspomniałam niezwykła. Niezwykłość objawia się również w zaskoczeniu, może nie również, a przede wszystkim. Gdyż takie uczucie czeka was nie tylko na zakończenie tomu pierwszego, ale również podczas całej tej treści. Mówię wam, nigdy nie wiecie co przydarzy się na kolejnej stronie. I właśnie to jest największa wartością dodaną w tej pozycji: zaskoczenie.

To nie jest jedna z tych książek, gdzie mamy głupio zakochanych nastolatków.
To nie jest jedna z tych książek, gdzie treść i pomysł pozostawia wiele do życzenia.
To nie jest jedna z tych książek, która zanudzi cię na śmierć.
To jedna z tych książek, którą musisz przeczytać.

Z tę cudowną książkę dziękuję: wydawnictwu Feeria Young

A książkę możecie zakupić tu: empik.com

Nie jestem osobą, która posiada uprzedzenia, bądź z jakimś sceptycyzmem podchodzi do kontynuacji. Pierwszą część serii Paragraf 5 bardzo mi się podobała. Nie była zbytnio wybitna, ale przyjemnie przewracało się kartki. I jakże wielkie było moje zdziwienie gdy Rebelianci najprościej w świecie mnie nudzili.

Ja rozumiem, że kontynuacja może być w jakiś sposób porażką, ale po prostu przy tej pozycji czułam znużenie i chociaż byłam na świeżo, ponieważ pierwszą część czytałam niedawno, to jednak brakowało mi w niej akcji. Większość sytuacji wydawało mi się jałowych i niezbyt ciekawych, co właśnie wpłynęło na to, że cały czas miałam ochotę na inną treść, niż wkraczanie w świat rebeliantów.

Jak sam tytuł wskazuje, tym razem poznajemy bunt od środka. Jakimi metodami są oni w stanie wywołać rebelię oraz czy w ogóle przyniesie im to jakieś korzyści?

Więcej w tej pozycji znajdziecie zawirowań i dość szczegółowych opisów danych sytuacji, a przede wszystkim dialogów, które może i są potrzebne w tej części, ale ciągle przebiegamy między wydarzeniami, a rozterkami Ember i Chase’a. Demony z przeszłości po prostu nie chcą ich zostawić. A oni sami muszą wypracować taką ścieżkę, gdzie nie będą się oni czyli obezwładnieni zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Gdzieś odniosłam wrażenie, że zabrakło tu pomysłu na ten świat. A przecież świat, który jest obarczony dystopią i różnymi prawami, może być bardzo ciekawą podstawą. Tylko właśnie ten pomysł trzeba mieć. Nie uniknę w tej recenzji porównań do poprzedniego tomu, ale właśnie Paragraf 5 był pełen tajemnic, które nas jako czytelników ciekawiły. Każda strona była na wagę złota, ponieważ nie wiedzieliśmy co stanie się z główną bohaterką oraz gdzie zawędruje. A w drugiej części pomysły, czy poszukiwania swojej przyjaciółki, nie były jakoś zatrważająco zajmujące. Nawet się przyznam, że straciłam jakąkolwiek chęć do tego, by dowiedzieć się co stanie się na następnej stronie. 

Gdzie ta świeżość, którą poczułam w pierwszym tomie? Chyba się gdzieś rozpłynęła. Oczywiście nie twierdzę, że moje zdanie w tym temacie jest nadrzędne i nikt z was nie może tej pozycji przeczytać. Przecież nie o to w tym chodzi, chcę wam po prostu przedstawić swój punkt widzenia, gdzie uważam, że nie jestem do końca przekonana, czy ta trylogia powinna powstać jako trylogia. 

