Patrzeć nie znaczy widzieć

A czy Ty potrafisz ujrzeć słowa?
Znajdź mnie

Każdy z czytelników, a więc każdy z was, spotkał się z największym problemem natury zarówno technicznej, jak i psychicznej, a dotyczy ona ostatniego tomu danej serii. Problem ten wynika z tego, że z jednej strony tak bardzo chcemy się dowiedzieć, co ciekawego przygotował nam Autor na finiszu, ale z drugiej nie jesteśmy pewni czy chcemy by pewien rozdział w naszym życiu się skończył. Przed takim dylematem stanęłam i ja, gdy w moje ręce trafił czwarty tom Chłopców.

Jeżeli czytacie tę recenzję, to zapewne wiecie co działo się w poprzednich tomach oraz wiecie, jak Jakub Ćwiek rozerwał nasze serca na kawałki w tomie trzecim. Chłopcy pozbawieni pamięci muszą rozpocząć, a jednocześnie zakończyć jedną ze swoich największych przygód. Gdzie tak naprawdę zawędrują i co ciekawego, a zarazem okrutnego zgotowali im Cień i Piotruś?

To nie jest jedna z tych serii, która jest przeznaczona dla grzecznych dziewczynek, ułożonych chłopców, a zdecydowanie nie jest dla tych osób, które nie potrafią marzyć. Za sprawą Chłopców Jakuba Ćwieka jesteśmy w stanie przenieść się w alternatywny świat, który nie pozostawia złudzeń, ale jednocześnie potrafi tak zaciekawić, że nie jesteśmy w stanie o nim zapomnieć. Ciągle chcemy się dowiedzieć co stanie się na następnej stronie, a wszystko jest tak nieprzewidywalne, że nie ma szans, byśmy bez żadnych przeciwwskazań zaczęli ochoczo machać na pożegnanie tej serii. Bo kończenie jakiejś serii nie jest zbyt przyjemne.

Jak wspomniałam, Chłopcy to inna rzeczywistość, która niechybnie przez treść nas do niej wciąga. Niebezpieczni, wręcz źli chłopcy, którzy takimi z nazwy chłopcami zbytnio nie są, jednak ich wypowiedzi zarazem szczeniackie, ale i przepełnione przekleństwami, są dopełnieniem, a zarazem główną wartością tej pozycji. Przekleństwa i sceny erotyczne są tu na porządku dziennym i pomimo tego, że sam zamysł wydaje się sielankowy, to jednak treść nie ma zbyt wiele wspólnego z beztroskim życiem.

Cały czas, od pierwszego tomu, jestem oczarowana wyobraźnią Jakuba Ćwieka, że potrafił zainspirować się historią Piotrusia Pana i stworzyć coś nietuzinkowego. W Chłopcach, niezależnie od tego o którym tomie mowa, pojawia się tak wiele wytworów wyobraźni, że czasem sami musimy sobie dopowiedzieć resztę historii. Mam tu na myśli przede wszystkim Skrót, który mnie oczarował od samego początku, chociaż do przyjemnych miejsc nie można go zaliczyć. Oraz nie zapominajmy o Panu Properze, nietuzinkowym kocie, który ukazuje naturę tego stworzenia i chodzi swoimi drogami, ale również jest wredny, aż do szpiku każdej kosteczki. Uważajcie, odegra on tu bardzo ważną rolę, w końcu okładka zobowiązuje.
Uwielbiam przygody. Swoje nade wszystko, ale także cudze, bo one mówią ci czasem, co chcesz, a czego na pewno nie chcesz przeżyć. Dlatego też lubię słuchać o przygodach, także tych, w których sam brałem udział. Przeżywać je na nowo, poznawać różne wersje. Bo czy kanapka smakuje inaczej, gdy zaczniesz ją z drugiej strony?
Tę serię można polubić lub wręcz znienawidzić. Jedni uważają, że jest wulgarna. I wcale nie uważam, że taka nie jest, bo tak można by ją opisać, ale jednocześnie uważam, że to jej wartość dodana, bez której ta seria nie byłaby tak wspaniała. Jednak muszę przełknąć pewne rozgoryczenie. Dla mnie tytułowa największa przygoda, nie była największą przygodą Chłopców i to mnie chyba boli najbardziej. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy to ze względu na poprzednie tomy tak pokochałam tę serię, że tak przyjemnie czytało mi się ostatni tom, czy jednak powinnam poczuć większe rozgoryczenie, że czwarty tom wydał mi się taki… dorosły?

Nie może również zabraknąć w tej recenzji zachwytów nad wydaniem tej serii. Każdy z was zapewne zachwycał się rysunkami zawartymi w każdej części. Niejeden z nich ujrzałabym w formie plakatu i co najdziwniejsze, przez całą serię przewijało się kilku ilustratorów. Oczywiście okładka zawsze należała do Iwa Strzeleckiego, jednak rysunki znajdujące się w środku należały zarówno do ilustratora okładki (w przypadku tomu drugiego i trzeciego), Roberta Adlera (tom pierwszy) i finał ilustrował Rafał Szłapa. Czemu o tym piszę? Dlatego, że pomimo iż trzech ilustratorów się przewijało przez tę serię, to jednak jest zachowana prosta kreska, bez udziwnień, ale działająca również na wyobraźnię. Idealny dodatek, który dodaje charakteru, już i tak charakterystycznej historii.

Może każdy z nas musi kiedyś dorosnąć, nawet Chłopcy. Ale ja nie chcę dorastać, chcę poznać resztę ich przygód, nie chcę się z nimi rozstawać. Ale jednak jest to koniec. Jeżeli więc macie przed sobą tę wędrówkę, to po prostu zapnijcie pasy, a może i lepiej nie, nabierzcie powietrza w płuca i krzyczcie: BANGARANG!

Za dawkę niecodziennego dziękuję: wydawnictwu Sine Qua Non

Za każdym razem, gdy w swoich rękach trzymam kolejną książkę Remigiusza (chociaż tym razem był to e-book), to zastanawiam się nad jednym: jak ja napiszę kolejną recenzję? Nie martwię się o treść, zaskoczenie, czy cokolwiek co miałoby związek z jego pisaniem – bo o to martwić się nie muszę. Tylko jak znów ubrać swój zachwyt w słowa? Czy to nie staje się już nudne, gdy ciągle widzicie moje ochy i achy na temat jego kolejnej pozycji? Mam nadzieję że nie, bo czeka na was kolejna dawka pozytywnych emocji.

Serie oparte na dwójce głównych bohaterów, którym można doczepić jakąkolwiek sprawę natury niby prawniczej są świetnym zagraniem, ale jednocześnie powodują, że w nieskończoność można im te sprawy wymyślać. Jednak nie ma co wybiegać myślami w przyszłość. W końcu to dopiero drugi tom, który zaskoczył mnie wykorzystanym pomysłem, a raczej pewną poszlaką. Remigiusz postanowił skorzystać z historii, która miała miejsce naprawdę, a dotyczy ona zaginięcia dziewczynki Madeleine McCann w 2007 r. I gdy teraz o tym myślę, że Autor zainspirował się tą historią i w szczególności pokusił się o umiejscowienie tej historii w polskich realiach, wydaje się pomysłem genialnym. A nawet mogę stwierdzić, że rozwiązanie, które przedstawił nam Remigiusz, wydaje się logiczne (oczywiście jeżeli przeczytacie już te zakończenie, bo nie sądzę, byście wpadli akurat na taki trop).

Tak zawiła sprawa musiała oczywiście spotkać na swojej drodze dwójkę głównych bohaterów znanych mi już z Kasacji. Na pewno znajdą się wśród was jakieś rodzynki, które będą uważać, że zarówno Zordon jak i Chyłka do was nie przemawiają, albo że są dość mocno przerysowanymi bohaterami. Ja jednak uważam inaczej, bo zacięcie i świetne dialogi są urozmaiceniem ich cech osobowości. A ja się pytam: gdzie jest ten cholerny numer telefonu do Chyłki, bo chciałabym ją poznać! Stworzenie przez Autora tak dobrych realistycznych postaci może wydawać się genialne, ale może również zastanawiać: bo jak to jest możliwe, że takie osoby funkcjonują? Cięty język Chyłki, jej wręcz lodowate serce (chociaż nie do końca), nie mają przecież prawa bytu, nieprawdaż? Jednak to jest tak samo jak z filmami, które oglądamy: słyszymy cięte riposty, niezwykłe i konstruktywne przemyślenia i zaczynamy się zastanawiać, dlaczego my nie posiadamy w sobie takiego zalążka? Ta dwójka zasługuje na uwagę każdego czytelnika, ponieważ nie daje o sobie zapomnieć do czasu, gdy sięgamy po kolejny tom.

Trzeba wspomnieć również o tym (przynajmniej dla tych, którzy Mroza nie znają – w ogóle jest ktoś taki?), że książki wydawane spod jego pióra wychodzą z prędkością światła. Jak nie ta seria, to inna. Bardzo podoba mi się to, a zarazem pokazuje kunszt Remigiusza, że nie trzyma się on wyłącznie jednego gatunku. Z jednej strony wydaje się to dziwne, ale z drugiej, czy nie jest to właśnie wartość dodana? Wśród jego twórczości odnajdziemy kryminały, powieści historyczne i science fiction. Nie potrafię określić, która jego „twarz” najbardziej mi się podoba, bo z każdego gatunku książkę przeczytałam, ba, przeczytałam prawie wszystkie jego książki, bo nadal na przeczytanie czeka Wieża milczenia. Po prostu każdy znajdzie coś dla siebie.

Jednak wracając do Zaginięcia, to jest to powieść niezwykle skomplikowana. Nie pod względem zawiłego języka, bo nawet laik w dziedzinie prawa, gdy będzie uczestniczyć z duetem idealnym na rozprawach, nie będzie miał problemów by się tu odnaleźć. Jednak owe skomplikowanie dotyczy samej treści, jest to mniej więcej tak, jak ze słuchawkami, które wrzucimy do kieszeni i po wyjęciu są tak splątane, że nie potrafimy ich rozsupłać. Tak samo jest z lekturą tej pozycji. W końcu historia ma swój początek i koniec, jednak środek jest tak pomieszany, że odkrywamy inne twarze, inne miejsca, osiągamy coraz większą wiedzę dotyczącą samej istoty prawa, i gdy wreszcie otrzymujemy zakończenie, czujemy się jakbyśmy przebiegli maraton. A przynajmniej ktoś powinien nam pogratulować.

