Patrzeć nie znaczy widzieć

A czy Ty potrafisz ujrzeć słowa?
Znajdź mnie


Jedna z tych książek, które trudno zdobyć. Nie ma dodruku, a co za tym idzie, mało jest egzemplarzy, których ludzie postanawiają się pozbyć. Mi się jednak udało, nabyłam ją, za dość niewygórowaną cenę. Umarlaki, któż ich nie kocha? Może i znajdzie się parę osób, których wywoływanie duchów, czy szamanizm zbytnio odstrasza, ale nie mnie. Przygotowałam się w łapacz duchów i wyruszyłam w podróż po zaświatach.

Ida Brzezińska świetnie wie, czego chce: normalnego życia. I gdyby to od niej zależało, w jej rodzinie na pewno nie byłoby ojca maga, matki czarownicy, babki jasnowidzki ani ciotki medium. Ani bez mała dwudziestu pokoleń podobnych wariatów. Tymczasem jednak – o, zgrozo - są. A geny sumiennie robią swoje, obdarzając Idę równie nadprzyrodzonym co niepożądanym szóstym zmysłem. Do tego jeszcze wredny, podły Pech o sadystycznych skłonnościach z upodobaniem krzyżuje jej plany, wpycha w szpony apodyktycznej ciotki, nęka stałą obecnością umarłych i wplątuje w aferę, od której na kilometry czuć pieprzem i imbirem – zapachem czarnej magii.

Mogłabym się skupić w tej recenzji wyłącznie na głównej bohaterce – Idzie, i byłoby dobrze. Ponieważ jest ona genialnie wykreowana. Z jednej strony jest kompletnie oburzona zaistniałą sytuacją, lecz z drugiej, stara się słuchać swojej zmarłej ciotki. Ach, ciotka, to kolejna wartość dodana, bezwzględna i wredna, ale zarazem kochana i nie można o niej na dłuższy czas zapomnieć. Ida nie zdaje sobie sprawy ze swojej mocy, jako szamanki od umarlaków, i Autorka dzięki jej wypowiedziom i przemyśleniom, pozwalała i nam czytelnikom, poznać ten świat od podszewki. Nie stosuje zagrania, że sami powinniśmy wiedzieć coś na ten temat, tylko właśnie wprowadza ona Idę, a zarazem nas, do tych tajników.

Dialogi i sytuacje są zabawne, chociaż w niektórych, będzie wiało grozą. Na wielki szacunek zasługuje tutaj wybranie miejsca akcji, jakim jest Wrocław. Pani Martyna, nie szukała inspiracji w zagranicznych miejscach, przecież Polska jest tak magiczna. A do tego dochodzi Pech. Został on tu nieco uosobiony, ale zarazem jest to nader ciekawe zagranie. Uważajcie, bo Pech nie śpi, tylko czeka, by rzucić Wam i Idzie kłody pod nogi.

Świat duchów, sposób ich wywoływania, są przedstawione klarownie i cieszę się, że Pani Martyna nie wymyślała aż nadto nowinek w tym temacie. Jeżeli oglądaliście filmy z tego gatunku, czy czytaliście książki na ten temat, na pewno nie zawiedziecie się przy Szamance. Wszystko ma tu swoje odpowiednie miejsce i porządek, a chaotyczność wprowadza tutaj jedynie Ida, z jej nieposortowanymi myślami. Ale to zdecydowanie mogłabym zaliczyć do plusów, ponieważ dzięki temu, książka wydaje się ciekawa i od czasu do czasu wieje w niej grozą.

Może i spodziewałam się więcej mrocznych historii i tego ciemnego klimatu, więc było go może odrobinę za mało. I z drugiej strony, pod sam koniec, czytelnik może poczuć się skołowany, gdyż nagle pojawia się wielu bohaterów pobocznych i przez to historia wydaje się zawiła. Ale to jedyne moje spostrzeżenia na temat tej pozycji. Reszta działa tutaj jak w zegarku. I już nie mogę się doczekać, aż sięgnę po kontynuację.

Jacek Wróbel mieszka i pracuje w Lublinie i nie stroni, a wręcz lubi papierosy nieobjęte akcyzą. Rocznik się nie liczy, ale dla ciekawskich, urodził się w 1988 r. Publikował w Nowej Fantastyce, Qfancie i Esensji. W sieci znajdziecie jego publikacje pod nickiem uthModar. Jeżeli chcecie wiedzieć więcej zapraszam na wywiad:

Adriana Bączkiewicz: Polityczny terrorysta ładnie brzmi, lecz tak naprawdę z czym to się je w Pana przypadku?
Jacek Wróbel: Thomas Mann w „Czarodziejskiej górze” napisał: „Nie ma nie-polityki. Wszystko jest polityką”.  Polityczny terroryzm, jaki prezentuję, to bunt wobec zastanych realiów. Jestem niekompatybilny ze światem XXI wieku. Nie chcę zamieniać tego wywiadu w manifest, dlatego nie będę wchodzić w szczegóły. Frustracja rozbija się gdzieś wewnątrz mojej głowy, ale gdyby nie literatura i wsparcie ukochanej, najchętniej wdrapałbym się na barykadę, wokół której kształtuje się rzeczywistość i zaczął atakować zarówno tych z prawej, jak i lewej strony. Potem wysadziłbym to wszystko w cholerę, z wypiekami na twarzy patrząc, co wyłania się z popiołów.
Dla panów z ABW – zanim wpadniecie w odwiedziny, polecam zapoznać się z pojęciem metafory ;)

Papierosy to straszny nałóg, sama się z nim zmagałam, bądź zmagam, bo przeszłam na elektroniczne. Co sprawia, że nie chce Pan z nich zrezygnować?
A po co rezygnować? Lubię palić. Strasznym nałogiem jest narkomania i alkoholizm, bo mają wymiar społeczny: ciągną za sobą ofiary, niszczą rodziny i psychikę uzależnionych. Nie słyszałem jeszcze o żadnym małżeństwie, które rozpadło się z powodu papierosów albo o człowieku, który dokonał morderstwa, bo skończyły mu się fajki. A że są niezdrowe? Ano są, ale cóż nie jest w dzisiejszych czasach? Jedyne, co mogłoby mnie skłonić do rzucenia, to cena. Na szczęście tam, gdzie mieszkam, tanie papierosy zza wschodu są na wyciągnięcie ręki.  Wolę wesprzeć dresa, który uczciwie opyla towar z reklamówki Hugo Bossa niż płacić państwu bandycką akcyzę.

Według Pana Lublin to miasto, które warto zwiedzić? Może poleci Pan swoim czytelnikom, jedno miejsce, które nie widnieje w przewodnikach po Lublinie?
Nie urodziłem się w Lublinie, ale mieszkam tu już od dziesięciu lat. Lublin jest przepiękny.  Idealnie łączy w sobie naturę dużego miasta  z urokiem prowincji. Nie uświadczysz w nim świstów, gwizdów, jaskrawych neonów i Bóg wie czego jeszcze. To po prostu fajne miejsce. Jest co zobaczyć, gdzie zjeść i co porobić, a przede wszystkim człowiek nie czuje się przytłoczony ludźmi.
W przewodniku po Lublinie na pewno nie znajdzie się wzmianka o akademiku przy ulicy Zana. Spędziłem tam kawałek życia i zostawiłem za sobą świetne wspomnienia. Teraz co prawda nie czuć już tej dawnej atmosfery, wszystko wyremontowane, wypachnione, ale gdyby można było przenieść się w czasie, awanturników spragnionych wrażeń zaprosiłbym właśnie tam!  O ile lubią przygody z gatunku tych rubasznych i zalatujących podejrzanymi trunkami.