Autorowi potknąć się jest bardzo łatwo. Takie potknięcia mogą skutkować opiniami jak moje, a dodatkowo mogą sprawić, że czytelnik taki jak ja, może nie mieć już ochoty na poznanie ostatniego tomu. Bardzo mi przykro, że taka sytuacja mnie spotkała w przypadku tej serii. Wszystko dlatego, że tak wielkie nadzieje w niej pokładałam. Miałam nadzieję, w drugim tomie poznać świat i uzyskać odpowiedź na pytanie: dlaczego zaistniała taka kolej rzeczy, że świat jest jedną wielką dystopią? Na nadziejach niestety się skończyło.

Bohaterzy to jedyna wartość, która ratuje tę historię. Ember i Chase zostali stworzeni bardzo realistycznie, w szczególności Ember. Ponieważ nastolatce zapewne bardzo trudno jest się odnaleźć w takim świecie. Musi ona szybko dorosnąć, ale czy dorosłość wiąże się z bronią i zabijaniem ludzi? Ile taka nastolatka jest w stanie znieść i czy miłość w takich czasach jest możliwa? Jeżeli chcecie się przekonać, co takiego przygotowała Autorka w drugim tomie to zachęcam, ale mam nadzieję, że nie zawiedziecie się tak jak ja.

Za tę wizję przyszłości dziękuję: Grupie Wydawniczej Publicat S.A.

Jak dobrze wiecie, seria Pierce'a Browna mnie pochłonęła i nie mogłam się wręcz od niej oderwać. Do recenzji pierwszego tomu odsyłam tu: KLIK, a do drugiego tomu tu: KLIK. Z tego też względu, jak i z powodu uprzejmości wydawnictwa Drageus, mam dla jednej osoby, która wygra, pakiet książek, w który skład wchodzi pierwszy tom w nowym wydaniu, jak i tom drugi. Przeczytajcie regulamin i zaczynamy!

Regulamin:
1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga: http://ujrzec-slowa.blogspot.com/, czyli Riana.

2. Sponsorem nagród jest : Drageus Publishing House.
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest zgłoszenie się w komentarzu i odpowiedzenie na proste pytanie i trzymanie kciuków, że to wasza wizja przyszłego świata wygra.
4. Konkurs trwa od 15.11.2015 roku do 25.11.2015 roku do godz. 23.59 i wyniki ogłoszę w ciągu 3 dni od daty zakończenia konkursu.
5. Nagrodą jest pakiet książek: Red rising. Złota krew oraz Red rising. Złoty syn Pierce'a Browna.
6. W konkursie może wziąć udział każdy.
7. W konkursie mogą brać udział tylko osoby mieszkające w Polsce, książki nie są wysyłane za granicę.
8. Zwycięzca ma 3 dni na odpowiedź na mojego e-maila informującego o wygranej, jeżeli tego nie zrobi, nastąpi ponowne wyłonienie zwycięzcy.
9. Pytanie: Jaka wizja przyszłości jest według Ciebie najbardziej prawdopodobna?

Wzór zgłoszenia dla książek:
Zgłaszam się!
Odpowiedź: 
E-mail:

10. Ale to nie wszystko, wylosuję również 5 osób, które otrzymają ode mnie pakiet zakładek! A wystarczy tylko się po nie zgłosić :) Osoby, które udzielą odpowiedzi również biorą udział w losowaniu zakładek.

Mam nadzieję, że wszystko zrozumiałe, osoby, które nie chcą udzielać odpowiedzi na pytanie, a chcą wziąć udział w losowaniu zakładek wpisują ten wzór:

Wzór zgłoszenia po zakładki:
Chcę zakładki, bo umrę itp.
E-mail:

Nie wymagam, byście dodali mój blog do obserwowanych, czy udostępnili informację gdzieś w Internecie, lecz jeżeli  chcecie możecie dołączyć do obserwatorów bloga, albo udostępnić informację o konkursie. Możecie również polubić blog Ujrzeć słowa na facebooku. 

Czekałam, czekałam i doczekać się nie umiałam. A właściwie na co czekałam? Na Red Rising. Złoty syn. Rok długich oczekiwań, w miarę cierpliwych, dobiegło końca, wreszcie mogłam się zagłębić w twórczości Pierce’a Browna i poznać dalsze losy Darrowa.