Zaginięcie nie jest męczące, nie usypia, nie powoduje rozstroju żołądka, po prostu jest wyśmienite. Książka jest dopieszczona w każdym calu, istna uczta dla czytelnika, niezależnie od tego, czy z twórczością Mroza miał już do czynienia czy nie (oczywiście w przypadku Zaginięcia, rozpoczynamy od Kasacji). W szczególności podobała mi się maluteńka wzmianka na temat Chóru zapomnianych głosów. A już dziś boję się, jaką sprawę Remigiusz przygotuje dla Zordona i Chyłki w następnym tomie – jestem tego pewna, że się nie zawiodę. Mam po prostu wrażenie, że nazwisko Mróz, stało się już wartością samą w sobie i nie da się go w bardziej przejrzysty i dosadny sposób polecić. Czytajcie książki Mroza, bo może on was zamrozić precyzją i kunsztem. Żaden inny polski Autor nie zaserwuje wam takiej dawki emocji.

Postanowiłam tę recenzję ulepić z wszystkich trzech części. Wszystko za sprawą tego, że Próby ognia, jak i Lek na śmierć pochłonęłam w ciągu dwóch dni i sądzę, że nie ma co się rozwodzić nad pojedynczymi częściami. Ale nie martwcie się, nie uraczycie w niej żadnych spojlerów. Nic co się nie znalazło w opisach danych tomów, nie przekroczy tej recenzji.

Myślę, że o tej serii było jeszcze głośno zanim pojawiła się ekranizacja pierwszej części. A jak to ze mną bywa, za sprawą mojego chłopaka obejrzałam ekranizację Więźnia labiryntu zanim przeczytałam książkę. I może to dobrze, a może i źle, ponieważ film bardzo mi się podobał, a lektura pierwszego tomu nie była katorgą. Całą serię mogę śmiało określić mianem przyjemnej, ale dość nierównej.

Wszystko z tego względu, że Próby ognia, były dla mnie najlepsze. Nie wiem tak naprawdę dlaczego, ale coś w niej mnie urzekło na tyle, że nie potrafiłam się od niej oderwać. Dlatego też następnego dnia sięgnęłam po ostatni już tom Lek na śmierć i tutaj odczułam pewne znużenie, ale jednocześnie byłam ciekawa jak sprawa się rozwiąże.

Postawiłam sobie dość mordercze tempo czytania tej trylogii, ponieważ chciałam zdążyć przed ekranizacją drugiego tomu, którego tak naprawdę jeszcze nie obejrzałam. Ale doszły mnie słuchy, że ekranizacja nie jest zbytnio powiązana z pierwowzorem, a raczej spaja ona tom drugi i trzeci w dość luźnym skojarzeniu. Nie wiem, nie wnikam, ale ostatecznie ekranizację kiedyś obejrzę.

James Dashner ma pewien dar, ponieważ idąc za falą Igrzysk śmierci (w końcu Igrzyska śmierci zostały wydane w 2008 roku, a Więzień Labiryntu w 2009) odszukał czytelników, którzy chętnie poznaliby te historię. Nie oszukujmy się, coś w tym jest, że niezależnie, czy nazywamy to Próbami, czy Igrzyskami, to i tak lubimy czytać historie związane z pewnymi zadaniami, których muszą się podjąć bohaterzy by przeżyć. Nic więc dziwnego w tym, że tak wiele osób pokochało Więźnia Labiryntu.

Bardzo podobało mi się rozumowanie dotyczące przyszłego świata. Wydawało mi się to logiczne i nieskomplikowane. W końcu, w moim mniemaniu, sami stworzymy sobie zagładę, a później będziemy poszukiwać jakiegokolwiek ratunku. James Dashner potrafi w odpowiedni sposób dawkować nam informacje i tak naprawdę, do samego końca trzeciego tomu, otrzymujemy odpowiedzi na pytania, które kłębiły się w naszych głowach od pierwszego tomu.

Zastosowanie przez niego slangu streferów, również zaliczam do udanych. Po przeczytanej trylogii nie sposób do swojego własnego języka nie dodać stwierdzeń jak: twarzostan, czy klump. To niejako urozmaica tę historię i dodatkowo nadaje mu charakter młodzieżowy. Pomimo też stanu rzeczy i świata, nie brakuje w tej historii humoru. Wszystko za sprawą bohaterów, którzy nawet w najgorszej sytuacji życiowej potrafią z siebie zażartować i podejść do czegoś z dystansem.

To naprawdę przejmująca trylogia, która sprawia wrażenie ponadczasowej, a w dodatku w jakiś sposób przestrzega nas przed wizją świata. Tak, sądzę że świat, jak i społeczeństwo, byłoby zdolne do takich rozwiązań, że tak naprawdę życie jednostki nie jest nic warte, w obliczu uratowania danej populacji. 

Ponoć o Imperium ognia, a raczej o Ember in the ashes, za granicą jest głośno i wszyscy się nią zachwycają. Muszę się przyznać do tego, że ja nie śledzę zagranicznych wydawnictw, ani booktuberów, by kolokwialnie mówiąc: napalać się na coś jak szczerbaty na suchara. Jednak w przypadku tej książki, gdy wreszcie przeczytałam ostatnią stronę, dochodzę do wniosku: musicie przeczytać tę książkę.

Imperium ognia to splot niby dwóch różnych historii. Jeden z głównych bohaterów to Elias, który w Akademii Wojskowej Imperium jest jednym z najlepszych żołnierzy, jednak jego myśli zaprząta dezercja. A z drugiej strony mamy dość niewinną Laię, która pod postacią szpiega staje się niewolnicą we wspomnianej Akademii, by dzięki zdobytym informacjom pomóc swojemu uwięzionemu bratu. Niby dwie różne historie, ale los czasem potrafi zakpić i połączyć w dość nieoczywisty sposób życie tych dwojga.

Nie wiem dlaczego, ale już od samego początku, wręcz nawet od pierwszych zdań, byłam pochłonięta tą historią. Sposób w jaki przedstawiony jest podział pierwszoosobowej narracji na  dwóch bohaterów przypadł mi do gustu, a w dodatku historia, która na pierwszy rzut oka wydaje się banalna, to jednak ma w sobie jakąś nieopisaną część, która sprawia, że chcemy brnąć dalej w poznawaniu ich losów.

Świat przedstawiony przez Sabeę Tahir jest połączeniem czasów średniowiecznych z szeroko pojętą fantastyką. Jednak ten zakres fantastyczny nie jest nam przedstawiany w sposób oczywisty, a wręcz sami musimy się doszukiwać w niej tej magii. Nie mniej jednak, jeżeli spojrzymy wyłącznie na świat, gdzie mamy powiedzmy władców i wielkich panów, gdzie przy ich boku stoją bezwzględne Maski, a niżej znajdują się zwykli chłopi, to odnoszę wrażenie, że jest to świetnie wykreowany świat. Oczywiście jest to wymyślona historia, która nijak ma się do naszych czasów, jednak gdzieś właśnie miałam wrażenie, że są to swoiste czasy średniowiecznie. Od tak, alternatywna wizja, która przekonała mnie do siebie raz dwa.

Po tej pozycji spodziewałam się wiele i wiele otrzymałam, ba, otrzymałam o wiele więcej niż bym się spodziewała. Z jednej strony jest to historia przeznaczona dla młodzieży, jeżeli spojrzymy na wiek bohaterów, jednak pełno w niej bezwzględności, okrutności i przede wszystkim śmierci. To nie jest pozycja dla ludzi o słabych nerwach. Nie ze względu na opisy walk, tylko ze względu na to, że Autorka pogrywa sobie z nami i w bezwzględny sposób potrafi złamać nasze serce. Nie patrzy na nasze uczucia, a co dopiero na uczucia głównych bohaterów. To dość mroczna wizja świata, gdzie przemoc i emocjonalne słowa grają główne skrzypce. Może to ze względu na to, że my, jako czytelnicy, jesteśmy już przyzwyczajeni do wielu okrutności, które serwują nam Autorzy, chociaż wydaje się nam, że trudno nas zaskoczyć. A jednak Sabaa Tahir zrujnuje wasz świat i to w dość nieoczywisty sposób.

Mogłoby się wydawać, że bardzo trudno stworzyć bohaterów z krwi i kości, którzy zawładnęliby naszym światem. Jednak Autorka poradziła sobie z tym perfekcyjnie. Chyba nawet mogę stwierdzić, że Laia, jak i Elias, są najlepiej wykreowanymi postaciami, o których czytałam. Nie brakuje w nich niepewności, przemyśleń, podążania złymi ścieżkami, a w szczególności, ukazania w nich metamorfozy. Tajemniczość do potęgi to domena tej historii, która w jakiś niecodzienny sposób trafiła do moich ulubieńców i już nie mogę doczekać się kolejnego tomu.

Rebelie i próby czekają na was w Imperium ognia i nie sposób obejść się wrażeniu, że każdy powinien przeczytać tę pozycję. Sądzę nawet, że niezależnie czy jesteś kobietą, czy mężczyzną, ta historia ci się spodoba bezapelacyjnie. Pomimo, iż jest to książka dla młodzieży, to nie możemy uniknąć w jakiś sposób wątku miłosnego, ale jest on poprowadzony w tak subtelny i nieoczywisty sposób, że właśnie teraz zaczynam bić brawa. Wydaje mi się, że nawet chyba trochę przesadzam z własnymi zachwytami, ale jestem osobą, której jeżeli spodobała się dana pozycja, to nie mogę się zbytnio do czegoś przyczepić. Fakt, czasem mogłam przewidzieć niektóre zdarzenia, które pojawiały się na kolejnych stronach, jednak pomimo tego, w tak wielu miejscach byłam zaskakiwana, że to traciło swój swoisty minus.