Mam nadzieję, że się Pan ze mną zgodzi: Jesteśmy społeczeństwem, który narzeka na brak czasu. Jak Pan radzi sobie z brakiem czasu? W Pana przypadku jest to skrupulatne planowanie, czy jednak zwykłe nastawienie, że na wszystko przyjdzie czas?
Jestem beznadziejny jeżeli chodzi o planowanie, dlatego zdaję się na innych. Gdyby to zależało ode mnie, najchętniej nie wybiegałbym myślą dalej niż dzień naprzód. Dobrze, że mam przy boku osobę, która równoważy to podejście, bo prędzej czy później bym zginął. Raczej prędzej.

Przenieśmy się do przeszłości: Jak postrzegał świat mały Jacek?
Jako miejsce pełne możliwości, sprawiedliwe, gdzie każdy dostaje to, na co zapracował. Będziesz pilnym uczniem, znajdziesz świetną pracę. Dobre uczynki są nagradzane, zło zawsze spotka kara. Sukces jest pochodną predyspozycji i zaangażowania.
Tak, zawsze lubiłem fantastykę.

A teraz od razu przeskoczmy do przyszłości. Jaka zagłada według Pana nas spotka?
To nie będzie nic spektakularnego, raczej konsekwencja naszych nieprzemyślanych decyzji. Zagłada jest procesem, nie krótkim wyładowaniem. Gdyby było inaczej, ludzkość mogłaby się w porę opamiętać. To jak z gotowaniem żaby – jeżeli wrzucimy ją do wrzątku, od razu wyskoczy. Ale gdy stopniowo podgrzewać wodę, bidulka nawet się nie zorientuje, co ją zabiło. Innymi słowy: dawno siedzimy w garnku i robi się całkiem ciepło.

Już jest! Naukowcy wymyślili sposób, by móc przenieść się do przeszłości lub do przyszłości na jeden dzień. W jakie czasy by się Pan chętnie przeniósł i dlaczego?
Bez zastanowienia wybrałbym Hiszpanię z czasów wojny domowej. Zawsze pasjonował mnie konflikt z lat 1936-1939, nie tyle pod względem militarnym, co koncepcyjnym. To było prawdziwe starcie ideologii. Najchętniej przeniósłbym się do Toledo, by obserwować w akcji obrońców twierdzy Alkazar, którzy dzielnie stawiali opór wojskom republikańskim przy praktycznie zerowych szansach na powodzenie. Chciałbym spojrzeć w twarz pułkownikowi Moscardo, kiedy  powitał przybyłą na ratunek armię generała Vareli słowami „Sin novedad en el Alcázar”. Chciałbym spojrzeć w twarz człowiekowi, któremu dwa miesiące wcześniej nakazano poddać fortecę pod groźbą rozstrzelania uwięzionego syna, jak melduje „Nic nowego w Alkazarze”. Pułkownikowi zamordowano dziecko, a on się nie złamał. Takie poświęcenie nie mieści mi się w głowie.

Każdy słucha muzyki, sądzę, że bez tego nie mamy prawa funkcjonować. Lecz nie zapytam o piosenkę, która ciągle dźwięczy w Pana głowie, a o utwór, którego wręcz nie może Pan znieść?
Pewnie zabrzmię jak skończony ignorant, ale nie mogę znieść 99% rapowych kawałków. Nieważne, polskie czy zagraniczne. Nawet nie znam ich tytułów. Na hip-hop reaguję alergicznie, nie rozumiem go, nie dociera do mnie ani forma, ani przekaz.

Wyobraźmy sobie sytuację, że musi Pan zrezygnować z jednego ze zmysłów. Na który zmysł padłby wyrok oraz jakby Pan sobie bez niego poradził?
Z tym nie miałbym dużego problemu. Postawiłbym na węch. Mam kumpla, który zupełnie nie odczuwa zapachów - żadnych, od tych najprzyjemniejszych po wykręcających wnętrzności - i funkcjonuje całkiem normalnie. Ba, powiem więcej, w niektórych sytuacjach taki brak węchu może być błogosławieństwem. Zwłaszcza teraz, latem, w autobusach komunikacji miejskiej.

Powoli odzwyczajamy się od pisania długopisem czy piórem. Ciągle tylko komputery i stukanie palców o klawiaturę z literkami. Sądzi Pan, że nadejdzie taki czas, gdy zapomnimy nawet jak mamy się podpisać?
Uważam, że istotne jest to, co mamy do przekazania, nie forma, w jakiej to wyrażamy. Umiejętność odręcznego pisania nie zaniknie, podobnie jak programy graficzne nie zastąpią płótna albo kartki papieru. Moim zdaniem ludzie w głębi serca są konserwatystami, lubią sprawdzone rozwiązania i tak łatwo ich nie porzucą.

Gotować nie każdy potrafi, ale każdy uwielbia oddać się przyjemności jedzenia pyszności. Jaką potrawę mógłby Pan jeść bez ograniczeń?
Wstyd się przyznać, ale moje kubki smakowe są upośledzone. Nie zauważyłbym różnicy między białymi truflami a pieczarkami, dopóki przed talerzem nie postawiono by karteczki z ceną. Jeżeli chodzi o to, co mógłbym jeść bez ograniczeń: wszelkiego rodzaju słodkości, ze szczególnym uwzględnieniem chipsów i pączków w czekoladzie. Chociaż ciężko nazwać to „potrawą”.

Co denerwuje Pana w polskim społeczeństwie?
Z naszym społeczeństwem nie jest tak źle. Nie poddajemy się propagandzie mediów – ale to chyba wynika z narodowej przekory. Polak wie swoje, cokolwiek by mu nie mówili. Sporo prawdy jest jednak w powiedzeniu „Gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania”. Jesteśmy konfliktowi. Szukamy dziury  w całym. Solidarność rodzi się dopiero w ucisku.

Gdyby mógł Pan zmienić coś na rynku wydawniczym, czego ta zmiana by dotyczyła?
Wydałbym dyrektywę , wprowadzającą oznaczenia, dajmy na to w postaci symboli graficznych na grzbietach okładek, które odróżniałyby literaturę wydawaną normalnym trybem od tej ze współfinansowaniem. Uważam, że czytelnik ma prawo wiedzieć, czy ktoś w autora zainwestował, dostrzegł w nim potencjał, czy też pisarz wyłożył parę tysięcy złotych, by jego twórczość ukazała się drukiem. Obecnie rynek zalewa wiele tytułów, mówiąc łagodnie, wątpliwej jakości. Redakcja nie istnieje, korekta zrobiona po łebkach… Może i generalizuję, ale też generalizowanie nie wzięło się znikąd. Po wprowadzeniu oznaczeń czytelnik miałby jasną sytuację. Przeczytałby książkę X i stwierdził „Ale słabizna… I to ukazało się pod szyldem tradycyjnego wydawnictwa?”  albo też Y „Genialne! Gość musiał zapłacić, bym mógł przeczytać jego książkę? Nie wierzę. A przecież X inwestuje w takie gnioty”.
Chodzi tylko i wyłącznie o uczciwość wobec czytelnika. Niewielu interesuje się realiami wydawniczymi i masa osób sądzi, że każdą książkę wypluwa ta sama maszyneria. Potem trafiają na rzecz, która nie powinna wyjść z szuflady i na długo zrażają się do polskich autorów.
Inna sprawa – ktoś powinien ukrócić działalność wydawnictw, które żerują na debiutantach,  obiecując im złote góry i z miejsca roztaczając wizje bestsellera. Oczywiście, o ile wybrańcy wcześniej im zapłacą. Wygląda mi to na doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzania własnym mieniem.
Są jeszcze sprawdzeni autorzy wydający własnym sumptem, ale to inna bajka. Im się to po prostu opłaca.
Kłamstwem jest, że nikt nie chce wydawać debiutantów. Niecierpliwych debiutantów – może i tak.
  