Trzeba przyznać, że Autor to niezły gracz. Pierwszy tom zakończył w takim momencie, że szczerze pod skórą czytelnika pozostawał wielki niedosyt i zarazem ogromna ciekawość - bo co stanie się z głównym bohaterem w dalszej części? To historia o tym, jak w skórze wilka wejść podstępem w stado owiec, chociaż zdecydowanie Złotych nie można nazwać owcami. Czy jednostka może doprowadzić do zmiany świata?

Pomimo ilości stron, tę pozycję można połknąć na raz, ale trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że trochę wam ta przygoda zajmie. Lekko ponad 500 stron jest przepełnione intrygami, wojnami światów, jednak zarazem Autor czerpał również wiadomości z mitologii. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się to niemożliwe do spełnienia - by przyszłość i rządzące tym światem technologie połączyć jednocześnie z mitologią. Jednak te połączenie jest genialne i proszę o więcej.

Czytając tę pozycję można dostać depresji, oczywiście takiej czytelniczej. Ponieważ gdy już myślimy, że wszystko idzie po myśli głównego bohatera, to Autor postanawia zrobić twist, który zaburzy nasz świat. Nie tylko nasz świat, a również bohaterów, ponieważ wizja przyszłości w tej serii jest mroczna, a wszystko zależy od tego, gdzie się oni urodzili. Pierce Brown pomieszał dystopię z fantastyką, ale zarazem wplótł w to zalążek mitologii. Myślę, że serię Red rising można by nazwać innym gatunkiem, może jakimś wymyślnym, bo czerpie on z wielu rodzajów, by stworzyć coś niebywałego.

Głównym celem tej historii jest ukazanie zmagania jednego człowieka, który chce zmienić świat, uwolnić swoich bliskich i całe społeczeństwo spod jarzma władzy i niewolnictwa. Bo czy naprawdę jest ktoś taki, kto może kategoryzować ludzi? To odwieczny problem, a zarazem pomysł na tworzenie książek z tego nurtu. A my jako czytelnicy lubimy czytać takie pozycje, gdzie mamy nadzieję na to, że jednostce uda się zmienić świat. Nawet w naszej długiej historii istnienia, zawsze istniały postacie, które chciały zastąpić świat, który znali. Nazywano ich buntownikami, a dopiero z perspektywy czasu nazywamy ich bohaterami. Tak samo jest z Helldriverem z Marsa, który stara się coś zmienić. I chociaż wojna zbiera swoje żniwo, podstępy przerażają nas do szpiku kości, to jednak mamy nadzieję, tak samo jak bohater, że jednak coś się zmieni.
Nigdy nie zabiłem człowieka z taką obojętnością. I przeraża mnie, jak łatwo przychodzi mi to podczas wojny. Nie ma w tym dwuznaczności, nie ma naruszenia przekonań moralnych. […] Albo ja ich zabiję, albo oni mnie.
Darrow au Andromedus, pod przykrywką tak naprawdę, jest bohaterem tragicznym i dlatego też, wzbudza w nas tak wiele skrajnych emocji. W jego głowie, myślach, czy wypowiedziach napotykamy na bardzo wiele sprzeczności, gdzie jego myśli biją się co chwilę o to, co jest słuszne i jak wiele śmierci bliskich i tych nieznajomych może znieść on sam. Stara się tworzyć własne plany, ale czy i inni nie są tak przebiegli jak Darrow? Jeżeli chcecie poznać tę odpowiedź, musicie zanurzyć się w drugim tomie.
Każdy jest prawdomówny, dopóki nie zostanie przyłapany na kłamstwie.
Należy również wspomnieć o tym, że seria przeszła metamorfozę okładki i zaliczam ją do najlepszych okładek, które widziałam i dotykałam. Tak, dotyk również jest ważny i uwielbiam tę fakturę. A dodatkowo wydanie nastraja na przyjemne czytanie, a to za sprawą tego, o czym wiele wydawców zapomina: gdy otworzę książkę strony rozchylają się same, a nie jak w większości musimy dociskać strony, by wczytać się w tekst znajdujący się przy wewnętrznej krawędzi.