Zaskakująca historia, która w każdym momencie trzymała mnie w napięciu, a nawet i powodowała ścisk w gardle, to pozycja, bez której nie wyobrażałabym sobie tego roku. I sądzę nawet, że i wy nie możecie się bez niej obejść. Jeżeli lubicie nieoczywiste historie, które w okrutny sposób zawalczą o waszą ciekawość, to nie macie na co czekać, tylko 4 listopada ruszyć do księgarni i oddać się Imperium ognia w całości.

Za tę dawkę nieoczywistego dziękuję: Wydawnictwu Akurat

Zawsze zastanawiałam się nad tym: jak to jest możliwe, by każdy człowiek posiadał inny gust, różne przyzwyczajenia, a w szczególności inne kubki smakowe, które sprawiają, że mniej lub bardziej podchodzimy sceptycznie do kuchni świata. Ja osobiście jestem zwolenniczką kuchni polskiej, meksykańskiej i japońskiej. Jednak ostatnio w ręce wpadła mi pozycja, która ma za zadanie przekonać mnie do kuchni tajskiej.

Muszę przyznać, że Darię Ładochę kojarzę wyłącznie lub przede wszystkim z programu Dzień dobry TVN, gdzie raz na jakiś czas uczestniczy w kąciku kuchennym. Gdzieś nawet przebiegając po bezkresnych łąkach Internetu natrafiłam również na jej stronę Mamałyga, gdzie ukazuje w dość subtelny i wyjątkowy sposób zdrowe jedzenie. Tak jak wspomniałam, tajskie rejony kuchni nie są mi zbyt znane, ale gdy przejrzałam tę pozycję, czuję, że mogę się w niej odnaleźć.

Książki kucharskie właśnie powinny wyglądać tak jak W mojej tajskiej kuchni, która pojawiła się nakładem wydawnictwa Pascal. Co w niej takiego wyjątkowego? Sądzę, że ta pozycja zasługuję na uwagę każdego, ponieważ przedstawia kuchnię tajską od podstaw. Mogłabym nawet stwierdzić, że jest to pewne kompendium wiedzy, gdzie nawet laik sobie poradzi z przyrządzeniem takich potraw.

Nie musimy się również oszukiwać w kwestii finansowej. Cena okładkowa tej pozycji to 64,90 zł, co w moim mniemaniu jest dość przystępną ceną, jeżeli tylko spojrzymy na jej wnętrze. Prawie trzysta stron znajduje się w twardej obwolucie, gdzie nawet uraczymy swoistą zakładkę w postaci sznureczka, który pozwoli nam zaznaczyć odpowiedni przepis. Jednak wracając do wspomnianych podstaw gotowania: jestem szczęśliwa, że mogę poznać tę pozycję, gdyż nie jest to zwykłe przedstawienie przepisów, ale również jest to garść informacji od których powinniśmy zacząć.

Pierwszych czterdzieści stron to prywatna historia Darii Ładochy, która w niezwykle ujmujący sposób przedstawia nam osobiste przeżycia dotyczące Tajlandii. Następnie przechodzimy do ABC kuchni tajskiej. Byłam oczarowana tym rozdziałem, bo w  końcu jako laik w tej kwestii, powinnam od tego rozdziału rozpocząć. Znajdziemy tutaj produkty, które powinny znaleźć się w naszej lodówce, gdy chcemy rozpocząć przygodę z tą kuchnią. Nie są to zwykłe opisy niczym z Wikipedii, ale wręcz czuć w nich pewną sielankę i znajdziemy w nich naprawdę przydatne informacje. Nawet dostrzeżemy opisy, jak mniej więcej dane produkty smakują, czy są słodkie, słone, a może kwaśne. W przypadku tej kuchni, musimy mieć na względzie sytuację, że czasem będą nam potrzebne odpowiednie naczynia, tj. wok, sitka bambusowe, czy moździerz. Takie informacje również się tutaj znalazły.



Gdy już mamy wszystko przygotowane, to czas na przepisy. Niezwykle magiczną dla mnie rzeczą jest podzielenie przepisów ze względu na ich zastosowanie. Mamy tu: przystawki, zupy, sałatki, makaron i ryż, curry, ryby i owoce morza, dania mięsne, desery, dodatki. Uf, musicie przyznać, trochę się tutaj tego znalazło, ale uwierzcie mi, to naprawdę dobre kompendium wiedzy.

Przepisy mają odpowiednie adnotacje dotyczące trzystopniowego rodzaju ostrości, czy czasu ich przygotowywania. Najdłuższy czasowo przepis zajmuje ponoć 70 min, oraz znalazłam dwa przepisy, które wymagają namaczania ryżu 4 godziny, jednak gdy przejrzymy je wszystkie, to względnie każdy z przepisów będziemy w stanie przygotować w ok. godzinę lub mniej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że dla laika czas ten trochę się wydłuży, jednak kto wie, może staniemy się dzięki niej mistrzami kuchni tajskiej?

Dodatkowy plus tej pozycji to lista zamienników. Widać, że Daria Ładocha zdaje sobie sprawę z tego, że niektóre produkty trudno dostać, dlatego też dostajemy rekomendacje, by np. trukwę zamienić na cukinię. Każdy z przepisów posiada listę zakupów, czy po prostu listę składników, które w danym przepisie należy użyć, jak i otrzymujemy informację, ile osób będziemy w stanie obsłużyć tą potrawą. Sposoby przyrządzania wydają się proste i nieskomplikowane, wyjaśnione w dość przejrzysty sposób. Bardzo podoba mi się rozwiązanie, którzy inni autorzy książek kucharskich powinni sobie wziąć do serca: na dwóch stronach znajduje się jedna potrawa, gdzie jedna strona to zdjęcie potrawy, a druga to kompendium wiedzy na jej temat.



Ostatecznie dochodzę do takiej konkluzji: to świetna książka kucharska, która mam nadzieję odkryje we mnie zmysł kuchni tajskiej. W końcu gdy z chłopakiem przeglądaliśmy tę książkę to było ciągle: o jacie, to będzie dobre, o jakie pyszne, kiedy robimy? Sądzę, że każdy kto ma ochotę na rozpoczęcie wędrówki do świata kuchni tajskiej powinien nabyć tę pozycję i przekonać się, że można zjeść coś zdrowego i pożywnego.

Za tę kulinarną tajską dawkę dziękuję: Wydawnictwu Pascal


Mam również do Was zapytanie: co sądzicie o nowym wyglądzie bloga? Oczywiście mam nadzieję, że zauważyliście ;)

Riana pomimo tego, że już ma na karku więcej niż dwadzieścia lat, to jednak umysłem nadal krąży wśród pozycji, które są przeznaczone dla młodszych. Nie mam kompletnie pojęcia, dlaczego tak chętnie sięgam po takie książki. Taka lektura sprawia mi ogromną przyjemność, ponieważ widzę wtedy, że młodsze osoby, mają świetne historie do wyboru, by rozpocząć swoją wędrówkę w świat czytelniczy.

Tytułowy Matt Hidalf to istny urwis. I tylko czeka na to, by wykorzystać jakąś swoją sztuczkę i przechytrzyć wszystkich. Lecz również na niego czeka wiele niebezpieczeństw…

Dawno nie spotkałam się z bohaterem, który jednocześnie by mnie irytował i przyciągał do siebie jak magnes. Bo Matt to jedna z tych osób, które mają swoje za uszami i chociaż jest to nieznośny dzieciak to jednak, jakoś mu te psikusy wychodzą. Może mogłabym go przyrównać do Freda i George’a. Zdecydowanie odnalazłby się w ich towarzystwie. I musicie przyznać, że każdy z nas uwielbia takich bohaterów, którzy szukają skrótów, by osiągnąć cel. W dodatku jego psoty są dość osobliwe, bo jak można się nie uśmiechnąć na wieść, że udało mu się ożenić króla z bezzębną wiedźmą?

Zwracając uwagę na czytelników, którzy zdecydowanie powinni sięgnąć po tę książkę, to mogą być to młodsi, jak i starsi. Dla młodszych jest to historia pełna magii, dziwnych stworzeń, niezwykłych zadań, z którymi adepci muszą się zmierzyć. To wszystko krąży wokół ponadczasowych zasad i wartości, które każda młoda osoba powinna poznać. Nie oczekujcie od niej nie wiadomo jakich fajerwerków. To prosta historia, z czasami zachwycającymi wątkami, które mają za zadanie uczyć i zarazem pouczać czytelnika.

Każdy od zarania dziejów wie, że przyjaciele są potrzebni w życiu oraz, że nie wszystko idzie w nim jak z płatka. Czasem zdarza się, że musimy iść pod górkę i to w dodatku po szyszkach. Ale nie powinniśmy się zrażać i poprzestawać na swoich marzeniach, nie ważne jak niebotyczne byłyby to fanaberie. Ważne, byśmy wierzyli w powodzenie tej misji, a możliwe, że z odrobiną szczęścia uda nam się zdobyć gwiazdkę z nieba. To właśnie przedstawia ta historia.

Wszystko w tej serii wydaje się być odpowiednio dopasowane. Postacie są wytworzone w sposób realistyczny i nie ma sposobności byście nie polubili, czy wręcz nie pokochali rodziny Hidalfów. Ja byłam urzeczona całą serią, bo wtargnięcie w świat magii, występków i trochę królewskiego życia, jest idealnym rozwiązaniem na bezchmurne popołudnia, czy nawet deszczowe dni.

Mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że jeżeli zaczytywaliście się w Harrym Potterze, to nie ma szans, by i Matt Hidalf wam nie przypadł do gustu. Otwórzcie umysł, ujmijcie sobie parę lat na kilka chwil, a spędzicie przy niej miłe chwile.

Ile opinii, tyle sprzecznych spojrzeń na Rywalki. Sama sceptycznie podchodziłam do rozpoczęcia tej serii. Jedni rozpisywali się, że o jacie, ale genialne, a drudzy, że jest nudna i schematyczna. Więc wiecie co musicie wtedy zrobić gdy stoicie na rozdrożu, czy czytać daną książkę, czy nie? Sięgacie po książkę i zachwycacie się nią. Naprawdę nie spodziewałam się, że mi się tak spodoba.