Żyjemy już w takich czasach, że nie potrafimy się obejść bez Internetu czy telewizji. Czas wolny spędzamy oglądając ciekawe filmy i seriale. Jaki film oraz serial poleciłby Pan swoim czytelnikom?
Polecam Ink. Nie jest to mój ulubiony film, ale stanowi dowód na to, że za niewielkie pieniądze można nakręcić fantastyczny obraz. Z seriali - Fargo. Niezła odtrutka po tym, do czego przyzwyczaiły nas współczesne produkcje.

Nie zwracając uwagi na czas, ani pieniądze, czym by się Pan najchętniej zajął? Dla podrasowania pytania, wykluczamy pisanie książek :)
Sprzedawałbym rupiecie na targach i wciskał wieśniakom kit jak Haxerlin! A nie, chwila, robiłem tak półtora roku…
Chciałbym być inspektorem BHP w dużym zakładzie pracy. Gość musi być zatrudniony, bo tak stanowią przepisy, a sumie nie wiadomo, co właściwie robi i każdy na niego leje. Siedziałbym w kanciapie, jarał szlugi, czasem poszedł na jakiś obchód i kazał robotnikom poprawić kaski. Grałbym z brygadzistą w karty. Przeglądał Internet. Raz na kwartał szkolonko dla załogi typu „Czemu nie warto grzebać widelcem w gniazdku?”.
Niestety, zmarnowałem sobie karierę, wybrawszy politologię. Drodzy czytelnicy! Jeśli planujecie pójść na studia humanistyczne, przemyślcie to nie trzy razy, ale cholera, przynajmniej trzy lata.

Pana książka „Cuda i dziwy Mistrza Haxerlina” to tak naprawdę worek bez dna. Gdyż perypetii na temat życia Mistrza, można by wymyślić wiele. Czy szykuje Pan jeszcze coś dla swoich czytelników w tym temacie?
Druga część, „Życie i czasy Mistrza Haxerlina”, jest już ukończona. Prywatnie oceniam ją przynajmniej oczko wyżej niż mój debiut. Książka jest utrzymana w poważniejszym tonie, ale nie zabraknie humoru znanego z kart „Cudów i Dziwów”. Mogę zdradzić, że tym razem czytelnicy otrzymają tylko trzy opowiadania, za to naprawdę długie. Powinni być usatysfakcjonowani. Rzecz spodoba się na pewno tym, którzy narzekali, że przygody Haxerlina urywają się w najciekawszych momentach. Spojrzymy na życie kupca z trochę innej, szerszej perspektywy, a pewne wątki zaczną się splatać, czyniąc z jego historii coś więcej niż samodzielne epizody.
Pracuję obecnie nad trzecim tomem. Racja, pomysł na tę postać to worek bez dna, ale obiecuję, że nie będę wyciągał byle czego.


Haskerlin, tfu, Haxerlin na swojej drodze spotyka wiele dziwnych stworzeń. Jeżeli byłaby taka możliwość, że przeniósłby się Pan do świata fantastycznego, kogo/co nie chciałby Pan osobiście spotkać?
Nie cierpię gąsienic. Boję się ich jak samego diabła. Przerażają mnie ich oczy, szczecinka, nachodzące na siebie segmenty, kiedy poruszają odwłokiem. Gdybym trafił do świata fantasy i spotkał taką przerośniętą larwę, zwiewałbym, gdzie pieprz rośnie. Albo po prostu padł na zawał.
Pan Jacek po zobaczeniu zdjęcia prawdopodobnie padł na zawał. Umywam od tego ręce! ;)


Wyobraźmy sobie sytuację, że stał się Pan jednym z bohaterów Pana książki. Kim by Pan był i jakie byłoby Pana zadanie?
Jak trafnie zauważyła jedna z recenzentek – miałem już swoje małe autocameo w „Cudach i Dziwach”. Mowa o poturbowanym bardzie, którego Haxerlin zgarnął ze szlaku. Oczywiście postać jest przerysowana, podobnie jak inne, ale najważniejsze jest pytanie, które zadaje kupcowi: „Jak myślisz, jaka jest szansa, że zły człowiek okaże się dobrym bardem?”.
Mam sobie wiele do zarzucenia, ale chcę być strawnym pisarzem.  Chcę, żeby ludzie uśmiechali się, czytając moją twórczość. To, jaki jestem prywatnie, nie ma znaczenia.  W świecie, w którym można albo płakać, albo się śmiać, dołożę cegiełkę do tej lepszej strony.

Gdzie widzi Pan siebie za trzydzieści lat?
Patrząc na walący się w gruzy ZUS - na pewno nie na emeryturze ;) Widzę siebie piszącego, przy boku żony. Liczą się dwie rzeczy: pasja i miłość. Cała reszta to tylko dodatki. 
Jak to zawsze bywa, uważamy nasze życie za nudne i pozbawione emocji, a jedynie naszą codziennością rządzą obowiązki. Każdy z nas marzy o jakiejś przygodzie, która odmieniłaby życie raz na zawsze. Musicie mieć na uwadze jednak najważniejszą zasadę, że czasem marzenia spełniają się i nie są one wcale takie kolorowe, jakbyśmy tego oczekiwali. Bo wyobrażenia i rzeczywistość to nie to samo.

Gregor plącze się w takiej codzienności, gdzie nie może wykonywać wielu rzeczy, na które najprościej w świecie miałby ochotę. Musi opiekować się babcią, swoją młodszą siostrą, bo jego ojciec zaginął. Wszystko się zmienia, gdy przez przypadek wraz z siostrą lądują w podziemiach. Tylko czemu te karaluchy mówią i są takie ogromne?

Autorka nie ukrywa, że zamysł zrodził się w jej głowie, ponieważ uwielbia Alicję w krainie czarów. I oczywiście można znaleźć w jej książce pewne podobieństwo, lecz to mnie ani trochę nie zraziło. W końcu to wykonanie się liczy i przedstawiona historia, która na swój sposób była całkiem ciekawa. Lecz chyba muszę przyznać, że odrobinę liczyłam na coś innego.

Zapewne wiecie, bądź nie wiecie: ta książka zdecydowanie przeznaczona jest dla młodzieży, nawet i tej dość młodszej. Właśnie z tego powodu, zastanawiam się czy historia osadzona w podziemnej baśni z danymi wydarzeniami, jest tak naprawdę odpowiednio dostosowana do wspomnianego kręgu czytelników. Bo przyznam, że niektóre wydarzenia, czy kreacja postaci (w szczególności zwierząt) nie są odpowiednio dopasowane. Jednak może was zszokuję: ta pozycja to debiut Suzanne, którą znacie z Igrzysk śmierci. I chyba nie zawędruję zbyt daleko, jeżeli uznam, że w porównaniu, Igrzyska wypadają lepiej.

Regalia pomimo wszystko jest idealnie wykreowanym światem. Podziemia i rozwiązania techniczne są nie lada gratką dla ciekawskiego czytelnika. Muszę również wspomnieć o dodatkach na końcu książki, które są bajeczne. Znajdziecie tutaj dodatek dla naziemnych (czyli dla nas ludzi). W skład tego dodatku wchodzi: wywiad z Autorką, instrukcja do stworzenia swojego własnego podziemia za pomocą przyborów do pisania i rysowania. Jednak nie zabraknie również tutaj informacji na temat stworzeń, które zostały w tej historii przekształcone. W końcu miło dowiedzieć się czegoś więcej o karaluchach, nietoperzach, pająkach, czy szczurach. I na końcu znajdziecie szyfr Botki (siostry Gregora). Naprawdę miałam niezły ubaw czytając te instrukcje. Właśnie takie dodatki wzbudzają u mnie uśmiech i z tego miejsca uważam, że to naprawdę najlepszy dodatek jaki dojrzałam w różnych książkach.

