Patrzeć nie znaczy widzieć

A czy Ty potrafisz ujrzeć słowa?
Znajdź mnie

Każde wydawnictwo ma swoje zasady i politykę wydawania pozycji. Jedni mają szeroką ścieżkę marketingu, inni wręcz jej nie posiadają. Znajdą się i takie, które wydają jedną pozycję raz na ruski rok, a drudzy bombardują nas nowościami z taką szybkością, że prędkość światła się przy tym chowa. Tak moi drodzy, w każdym wydawnictwie znajduję coś, co mi się nie podoba i może nie będę wymieniać ich z nazwy, ale przeczytajcie poniższe grzeszki i przewinienia, które mnie osobiście denerwują jako czytelnika i recenzenta.

Błendy w tekście

Tak, każdy z nas popełnia błędy językowe, stylistyczne, a czasem i ortograficzne (tak, błąd w tytule celowy). No cóż, zdarza się, ale są takie media, bądź osoby, którym nie wypada się mylić w tych sprawach. Polskie społeczeństwo zapewne nie wybaczy Prezydentowi jego bulu i nadzeji, tak samo i mnie bolą oczy, gdy widzę, że otrzymuję do ręki finalny egzemplarz książki i są w nim błędy. Sama pisząc recenzje łapię się na tym, że gdy wracam do pewnych starości, to aż chciałabym się zapaść pod ziemię, że przedstawiłam wam tekst z babolami. Lecz niektóre wydawnictwa nic sobie z tego nie robią i kolejne pozycje są również z błędami. Jeżeli zauważę jeden, no może dwa, to nic takiego się nie stanie, lecz gdy na każdej stronie, możemy dostrzec rażące niedbalstwo, to aż ręce opadają. To po co jest korekta i redakcja? Po to by spała sobie podczas pracy? Spójrzmy na wydawców, jako konstruktorów pewnej maszyny. Jeżeli jakiś robotnik, nie dokręci jednej śrubki, to przecież nic się nie stanie… No właśnie, każdy, nawet najmniejszy trybik jest potrzebny w tej machinie, by dowiodła swojej użyteczności.

Problem recenzentów: Teksty przed korektą

Oj, boli mnie to bardzo. Ja rozumiem, że wydawnictwa chcą, by recenzje pojawiały się przedpremierowo, bądź premierowo, więc wysyłają recenzentom egzemplarze próbne, które mają zastrzeżenie, iż są przed korektą. Oczywiście, zdarzają się i takie, które korekty nawet nie potrzebują, ale powiedzcie mi: jak mam napisać opinię o książce, która jest tak naprawdę próbką tego, co będą mogły przeczytać osoby za kilka dni, czy tygodni? Jak mogę nie zwracać uwagi na błędy, skoro nie jestem w stu procentach przekonana, że zostaną one wyeliminowane w normalnej wersji? Ja się podpisuję pod własną recenzją i nie chcę robić z siebie głupiej, że polecam coś, co jest chłamem. Lub sytuacja odwrotna (kilka takich sytuacji miałam), że źle oceniłam książkę, która później przeszła taką świetną korektę, że po paru miesiącach otrzymywałam komentarze: iż się nie znam, i do czego ja się tak naprawdę czepiam, skoro tych błędów nie ma. Dlatego żegnam w większości przypadków, próbne egzemplarze.

Nie sprzedaż tego, bo ja ci tak mówię!

Dlaczego za swoją pracę, jaką jest przeczytanie danej pozycji i zrobienie reklamy danej książki, mam nie otrzymać pełnowartościowego egzemplarza, który potem, jeżeli będę miała takie odczucie, to go sprzedam? Zastrzeganie czynu sprzedaży pieczątkami, napisami na okładce, jest po prostu śmieszne. Również się to tyczy białych kruków, jak mam je w zwyczaju nazywać, ale o tym przeczytaliście w tekście o egzemplarzach przed korektą. Pamiętam też, gdy dawałam pewnej Autorce do podpisu książkę, która właśnie miała napis, że tekst przed korektą, pogroziła mi palcem... Ale ostatecznie autograf otrzymałam. 
To znaczy, że jeżeli dostanę ubranie na urodziny, które jest za małe, czy w moim mniemaniu brzydkie, to nie mogę go odsprzedać?