Trzydzieści pięć dziewcząt walczy w eliminacjach wszelkimi możliwymi sposobami, by przypodobać się księciu Maxonowi. Świat podzielony na kasty nie sprzyja w spełnianiu swoich zachcianek, a czasem nawet jedzenia do syta. Jednak to los może sprawić, że wyruszysz w świat blichtru i etykiety. Amerika nie chciała się znaleźć w tym gronie. Jednak gdy poznaje księcia, to już sama nie jest tego pewna, czy opuszczenie pałacu powinno jej zaprzątać umysł.

Tym razem naprawdę mnie nie interesuje, co inni myślą o początku tej serii. Ja szykowałam się na błahą historię, która przecież nie wciągnie mnie w prześciganiu się w dobór sukienek i dodatków. Sama księżniczką nie jestem, a mój makijaż ogranicza się do tuszu do rzęs. Jak jest to więc możliwe, by takie rywalizacje mi się spodobały? Co takiego ta książka ma w sobie, że nie uznałam jej za próżną? Sądzę, że każda z nas skrycie marzy o zastaniu księżniczką.

Podział na kasty, jest już tak obleganym tematem, że gdzie nie spojrzymy taki motyw jest w książkach zawarty. Jednak w tym przypadku, coś urzekło mnie w tej historii i nie mogłam się od niej oderwać. Otworzyłam książkę na pierwszej stronie i nie odeszłam od niej chociażby na chwilę. Ma w sobie ten określony promyk, którego szukam w historiach. Oczywiście znajdziecie tutaj przewidywalne momenty. Tak, America może was denerwować, ale cała otoczka i sposób jej przekazu ma swój urok.

Przed przeczytaniem tej książki byłam przekonana, że w tej lekturze odnajdą się wyłącznie nastolatki. Nic bardziej mylnego. O byciu księżniczką marzy nawet dorosła kobieta. Jestem zwolenniczką historii o prostym przekazie, niesprawiających wrażenia zawiłych i skoncentrowanych na pobudzeniu szarych komórek do wymyślenia. Może to źle zabrzmiało, ale uwielbiam takie lekkie, przyjemne w odbiorze zlepki słów. Nie mogę uznać jej za arcydzieło, ale jednocześnie mogę wam napisać, że skradła moje serce.

Może i będzie tak, że z każdą kolejną częścią będę odczuwała znużenie tym tematem i zawiłościami miłosnymi. Nie przejmuję się tym, bo najważniejsze w odbiorze tej książki jest to, że musicie się zastanowić, czego po niej oczekujecie. Nie chcę oceniać innych osób, ale te, które oceniały ją jako słabą, chyba szukali w niej arcydzieła. Nie każda książka musi być nieprzewidywalna, nie musi przekazywać swoją treścią wyszukanych słów i wyrafinowanego zachowania. Niektóre muszą być dla nas przyjemnością samą w sobie, by dzięki niej się odstresować i wyruszyć w odmęty wyobrażeń, o jakich nigdy byśmy siebie nie podejrzewali. To właśnie jedna z tych książek.

Ileż to razy zdarzyło się wam, że zakupiliście pozycję, ze względu na jakąś dziwaczną chwilę i gdy przezimuje i przekoczuje ona u was dostatecznie długi czas i sięgacie po nią, to myślicie sobie jedno: po jaką cholerę w ogóle zgarnęłam tę pozycję dla siebie?

Świat magii w dość niecodziennej odsłonie, to taki skrót tego co może czekać was w Złotym krysztale. Lily Foster jako główna bohaterka dowiaduje się, że świat magii nie powinien być jej obcy, a dodatkowo trzeba poszukać księżniczki i dwunastu walkirii.

Książka liczy sobie niecałe 500 stron i podczas czytania tej pozycji odniosłam wrażenie, że nie jest napisana jednakowym stylem. Z jednej strony mamy dość słaby początek, który jakoś niezbyt zachęca nas do sięgania głębiej w tę historię, a potem z drugiej strony mamy dobrze wykreowaną i opisaną wyobraźnię, która ma tutaj wiele do powiedzenia. Jeżeli dobrze wczyta się w tę historię, to można zauważyć, że pozycja nie była pisana na kolanie na szybko, tylko z każdą stroną można dostrzec transformację pisania. To sprawia, że wiele osób, które sięgną, bądź sięgnęły po Złoty kryształ, mogą poczuć się znużone i nie dotrwają do końca. Nawet ja sama miałam taką refleksję na jej temat.

Jednak pomimo tego słabego początku nie widać w książce błędów, wszystko zostało napisane prostym i zrozumiałym językiem, który przecież jest przeznaczony dla młodzieży. I chociaż nie mam już tyle lat by zaliczać się do tej grupy wiekowej, to jednak jak już wiecie, lubię sięgać po takie pozycje, a w dodatku gdy są to debiuty. Jednak magia, która się tu pojawia, nie jest zbytnio zaskakująca, a nawet czasem miałam wrażenie, jakby to było coś mniej więcej w stylu Czarodziejek z księżyca. Wiecie, poszukiwanie księżniczek, dziwne moce, i takie tam. Jakoś tak pierwsze co mi przyszło na myśl to właśnie te anime.

Nie twierdzę, że to również był słaby lub bezsensowny zabieg, ale brakowało mi w tej historii właśnie tego poszukiwania. Skoro w opisie znajduję tekst, że będzie to ekscytujące poszukiwanie, to mam zamiar coś takiego otrzymać, a nie, że walkirie same wpadają i mówią: cześć to ja (oczywiście w ogólnym uproszczeniu). Jednak jeżeli zwrócę uwagę na to, że jest to debiut, to naprawdę jestem w jakiś sposób zaskoczona i jeżeli Autorka dopracuje swój styl i wykorzysta swoja wyobraźnię (którą tak naprawdę ma wspaniałą), to każda kolejna jej pozycja będzie na miarę złota.

W fabule również jest przemycany wątek, jakiego nastolatkowie szukają, czyli dawki magii, połączonej jednocześnie z wątkiem dorastania, pierwszych miłości i o sile przyjaźni. Jeżeli więc spojrzymy na ten aspekt, to naprawdę jest to dobra pozycja, która nie jednemu zawróci w głowie. Dodatkowo pomimo wielu bohaterów, a jest ich kilkanaście, to Kinga Kozieł poradziła sobie z ich kreacją. Mogło by to się wydawać niemożliwe, że na tylu stronach mamy tak wielu dobrze wykreowanych bohaterów, a jednak.

Ostatecznie nie jestem w stanie ani jej polecić, ani was do niej zniechęcić, bo Złoty kryształ ma coś w sobie takiego, że czyta się ją lekko (pomijając początek) i przyjemnie. Sądzę, że Autorka jest na dobrej drodze, by stworzyć coś genialnego w przyszłości i mam nadzieję się o tym przekonać.

Są takie pozycje, które w jakiś sposób nas intrygują. W moim przypadku Aplikacja Lauren Miller miała mi uzmysłowić, jak bardzo jesteśmy, bądź raczej jesteście zaślepieni różnorodnymi aplikacjami. Tak, ja się przyznaję bez bicia nie jestem fanką nowoczesności. Nie podążam za nowinkami technicznymi, ani zbytnio nie jest mi ich brak. Różne smartfony i inne –fony nie są mi tak naprawdę znane. Telefon według mnie ma być do dzwonienia i smsowania, a nie do używania tryliarda aplikacji. Dlatego też z tego względu propozycja wydawnicza Feerii Young wydała mi się tak ciekawa.

W dość niedalekiej przyszłości, czeka na nas nowa forma doradztwa, a jest nim aplikacja Lux. Dzięki niej, będziemy mogli zaoszczędzić czas, a przede wszystkim podpowie nam co powinniśmy zrobić. Rory używa tej aplikacji, jednak gdy dostaje się do Akademii Theaden, wszystko zaczyna wyglądać inaczej.

To jest książka, którą powinien przeczytać każdy, kto w dzisiejszych czasach jest niewolnikiem swoich smartfonów. Wszystko za sprawą tego, że dzięki tej lekturze dostrzegamy, jak zgubny wpływ może ona mieć na nasze życie. Lauren Miller idąc za duchem czasu i zapewne dostrzegając tę zależność, że większość nas jest wpatrzona w ekrany, poszła o krok dalej i stworzyła wizję przyszłości, która tak naprawdę jest dla nas zgubna.

Nie sposób odnieść wrażenie podczas jej czytania, że jest to nasza rzeczywistość, w dość przerysowanym charakterze. Jednak pozwala ona nam zastanowić się nad wieloma aspektami naszego życia. Zaczynamy pozbywać się gotówki, w końcu wszędzie można zapłacić kartą, ciekawią nas nowe rozwiązania dotyczące aplikacji w telefonie, które umożliwiają nam sterowanie urządzeniami w domu. Można by tak wypisywać bez końca i doszlibyśmy do jednego ważnego wniosku: że mobilne aplikacje są dobre i są wręcz niezastąpione.

Właśnie ten wpływ technologii na nas samych, został świetnie wykorzystany przez Autorkę, która tak skrzętnie opisuje ten świat i dodatkowo wplata w niego wątek fabularny dotyczący zagubionej nastolatki, która z każdym swoim następnym krokiem odkrywa, że taki świat nie jest tak idealny.
Może i nosimy po kieszeniach zwitki banknotów, a w samochodach wozimy papierowe mapy, ale do monitorów wciąż nas ciągnie jak muchy do miodu.
Wszystko zdaje się w tej historii być przemyślane i odpowiednio dopracowane. Sami bohaterowie, są różnymi typami młodzieży jak i dorosłych, którzy w mniejszym lub większym stopniu ukazani są jako osoby podlegające wspomnianej aplikacji. Czy za tym wszystkim stoi coś na większą skalę, czy może jednak jest to tylko czcze narzekanie osób, które po prostu nie potrafią się przekonać do tego, by pomóc swojemu życiu?