Pomimo mojego zarzutu co do niezbyt dobrego dopasowania, sądzę, że to naprawdę przyjemna lektura, lecz nie było w niej jakiegoś przebłysku. Mniej więcej to taka lektura przygodowa, która pozwoli w szczególności młodszym czytelnikom, urozmaicać własną wyobraźnię. A jak dobrze wiemy, to nadrzędna część w przypadku literatury dla młodego pokolenia. 
[...] odwaga liczy się u tych, którzy umieją liczyć.
Za tę dawkę podziemi dziękuję: Wydawnictwu IUVI

Zastanawiałam się jakiś czas, czy przedstawić wam poradnik wyjazdu do Londynu, z jednoczesnym połączeniem go z relacją tego, jak wraz z chłopakiem udało nam się w krótkim czasie zwiedzić Londyn.

Kup bilety na samolot i transfer z lotniska wcześniej

Cena biletów na samolot oczywiście jest uzależniona od tego, kiedy chcemy lecieć do Londynu. Nasz wybór padł na wizzair. W dwie strony zapłaciliśmy 318 zł. Postanowiliśmy wykorzystać nasz czas na maksa, ponieważ wylecieliśmy z Katowic o 6:00 we wtorek, by powrócić do kraju w czwartek o 23:35. Plus minus wychodzą trzy dni. I muszę przyznać, że nawet byśmy się zamknęli w dwóch dniach.
Należy pamiętać o transferach z lotniska. Nasz wybór padł na easybus.com. Z Londyn Luton do Liverpool street bilety znajdziecie od 1 GBP, tylko pamiętajcie, by kupić je najwcześniej jak się da, ponieważ później ceny mogą was przerazić.
Nie popełnijcie błędu jakim jest, kupienie biletu na późną godzinę, gdy macie zaplanowany czas do wylotu na przysłowiowy "styk". Musicie mieć na względzie korki, a nie byłoby miło, gdybyście spóźnili się na samolot. My mieliśmy bilet kupiony na 16:30, a samolot wylatywał o 20:00.
Jest też szansa, że kierowcy zabiorą was wcześniej, jeżeli tylko jest dostępne miejsce. Pierwszeństwo w takich przypadkach mają osoby, które zakupiły bilet na konkretną godzinę. Płacz na nic się zda.

Zrób plan, co chcesz zwiedzić

My siedzieliśmy w domu i planowaliśmy, co chcemy zobaczyć:

Postanowiliśmy zobaczyć:
  • Tower Bridge,
  • The Shard,
  • Tate Modern,
  • London Eye,
  • Big Ben,
  • Trafalgar Square,
  • M&M's World,
  • Dzielicę Chinatown,
  • Buckingam Palace.
Chcieliśmy jak najtaniej zwiedzić Londyn, więc całą tę trasę przeszliśmy pieszo. Co daje w przybliżeniu 10 km. Wielkim udogodnieniem w Londynie są tabliczki informacyjne znajdujące się co przecznicę, które informują cię w jakim kierunku musisz się udać i ile w przybliżeniu ci to zajmie. Więc tak naprawdę, bez mapy uda wam się wszystko zobaczyć :)
Tak sobie wędruje, a to dopiero początek "spaceru"

Nareszcie pierwsza atrakcja z listy. Tower Bridge

Przez przypadek natknęliśmy się na targ. A tam taka tablica - cudo.

The Shard

Tate Modern i największe rozczarowanie, bo nic tam nie ma.

Każdy musi mieć zdjęcie z budką telefoniczną

London Eye, które chyba chce przekazać, że jestem aniołkiem

Zdjęcie z dołu idealne. Big Ben

Trafalgar Square i chwila odpoczynku

Tyle pyszności. Chociaż ceny również przerażają. M&M's World

Ulica Chinatown, zupka chińska została zakupiona.

Dzielnica Piccadilly

Buckingam Palace
Oczywiście jest więcej miejsc do zobaczenia w Londynie, jednak my postawiliśmy na takie atrakcje, i jak możecie zauważyć, jeden dzień w zupełności wystarczy, jeżeli tylko macie chęci na aktywne zwiedzanie. 

Następny dzień minął nam na Warner Bros. Studio Tour Londyn. Fani Harry'ego Pottera nie mogą przegapić okazji, by znaleźć się w miejscu, gdzie większość scen była tworzona. Niecodzienne zwiedzanie. Nie będę was męczyć wieloma zdjęciami, ale napiszę jedno: warto wydać 33 GBP, by móc być w tym miejscu :)

Jakże cudownie pojechać takim autobusem

Czas na ucztę w Wielkiej Sali

Może trochę czarów?

No to widzimy się w Hogwarcie!

Już zaraz wsiadamy ;)

Ja aż tak źle nie kieruję :(

Straszny Aragog

Jeszcze tylko wybrać różdżkę i w drogę

Metro, z czym to się je i jak to ugryźć?

Dla nas najtańszym sposobem podróżowania było metro, za pomocą Oyster card. Kartę możecie zakupić w automatach na każdej stacji metra. Musicie pamiętać o tym, że 5 GBP zapłacicie pod zastaw, następnie należy ją doładować. Wszystkie informacje znajdziecie tu: KLIK. Było to dla nas idealne rozwiązanie, z tego względu, że w zależności od tras, które wybraliśmy, i stref, którymi podróżowaliśmy, to na stronie jest podane ile najwięcej was wyniesie dana podróż. 
KLIK Tu znajdziecie informację, ile zapłacicie za dane przejazdy. Z Oyster card patrzycie na tabelkę Pay as you go i na capping (czyli przesiadki). Musicie również uważać na godziny szczytu. 
Lecz wyobraźmy sobie sytuację, że będziecie podróżować cały dzień metrem tylko w strefie 1 (czyli ścisłe centrum), to niezależnie od tego, ile tych podróży będziecie mieć w ciągu dnia, to najwięcej za cały dzień zapłacicie 6.40 GBP. System ten, jest swoistym dobijaniem do konkretnej ceny, gdzie limitem dziennego wydatku na podróże jest tabelka z kolumną Daily anytime. Po zakończonych podróżach, możecie otrzymać zwrot niewykorzystanych środków, wraz z zastawem w postaci 5 GBP.

Jak najtaniej przeżyć? Co jeść?

Jeżeli chcecie jak najtaniej przeżyć, to musicie wybrać stołowanie się w Mcdonald'sie. Gdy porównywaliśmy ceny w innych fastfoodach, to ten był najtańszym wyborem. Najlepiej również poszukać sklepów w stylu 99p, Poundland, jak również Tesco, czy Sainsbury's. To naprawdę jest najtańszy wybór co do cen żywności, chemii, której nie mogliście zabrać na pokład samolotu (oczywiście jeżeli wybraliście wyłącznie bagaż podręczny).

Nocleg


Jak możecie zauważyć, nasz nocleg był oddalony o dobre 15 km od centrum Londynu (prawy górny róg), jednak nie musicie szukać czegoś blisko centrum. Jeżeli tylko dojeżdża tam metro, to nie sądzę, by był to problem, a lepiej zapłacić mniej i dojechać w dane miejsce metrem. Nasz nocleg kosztował 20 GBP za noc od osoby. Była to najtańsza oferta, którą znaleźliśmy na trivago.pl (unikaliśmy hostelów, ale jeżeli wam taka forma nie przeszkadza, to za kilka bądź kilkanaście GBP możecie znaleźć nocleg).

Podsumowanie

Według mnie planowanie do podstawa, jednak nie jesteście w stanie przewidzieć, co się stanie i co jeszcze będziecie chcieli zwiedzić. Warto zasięgnąć opinii innych, czy warto zobaczyć daną atrakcję, czy jednak ją sobie podarować. Czy powrócę do Londynu? Zapewne nie, to takie miasto, które warto zobaczyć wyłącznie raz. Nie starajcie się niczego przeliczać, bo to was zgubi. Taka podróż będzie drogo kosztować, ale co dla nas polaczków nie jest drogie? No właśnie.