Nie twierdzę, że ta pozycja jest dla wszystkich. Zdecydowanie pozytywnie odbiorą ją ci, którzy lubią międzygalaktyczne wojny, dystopię w dość mocnym wydaniu, ale przede wszystkim ci, którzy odnajdują przyjemność w dobrze skrojonej literaturze, z wieloma wątkami i ponadczasowym wydźwiękiem. A ja już z niecierpliwością czekam na finał trylogii.

Ale to nie wszystko, w dniu premiery, będę miała dla was konkurs, gdzie tę cudną książkę będziecie mogli wygrać :) Oczekujcie zatem na post konkursowy.

Za poznanie wizji przyszłości dziękuję: wydawnictwu Drageus

Najlepsze uczucie jakie może ogarnąć czytelnika powstaje wtedy, kiedy jesteśmy zaskakiwani. Zaskoczenie może objawiać się bardzo różnie, ale zawsze jest to dobre uczucie. Tym razem byłam pełna pozytywnych odczuć ze względu na bardzo wiele czynników.

Historia grupy warszawskich przyjaciół rozpoczyna się w momencie, gdy postanowili oni spędzić razem czas w „Perle PRL-u”. Na broszurce jak to bywa, wszystko wyglądało pięknie, jednak gdy po pewnych perturbacjach podczas podróży zastają oni ruderę, to ręce im opadają. To tylko wstęp do tragedii, którą rozpoczyna zaginięcie jednego z przyjaciół tej grupy.

Bardzo się cieszę, że w przypadku tej pozycji opis był bardzo ubogi. Nigdy nie wiemy przed przeczytaniem danej pozycji, czy ten skąpy opis zwiastuje oklepaną i niezbyt ciekawą treść, czy wręcz przeciwnie uderzy ona w nas z takim impetem, że będziemy prosić o więcej. Ja nie potrafiłam się od niej oderwać. Ciągle czymś mnie ta nieoczywista treść zaskakiwała i czuję, że ten debiut porwie nie tylko moje myśli.

Jeżeli już jest się czytelnikiem, który czyta nałogowo, a w szczególności takim, który lubuje się w debiutujących polskich Autorach, to mogę śmiało stwierdzić, że już po pierwszych zdaniach można dostrzec, czy Autor posiada talent, czy jedynie próbuje coś stworzyć. Tym razem Makary Karo, który pisze pod pseudonimem zaskoczył mnie tym, że spokojny i na pozór lekki początek, który nie ma za wiele wspólnego z najstraszniejszą częścią tej pozycji jest tak sprawnie napisany.

Przyznam się szczerze, że wyobraźnia Autora mnie zaskoczyła, bo kompletnie nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Oczekiwałam dobrego horroru, z takich, które lubi się oglądać w telewizji, gdzie jakaś zatęchła dziura dostarczy nam dreszczyku emocji, a może i nawet spowoduje, że włos się zjeży na głowie. Oczywiście ten element również się tu pojawia, jednak gdy brniemy w treść dalej, to okazuje się, że nic nie jest takie jakie mogłoby się wydawać. Nie mogę wam również zdradzić, co tak naprawdę jest punktem kulminacyjnym, bo byłoby to rozwiązanie całej zagadki, ale pogłówkujcie sami. Na pewno taki obrót spraw was zaciekawi i zaskoczy.