Nawet śmiało mogę stwierdzić, że jest to swoista książka przeznaczona dla młodzieży z wątkiem nieco politycznym. Po prostu nie potrafię tego inaczej opisać, ponieważ kroczymy za główną bohaterką, by dowieść prawdy. Nie zabraknie również tutaj wątku romantycznego, który jest tak lekko poprowadzony, że naprawdę bardzo przyjemnie czyta się każde kolejne zdanie.

Nie sposób również wspomnieć o czekających na nas, jak i na główną bohaterkę łamigłówkach. Nawet jedną udało mi się samej rozwiązać, ale to tylko dlatego, że gdzieś wcześniej już ją poznałam. I pomimo tego, że jest to literatura niby przeznaczona dla nastolatków, to osoby, które chętnie dowiadują się o wymysłach na temat naszej przyszłości, będą odczuwać niemałą satysfakcję podczas czytania Aplikacji.

Może się również wydawać, że zwykłego laika mogą przestraszyć niektóre stwierdzenia dotyczące technologii, ale w rzeczywistości wcale tak nie jest. Ponieważ wszystko wydaje się logiczne i nietuzinkowe. Odkrywanie tajemnic technologicznych i tych fabularnych wydaje się ciekawą zabawą, ale jednak sądzę, że pomimo lekkości tej fabuły, ma ona nas czegoś nauczyć: nie wierzcie aplikacjom bezwarunkowo, bo może  was to zgubić.

Za tę dawkę ostrzeżeń dziękuję: Wydawnictwu Feeria Young

Każdy z nas uczestnicząc w życiu blogowym, wie jakie grzeszki popełniamy i czego tak naprawdę możemy się spodziewać w tej krainie niby mlekiem i miodem płynącym. Jednak nasze oczekiwania dość często mijają się z rzeczywistością, której tak naprawdę nie potrafimy zmienić.

U mnie blogowanie powstało pod wpływem chwili i nie, nie żałuję swojej decyzji. Chociaż na samym początku moje teksty były okropne i niektórych się pozbyłam, to sądzę, że dzięki temu, że prowadzę bloga już od prawie dwóch lat, wykształciło to we mnie całkowicie inne pisanie. Dowiaduję się dzięki temu jakich błędów powinnam unikać, jak stosować przecinki (chociaż nadal mam z tym problem) i posiadam ogólną satysfakcję, że napisanie recenzji nie jest moim obowiązkiem, a po prostu przyjemnością.

Fakt, blog pochłania ogrom czasu, ze względu na różne rzeczy. Należy tutaj zaliczyć: dopasowanie i ulepszanie szablonu, tworzenie grafik, które pojawiają się u mnie w slajderze, pisanie recenzji czasem na czas, komentowanie jak i odwiedzanie innych blogów, szperanie w Internecie w poszukiwania nadchodzących premier książkowych, jak i ostatecznie kontakt z wydawcami. To naprawdę zajmuje czas i nikt nie powie, że nie.

Jak dla mnie: po tak długim czasie blogowania, dostrzegam pewne rysy na naszym wirtualnym świecie, oto one:

Mój blog pozostanie w niszowym kręgu

Zapewne część z was, mogłaby temu zaprzeczyć, ale znam swoje statystyki i dobrze zdaję sobie sprawę z rynku. Jak sami dobrze widzicie, często gęsto przedstawiam wam pozycje, o których nie mieliście nawet pojęcia. Właśnie to, że sięgam po nieznanych artystów, którzy są debiutantami, wywołuje to sytuację, że nikt nie będzie poszukiwał moich recenzji w wyszukiwarce google, a dodatkowo ci, którzy mnie obserwują, nie klikają w recenzje, których książek nie znają. Bo w końcu jak napisać komentarz o jakiejś książce, gdy trzeba przeczytać recenzję? Przyznam, że i ja czasem wśród obserwowanych blogów mam problem z napisaniem komentarza, pomimo, że czyjąś recenzję przeczytam. Problem u mnie powstaje z drugiego względu jakim jest: niedopasowanie mojego gustu, do czytanych przez innych książek. Kiedyś przedstawię wam zestawienie, jakie książki mi nie przypadły do gustu, a inni się nad nią zachwycają, i odwrotnie ;)

Jeżeli piszesz o książkach obyczajowych, kobiecych, romansach, to masz większą rzeszę czytelników

To jest oczywiście wyłącznie moje postrzeganie tego tematu. Ja akurat te zachowanie zauważam, że gdy na blogach powstają recenzję książek zaliczających się do tego gatunku, to ludzi jest jakby więcej. Oczywiście nie jest to moje narzekanie i staranie się by czytelników przeforsować na moją własną stronę, ale przyznajmy szczerze, czytelników takiego gatunku jest najwięcej. Więc jakby na to nie patrzeć, u mnie takich czytelników bloga nie będzie, bo po prostu takich kategorii książek nie czytam.

Podążamy za tłumem i wszyscy mamy to samo

Tu akurat odniesienie do szablonów. Powiedzcie mi, czy zauważacie tendencję: że każdy blog stał się minimalistyczny, w dodatku biały z własnymi fotografiami? Wśród ilu waszych obserwatorów, dostrzegacie te same szablony i potem się głowicie, kto się pod nim kryje? Wiem, zarzut dość słaby, w końcu sama posiadam biel na blogu, i dość minimalistyczny wygląd, ale starałam się go każdymi możliwymi sposobami odpowiednio dopasować do siebie, więc sądzę, że mojego szablonu nigdzie nie uraczycie.

Wywiady tylko dla koneserów

Może gdyby się zdarzyło, że na moim blogu pojawiłby się wywiad z kimś światowej sławy, to może by to coś zmieniło, ale tak, wracając do mojej niszowości, czasem mam wrażenie, że wywiad jest przeczytany wyłączenie przeze mnie i przez Autora. Wiem, że trochę naginam rzeczywistość, ale chyba tak jest, w końcu sama widzę po statystykach, które tytuły i wywiady są najbardziej oblegane.

Traktujcie ten tekst z lekkim przymrużeniem oka, bo jak wiadomo, na każdy mój argument pojawiłby się kontrargument i ja się naprawdę z tego cieszę. Z blogiem jest tak samo, jak z debiutantami wśród autorów: nawet gdy pojawi się jeden czytelnik, który pokocha stworzony styl i historię, to będziemy się cieszyć. I właśnie tak jest, każdego z was czytelników wielbię tak samo i dziękuję za każdy namacalny i nienamacalny ślad, który zostawiacie. A kto wie, może kilku z was przekonałam do lektury, o której nigdy nie słyszeliście?

A co was denerwuje w świecie blogowym?


Ta pozycja trafiła w moje ręce całkowicie przypadkowo, albo wręcz los postawił sobie za zadanie, by trafiła ona do mnie, gdyż udało mi się ją wygrać w konkursie tak dawno temu, że już nawet nie pamiętam kiedy. Ale ta antologia jest o tyle ciekawa, że pojawiły się w niej teksty znanych Autorów takich jak: Jakub Ćwiek, Aneta Jadowska, Martyna Raduchowska czy Małgorzata Warda. Jednak nie tylko znajdziemy tutaj teksty profesjonalistów, gdyż ta antologia jest zbiorem opowiadań wydanych ze względu na konkurs organizowany w ramach projektu Festiwal Natchnienia.

Sama nawet zaczęłam poszukiwać informacji na temat tej pozycji, gdyż pamiętam to jak dziś, że gdy dawałam ją do podpisu Autorom, to byli wręcz oniemieli, że mam tą pozycję. Czyżby jakiś biały kruk? Możliwe, że tak, a ja nie posiadam się ze szczęścia, że coś takiego trafiło w moje ręce.

Tak jak już wspomniałam, cała antologia jest podzielona na dwa działy: teksty profesjonalistów, jak i teksty amatorów. I wszystkie, jak sama nazwa wskazuje, są mniej lub bardziej połączone z Opolem. Pokrótce postaram się wam przedstawić zarys tych powiadań, które wywarły na mnie największe wrażenie:

Proch i sześć fragmentów kości napisanych przez Marka Hoddera jest dla mnie dość dziwnym zbiegiem okoliczności, że to właśnie jego tekst się tutaj pojawił. Możliwe, że nie mam takiej wiedzy, ale raczej sądzę, że Autor nie ma za wiele wspólnego z Opolem, a wpasowanie w opowiadanie nazwę miasta, było dość słabe, ponieważ również mogę tam wpisać moje miasto. Nie mniej jednak fabuła wydała mi się ciekawa, ponieważ ukazuje, że życie po śmierci istnieje, i to te dusze mają ważne zadanie… Jakie? Przekonaj się sam.

Zapiski kaprala Finito Anety Jadowskiej, ukazały mi bardzo ciekawą część wyobraźni. Ponieważ Autorka powieliła moje myśli na temat śmierci dość skrupulatnie, a zarazem ciekawie. Bo co byście powiedzieli na grupę OS ZEUS, która zajmuje się likwidowaniem staruszków, którzy „zbyt długo” są na emeryturze? W końcu ZUS musi istnieć.

Całkowite zaćmienie księżyca napisane przez Małgorzatę Wardę, pachniało fantastyką i czymś nieopisanym, a wszystko za sprawą zaćmienia księżyca. Wszystko w tym opowiadaniu jest jakby wyjęte spod świadomości i buszujemy gdzieś po meandrach, czegoś niewytłumaczonego. Naprawdę bardzo dobry tekst.

Teksty amatorów są bardzo różne, jednak twierdzę, że pierwsze trzy miejsca, nie są odpowiednio przydzielone. Ale to całkowicie moje subiektywne patrzenie na te opowiadania. Chciałam w nich poznać Opole, a nie tak jak w przypadku opowiadań Marka Hoddera, by miasto to zostało jedynie wymienione z nazwy.