Jeżeli spodoba wam się ten post, to kiedyś stworzę poradnik podróży po Polsce ;) Dwa lata temu byłam w podróży przez cały miesiąc i udało mi się zwiedzić cały nasz kraj ;) I co najważniejsze, nie było drogo ! :) Co myślicie?
Ta recenzja potrzebowała czasu, by zostać napisaną. Każdego dnia, po przeczytaniu propozycji świata zombie przez pana Roberta, biłam się z myślami. Biłam to chyba nawet za mało powiedziane, ponieważ nie dowierzałam swoim odczuciom. Czy może być tak, że zawiodłam się na książce, którą tak wiele osób poleca?

ZOMO i zombie. Trzeba przyznać, dość niecodzienne połączenie, lecz przedstawienie apokalipsy w dawnych polskich realiach jest dość nietuzinkowym pomysłem. Tylko co się tak naprawdę dzieje, gdy pomysł jest jednym z ważniejszych plusów danej pozycji? Tak moi kochani, Riana poczuła się odrobinę oszukana. Gdy tylko chwyciłam pozycję w ręce wiedziałam, że będzie to niecodzienna odskocznia czytelnicza. W końcu otwarcie się przyznaję, że zombie lubię i lubić będę.

Warto przypomnieć wam pewną informację, że Autor postanowił zabić w swojej pozycji prawdziwe osoby. Oczywiście wykorzystując jedynie ich dane personalne, postanowił wylosować kobiety i mężczyzn, spośród tych, którzy polubili fanpage. No cóż, niecodzienny pomysł, nie spotkałam się z takim pomysłem nigdy wcześniej. Nawet i ja chciałabym zobaczyć, jak Adriana umarłaby i powstała nowo na łamach powieści. Jednak, gdy zagłębiałam się w treść coraz głębiej, przestałam żałować, że nie zostałam wylosowana.

Moim głównym zarzutem jest właśnie liczba osób zabitych. Ja naprawdę rozumiem, że gdy mamy do czynienia z pewną plagą, to logiczne, że pochłania ona wiele ofiar. Jednak wymienianie wszystkich z imienia i nazwiska jest nużące. Nie jestem również żadną feministką, co to to nie, jednak dostrzegłam, że wylosowane kobiety, w większości umarły i zarazem powstały w jednym momencie. No cóż, również zdaję sobie sprawę z tego, że w ZOMO miejsca dla kobiet nie było, ale bez przesady. Moim subiektywnym spostrzeżeniem jest to, że Pan Robert, mógłby wykorzystać powiedzmy pięćdziesiąt osób, a i tak byłoby to za dużo moim zdaniem. Przecież przyznacie, że nie przepadacie za tym, gdy pojawia się tryliard imion, nawet jeżeli są to postacie poboczne. I najgorsze jest to, że poznając historię, nie wiedziałam, czy z jakimś bohaterem mam się zżyć, bo będzie miał więcej do powiedzenia, czy jest tylko kolejnym zombie spośród wielu.

Lecz zostawmy już te nieszczęsne ofiary, przejdźmy do treści. No cóż, jeżeli chodzi o ZOMO, to nie jestem zbytnim znawcą historii, a nawet się przyznam, że niewiele wiem na ten temat, jednak cała otoczka zawarta w książce kompletnie mnie nie wciągnęła. Ciągle biegniemy z miejsca na miejsce, by tam przystanąć na chwilę, aby przeczytać kto sobie kogo zjadł, jak go zjadł i to by było na tyle. Miałam po prostu wrażenie, że pierwsze skrzypce gra tutaj obowiązek zabicia wylosowanych ludzi, a nie przedstawienie paniki, i całej otoczki związanej z taką epidemią.

To chyba kolejny przykład książki, która miała szeroko zakrojoną promocję, a ludzie jak baranki biegną do guziczka lubię to, by tylko zginąć. I tak oto machina się napędza i raczej moja recenzja jej nie zatrzyma. Oraz w moim mniemaniu (już nie zwracając uwagi na liczbę osób zabitych), jeżeli ktoś wykorzystuje moje dane w pozycji, to powinnam ją dostać gratisowo, a nie, że mam możliwość zakupienia edycji kolekcjonerskiej, do której nie-ofiary nie mają dostępu. Wiem, że uznacie, iż ściska mi tyłek z tego powodu, że nie umarłam w tej pozycji. Jednak po przeczytaniu tej pozycji, dziękuję siłom wyższym, że jednak się tak nie stało. Jest wiele innych, lepszych pozycji o zombie, nawet na ziemiach polskich, wskazuję tutaj szczególnie Infekcję Pana Wardziaka.
Co byście powiedzieli, gdyby za ścianą wasz sąsiad odbywałby właśnie stosunek i w dodatku nie potrafiłby zachować się cicho? Też sądzę, że wyszłabym z siebie i próbowałabym im przerwać poprzez walenie w ścianę, a może i bym im przeszkodziła pukając do drzwi. Tylko co, gdy owy problem jest bardzo przystojny?

Nie mogę stwierdzić dlaczego dana książka mi się nie podobała. Bardzo ciężko było mi przez nią przebrnąć, czytałam po kilka stron i tak naprawdę nie umiałam się kompletnie w nią wkręcić. Napotykałam na opisy i dialogi, które kompletnie nie potrafiły we mnie obudzić odczuć. Ciągle myślałam, że to może być jedna z tych lektur, która może nie jest wybitna, lecz jest odprężająca. Niestety dla mnie, było to frustrujące doświadczenie, bo ani trochę mnie nie zaskoczyła.

Czasem się zastanawiam, że wiele zależy od tego, na co właśnie mamy ochotę. Może lepiej było odłożyć tę lekturę na później, by móc się w nią jakiś sposób delektować? Jednak może jest to jedna z tych książek, które są podobne do wielu innych i po prostu lepiej wam jej nie polecać? Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, co było w niej nie tak.

Caroline i Simon wydali mi się bardzo nużący, a jakiekolwiek ich wypowiedzi, czy zaczepki, były dla mnie sztuczne i bardzo denerwujące. Nie umniejszam oczywiście osobom, którym ta lektura się podobała, ponieważ każdy ma inny gust. Jednak ja raczej szybko nie wrócę do książek Pani Alice, bo wydają mi się one po prostu niepotrzebne w moim życiu czytelniczym.

Chciałam wypróbować literatury erotycznej, ponieważ rzadko po nią sięgam, jednak tym razem styl Autorki i pomysł, nie są dla mnie zbyt przekonujące. Teksty o brakującym orgazmie, który od tak zniknął, miał być śmieszną odskocznią, ja jednak ani razu się nie uśmiałam, ba, nawet kąciki ust mi nie drgnęły. Całą książkę ratuje kot. Ale przecież nie będę podwyższać oceny ze względu na to, że jestem typową kociarą.

W tej lekturze zapewne odnajdą się kobiety, które po ciężkim dniu w pracy, chcą się odstresować. Możliwe, że to nie był dobry czas bym po nią sięgnęła, więc ostatecznie źle bym się czuła w swojej skórze gdybym ją wam odradziła. Pikantna pozycja, dla niegrzecznych kobiet, które lubią trochę niezobowiązującej lektury.

Za bezsenność dziękuję: Wydawnictwu Pascal
Pod południowym splendorem Savannah, pełnego dostojnych, starych drzew i historycznych budynków, biegną mroczne korzenie miasta. Członkowie miejscowych klanów wiedźm za wszelką cenę starają się ochronić miasto przed niszczycielskimi siłami. Wiedzie w tym prym rodzina Taylorów - najpotężniejszych wiedźm Południa. Teraz kotwiczącą tego klanu jest Mercy, która jeszcze niedawno sądziła, że nie ma żadnych magicznych mocy. Teraz za wszelką cenę stara się je opanować, ale to nie jest łatwe - jest w ciąży, a do tego wciąż próbuje dojść do siebie po zdradzie, której doznała od swojej siostry bliźniaczki, najbliższej jej osoby. Gdy w mieście pojawia się jej matka, od dawna uważana za zmarłą, Mercy zaczyna się zastanawiać, ile jeszcze nierozszyfrowanych tajemnic ukrywa jej rodzina, i czy komukolwiek w niej może jeszcze zaufać. Za wszelką cenę musi odkryć prawdę na temat swoich krewnych - zanim ta jej nie zniszczy.