Nie sposób nie wspomnieć o bohaterach, których trochę się tutaj nazbierało, ale wydają się oni być odpowiednio stworzeni. Ot tak, zwykła paczka przyjaciół, która jak zwykle ma małe zatargi w swoich szeregach. Jednak bardzo dużą rolę w moim mniemaniu ogrywają pozostali bohaterzy, którzy są wczasowiczami danego ośrodka, czy mieszkańcami miasteczka. Czuć w nich obłęd, a to bardzo lubię. Jakbym mogła się do czegoś przyczepić, to do paru sytuacji, które były zbędne w tej historii bądź nielogiczne. Sądzę, że jeżeli zaginałby mój przyjaciel, to w rozmowie z nieznajomymi nie chciałabym słyszeć ich wywodów dotyczących życia, a koncentrowałabym się wyłącznie na sprawach ważnych. Ale takich małych zgrzytów nie ma tu za wiele, jednak Autor powinien na nie zwrócić uwagę w przyszłości. Zdarzały się również literówki, bądź błędy w tekście, jednak tym razem jestem je w stanie wybaczyć, ponieważ pozycja liczy sobie ponad 400 stron, a błędów była kilka.

Pomimo dość strasznego tematu w jakim obraca się dana historia, nie brakuje tutaj również kilku aspektów humorystycznych, gdzie znajdziemy je w przemyśleniach bohaterów, czy w ich dialogach. Bardzo miły dodatek, który jednocześnie ukazuje kunszt Autora, że wiedział co chciał napisać i po prostu to zrobił. Jak wczytacie się w tekst, to ujrzycie bardzo wiele aspektów, które Autor niepostrzeżenie wplótł w treść. No i nie wolno zapomnieć o tym, że Makary Karo nie wyjechał ze swoją wyobraźnią gdzieś za granicę, tylko historia ma swoje miejsce w Polsce. Oby więcej takiej wyobraźni nawiedzało Autora.

Żyjemy w Polsce, a tutaj straszą nas tylko podatki, ceny benzyny i urząd skarbowy. Reszta strachów już dawno wyjechała, bo wobec takiej mafii klepała bezrobocie.

Ostateczna konkluzja, ale mam nadzieję, że najważniejsza: gdy wnikałam w treść i świat Po latach przed śmiercią, miałam tak wyrazisty obraz tej historii i jedyne o czym marzyłam to zobaczyć ją w postaci filmu. I jak się okazało po rozmowie z Autorem, ma on nawet stworzony scenariusz do tej powieści. Wielkie brawa ode mnie i mam nadzieję, że kiedyś i ta wersja wyobraźni ujrzy światło dzienne, a Pan Makary Karo zaskoczy mnie, jak i swoich czytelników jeszcze niejedną dobrze skonstruowaną powieścią. Z czego z całego serca życzę i jednocześnie mu kibicuję w tej sprawie. A już za niedługo będziecie mieli możliwość przeczytania wywiadu z Autorem.

Za tę wspaniałą książkę dziękuję: Warszawskiej firmie wydawniczej

Stigmata to jedna z tych pozycji, które intrygowały mnie swoją okładką i już na wstępie muszę bić pokłony wydawnictwu za tak wspaniale stworzoną oprawę, a raczej za niezmienianie pierwowzoru. Ona tak magicznie przyciągała mój wzrok już jako obrazek w Internecie, że gdy otrzymałam ją w swoje ręce, to nie mogłam wyjść z podziwu. Okładka to tylko pewny wstęp, a treść, która znajduje się w środku, jest również niebywała.

Siedemnastoletnia Emma po stracie matki, która zginęła w wypadku samochodowym, nie może się pozbierać, lecz wszystko zmienia się w momencie gdy otrzymuje tajemniczą przesyłkę wraz z albumem jednak tylko z jednym zdjęciem i napisem: czy chce poznać morderców swojej matki? Transnational Youth Foundation organizuje obóz, gdzie wszystkie odpowiedzi na pytania Emmy zostaną przedstawione, ale czy na pewno?

