Patrzeć nie znaczy widzieć

A czy Ty potrafisz ujrzeć słowa?
Znajdź mnie

Naprawdę nie wiedziałam jak podejść do tej pozycji, czy potraktować ją osobiście, czy wręcz przeciwnie i spojrzeć na nią przychylnym okiem, bo w końcu to powieść obyczajowa? Zapewne zastanawiacie się, dlaczego miałam i mam zamiar nadal ją potraktować osobiście, to wszystko dlatego, że sama jestem pulpetem, więc wiem z czym wiąże się takie życie.

Katarzyna Laska to dziewczyna, która gdy tylko patrzy na swoje nazwisko, to wie, że cały świat chce się jej zaśmiać w twarz. Jak to możliwe, że osoba z takim nazwiskiem, jest po prostu rasowym pulpetem? Czy uda jej się zrzucić swój balast i dodatkowo podreperować swoje życie?

Z takimi książkami jest tak, że gdy dotykają problemów konkretnego czytelnika, to nie ma możliwości, by życia głównej bohaterki nie przyrównać do własnego i się z nim nie skonfrontować. Moja konfrontacja polega na tym, że nie należę do elity chudych lasek, nie ubieram się w modne ubrania, wszystko ze względu na „zbędne” kilogramy, których mam po prostu w nadmiarze. Właśnie to sprawiło, że zachowania Kasi były dla mnie nielogiczne, czasem dość chaotyczne, a przede wszystkim niezgodne z prawdą życiową z jaką obcuje pulpet.

Wiem, że każdy z nas jest inny i inaczej podchodzi do wszystkiego. Kaśka jest bohaterką tragikomiczną, ponieważ z jednej strony zdaję sobie sprawę ze swojej nadwagi, ale ciężko jej przejść przez etap odchudzania. Fakt, zgadzam się z tym, że nie jest to proste, bo gdyby tak było, to już byłabym szczupła jak szprycha w rowerze. Ale nikt mi nie powie, że za pomocą dotknięcia czarodziejskiej różdżki, osoba otyła jest w stanie diametralnie zmienić swoje życie. Zawsze zdarzają się potknięcia, ani nie jest możliwe, by nagle przestawić sobie proces myślowy w głowie ot tak. A właśnie takie zagranie zaserwowała nam Autorka.

Brak w tej historii, w szczególności na początku, wytłumaczenia zachowania, ukazania procesu myślowego i co tak naprawdę doprowadziło do całej tej sytuacji. Oczywiście znajdziemy informację o tym, jakimi sposobami Kaśka doprowadziła siebie do zaniedbania. Ale proszę mi wybaczyć, jeżeli pożera ona szklankę cukru i inne niezdrowe rzeczy, kompletnie nie zwracając uwagę na warzywa i owoce i dodatkowo jeżeli ten proces trwa całe życie, to nie jest możliwe, by cyferki na wadze ukazywałyby ok. 100 kilogramów. Byłoby to znacznie więcej.

Może widzę w Kaśce odrobinę siebie, i nikt mnie w życiu nie przekona, że jedna rozmowa jest w stanie zmienić to, że osoba, która nigdy nie ćwiczyła, nagle odczuwa z tego powodu satysfakcję. Jest to dla mnie nielogiczne i zbyt wyidealizowane podejście. Ale mogę się mylić i to tylko ja mam, kolokwialnie pisząc, zryty beret.

Kolejną sprawą jest miłość, która się pojawia na łamach tych stron. Ponownie dostrzegamy owe mydlenie oczu, i jednoczesne zagranie Autorki, by stworzyć z niej historię o wielkich uczuciach i barwnie opisanych dialogach. No ja was proszę, czy naprawdę mężczyzna, jest w stanie pisać takie epitety i tak uzewnętrzniać swoje uczucia, niczym poematy Romea do Julii? To nie jest prawdziwe życie.

Sposób odchudzania jest ukazany genialnie, może jest to sprawka Autorki, która jest personalnym trenerem, więc czuć w powieści ten dar przekonywania do zdrowego jedzenia, czy aktywności fizycznej. Można by uznać, że odrobinę Pani Sylwia zaszalała, ukazując tak szybki proces chudnięcia głównej bohaterki, ale nie wiem, nie znam się, to się nie wypowiem w tym temacie. Książkę można by podzielić na dwie części, pierwsza jest utożsamianiem się z problemem otyłości i próbą walki z wrogiem, a kolejna to wątek miłosny. W tej drugiej zabrakło mi przeplatania uczuć, z ową walką redukującą kilogramy, ale to może być wyłącznie mój zarzut.