2. tom serii Wiedźmy z Savannah, pełnej magii, rodzinnych sekretów i czaru amerykańskiego Południa.

No więc czekamy niecierpliwie. Ale nie martwcie się, premiera już 12 sierpnia!
Pozycję już możecie zamówić przed premierą : TU

A jeżeli jakimś cudem nie jesteście przekonani, czy powinniście sięgnąć po tę pozycję, to zapraszam was na recenzję pierwszego tomu: RECENZJA
Gdy czytałam daną pozycję, nie sposób było mi się oprzeć wrażeniu, że gdzieś ogólny zamysł już obił mi się o uszy. W tym przypadku był to film Nieustraszeni bracia Grimm. Czyli zamysł oszustów, którzy niby walczą ze złymi stworami, chociaż nie mają na ten temat zielonego pojęcia. Niby kłamstwo ma krótkie nogi, ale czy Haskerlinowi, tfu, Haxerlinowi uda się trwać w tej obłudzie?

Zbiór opowiastek, jakie przydarzyły się Haxerlinowi, są mniej lub bardziej udane. Każdy z czytelników, który postanowi sięgnąć po tę pozycje, sam zdecyduje, które przygody były dla niego najbardziej zachęcające, by polubić owego Mistrza. Osobiście uważam, że jest on denerwujący, ale z drugiej strony jest on takim typem lekkoducha, który jednocześnie jest tchórzem do kwadratu, a co najważniejsze, potrafi rozbawić czytelnika. I właśnie to sprawia, że nie ma możliwości byście go nie polubili.

Fantastyka jako gatunek, ma w sobie bardzo szerokie spektrum podgatunków, po które poszczególne osoby sięgają chętniej. Cuda i dziwy mistrza Haxerlina przydzieliłabym do fantastyki przygodowej, lecz mogę się mylić. Jako czytelnicy, pojawiamy się z nim w wielu miejscach, dzięki czemu możemy poznać różne aspekty wykreowanego świata przez Pana Jacka. Do tego dołóżmy wampiry, demony, nimfy i wiele innych postaci fantastycznych i mamy bardzo dobrą powieść fantastyczną, a w dodatku sygnowaną debiutem.

Nie jest to zła książka, nie posiada błędów, zdecydowanie nie jest szablonowa. Przemierzałam Internet, by sprawdzić jak inni oceniają tę pozycję i myślę, że nie macie się o co martwić. Wiele osób przyrównywało charakter tej książki i jej humorystyczny aspekt do innego mistrza jakim jest Terry Pratchett. Nie mogę jednak ocenić tego w tej sferze, ponieważ nie zaznajomiłam się jeszcze z twórczością Pana Pratchetta, ale wierzę innym opiniotwórcom, że chyba inni mają czego nam zazdrościć, bo mamy polskiego humorystycznego Autora.

Pan Jacek stworzył naprawdę dobre dzieło, w którym zaszczepił nawiązania do współczesnej kultury, co było bardzo dobrym rozwiązaniem. Jeżeli tylko sięgnięcie po tę książce to odnajdziecie w niej wiele humoru. Poznacie przede wszystkim życie kłamczuszka, który chciał zostać magiem, więc nim został. A przecież nikt nie musi wiedzieć o tym, że jego wiedza jest czysto teoretyczna. Bo jeżeli można na czymś zarobić, to czemu by nie spróbować? Chcesz zostać magiem? Przeczytaj Cuda i dziwy mistrza Haxerlina i zobacz że można. Tylko z drugiej strony, po przeczytaniu wszystkich tych perypetii, zaczęłabym się zastanawiać, czy naprawdę warto. W końcu spotkanie z demonami nie może być tak przyjemne. Lecz do odważnych świat należy i jestem ciekawa, co takiego mistrza Haxerlina jeszcze w życiu spotka.

Za dawkę dobrej fantastyki dziękuję: Wydawnictwu Genius Creations
Książka przeczytana w ramach akcji: Polacy nie gęsi i swoich Autorów mają
Po co tak naprawdę pisać recenzję książki Gwiazd naszych wina, skoro wszyscy już dobrze wiedzą; o czym jest, kim jest Green oraz to, jak historia się skończy? Nie mniej jednak, muszę się uzewnętrznić i coś czuję, że moja recenzja może być nieco chaotyczna.

Hazel Grace choruje na raka i musi walczyć o każdy oddech. Nie ma przyjaciół, możliwe, że i nie ma prawdziwych znajomych, lecz wszystko się zmienia, gdy poznaje Augustusa. Przystojny chłopak, który postanawia się nią zainteresować. To historia o wszystkim co nas otacza i pomimo swojego pesymistycznego wydźwięku, ma w sobie iskierkę nadziei i nietuzinkowego humoru.

Możliwe, że wszystko zepsułam gdy obejrzałam ekranizację przed przeczytaniem książki. Ale taki już mój los, będąc z związku z mężczyzną, który książek nie czyta. Nigdy, naprawdę nigdy nie płakałam tak ogromnie, jak na ekranizacji. Poruszyła mnie dogłębnie, a przecież ja nie płaczę. Byłam jednak ciekawa czy książka będzie dla mnie również wyciskaczem łez. Okazało się, że nie popłynęła żadna łza, ale pomimo tego, poczułam ukłucie, gdzieś tam pod żebrami, a może pod mostkiem? Nie wiem, jednak wzruszyła mnie w inny, mentalny sposób.

Wiem, że znów napiszę o ekranizacji, ale ona mną wstrząsnęła, jednak książka jest bardzo dobra na swój całkowicie inny sposób i cieszę się, że będzie ozdabiać moją biblioteczkę. Czy uważam, że Pan Green jest arcytwórcą? Nie mogę tego stwierdzić po przeczytaniu dwóch jego książek, ale nie mniej sądzę, że ma w sobie coś oryginalnego i nie dziwię się, że tyle osób sięga po jego pozycje. Ale wiem jedno, przy kolejnej ekranizacji na początek przeczytam książkę, czyli czas wyruszyć do Papierowych miast.

Książka przedstawia smutną, a zarazem pouczająca historię o wielu aspektach życia. I co z tego, że pisanie książek o ludziach zmagających się z rakiem jest teraz na topie. Nie ma tutaj czegoś nadzwyczajnego, ot tak moda. Ale sposób, w jaki Pan Green kreuje swoje postacie, jak przeprowadza dialogi i przede wszystkim jak świetnie radzi sobie ze stworzeniem bohaterów wrednych jest tutaj arcydziełem. To dopiero jest sztuka by stworzyć bohatera, do którego nie pała się sympatią. Chyba nie muszę wspominać, iż jest nim pisarz występujący w tej książce? Kto go nie lubi, ręka do góry!

Obojętnie czy chcecie, czy nie chcecie, musicie tę historię przeczytać, by przyjąć odpowiednie stanowisko w tej sprawie. Ja książkę polecam, bo nie był to wcale stracony czas.
Czasem są takie książki, które przy niepozornej okładce i zachęcającym opisie są po prostu złe. Jednak w przypadku Paranoi, czułam że wszystkie nuty zostaną zagrane właściwie, nawet pomimo tego, że instrument czasem zafałszował, to jednak melodia płynąca z przekazu jej treści, była bardzo satysfakcjonująca.

Na ogół staram się nie mieszać w sprawy religijne, jednak w tej pozycji, mają one znaczenie kluczowe, ponieważ to od tego najwyższego wszystko się zaczęło. Myślicie, że ziemia była pierwszym światem stworzonym przez stwórcę? Nic bardziej mylnego. Przecież każdy popełnia błędy, nawet on i tak oto powstała Paranoia - miejsce pełne dziwnych stworzeń, jednocześnie sprawujące na niej swój własny byt. Tylko do czego tak naprawdę oni dążą?