Literatura grozy dla nastolatków jest bardzo trudnym tematem. Bo jak daleko może posunąć się Autorka bądź Autor w swojej wizji koszmarów? Jak się okazuje Beatrix Gurian swoją fantazją zadziwiła mnie i to w bardzo pozytywny sposób, ponieważ horror w takim wydaniu bardzo mi się podobał. Jest on w odpowiedniej dawce mroczny, tajemniczy i przerażający.

Sam styl Autorki doprowadzał mnie do szału, ale takiego, jakiego czytelnicy dreszczowców się spodziewają. Z jednej strony wszystko wydaje się oczywiste, by po chwili zbić nas z tropu i już tak naprawdę nie wiemy co jest jawą a co snem. Każda scena ma za zadanie przybliżyć nas, jak i główną bohaterkę na trop morderców, ale zarazem nas tak zakręca, że tropy padają na różne osoby. Autorce za sprawą podziału narracji na kilka wątków, a zarazem ukazania ich w różnych czasach udało się stworzyć powieść intrygującą i zastanawiającą. Lecz nie tylko za tą sprawą jest ona tak niebywała, gdyż wartością samą w sobie są fotografie, które znajdziecie wplecione w treść. Potrafią odpowiednio przyspieszyć nasz oddech, czy sprawić, że poczujemy elektryczne wstrząsy.



Ta historia w jakiś niewytłumaczalny sposób tak mnie wciągnęła, że nie potrafiłam się od niej oderwać. Ciągle chciałam wiedzieć, co zdarzy się na następnej stronie, a to naprawdę duża zaleta. Wpływ na to miał styl Autorki, ale również stworzenie realistycznej bohaterki jaką jest Emma. Jest to zwyczajnie nieskomplikowana nastolatka, która chce się dowiedzieć prawdy. Jednak taka bohaterka jest łatwym celem, by ją przerysować, ale co to to nie. Czułam, że jest moją bratnią duszą i przy każdej poszlace myśli to samo, o czym ja bym pomyślała, gdyby taka sytuacja się mi przydarzyła. 

Aczkolwiek była jedna kwestia, która zbiła mnie z tropu, a raczej spowodowała pewne rozgoryczenie. A mowa o wyjaśnieniu danej sprawy. Zakończenie wydawało mi się odrobinę naciągane i pozbawione tej magii, którą mogliśmy odczuć przez resztę stron. Jednak pomimo tego zarzutu nie jest on do końca rozczarowujący, ale sądzę, że przy tak mocnej treści sprawa mogła być inaczej rozwiązana. Twierdzę, że było to zwykłe zakończenie, brakowało mi w nim fajerwerków. Pomimo tego, naprawdę historię powinien przeczytać każdy. Niezależnie czy jest nastolatkiem, czy tak jak ja, już nie. Wiek nie ma tutaj dużo do gadania, ponieważ książka elektryzuje nasze myśli w taki sam sposób.

Kolejnym plusem jest zdecydowanie to, że jest to powieść jednotomowa. Szok nieprawdaż? Nie sądziłam, że pisarze jeszcze stosują taką zagrywkę. Sądzę, że ta treść pasowałaby do kilku tomów, a nawet jest pewna możliwość, która mogłaby skłonić Autorkę do stworzenia kontynuacji, ale mam nadzieję że tego nie zrobi.

Mrok, tajemniczość i perfekcja jest sygnaturą Stigmaty. Nie macie co się nad nią zastanawiać, tylko wziąć ją w ręce i przerazić się nie na żarty. Mam nadzieję, że inne pozycje Beatrix Gurian, a raczej Beatrix Mannel zostaną przetłumaczone na język polski, bo to naprawdę bardzo dobra Autorka, która tworzy nie tylko dla młodzieży.

Z ten strach dziękuję: wydawnictwu MUZA S.A.

Rzadko sięgam po powieści obyczajowe, ale w przypadku tej treści i zakrawającej o perfekcję okładki, nie mogłam jej sobie odpuścić. Kiedy słyszę dodatkowo, że jest to książka inna niż wszystkie; zadziwia, przeraża i odkrywa wiele tajemnic, to wiem, że już przepadłam.