Niemniej jednak podchodząc do tej historii z innej strony, można dostrzec w tym debiucie potencjał, jakim jest wplatanie różnych wątków i ukazywanie ich w niezwykły sposób. Znajdziecie tutaj musztrowaną miłość między małżeństwem, damskich bokserów, czy szykanowanie grubasów w szkolnych ławkach. Tak, grubasów, bo trzeba to nazwać po imieniu i dopiero gdy człowiek sam sobie powie, że jest grubasem, wtedy i tylko wtedy, jest w stanie rozpocząć drogę ku odchudzaniu. Jednak te wątki nie są wykreowane genialnie, ponieważ Autorka podeszła do nich odrobinę po macoszemu, ale kto wie, może rozwinie je w kolejnym tomie.

Pomimo wszystko, historię czyta się za jednym tchem i może nie jest ona genialna i nie przedstawi wam uniwersalnego sposobu na odchudzanie, to jednak ma w sobie potencjał. Ten potencjał wiąże się z próbą ukazania człowieka otyłego, który w pewnym momencie chce zerwać swoją skórę, a jak wiadomo, przy dodatku miłości człowiek jest w stanie schudnąć jeszcze bardziej. Jeżeli poszukujecie więc książki, która jednocześnie wpasowuje się w ramy obyczajówki, okraszonej pewnym rodzajem rodzącej się miłości, to zdecydowanie jest to pozycja dla was. I zwracają uwagę na moje zarzuty, których jest pełno w tej recenzji, to musicie zadać sobie pytanie: jeżeli w waszej rodzinie, mielibyście styczność z alkoholizmem i przemocą w rodzinie, to czy książki opisującej takie wydarzenia nie traktowalibyście dosłownie i jednocześnie nie przyrównywalibyście jej do waszej rzeczywistości? No właśnie…

Za pozycję dającą nadzieję na chudsze jutro dziękuję : Wydawnictwu Videograf
Musicie się przyznać do tego, że czasem prawdziwemu książkoholikowi zdarza się zakupić pozycję, która kosztuje marne grosze i sądzimy, że a nóż nam się spodoba. Jednak po przeczytaniu Upadków, dochodzę do wniosku, że będę baczniej przyglądać się pozycjom z ogromnymi przecenami, ponieważ coś musi być w tym, że promocja jest tak duża. W tym przypadku okazało się, że pozycja jest najprościej w świecie nudna.

Niby w tej pozycji wkraczamy w literaturę młodzieżową, tylko podczas jej czytania zastanawiałam się, czy określenie takiej grupy docelowej jest trafne. Może okazać się również mylne stwierdzenie, że skoro w tej pozycji znajduje się główny bohater, który ma siedemnaście lat, to znaczy, że możemy mu wiele wybaczyć.

To chyba miała być pozycja odkrywcza, jednocześnie ukazująca czytelnikowi, przemieszanie się różnych grup społecznych. Znajdziecie tutaj nacjonalistów, czy arabskich imigrantów. Już powoli zacznie wam się klarować w myślach, że Lucas – główny bohater, będzie musiał wybrać odpowiednią stronę w tym konflikcie, jednak ciągłe zmienianie poglądów przez niego, odebrałam negatywnie. Może i jest coś w tym, że osoby w tym wieku, nie wiedzą, za którym tłumem podążać, ale to nie znaczy, że Autorka powinna tak ukazywać tego bohatera. Naiwność aż bije z tej postaci. Tylko nie jest to taka naiwność, którą możemy wybaczyć, ja takiemu zagraniu mówię stanowcze nie.

Nie wiem jaki zamiar miała Autorka, ukazując tę historię. Coś, gdzieś, pomysł był. Nawet mogę napisać, że miał potencjał, ale chyba na tym się skończyło. Bo wiało nudą. Intrygi, nie były da mnie na tyle tajemnicze, by chcieć dążyć dalej za bohaterem. Chociaż pozycja ma niewiele stron, bardzo ciężko było mi przez nią przebrnąć.