Pierwsze miejsce zajęło opowiadanie Joanny Pawłusiów Błękitne miasto, które miało w sobie pewną tajemniczość, a zarazem grozę. Coś jakby owiewało naszą duszę do szpiku kości i nie pozwalało nam się z tej mętni wyrwać. Następne miejsce na podium to Jesiotr Opolski Bartosza Rogala, którego w ogóle nie zrozumiałam. Wizja przyszłości, która była tak pogmatwana, że nie umiałam się do niej ustosunkować. Natomiast na trzecim miejscu znalazło się opowiadanie Magdaleny Schatt-Skotak, które znów nie pozwoliło mi na dobre zatopić się w Opolu, chociaż tytuł opowiadania, też jakoś tego nie sugerował: Po śladach bosych stóp.

Pojawiły się też tutaj inne opowiadania, które nie stanęły na podium i moim skromnym zdaniem, niektóre z nich, powinny je zająć. A mowa o Ceres Magdaleny Pioruńskiej, gdzie połączyła ona wiedźmy z Opolem. I to moim zdaniem jest najlepsze opowiadanie w tekstach amatorów, ale co ja tam mogę wiedzieć.

Tak jak wspomniałam, jedne opowiadania są ciekawsze od drugich, niezależnie od tego, czy pisał je już wprawiony Autor, czy może amator. Nie mniej jednak w Antologii opowiadań o Opolu, zabrakło mi Opola. I to mój główny zarzut.

Z czym wam się kojarzy słowo wylęgarnia? Mi osobiście przywodzi na myśl coś obrzydliwego, co wypełza gromadą z ciemnych i niezbadanych miejsc. A dodatkowo przyprawia nas o dreszcze i jedyne co mamy ochotę z tym zrobić, to się tego pozbyć. Tylko jak pozbyć się strachu?

Wylęgarnia Roberta Cichowlasa to zbiór trzynastu opowiadań, które za każdym razem mają nam ukazać różne odmęty grozy. Postawimy nogę w nawiedzonych miejscach, a może i ludzi?

Opowiadania jak to zwykle bywa, są mniej lub bardziej przesycone strachem bohaterów, a co za tym idzie i nasze włosy stają dęba. Niezależnie od tego, czy lubicie się bać czy nie, to czasem warto pobudzić serce do szybszego bicia. Wszystkie teksty mają wspólną cechę - lęk. Zarazem odnajdziemy go w postaci pierwotnej, jak i wtórnej. Wszystko za sprawą tego, że każdy z nas postrzega go całkowicie inaczej.

Groza jest obecna w naszym życiu, czy tego chcemy czy nie. Jednak czy nie jest tak, że jest ona takim światełkiem w głowie? W trakcie czytania książek, czy oglądania ekranizacji, sami krzyczy bohaterom: nie idź tam! Czy właśnie nie powoduje to, że gdy my sami, będziemy w podobnej sytuacji, to powstrzymamy się przez przewidywalnym zachowaniem? Nie zawsze tak jest, ale jestem przekonana, że wizje grozy mają nas uczulić na błędy, które możemy popełnić.

Odgłosy Cytadeli, które widnieją jakie pierwsze w tym zbiorze, ukazują właśnie ciekawość ludzką, która niechybnie prowadzi do nieszczęścia. Autor zawarł w niej nawet nutkę gore – w końcu zabicie człowieka, by pozyskać odrobinę płynu, gdy usta są wysuszone na wiór, nie są czymś przyjemnym. Śmiem nawet twierdzić, że te opowiadanie podobało mi się najbardziej.

Kolejnymi opowiadaniami, które podbiły moje krwiożercze serce to: Przedstawienie, Spotkanie po latach, Powrót, Chory układ oraz ostatnie: Krwavissimo!

Po tych opowiadaniach można się spodziewać wiele, ale w każdym z nich jest potajemnie zaszyty obłęd. I chyba muszę się przyznać do tego, że o obłędzie, w formie grozy, lubię czytać. Ponieważ w każdym z tych opowiadań można dostrzec niepoczytalność, której nikt tak naprawdę nie potrafi wytłumaczyć. Bo jak spojrzeć przychylnym okiem na zawarte w Przedstawieniu omamy lokatora hotelu, który widzi coś czego inni nie widzą? A może historia zawarta w Powrocie, gdzie mamy do czynienia z nawiedzonym pociągiem? Chory układ natomiast, to wizja człowieka chorego psychicznie, bo inaczej nie da się już tego nazwać. Spotkanie po latach to odrobina fantastyki połączonej z erotyką i tylko żądni krwi czytelnicy mogą odnaleźć w nim coś dla siebie. Oraz nie zapominajmy o Krwavissimo!, czyli coś w stylu horroru klasy b.

Reszta opowiadań nie przypadła mi zbytnio do gustu, ale jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje. Mogę śmiało stwierdzić, że tobie czytelniku, spodobają się prawdopodobnie inne opowiadania, ale zaręczam, że na jakieś spojrzałbyś przychylnym okiem. Taka właśnie jest domena zbioru opowiadań. Autor może przelać na papier, czy ekran komputera, swoje najdziwniejsze pomysły, ale musi zrobić to w tak dobry sposób, by zachęcić czytelnika do nieprzerwania jej lektury po pierwszych kilku stronach. 

Moim zdaniem Robert Chichowlas ma dar wprawiania czytelnika w stan grozy i widać, że bawi się tym gatunkiem, gdyż żadne opowiadanie nie jest do siebie nazbyt podobne. W takiej formie nie można za bardzo przyzwyczajać się, a co za tym idzie oceniać bohaterów, w końcu to krótka forma. Nie mniej jednak, sięgnę po inne teksty Autora, ponieważ mają w sobie tę nieopisaną i niezaszufladkowaną dozę tajemniczości, co do rozwoju wydarzeń.

Za tę dawkę grozy dziękuję: Wydawnictwu Forma

Trochę czasu minęło od tego jak książka pojawiła się na mojej półce, do tego, kiedy otworzyłam jej pierwsze strony. Byłam zafascynowana opisem, który powoli wlewał we mnie kolejną wizję przyszłości. Już nie jestem w stanie zliczyć ile takich wizji już poznałam, ani tego, ile ja już posiadam wyobrażeń na ten temat. Nie mniej jednak warto spojrzeć na sam tytuł książki: Futu.re. Oj nasza przyszłość może być okropna.

Wyobraźcie sobie przyszłość: zapewne widzicie latające samochody, ślęczenie przed dziwnymi portami, czy inne cuda wianki, które sobie wymyśliliście w głowie. Jednak Dmitry Glukhovsky posunął się ze swoją wizją jeszcze dalej: nieśmiertelność. I to nie oznacza, że jest pięknie, ładnie i kolorowo. Bo czy poświęcilibyście własną nieśmiertelność na rzecz posiadania potomka?

Zachwyt, oniemienie i szczęka leżąca na podłodze. Tak w skrócie mogę opisać tę historię. Nie wiem naprawdę dlaczego wzbraniałam się przed przeczytaniem tej pozycji. Może frasowała mnie ilość stron (tak, niestety muszę się do tego przyznać, że nie jestem zwolenników kolosów, jeżeli mówimy o czytaniu, bo na półce wyglądają cudownie). Jednak ogromnie się cieszę, że poznałam tę wizję świata. Już od pierwszych stron, nie mogłam wyjść z podziwu. Ba! Nawet zaczęłam zaznaczać cytaty, które były tak prawdziwe, że nie sposób o nich zapomnieć. W dodatku, już trzecie zdanie w książce zasługuje na ulubiony cytat:

Podróżując w poziomie, zawsze wiesz, dokąd trafisz. Przemieszczając się w pionie, możesz znaleźć się gdziekolwiek.
Mam nawet wrażenie, że ta pozycja zasługuje na ocenę: 11/10. Ona po prostu otwiera oczy i sądzę, że nie jeden raz będę wracać do niej, ponieważ pozwala zastanowić się nad tym, dokąd tak naprawdę dążymy i co w bliskiej, bądź dalekiej przyszłości może nas spotkać.

Dmitry Glukhovsky nie robi sobie nic z naszych uczuć, ponieważ przedstawia głównego bohatera, który odpowiednio wsiąkł w ten świat. Jest bezwzględny, pozbawiony empatii, ale zarazem gdzieś u niego pojawia się rysa na tej przerażającej białej masce. Możliwe, że się ona pogłębi i ukaże wam całkiem nowego bohatera, z innymi wartościami, jak i ideologiami. Nie zdradzę wam nic. Tę książkę po prostu trzeba pochłonąć.

Brutalność dosłowna, jak i psychologiczna, wypełnia tę historię od pierwszej strony. Czuję, że Autor postanowił z nas zakpić, przedstawić nam taki świat, który dla niektórych może i jest utopią, ale tak naprawdę przedstawia drugą stronę tej historii. Zdecydowanie zżywamy się z głównym bohaterem, który nie miał łatwego dzieciństwa, a co dopiero mówić o jego dorosłości.

Dodatkowo zażyjemy w niej niezłą dawkę polityki, jak i reguł, które rządzą światem stworzonym przez Dmitra Glukhovsky’ego. On nie tylko zagłębia się w wymyślonych wizjach przyszłości, ale ukazuje również naszą teraźniejszość, jeżeli dobrze wczytacie się w tekst. Najbardziej zdziwił mnie fragment o uchodźcach. A jak wiadomo to bardzo gorący temat ostatnich tygodni, a jednak, można dostrzec, że Autorowi ten temat siedział w głowie już dłuższy czas. Jeżeli myślimy o przyszłości, a raczej o książkach, które zagłębiają się w tym temacie, to martwimy się, że rozwiązania i sposób ich opisania przez autora, mogą nam nie przypaść do gustu. W końcu jak opisać coś, czego jeszcze nie ma? Nie martwcie się, tutaj wszystko jest wytłumaczone w dość prosty sposób, a nowinki techniczne, które są tam zawarte nie przysparzają o ból głowy, co więcej, ciekawią nas coraz bardziej.