Czekanie na kontynuację latami, bądź dniami

O tak, to kolejna bolączka, z którą nie potrafię sobie poradzić. Wiem, że każdy temat, który tutaj poruszam wiąże się z pieniędzmi… Jednak są takie wydawnictwa (w szczególności mówię o tych, które wydają tłumaczenia, a nie książki polskich autorów), które rozwlekają czas wydania danej trylogii. Czasem się zdarza, że już zapominam co było w poprzednim tomie. Jednak z drugiej strony, są i takie sytuacje, gdy kontynuacje ujrzą światło dzienne miesiąc po premierze pierwszego tomu. No ja was proszę, czy oni myślą, że ja mam swoje sakwy wypchane pieniędzmi?
Oczywiście nie ma tutaj złotego czasu, który mogłabym wyznaczyć, jako idealnego, podczas którego wydawcy powinni wydawać kolejne tytuły. Jednak zazwyczaj dostrzegam, że niektórzy przesadzają z tym terminem z jednej, bądź z drugiej strony. Nie ma chyba takich wydawnictw, które wydają je w optymalnym czasie, że odsapniemy od danej książki i jednocześnie, z niecierpliwością będziemy czekać na kolejny tom.

Brak kontynuacji. Wydajmy jeden tom z trylogii, będzie fajnie

To największy błąd wydawnictw, których nie potrafię przełknąć i to sprawia, że tracę do nich wtedy zaufanie. Bo jak można tak postępować z czytelnikami? Nawet na mojej półce znajdą się pozycje, które nigdy nie wzbogacą się w kontynuację. Mowa tutaj o Prochach, Córka dymi i kości (chodzi mi o trzeci tom), Miłość alchemika, Ocaleni. Życie, które znaliśmy, Retrum. Kiedy byliśmy martwi, Wieczni. Jak wpiszecie sobie tytułu w wujku google, to będziecie wiedzieć o jakim wydawnictwie mowa. No powiedzcie, jak tak można? U Izy znajdziecie wpis, z brakującymi kontynuacjami: KLIK

Jak żyć książkoholiku?

Już nie wspominam o cenach książek, brzydkich okładkach, bo co za dużo to niezdrowo. Oczywiście mogą znaleźć się i takie głosy, które powiedzą, że skoro się z tym nie zgadzam, to nie muszę brać egzemplarzy do recenzji, czy kupować książek. Jednak często robimy coś, z czym się nie zgadzamy. Ja tym tekstem chcę wam przekazać moje spojrzenie na świat wydawnictw. Ukazanie wam, co mi się nie podoba, co można by podreperować. Świata tym tekstem nie zmienię, ale może i wy podzielicie się waszym bulem i nadzieią ? (błędy celowe… żeby nie było)

W dniach 21-28 czerwca trwał, bądź trwa maraton czytelniczy. Kto nie uczestniczył, ten gapa! Riana uczestniczyła i tak oto prezentował się stos na cały tydzień, oczywiście na samym początku, bo kobieta zmienną jest:



No i jedziemy z tym koksem!




Może i odrobinę tutaj oszukałam, ale tak naprawdę nie mam w swojej biblioteczce książek, których nie dokończyłam. Zaczęłam więc dzień wcześniej i tak jednym haustem pochłonęłam Parabellum. I znów zakochałam się w książce historycznej !


Łabędzi śpiew czekał u mnie na półce chyba dwa lata. Uwielbiam książki post-apokaliptyczne i miałam ogromne nadzieje co do niej. Okazało się jednak inaczej, bo nie była tak dobra, jakbym tego chciała. Nie mniej jednak przyjemna, ale nie rozumiem zachwytów na temat tej pozycji.


No i Riana musiała się zmierzyć z klasyką. I wyszło mi to dość średnio. Nie umiem się przemóc, by odkryć w klasyce tej głębi i piękna. Chociaż przeczytałam Rozważną i romantyczną, to jednak było wiele zgrzytów.