Sam tytuł wskazuje nam o czym będziemy czytać. To mogłaby być dobra lektura, bo sam pomysł, by ukazać przejścia bohatera po przejściach jest może i szablonowy, ale czasami potrzebny. Każdemu z nas zdarzyło się, by musieć dorosnąć w jedną chwilę, tak samo mamy z bohaterem. Tylko, że wykonanie i styl Autorki w moim mniemaniu wszystko zepsuł.

Nie polecam, bo jeżeli jej nie przeczytacie, to nic wielkiego się wam nie stanie. 

Krzysztof Koziołek

Rocznik 1978, zielonogórzanin z urodzenia, obecnie mieszka w Nowej Soli. Absolwent politologii na Uniwersytecie Zielonogórskim, z zawodu pisarz i dziennikarz. Pasjonat górskich wędrówek, zapalony kibic żużla i fan serialu "Na południe".

Adriana Bączkiewicz: Zacznijmy dość nietypowo: Na co Pan narzeka?
Krzysztof Koziołek: Na chroniczny brak czasu. I to pomimo tego, iż moja doba i tak ma 25 godzin, bo średnio jedną dziennie kradnę ze snu (śmiech). Wszystko przez to, że jestem i pisarzem, i wydawcą, i sprzedawcą i w końcu własnym rzecznikiem prasowym. Najtrudniejszym zadaniem jest to ostatnie, wszystko przez to, iż w naszym kraju kogoś, kto wydaje swoje własne powieści, traktuje się jak grafomana. Malkontentom w tym miejscu przypomnę, że chociażby Andrzej Stasiuk w pewnym momencie skorzystał z tej metody i założył własne wydawnictwo.

Małe dzieci postrzegają świat całkowicie inaczej, niż dorośli. Jakie marzenia miał mały Krzysiek i czy się spełniły?
Chciał grać w piłkę nożną i do pewnego momentu grał, nawet dobrze. Niestety, okazało się, że mały Krzysiek, choć drzemał w nim instynkt strzelecki, to miał przy tym za słabe kości. I tak czar prysł. Do zrealizowania jest jeszcze drugie marzenie: lot w kosmos.

Czy kiedyś przemknęło Panu przez myśl, że chciałaby Pan, by Pana życie potoczyło się inaczej?
Nie, dopiero teraz... Ale wszystko przede mną, bo na podorędziu czeka kryzys wieku średniego (śmiech).

 Każdy z nas musi przeżyć swoją młodość w szkolnych ławkach. Jakim typem ucznia był Pan w młodości? Zawadiaka ciągnący dziewczyny za warkocze, czy wręcz przeciwnie?
Zawadiaką nie byłem, chociaż z tymi warkoczami to się przyznaję, zdarzało się (śmiech). Byłem za to sumiennym uczniem, zawsze lubiłem się uczyć, przychodziło mi to z łatwością i dawało satysfakcję. Jednym z ulubionych przedmiotów, obok wychowania fizycznego, był język polski. To chyba też zaważyło na to, iż dzisiaj zajmuję się pisaniem.

Jaki stereotyp Polaka jest według Pana nieuzasadniony?
Że Polak jest leniwy. Oczywiście mam na myśli tę część naszego społeczeństwa, która haruje od rana do wieczora, żeby mieć co do garnka włożyć. Reszta nauczyła się czerpać z życia garściami tych wcześniej wymienionych. Mam na myśli m.in. kastę polityczną (z premedytacją nie używam określenia „klasa polityczna”) oraz szeroko pojęty margines społeczny, który na prawie zna się lepiej od prawników i któremu, tu pewien skrót myślowy, wszystko się należy. Z naszych podatków, rzecz jasna.

Wychodzi Pan z domu, czego nie może zabraknąć w Pana kieszeniach?
Telefonu komórkowego. Jestem jego niewolnikiem, jak każdy prowadzący działalność gospodarczą i jak każdy przedstawiciel wolnego zawodu, czekający na ten jeden, jedyny telefon informujący o kontrakcie życia (śmiech).