Pierwsze co rzuca się w oczy, to wykreowany świat przez Pana Piotra i sam zamysł na tę historię. To najmocniejsze aspekty tej książki, ale jednocześnie nie są one jedynymi, które sprawiają, że czyta się ją szybko i przyjemnie. Na początku nie byłam przekonana co do stylu Autora, gdyż musiałam się do niego odpowiednio dostosować, by w późniejszym czasie chłonąc każde słowo, aby zaspokoić swoją ciekawość. Bo to właśnie ciekawość bierze górę i brniemy przez kolejne strony, bo chcemy dowiedzieć się co stanie się dalej i jak zakończy się ta historia. Ale czy naprawdę się ona zakończyła?

Stworzenie odrębnego świata z dość niespotykanymi stworzeniami, które przypominają szkielet człowieka o czaszce jelenia wraz z porożami, czy szkielety ptaków, a nawet słoni, to było bardzo dobre zagranie. Do tego pustynne tereny, a może i stepy, dopełniają mroku całej tej historii. Warto zwrócić uwagę na to, że jest to debiut pisarski i to w dodatku młody debiut, po prawie pełnoletni. Nie jestem w stanie pomyśleć, ile pomysłów może kotłować się w głowie Autora, gdy potrafi on stworzyć tak dobrą pozycję.

Właśnie dla takich historii warto sięgać po debiuty pisarskie polskich autorów, niezależnie czy są wydawane przez wielkie wydawnictwa, czy niechybnie powstają „dzięki” jakiemuś finansowaniu. Nie mniej jednak, to historia fantastyczna przeplatana wieloma mitologicznymi, czy religijnymi wierzeniami, które tylko dopełniają całej tej historii, tworząc z niej coś wyjątkowego.

Oczywiście znalazły się w niej pewne potknięcia, ale jakoś je przebolałam, w końcu nie od razu Rzym zbudowano. Najbardziej przeszkadzało mi ciągłe powtarzanie myśli bohaterów, ukazywanie ich często z różnych stron, w następujących po sobie wydarzeniach. Zdecydowanie wystarczy raz zaznaczyć daną sytuację, by dotarła ona do czytelnika. Autor powinien również pomyśleć o tym, by próbować zastępować synonimami imiona, czy nazwy własne, ponieważ czasem na stronie się ich nazbierało, a gdy jest ich więcej, tym bardziej je dostrzegałam, chociaż z drugiej strony wiem, że to bardzo trudne.

Ze względu na wykreowanie danego świata (który jest genialny – tak w gwoli przypomnienia) uważam, że pozycja mogłaby być bardziej rozbudowana, poszerzona o wiele wątków, które zwykłego czytelnika ciekawią: skąd, po co i dlaczego? Mam nadzieję, że z każdym kolejnym tekstem, niezależnie czy krótkim, czy długim, Autor pokaże swoje pomysły w niecodziennej odsłonie, i że w niedalekiej przyszłości odniesie sukces, bo czuję, że w jego przypadku jest to możliwe. 

Za wkroczenie w świat Paranoi dziękuję : Autorowi

Każdy z nas popełnię błędy i nawet się nie oszukujmy, że jesteśmy geniuszami, którzy wiedzą jak powinno być słowo napisane, czy jak poprawnie się wysławiać. Czas odsłonić swoją prawdziwą literacko-stylistyczną twarz przed blogosferą i przyznać się do tego, jakie błędy sama popełniałam.

Po pierwsze, wiem, że w Internecie możemy znaleźć raz dwa, jak dane słowo musimy zapisać, ale żyjemy już w świecie, gdzie skróty myślowe są tak bardzo rozwinięte i rozpowszechnione, że nie ma możliwości, by i do naszego języka nie przedostały się zwroty, których powinniśmy kategorycznie przestać używać.

Ja osobiście miałam problem jak się pisze (Pierwsza forma poprawna):
Poza tym, czy po za tym?
Tę książkę, czy tą książkę?
Poszedłem, czy poszłem?
Przekonujący czy przekonywujący?
W cudzysłowie, czy w cudzysłowiu? Tutaj fajna reguła na zapamiętanie: Mówicie, w dupie, czy w dupiu? ;)

Przykładów jest więcej i mogłabym się z paru wytłumaczyć. U mnie bolączką jest gwara, gdyż mieszkam na śląsku i chociaż się nią nie posługuję, to jednak nie możliwości, by ciągłe słuchanie poszłem, nie wbiło się w mózg. Ale po mnie samej widać, że jak się chce to można zmienić co nieco. 
Przyznam się do tego, że najbardziej się uczę, gdy ktoś obcy zwróci mi uwagę. Wtedy jakoś wbija mi się dana reguła, czy zasada raz dwa. Też tak macie?



Ten post nie ma za zadnia ukazania wam wszystkich błędów językowych, jakie polskie społeczeństwo popełnia, bo na pewno jest ich od groma. I mogę się założyć, że nie raz zauważycie u mnie jakiś błąd, ale nie jestem znawcą i do błędów się przyznaję. Mam nadzieję, że przynajmniej z czasem uda mi się wyplenić te najbardziej podstawowe, w końcu już wiem, że mówi się dzień dzisiejszy ;)

Ostatnio zapałałam miłością to pewnej youtuberki: https://www.youtube.com/user/PamikuPL, ona w dosadny sposób ukaże wam, jak powinniście się wysławiać, czy pisać.

Tutaj przykład jak się ubrać:



Możecie również zajrzeć na stronę Polityki, która w niezwykle obrazujący sposób, jak i merytoryczny, pozwoli wam zapoznać się z błędami, które mieszają nam w głowie. 


Przyznajcie się, jakie błędy wy popełnialiście? ;)
Myślę, że nie znajdzie się wśród was taka osoba, która nie miałaby styczności z chorobą śmiertelną, w szczególności, jeżeli myślimy o kręgu znajomych czy rodziny. Nie mówię tutaj o zwykłej grypie, tylko o takiej chorobie, która dąży do destrukcji organizmu i umysłu, a jedynie co możemy zrobić to modlić się o cud. Lecz co byście zrobili w sytuacji, gdybyście się dowiedzieli, że lekarstwo istnieje, a wy musicie tylko wziąć udział w wyścigu? Też zrobiłabym wszystko, by móc uratować swoją bliską osobę, więc nie dziwi fakt, że szesnastoletnia Tella przemierza wiele kilometrów, starając się walczyć z czasem i dotrzeć w wyznaczone miejsce. Lecz to dopiero początek jej zmagań, a przede wszystkim, nie jest jedyną osobą, która bierze udział w wyścigu.

Może na pierwszy rzut oka, nie byłabym skłonna uwierzyć w to, że będzie to na tyle przełomowa pozycja, która zawładnie moim umysłem na dobrych parę godzin. Zapamiętajcie, nigdy nie ulegajcie pierwszemu wrażeniu, nie miejcie uprzedzeń do danych pozycji, bo jeżeli się ich pozbędziecie i sięgnięcie po Ogień i wodę, to przepadniecie bez reszty.

Nie chcę zdradzić wam zbyt wielu szczegółów, które mogłyby wam zniekształcić poznanie tej książki w odpowiednim tempie. Musicie wiedzieć jedno, że jeżeli gdzieś tam z tyłu głowy odzywa się głos, że ta piękna okładka, może kryć w sobie ekscytującą podróż, to wiecie, że jesteście na dobrym tropie. Naprawdę od dłuższego czasu nie zdarzyła mi się sytuacja, że nie mogłam się oderwać od książki. Czytałam ją z zapartych tchem, nie zwracając uwagi na to, że moje ciało klei się od gorącego powietrza, co tym bardziej potęgowało moje doznania względem tej książki, ponieważ wraz z główną bohaterką, przemierzałam dżunglę, czy pustynne tereny.