W tej pozycji nie mamy do czynienia tylko z jednym głównym bohaterem. Jest to powieść wielopokoleniowa, gdzie początek mamy w roku 1938, a kończy się w 2004. Te spektrum czasu pozwala nam wysnuć wniosek, że będziemy mieli styczność z przemianami dotyczącymi: pokoleń, ustroju, a nawet i samego myślenia. I to wartość dodana w tej pozycji, ponieważ sprawny czytelnik odszuka w niej pewną perełkę, którą warto zapamiętać na dłużej. Na okładce dostrzegamy napis: Naznaczona wstrząsającą tajemnicą ballada o pięknie i okrucieństwie polskiej prowincji. I pod tym zdaniem się podpisuję.

Historia tu przedstawiona nie jest banalna, gdyż krążymy wokół tematów zakazanych i niecodziennych. W końcu albinizm w dawnej Polsce (i w niektórych zakątkach świata do dziś) było czymś nowym, tłumaczone wyłącznie wierzeniami i związano je z przekleństwem. Stąd też, dzięki Jakubowi Małeckiemu mamy dostęp do świata, gdzie albinizm bohatera, poparzenia i blizny drugiej bohaterki, wydają się być napiętnowane i z góry skazane na okrutny los. W moim mniemaniu saga rodzinna źle brzmi, ale świetnie opisuje tą historię, która jest tajemnicza, czasami odrażająca, ale zarazem ciekawa i dlatego chcemy brnąć w jej treść dalej i dalej.

Nie wiem dlaczego, ale gdy czytałam Dygot, jakoś tak przypomniała mi się Zbrodnia i kara Dostojewskiego. Ten obłęd i irracjonalność ma coś wspólnego z książką Jakuba Małeckiego. Gdy czytamy tę pozycję, a raczej poszczególne rozdziały, które zwiastują nam dany rok wydarzeń, sami niechybnie przenosimy się do tych czasów. Nie przyznam, że styl Autora jest łatwy w odbiorze, ponieważ krąży on wokół czegoś lirycznego i nieoczywistego. To jest sztuka, by za pomocą prostych słów stworzyć tekst dosadny, ale i inny zarazem. Nie wiem jak inaczej opisać ten styl, jest bezbłędny i ciekawy, jednak trzeba się w niego odpowiednio wczytać.

Wspomniana prowincja jest niecodzienna, ale jego mieszkańcy w jakiś sposób porażają głupotą, owymi wierzeniami, zapędami i chociaż nie mi oceniać dawne dzieje, to jednak chyba tak było. Coś co było nowe, traktowano je jak nasienie szatana i próbowano się tego pozbyć. Ważne dla tamtych ludzi było dobro domu i rodziny, a jak wiadomo wierzeniom bardzo łatwo ulec. Jakub Małecki w sposób konkretny i przejrzysty przedstawił tamte czasy, ale również nie zapomniał o dalszych pokoleniach i ich zmian, gdy w ich życie wkraczało nowe millenium.

Nie czytam takich historii zbyt często, a nawet teraz po Dygocie mogę śmiało stwierdzić, że za rzadko sięgam po taką literaturę. Autor w tej powieści ukazał najwartościowszą rzecz, z jaką przyszło mi się spotkać w literaturze: że czasy w których żyjemy mają wpływ na nasze myślenie, czyny i ostatecznie kierują naszym życiem. Stąd też ta ballada o pięknie, brzydocie, przemijaniu i przede wszystkim samotności ma taki uniwersalny, a zarazem niejednoznaczny wydźwięk.

O niektórych pozycjach nie da się zbyt wiele napisać, bo czasem brakuje słów i tym razem nie jest inaczej. Dopóki nie przeczytasz tej pozycji czytelniku, to nie będziesz wiedział co miałam na myśli.

Za to piękno dziękuję: wydawnictu Sine Qua Non