Nie jestem w stanie zrozumieć, jak tak dobra książka musiała na mnie tyle czekać na półce. Moim zdaniem jest genialna i nie ma sposobu, by się wam nie spodobała – oczywiście jeżeli lubicie czytać o mrocznej przyszłości. Mam tylko nadzieję, że ten scenariusz się nie spełni, bo będziemy… no wiecie gdzie. Na sam koniec przedstawiam wam pewien fragment, który idealnie opisuje Futu.re:

Nie powinniśmy żyć wiecznie! Nie takimi nas stworzono! Jesteśmy zbyt głupi na wieczność. Zbyt egoistyczni. Zbyt zadufani w sobie. Nie jesteśmy gotowi na życie bez końca. Potrzebujemy śmierci, Jacob. Bez śmierci nie potrafimy żyć.

Izabela Kawczyńska

Izabela Kawczyńska jest z wykształcenia psychologiem klinicznym i mieszka we wsi pod Łodzią. Wydała książki poetyckie, ale Balsamiarka jest jej debiutem prozatorskim - i to jakim debiutem!

Adriana Bączkiewicz: Czy kiedyś przemknęło Pani przez myśl, że chciałaby by Pani życie potoczyło się inaczej?
Izbabela Kawczyńska: Przemyka mi to przez myśl niemal każdego dnia, ale jedyny czas, w którym możemy powiedzieć o sobie, że jesteśmy, to czas teraźniejszy. Dlatego życie przeszłością czy przyszłością nie ma sensu. Istnieje tylko „teraz”.

Mała Iza bawiła się lalkami, czy jednak odnajdywała w sobie inne pasje?
Byłam bardzo nieśmiałym dzieckiem, nie czułam się zbyt dobrze wśród ludzi. Fascynował mnie świat roślin i zwierząt. Kiedy miałam pięć, może sześć lat, całe lato spędziłam na grzebaniu martwych zwierząt, głównie piskląt, żab i jaszczurek. Zresztą mam taki odruch do dziś: jeśli widzę na jezdni rozjechane zwierzę, przenoszę je w odosobnione miejsce, zanim kolejne samochody „wprasują” je w asfalt. Tak każe mi szacunek dla ciała i dla życia. Poza tym były oczywiście lalki, kredki, klocki, książeczki – wszystko to, co zwykle karmi dziecięcą wyobraźnię. Uwielbiałam bajki z projektora, niebka, w które bawiłam się z innymi dziećmi na podwórku i „Cztery pory roku” Vivaldiego. A kiedy miałam siedem czy dziewięć lat, zetknęłam się z poezją Sylvii Plath (to był wiersz „Żona dozorcy ZOO” opublikowany w „Fantastyce”), no i to był koniec – odkryłam fenomen, jakim jest poezja i byłam stracona dla świata.

Mieszka pani we wsi pod Łodzią. Sama nie mieszkam w mieście, więc stąd moje pytanie: co takiego jest we wsi urokliwego? Gdyby miałaby Pani jednak mieszkać w bloku, czego najbardziej by Pani brakowało?
Kiedy po raz pierwszy przywiozłam do siebie psa, który błąkał się przez kilka miesięcy na miejskim blokowisku, przez dwie godziny siedział bez ruchu na skraju pola i po prostu chłonął otaczającą go przestrzeń. W mieście żyje się w sztucznym świecie, z głową zaprzątniętą relacjami, złudzeniami i opiniami. To wszystko okazuje się bezużyteczne, kiedy trzeba po prostu działać: odśnieżyć drogę czy porąbać drewno – to jest inne życie, inny rytm. Tu, gdzie żyję, wszystkiego jest dużo: nieba, gwiazd, drzew, kwiatów, saren, zajęcy, dzików, lisów, myszołowów, bażantów – całe to bogactwo natury, o którym zapominamy, żyjąc w mieście. Jest też dużo drapieżności, znoju i śmierci, nie ma za to żadnych buforów, złudzeń, które mogłyby nas chronić przed życiem takim, jakim jest w istocie: strasznym i pięknym.

Żyjemy już w takich czasach, że nie potrafimy się obejść bez Internetu czy telewizji. Czas wolny spędzamy oglądając ciekawe filmy i seriale. Jaki film oraz serial poleciłaby Pani swoim czytelnikom?
Z seriali najbardziej lubię las pod śniegiem albo spacer z psami. Nie znaczy to, że jestem wolna od obsesji współczesnego świata, w którym bierność staje się naturalnym stanem: współczesny człowiek ma być odbiorcą informacji, a to, co w nim naprawdę twórcze, ulega redukcji, obumiera na rzecz konsumpcji. Granica pomiędzy rozrywką a kulturą została zatarta odkąd zaczęliśmy się karmić tzw. „kulturą masową”. Przewidział to Witkacy, który wolał odebrać sobie życie, niż tego dożyć. Może dlatego oglądanie nowych filmów przychodzi mi z coraz większym trudem. „Miasteczko Twin Peaks” Davida Lyncha, „Królestwo” Larsa von Triera, „Czarny kot, biały kot” Emira Kusturicy czy „Big Lebowski” braci Coen – to jedne z opowieści, do których lubię wracać. Ale czasem zupełnie przypadkowo w nawet najbardziej przewidywalnym filmie trafiam na scenę, która wydobywa z kadru pierwotne piękno – dla takiej sceny warto się przebić przez tę całą miałkość.

Czy Pani normalny, zwykły dzień, ma w sobie cząstkę relaksu? Jak Pani się relaksuje?
Relaksuje mnie bliskość przyrody, szum drzew, kontemplowanie chmur przesuwających się po niebie, medytacja, ale także muzyka, śpiew, taniec, jedzenie, sen, miłość – wszystkie sprawy przypisane ciału, w których ciągle jeszcze jesteśmy prawdziwi, totalni.

Gotować nie każdy potrafi, ale każdy uwielbia oddać się przyjemności jedzenia pyszności. Jaką potrawę mogłaby Pani jeść bez ograniczeń? (Oczywiście, jeżeli nie odkładałaby się ona w postaci tłuszczyku w naszych ciałach :)
Kocham czereśnie, winogrona, cytrusy i polskie jabłka. Przepadam za pieczonym bakłażanem, kotletami z cukinii, naleśnikami ze szpinakiem, krokietami z kiszoną kapustą i soczewicą, warzywami po arabsku, ziemniakami po serbsku i purisami (rodzaj indyjskich placuszków). Bez wspomnianych ograniczeń mogłabym jeść sałatkę owocową: jabłka, rodzynki plus orzechy brazylijskie.

Myślę, że każdy z czytelników marzy o własnym antykwariacie. Pani takie marzenie spełniła. Czy trudno na dzisiejszym rynku się utrzymać?
Trudniej niż trudno. W tej chwili moje życie podporządkowane jest pracy zawodowej. Trochę tak, jak w powiedzeniu, jakie mają na wschodzie: „uważaj, o czym marzysz, bo kiedy marzenia się spełnią, będziesz bardzo cierpieć”.

Pytanie czysto teoretyczne, a nawet abstrakcyjne: Jak Pani myśli, czytelników jakiego gatunku na Polskim rynku jest najwięcej?
Myślę, że to bardzo praktyczne pytanie. Wystarczy sprawdzić rankingi bestsellerów np. Empiku, żeby poznać odpowiedź. Nie sprawdzałam, ale sądzę, że królują romanse i powieści obyczajowe, na drugim miejscu stawiałabym na thrillery i kryminały.

Co Pani sądzi o rodzimych pisarzach? Czytuje Pani ich książki?
Cieszę się, że są, że jeszcze się nie poddali, ale nie, nie czytam ich książek. Pozostaję wierna literaturze anglojęzycznej, wszystkim tym Joyce’om i Bellowom.

Lektury w szkołach to strasznie drażliwy temat, sądzi Pani, że książki w kanonie lektur są dostosowane do wieku osób, które muszą je przeczytać? Czy w ławkach szkolnych migała się Pani czasem od czytania lektur?
Naprawdę? Nic nie wiem o drażliwości tego tematu, nie znam nawet spisu obecnie obowiązujących lektur. Gdybym mogła, na pewno wyrzuciłabym poezję z programów szkolnych, ponieważ sposób, w jaki się jej naucza, okalecza ludzi. Wiele razy słyszałam od ludzi w rozmaitym wieku i w różnej życiowej sytuacji, że w wyniku szkolnych doświadczeń (w rodzaju „co podmiot wiersza chciał powiedzieć?”) nie czują się oni dość kompetentni, by sięgać po poezję. To tak jakby powiedzieć: „nie czuję się dość kompetentny, żeby kochać”. Poezja to przekaz z serca do serca – tylko tyle i aż tyle, nie ma tu miejsca na szkolne analizy. A jeśli chodzi o lektury, nie przeczytałam tylko jednej. Po prostu nie byłam w stanie. Ilekroć otwierałam tę książkę, czułam jakby w moim brzuchu zaciskała się pięść. Do dziś to czuję. Chodzi o Inny świat Herlinga-Grudzińskiego.

Blasamiarka to Pani debiut prozatorski, jednak wcześniej wydała Pani książki poetyckie. Co było dla Pani trudniejszym wyzwaniem: proza czy wiersze?
Każde jest wyzwaniem innego rodzaju. Pisanie prozy trwa dłużej, poezja z kolei jest bardziej wymagająca, domaga się bezustannej uwagi, nawet w autobusie, we śnie czy w wannie. Wiersz jest trochę jak kapryśne dziecko, dla którego wszystko trzeba rzucić. Już! Natychmiast! Łatwiej napisać wiersz niż powieść, łatwiej napisać powieść niż cały tomik. Tak naprawdę wszystko sprowadza się do tego, czy płyniemy pod prąd, czy z nurtem. Innymi słowy, czy oglądamy się na opinię całej reszty świata, czy raczej zdajemy się na wewnętrzne przekonanie, że powinniśmy zrobić coś właśnie tak i właśnie teraz.