Mam nadzieję, że się Pan ze mną zgodzi: jesteśmy społeczeństwem, który narzeka na brak czasu. Jak Pan sobie radzi z brakiem czasu? W Pana przypadku jest to skrupulatne planowanie, czy jednak zwykłe nastawienie, że na wszystko przyjdzie czas?
Narzekamy na brak czasu i słusznie, bo naprawdę go nam brakuje. Ale jak ma nie brakować, jeśli uczciwy człowiek musi harować na wkład do tego garnka, o którym mówiłem chwilę wcześniej? Co do mnie, to jestem tak poukładany, że bardziej już chyba nie można. Przepraszam, można, dowodem jest postać detektywa Monka. Tutaj muszę się mocno zastanowić nad tym, co właśnie powiedziałem, bo w głowie przemknęło mi pytanie: czy to był komplement, czy może wręcz przeciwnie? Może lepiej się nad tym nie zastanawiać... A już zupełnie na poważnie: w przedsięwzięciu pod tytułem „napisanie i wydanie powieści” nie ma miejsca na improwizację. Chyba że ktoś jest posiadaczem tak zwanego „nazwiska”, wówczas może napisać obsługę kosiarki spalinowej i tak mu to wydadzą i sprzedadzą w stu tysiącach egzemplarzy.

Wyobraźmy sobie, że przemierza Pan strony internetowe, nagle natrafia Pan na sam jego koniec, gdzie Pan dotarł i co tam się znajduje?
Pingwiny z Madagaskaru. Tak na marginesie, to jeden z moich ulubionych filmów.



Gdyby mógł Pan narzucić komuś, by obejrzał film wybrany przez Pana, jaki byłby to film?
Wybrałbym serial „Na południe”, kanadyjską produkcję sprzed kilkunastu lat z sympatycznym kanadyjskim policjantem przyjeżdżającym do Chicago z pewną misją. Jak ktoś widział, to wie, jak nie widział, to nie da się wytłumaczyć fenomenu tej historii na papierze. Jakby co, mogę pożyczyć kasetę VHS, mam nagrane wszystkie odcinki!

Co Pan sądzi o rodzimych pisarzach? Czytuje Pan ich książki?
Mariusz Czubaj, Robert Ostaszewski, Marcin Wroński, Joanna Jodełka, Krzysztof Kotowski, Zygmunt Miłoszewski, że wymienię tych współcześnie piszących. Co o nich sądzę? Ano to, że gdyby ich ojczystym językiem był angielski, okupowaliby listy bestsellerów na całym świecie.

Jeżeli jesteśmy w temacie książek, myśli Pan, że czytanie stało się modne?
Na pewno modne stało się czytanie kryminałów, z czego osobiście się cieszę. Niestety, ten trend próbują wykorzystać działy marketingu niektórych dużych wydawnictw i „pieczątkę” z napisem „kryminał” przybijają wielkiej ilości literackiego chłamu ściąganego do Polski z innych państw, przy czym większość tych „wybitnych dzieł światowej literatury” (to wyimek z blurbów pisanych pod dyktando owych speców od reklamy) obok kryminału nawet nie leżała w magazynie.

Gdyby mógł Pan zmienić coś na rynku wydawniczym, czego ta zmiana by dotyczyła?
Tego, żeby wielkie firmy dystrybucyjne i wielkie sieci księgarń płaciły wydawnictwom (a tym samym i autorom) za książki, które sprzedały. Zatory płatnicze to przekleństwo tego rynku. Dwa miesiące temu obchodziłem „rocznicę” niezapłaconej faktury przez taką wielką sieć księgarską. Czyli zalega mi z pieniędzmi już 14 miesięcy, przy czym trzeba jeszcze dodać termin płatności, a ten w tym konkretnym przypadku wynosił 120 dni, czyli kolejne 4 miesiące. Czekam więc już półtora roku!

Po opróżnieniu butelki wódki, o polityce każdy może rozmawiać godzinami. Co według Pana powinniśmy zmienić w polityce i jak tego dokonać?
Strach się przyznać, ale ja nie lubię wódki. Co nie oznacza, że nie mam swojej recepty na uzdrowienie polskiej polityki, co zresztą przebija w niektórych moich powieściach. Sposób jest łatwy: trzeba do polityki zaprosić ludzi, którzy jej uprawianie rozumieją jako pracę dla dobra wspólnego. W tym miejscu łatwość zadania kończy się bezpowrotnie.