Całkiem miłe spotkanie z grozą. Może nie było tak, że czułam dreszcze na karku i plecach, ale tak czy siak, była to miła lektura. Nawet mogłabym określić ją mianem niezbyt wymagającej.


Tutaj nastąpiła zmiana. Nie to, że nie potrafiłam sobie poradzić z tą pozycją. Oj nie, po prostu brakło mi w ciągu dnia czasu na nią. By zbytnio się nie obarczać i nie czytać na akord, czy dążyć za terminami. Pozwoliłam sobie zrezygnować z Zielonej mili, by móc delektować się wampirami w pełni. W końcu Wywiad z wampirem idealnie wpasowuje się w dwa wyzwania.


Wczorajszy dzień nie był wcale lepszy. Nie chodzi o to, że w Wywiad z wampirem nie potrafię się wkręcić. Ale niestety pod koniec tygodnia uświadomiłam sobie, że tydzień nie wydłuży się, a doba magicznie nie będzie posiadać więcej godzin. A to sprawiło, że od dwóch dni zajmuję się dokańczaniem pracy magisterskiej i czytanie schodzi na drugi plan... Ale już finiszuję z magisterką, więc nie jest ostatecznie tak źle.

Siódmy dzień, to wyzwanie, a raczej podsumowanie, by przeczytać w ciągu tygodnia 1500 stron. I to mi w ostatecznym rozrachunku się udało. Więc nie narzekam i mam nadzieję, że za jakiś czas, a może za rok pojawi się kolejny bookathon. Bo to naprawdę wielka frajda, czytać książki dla samej przyjemności i jednocześnie się sprawdzić, jak nam idzie planowanie.

A wy uczestniczyliście w tegorocznym bookathonie? Jak wam poszło?





Eryk Edwardsson. "Urodzony w 1983 roku w Poznaniu. W latach 1998-2002 uczęszczał do elitarnego Liceum Ogólnokształcącego św. Marii Magdaleny w Poznaniu (tzw. „Marynki”) i wtedy to zaczął interesować się twórczością literacką. Napisał szereg wierszy oraz podjął pierwsze próby prozatorskie w formie krótkich opowiadań oraz szkiców większych utworów. W 2002 roku podjął dzienne studia na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu na kierunku socjologia, które zakończył egzaminem magisterskim w roku 2008. W czasie studiów napisał dwie powieści oraz rozpoczął pracę nad kilkoma kolejnymi. Obecnie praca nie pozwala mu na rozwijanie działalności pisarskiej w szerszym zakresie, ale ma on nadzieję wkrótce to zmienić."



Adriana Bączkiewicz: Zacznijmy dość nietypowo, co denerwuje Pana w polskim społeczeństwie?
Eryk Edwardsson: Widzę, że na początek mamy najtrudniejsze pytanie, odpowiedź na które pozwoli wszystkim od razu mnie znienawidzić...
Myślę, że jak każdą osobę, która w tym społeczeństwie żyje, czasami denerwuje mnie wszystko, a czasami nic.
Poważnie natomiast, myślę, że denerwuje mnie najbardziej ten typ mentalności, który sprawia, że tak ogromną popularnością cieszą się w Polsce seriale typu „Klan”. Kiedy ja oglądam ten serial, to bardzo szybko się nudzę, ponieważ odnoszę wrażenie, że nawet moje własne życie jest ciekawsze od losów jego bohaterów, a jednak mnóstwo osób śledzi te losy i wyczekuje, co będzie dalej. Strasznie się martwię, kiedy pomyślę jak bardzo nudne życie muszą wieść widzowie tego serialu, skoro dostarcza im on rozrywki.
Na szczęście natomiast, nasze społeczeństwo nie składa się tylko i wyłącznie z wielbicieli seriali typu „Klan”, dlatego też nie żyje się w nim aż tak źle.

Jak postrzegał świat mały Eryk?
Byłem dzieckiem z bardzo bujną wyobraźnią, więc wszędzie widziałem dużo więcej niż w rzeczywistości tam było. Dzięki temu nigdy się nie nudziłem i zawsze potrafiłem znaleźć sposób na zabawę. Mały Eryk postrzegał świat bardzo kolorowo, był to świat pełen przygód i niespodzianek, możliwości i fantazji.