Na pewno znajdą się, bądź już się znalazły głosy, które zarzucałyby tej historii wiele podobieństw, do już powstałych i bardzo lubianych pozycji. Lecz nie możemy postrzegać jej przez taki pryzmat, ponieważ w wielu sytuacjach, byłam zaskakiwana tak bardzo, że siedziałam z rozdziawioną buzią przez kilka sekund. A to już o czymś świadczy. Chociaż książka zdecydowanie jest kierowana do odbiorców nastoletnich, to jednak śmiem twierdzić, że starsi czytelnicy odkryją w niej intrygującą lekturę. Sama byłam pod ogromnym wrażeniem, że gdy tylko zamykałam książkę, już myślałam o tym, kiedy ponownie wrócę do wyścigu. Możliwe, że książka ma w sobie jakieś magiczne zaklęcia, które sprawiają, że czyta się ją z zapartym tchem,

Oczywiście, nie jest to historia idealna. Na pewno nie dogodzi ona wszystkim czytelnikom, ale to tylko zależy od waszego otwartego umysłu. Bohaterowie przemieszczający się na tych stronach, potrafią być bezwzględni i okropni. I z tego powodu nie sposób nie porównywać książki Pani Scott, do Igrzysk śmierci. Jednak Ogień i woda to odrębna historia, która będzie się cieszyć coraz szerszym rozgłosem, ponieważ wiele czynników wpływa na jej sukces. Nietuzinkowi bohaterowie, eksperymenty medyczne, czy po prostu chęć przetrwania, a przede wszystkim ogólny zamysł tej historii, są składowymi, które według mnie wyniosą tę historię na wyżyny. A nawet, czasem miałam wrażenie, że gdyby została ona zekranizowana, to wyszłoby z tego coś spektakularnego.

I oznajmiam, że Madox jest mój! I nie, nie jest to chłopak, czy mężczyzna. Jeżeli chcecie wiedzieć kim, lub czym jest Madox, sięgnijcie po tę historię jak najszybciej.

Za ten wyścig dziękuję: Wydawnictwu IUVI
Znacie te okropne uczucie, gdy czytacie książkę po obejrzanej ekranizacji i pierwowzór uważacie za nudny? Właśnie w przypadku Rogów, taka przypadłość u mnie nastąpiła. Pomimo tego, że nie wyznaję zasady, że obejrzenie filmu przed przeczytaniem książki to wielki grzech.

Co byście powiedzieli na to, gdy pewnego ranka wstajecie z łóżka nieźle skacowani, a na waszym czole widnieją rogi? Właśnie z takim problemem powitał nowy dzień Ignatius Perrish. Z każdą kolejną chwilą przekonuje się, że nowe twory nie są wyłącznie jego wymysłem, a nawet dzięki nim, a może raczej przez nie, wokół niego dzieją się dziwne rzeczy. Boryka się on z przeświadczeniem innych ludzi, że to on zabił swoją ukochaną, a to przecież nieprawda. Tylko kto stoi za tym morderstwem? Rogi mogą mu w tym przypadku pomóc…

Nie sposób nie wspomnieć na samym początku o ekranizacji, która bardzo mi się podobała. Możecie krzyczeć i zagryzać zęby, ale ja lubię takie historie. Było w niej wszystko co uwielbiam, więc nie miałam obaw przed sięgnięciem po książkę. Jednak się okazało, że z każdą kolejną stroną czułam znużenie. Nie historią i wyobraźnią Autora, lecz sposobem jej ukazania. Chyba nawet mogłabym wam napisać, że gdybym nie oglądała filmu, to czasem ciężko byłoby mi się odnaleźć w wątkach.

Pan Hill w Rogach bardzo często stawia na opisy. Ja nie jestem zwolennikiem takiej formy, więc może dlatego się nudziłam? Oczywiście większość recenzji, które znajdziecie w Internecie będzie ją zachwalać i mówić: jaka świetna, że ekranizacja jest okropna. Lecz nie znajdziecie tego u mnie. Nigdy, ale to nigdy wam nie napisałam, że moje spojrzenie jest właściwe. Mogę tylko napisać wam o tym, jakie uczucia mną targały podczas czytania tej historii. Więc u mnie możecie się dowiedzieć: zostańcie wyłącznie przy ekranizacji.

Jednego czego nie można zarzucić synowi Kinga, to brak wyobraźni. Potrafi odpowiednio skierować nasze zainteresowanie na kompletnie innego bohatera, gdy niepostrzeżenie morderca czai się gdzieś w krzakach. Nie cofnę czasu, bo to przecież niemożliwe, więc może moje podejście do obejrzenia ekranizacji w pierwszej kolejności zepsuło wrażenie o książce? Może ktoś z was ma odwrotną sytuację i uważa, że się mylę?

Nie mniej jednak, polecam wam zarówno ekranizację jak i książkę. Tak, nie jestem takim człowiekiem, ze narzucam swoją percepcję czytelnikom. Uważam, że może wy macie inny gust. Możliwe, że macie trochę więcej cierpliwości, by przebrnąć przez opisy, by odkryć w niej błyszczącą gwiazdę? Czujcie się nominowani do przeczytania tej książki ;)
Znów to samo, przypadkowym, bądź nieprzypadkowym zrządzeniem losu trafiła do mnie kontynuacja. Na samym początku zastanawiałam się, czy zwracając uwagę na ten jakże energiczny i jednoznaczny tytuł, będę w stanie zrozumieć treść tej książki, bez wcześniejszego nie zaznajomienia się z tomem pierwszym. Okazało się, że książka do mojego mózgu trafiła całkowicie bezboleśnie, a jednocześnie chwilami wywołała uśmiech na ustach.

Czasem zdarzają się takie pozycje, które musimy przełknąć, jednocześnie przymrużając oczy. Ponieważ ta lektura, wielu osobom może się wydać niepotrzebna i dosyć dziwna. Jednak właśnie przy takich tekstach się odprężam i lubię z nich wynieść te sentencje, bądź zapamiętać te zdania, które mają odzwierciedlenie i w moim życiu.

Humor, czy to ten śmieszny, bądź i czarny, zawsze wywołuje we mnie uśmiech. Bo czasem jest tak, że poruszając się codziennie w swoim jestestwie, nie dostrzegamy tych małych drobin, które powodują, że dziękujemy różnym bogom, że nie jesteśmy perfekcyjne. Bo uwaga, może to was zadziwić, żadna z was nie chce być perfekcyjna. Bo i po co tak naprawdę? Dwie kobiety postarały się w tym „poradniku” ukazać dziwne sytuacje z życia wzięte, bo tak, kilka z sytuacji przedstawionych w tej książce odczuwam i na własnej skórze.

Można by przytaczać fragmenty i pomysły, które się tutaj znalazły, jednak chyba nie ma to większego sensu. W mojej głowie zachował się jednak jeden tekst, który mniej więcej brzmiał tak: to ja gotuję cały dzień, uwijam się w ukropie, po to, by mój chłopak wylał na talerz pół litra ketchupu. No u mnie sprawdza się to za każdym razem. Czasem się wkurzam, gdy tak robi. Chociaż muszę przyznać, że jego pomysł na kanapki z jajkiem i ketchupem jest genialny i nie wyobrażam sobie tego, by zjeść jajka bez ketchupu.


Krótka pozycja wiąże się w tym przypadku z krótką recenzją, ale kto by się tym przejął, przecież recenzje też nie muszą być idealne. Jeżeli macie w sobie odrobinę dystansu, to sięgajcie po tę pozycję raz dwa. I zdecydowanie nie zgadzam się ze stwierdzeniem z książki, że gdy zauważy się jakiś artykuł bez ceny, to mówienie tekstu w stylu, iż zapewne jest za darmo jest jakimś obciachem. Sama tak mówię… Czas na lincz.

Za dawkę śmiechu dziękuję: Wydawnictwu Feeria