Jedzie Pan spokojnie samochodem, gdy prezenter radiowy zawiadamia, że wszystko wskazuje na to, że czeka nas zagłada. Według Pana, jaki rodzaj zagłady nas czeka?
Narodowa, bo pewnie owa zagłada to informacja o zdjęciu z anteny programu typu „Ukryta prawda”, „Rolnik szuka żony” albo innego badziewia. Więcej nie powiem, bo się jeszcze komuś narażę.


W Pana najnowszej książce Furia rodzi się w Sławie powraca Pan do przeszłości, czy sądzi Pan, że w przyszłości naród Polski znów stanie przed obliczem wojny?
Zrobiło się strasznie... Oby nie, oby już nigdy ziemie między Odrą i Bugiem nie stały się areną jakiejkolwiek wojny!

Może pytanie dość banalne, ale skąd pomysł na ukazanie wydarzeń z Pana najnowszej książki w Sławie? Czy łączą Pana z tą miejscowością jakieś wspomnienia?
Powód był prozaiczny: kilka lat temu przygotowywałem album turystyczny dla Sławy i wówczas dowiedziałem się o kilku niezwykle ciekawych wydarzeniach z czasów II wojny światowej. Potem głowa zaczęła pracować w trybie „pracy twórczej” i tak się zaczęło. Najciekawsze jest to, że najpierw ułożyłem oś akcji, a potem zacząłem solidnie „wgryzać się” w teren i prowadzić badania. I wtedy się okazało, że mój wcześniej wymyślony scenariusz, trochę nieprawdopodobny, naprawdę się w Sławie wydarzył. O szczegóły proszę nie pytać, nie zdradzę!

Chociaż zapewne to trudne pytanie, ale która z Pana książek jest najbliższa Pana sercu i dlaczego?
Pytanie jest z gatunku najtrudniejszych i dlatego nie ma na nie dobrej odpowiedzi. Lubię wszystkie swoje powieści, każdą za coś innego. Bo generalnie jestem takim dziwnym pisarzem, który uważa, że autor podczas pisania musi się dobrze bawić, wówczas jest szansa, że i czytelnik będzie się dobrze bawił podczas czytania!

Jak jednym zdaniem, zachęciłby Pan czytelników do sięgnięcia po Pana książki?
Właściwie to powinienem odradzić, bo mam już dość mejli od czytelników, w których się skarżą, że spóźnili się przeze mnie do pracy czy też pokłócili z małżonkiem o brak obiadu (śmiech).

Gdzie widzi Pan siebie za dwadzieścia lat?
W Tatrach, Karkonoszach, Bieszczadach. Co prawda będzie to czterdziesty któryś raz, ale widoki ze szczytów i grań nigdy mi się nie znudzą. Nie wspominając o tym, że łażenie po górach jest mi niezbędne do życia. Tak samo zresztą, jak pisanie powieści.

Co tu będę dużo pisać, powielone motywy na różnych okładach pojawiają się bardzo często w naszym życiu czytelniczym i nic na to nie poradzimy. Wiem, że dla wydawnictw jest to po prostu tańsza sprawa, jeżeli wykorzystają dany motyw, a wystarczy, że zrobią jakieś fiku miku, coś pokolorują, tam coś utną i proszę bardzo! Nie jestem zwolenniczką takich zagrań, przecież każda z pozycji jest wyjątkowa i niezależnie od tego, czy jest dobra, czy też nie, to zasługuje na swoją indywidualną okładkę. Jak możecie zauważyć poniżej, nawet bardzo znane pozycje mają swoich braci bliźniaków, nie wnikam już w to, kto był pierwszy, a kto nie. Ale tak się nie robi. 

Przecież to może być istna kołomyja myśli dla czytelnika, któremu czasem się zdarza, że zapamiętuje wyłącznie okładkę, a tytuł gdzieś wyleciał z głowy. Wchodzi on do biblioteki (gorzej jeżeli do księgarni) i wypożycza/kupuje książkę, której naprawdę nie chciał. Na całe szczęście mi się nic takiego nie przydarzyło, ale strzeżcie się:

 

 

 

 

  

 

   

  

  

 

 

 

  

 

 

 

 

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To by było na tyle, a co Wy o tym myślicie? Na pewno takich perełek jesteśmy w stanie znaleźć więcej, ale jak wiadomo, nie uda nam się tego uniknąć ;)