Już jest! Naukowcy wymyślili sposób, by móc przenieść się do przeszłości lub do przyszłości na jeden dzień. W jakie czasy Pan by się chętnie przeniósł i dlaczego?
Najchętniej przeniósłbym się do XIX wieku, zawsze fascynowały mnie tamte czasy. Przeczytałem sporo powieści z tamtego okresu i studiowałem jego historię, być może nawet kiedyś napiszę powieść, której akcja będzie się rozgrywać w takich czasach. Właściwie to w XIX wieku swój początek miała większość rzeczy, które wypełniają naszą rzeczywistość dzisiaj, był to wiek wielkich odkryć i wynalazków, jak również rozwoju sztuki – w tym wielkiego rozkwit literatury.



Mam nadzieję, że się Pan ze mną zgodzi: jesteśmy społeczeństwem, które narzeka na brak czasu. Jak Pan sobie radzi z brakiem czasu?
Właśnie w ogóle sobie z nim nie radzę i to jest dla mnie spory problem. Kiedyś medytowałem, co w jakiś sposób zmieniało postrzeganie czasu na korzyść, ale teraz nawet na to nie starcza mi czasu.




Wyobraźmy sobie sytuację, że nie może Pan dłużej smakować potraw, stracił Pan zmysł smaku. Czego najbardziej będzie Panu brakować?
Zdecydowanie czekolady.



Coraz częściej dostrzegam, że ludzie odchodzą od jakiejkolwiek wiary. Czy sądzi Pan, że kiedyś w przyszłości Bóg nie będzie odgrywał ważnej roli w życiu zarówno indywidualnym, jak i społecznym?
To jest już wizja science-fiction. Stanowi to oczywiście jeden z wielu możliwych scenariuszy naszej przyszłości. Nawet kiedyś myślałem o tym, aby napisać opowiadanie lub powieść sci-fi, gdzie religia byłaby całkowicie zmarginalizowana na rzecz metody naukowej i racjonalizmu. Być może jeszcze to zrobię i wtedy pozwolę sobie snuć rozważania na temat rozmaitych konsekwencji takiego stanu rzeczy. Mam tu kilka ciekawych pomysłów, ale może na razie nie będę ich zdradzał.

W moim mniemaniu zwierzęta domowe to bardzo ważny aspekt życia, czy posiada Pan futrzastych przyjaciół?
Niestety nie posiadam, ponieważ mam alergię na sierść zwierząt. Natomiast miałem kiedyś kraba – to było jeszcze w liceum – i bardzo pozytywnie go wspominam. Na swój sposób był bardzo... Ludzki.

Żyjemy już w takich czasach, że nie potrafimy się obejść bez Internetu czy telewizji. Czas wolny spędzamy oglądając ciekawe filmy i seriale. Jaki film oraz serial poleciłby Pan swoim czytelnikom?
Poleciłbym serial „Callifornication”, ponieważ ukazuje on taki rock’n’rollowy styl życia, który jest mi bardzo bliski. W dodatku głównym bohaterem jest tam pisarz, który wiedzie sobie całkiem przyjemne życie i to utrzymując się z pisarstwa, czyli realizując moje własne marzenie.
Mógłbym też polecić serial „House M.D.”, jako wielką laurkę wystawioną inteligencji, błyskotliwości oraz szczeremu i bezpośredniemu sposobowi bycia – któremu sam hołduję.

Co Pan sądzi o rodzimych pisarzach? Czytuje Pan ich książki?
Bardzo sobie cenię rodzimych pisarzy. Jako naród mamy na tym polu liczne powody do dumy. Chętnie zatem czytam książki polskich autorów – tym bardziej, że wówczas mam okazję obcować z tekstem prawdziwie autorskim, nie zniekształconym przez tłumaczenia. Spośród moich ulubionych, mogę polecić moją ostatnią fascynację - Jacka Dukaja, powieściopisarza naprawdę wybitnego, którego osobiście podziwiam.