Osobiście uważam Balsamiarkę za coś niespotykanego na polskim rynku książki. Ciężko nie zapytać o pewne szczegóły, które mnie najbardziej nurtują: cała otoczka śmierci, jak i pracy w kostnicy jest przedstawiona bardzo szczegółowo, skąd taka wiedza?
Kiedy zmarła bliska mi osoba, przypominało to zniknięcie. Dostęp do ciał naszych ukochanych zmarłych mają zupełnie obce osoby, ale nie my. Tak to urządzono i nie pomaga to w przeżyciu żałoby. Zdałam sobie sprawę, że nic nie wiem o tym, co ci obcy ludzie będą robić. I że chcę to wiedzieć. Że mam taki obowiązek wobec siebie samej. Potem była masa książek, które musiałam przeczytać, masa pytań, na które nie znalazłam odpowiedzi w tych książkach, masa ścieżek, które musiałam wydeptać, żeby dostać się do miejsc związanych ze śmiercią i ludzi, którzy wiedzą. Żeby zobaczyć wszystko z bliska i dowiedzieć się rzeczy, o których zazwyczaj wcale nie chcemy wiedzieć. Im więcej się dowiadywałam, tym więcej pojawiało się pytań bez odpowiedzi. Pracownicy kostnicy niespecjalnie chętnie mówią na przykład o wylewaniu krwi do ścieków. Albo o martwych dzieciach – to jest wielkie tabu. Z medykami sądowymi jest łatwiej. Miałam to szczęście, że dzięki znajomej dotarłam do pracowników zakładu pogrzebowego w Stanach Zjednoczonych. Tam jest trochę inne podejście, mówi się śmielej o tym, co dzieje się z ciałem. Mogłam pytać o wszystko. Ba, dostałam nawet film instruktażowy, jak samodzielnie wykonać balsamację krok po kroku.

Gdy przeczytałam Pani pozycję w głowie biła mi się jedna myśl: groteska. Znajdziemy nawet w jednym zdaniu tragizm i komedię, piękno a zarazem brzydotę. Czy ciężko połączyć te dwa różne światy?
Te dwa światy współistnieją w sposób naturalny. To my tworzymy dualizm. Dzielimy rzeczy na piękne i brzydkie, tragiczne i komiczne itd. Ten podział istnieje tylko w naszym umyśle, a życie jest jednocześnie takie i takie. Jeśli chciałam pozostać wierna prawdzie o życiu – a chciałam – musiałam oddać to także na poziomie języka. Nawet jeśli jest to tylko jakaś tam prawda o jakimś tam życiu.

Pisząc tę książkę, co Pani chciała osiągnąć? Oraz do jakich czytelników stara się Pani dotrzeć? Gdyż muszę przyznać, Balsamiarka jest taką pozycją, którą nie sposób jednoznacznie opisać, by oddać jej charakter. Bo pomimo, że posługuje się Pani w niej dość prostym językiem, to miałam wrażenie, że w każdym zdaniu kryje się drugie dno.
Żyjemy w świecie powszechnego lęku przed śmiercią. Zapominamy, że lęk przed śmiercią jest w gruncie rzeczy lękiem przed życiem. Jeszcze dziesięć lat temu czuwanie przy ciele zmarłego było na polskiej wsi czymś naturalnym, teraz już nie jest. Na takie czuwanie zabierało się dzieci, nikogo to nie oburzało, to było pożegnanie, ostatnia posługa wobec bliskiego nam człowieka. Teraz żyjemy w czymś w rodzaju mydlanej bańki, odcinamy się od własnej cielesności. Oglądamy na ekranie zabijanie we wszystkich możliwych wariantach i myślimy, że sami nigdy nie umrzemy. Jeśli czegoś chciałam, to przełamać narastające tabu. Przywrócić należne miejsce sprawom ciała, w tym śmierci, nawet jeśli w tym celu musiałam umieścić ją w centrum opowieści. Żeby umożliwić katharsis. Żeby przywrócić równowagę.

Czasem miałam wrażenie, że historie zawarte w Pani debiucie prozatorskim, są składową postaw polskiego społeczeństwa. Czy istnieje według Pani jakiś stereotyp Polaka, który jest według Pani nieuzasadniony?
Tak naprawdę ludzie są wszędzie tacy sami. Kierują się opiniami, do których są bardzo przywiązani. Pozwalają, by rządził nimi gniew, a także zawiść, zazdrość, duma, próżność, nienawiść, strach, chciwość. Tworzą wszystkie te problemy. Ja także. Nie mam poczucia, że piszę o Polakach, ale że piszę o ludziach. O pewnych mechanizmach rządzących ich zachowaniem. O ludzkiej naturze, która jest wspólna dla nas wszystkich bez względu na narodowość, płeć czy rasę.

Czy w przyszłości będziemy mogli się spodziewać jakiegoś kolejnego Pani dzieła prozatorskiego?
W tej chwili pisanie jest luksusem, na który nie mogę sobie pozwolić, ale mam już gotowy pierwszy szkic powieści o makabrycznej zbrodni. Natrafiłam na wzmiankę o niej, kiedy zbierałam materiały do Balsamiarki. To do dziś nierozwiązana sprawa morderstwa popełnionego w latach 60 w Stanach Zjednoczonych. Kilka osób przyznało się nawet do tego zabójstwa, ale ich wersje wydarzeń wzajemnie się wykluczały. Słowem ta układanka składa się z puzzli, które nie pasują do siebie nawzajem. Śledztwo ciągnęło się latami, odciskając piętno na życiu każdego, kto zetknął się z tą sprawą. Ta hipnotyzująca historia stała się dla mnie punktem wyjścia do pytania o naturę zła.



Jedzie Pani spokojnie samochodem, gdy prezenter radiowy zawiadamia, że wszystko wskazuje na to, że czeka nas zagłada. Według Pani, jaki rodzaj zagłady nas czeka?
Oczywiście, że czeka nas zagłada. Wszyscy umrzemy, to pewne. To nasza wspólna przyszłość. Zgadzam się z „Tybetańską Księgą Umarłych”: wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami w umieraniu. I to będzie, oczywiście, koniec dla nas, ale nie dla życia. Ono jest nieskończone.

Gdzie widzi Pan siebie za dwadzieścia lat?
Wyobrażona przyszłość to nic innego niż zmodyfikowana przeszłość, umysł nie jest zdolny stworzyć w tej materii niczego innego. Istnieje tylko „teraz”. Dziękuję Pani za rozmowę i za to pytanie, dzięki któremu wracamy do pytania pierwszego. Nic się nie zaczyna, nic się nie kończy, wszystko zatacza krąg – chciałabym w to wierzyć.



Odkąd trafiłam dość przypadkiem, a raczej przypadek znalazł mnie, na książkę Pani Miłki Kosmos w Ritzu, to wiedziałam, że trafiłam na Autorkę, która swoją nieszablonowością, będzie potrafiła mnie skłonić do całkowicie innego myślenia. Bo właśnie tak działają lektury Pani Miłki na czytelnika.

Nie oszukujmy się, wiem, że wielu z was nie przepada za wprawianiem w ruch swoich szarych komórek, w szczególności, gdy owa nieszablonowość ma skłonić nas do kompletnie innego spojrzenia na daną pozycję. Wszystko za sprawą tego, że 9 mgnień wiosny byłego cara jest pozycją na tyle nietypową, że chyba tylko wytrawni czytelnicy odnajdą w niej coś dla siebie. Nawet mam wrażenie, że Autorka nie pisze wcale pod publikę, a wręcz przeciwnie, ukazuje w nich swoją duszę. Duszę człowieka, który miesza w sobie zamiłowanie do postrzegania świata realnego, czasem w dość nierealnej odsłonie.

Ta pozycja, to właśnie takie lekkie mgnienie chwili, ponieważ za wiele czasu ona wam nie zabierze, gdyż ma tylko 60 stron, a w dodatku uraczycie w niej fotografie, a raczej kolaże, które wpasowują się w tę historię idealnie. Nie umiem się oprzeć wrażeniu, że Pani Miłka, jak i jej myśli, są abstrakcją, ale abstrakcją tak dobrą, że niezależnie o czym będzie ona pisać, to i tak do mnie to trafi. Nie za sprawą wymyślnych słów, czy pomysłów, a raczej wykonaniem, do którego nie potrafię przyczepić złej łatki.
Wiosna to nie tylko pora roku, podążająca za kalendarzem, to pora naszego wnętrza wzbudzana przez odczucia i myśli.
Ta króciutka książka to istne balansowanie na krawędzi. Krawędź zaczyna i kończy się tam, gdzie nasza wyobraźnia dąży. Dodatkowo pozwala ona nam dojrzeć pewną przyszłość, ale i zarazem przeszłość i to czasami dość dawną. W tym przypadku poznajemy cara Aleksandra III, cesarza Rosji, króla Polski i wielkiego księcia Finlandii. Ja z historii jestem na bakier, ale tak jak przedstawiła go Autorka, to aż nabrałam chęci na dowiedzenie się o nim czegoś więcej. I tak, odrobiłam już zadanie domowe z tego tematu ;)

W szczególności ta pozycja nasuwa nasze myśli na tory, gdzie mamy nauczyć się dostrzegać. To co jest wokół nas, ale nie tylko. Pamiętajcie, że nie wszystko co niestworzone i niewyobrażalne, musi być omamami. Może to było właśnie takie jedno mgnienie wiosny. I chociaż za oknami jesień, to warto otworzyć swoje myśli na kompletnie inne doznania, które stara nam się dostarczyć Autorka. A w dodatku poznacie Białowieżę – rodzinną miejscowość Autorki.
Czy kiedy kupujemy dom lub kawałek gruntu, czujemy najszczersze zadowolenie z tego, że oto posiedliśmy „własną” ziemię (i ją zasiedlimy)? Tak! Czy jest nasza? No tak. Tymczasem tę „naszą” ziemię w ciągu tysiącleci za własną uznawało wiele innych istnień. […] Spokojnie można założyć, że pieczęć własności stawiało na niej wielu ludzi.
Ta recenzja jest problemem, bo jak opisać nie opisane? Jak przedstawić coś, czego przedstawić się nie da. Słychać w niej szum wiatru, czuje się ziemię, w której niechybnie się grzęźnie, dostrzega się deszcz na czymś nieoczywistym. Jeżeli bliskie jest ci coś niezwykłego, to sięgnij po nią jak najszybciej.

Za tę dawkę nieoczywistego dziękuję Autorce.