Lektury w szkołach to strasznie drażliwy temat, sądzi Pan, że książki w kanonie lektur są dostosowane do wieku osób, które muszą je przeczytać?
Wprawdzie nie wiem, jakie książki znajdują się w kanonie lektur obecnie, ale kiedy ja byłem w szkole podstawowej, to kazano nam czytać „Dym” Marii Konopnickiej (jak również inne pozytywistyczne opowiadania) i muszę przyznać, że nie było to dobrym sposobem na zachęcenie mnie lub moich rówieśników do czytania książek. Szczerze mówiąc, była to jedna z najbardziej przygnębiających lektur, jakie przeczytałem w ciągu całego mojego życia, i osobiście nie poleciłbym jej dziecku ze szkoły podstawowej. Tak więc na pewno wiele można w kanonie lektur zmienić, ale nie oszukujmy się – żaden zestaw lektur nie zadowoli wszystkich.

Nie zwracając uwagi na czas, ani pieniądze, czym by się Pan najchętniej zajął? Dla podrasowania pytania, wykluczamy pisanie książek :)
Skoro wykluczamy pisanie książek – bo tym bym się zajął w pierwszej kolejności – to myślę, że zająłbym się po prostu imprezowaniem, czyli życiem jak gwiazda rocka, nie będąc jednocześnie gwiazdą rocka. Znam osoby, które tak żyją – mają to szczęście, że mogą – więc wiem, że to także dla mnie. Tylko w międzyczasie bym również snuł mnóstwo rozważań o sensie istnienia, jak również poszukiwał rozmaitych doznań i podniet intelektualnych oraz cielesnych. Czyli w skrócie, byłby to taki konstruktywny hedonizm.

Jak Pan sądzi, kto sięgnie po „Pamiętnik lesbijki”?
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Już teraz bardzo zaskoczyło mnie tak duże zainteresowanie młodzieży tą książką. Spodziewałem się, że trafi ona raczej do czytelnika starszego, ale okazuje się, że młodzież – jak zawsze zresztą, więc nie powinienem się dziwić – potrafi zaskakiwać i to w bardzo pozytywny sposób. Natomiast pisząc „Pamiętnik...” nie miałem wyznaczonego żadnego targetu czytelniczego, książka powstała zupełnie spontanicznie, bez jakiegokolwiek planu czy zamysłu ani tym bardziej zastanawiania się nad tym, jak i przez kogo zostanie odebrana.

Czy według Pana, homoseksualizm nadal w naszym społeczeństwie jest tematem tabu?
W niektórych kręgach na pewno nadal nim jest, ale od czasu napisania przeze mnie „Pamiętnika lesbijki” temat ten na stałe zagościł w debacie publicznej i zmienił postrzeganie przez ludzi tego zjawiska.

Nati w Pana książce jest zafascynowana zespołem Tatu, czy na początku milenium i Pan słuchał piosenek tego zespołu?
Na początku milenium nie znosiłem tego zespołu. Kiedy moja koleżanka z klasy przyniosła kiedyś ze sobą kasetę TATU i próbowała ją odtworzyć, miałem ochotę wyrzucić ją przez okno. Kasetę, nie koleżankę... Ta muzyka, zwłaszcza pierwszy album TATU, była dla mnie ucieleśnieniem popkulturowej tandety. Dopiero na studiach ponownie zetknąłem się z utworami TATU i wtedy nieco inaczej spojrzałem na tę muzykę – choć wówczas zespół ten brzmiał już trochę inaczej – drugi album został bardziej brzmieniowo dopracowany. Mój stosunek do TATU w tamtym okresie uległ zmianie i doskonale go oddają poglądy książkowej Nati, która widzi w tym zespole wprawdzie nadal produkt popkulturowy, ale posiadający jednocześnie istotne walory oraz swoją unikalność, a nawet określony przekaz.

Może pytanie dość banalne, ale jak i kiedy pojawił się zamysł, by stworzyć książkę o homoseksualizmie?
Właściwie nigdy nie było takiego zamysłu. Książka powstała całkowicie spontanicznie, praktycznie w przeciągu dwóch miesięcy. Tematyka homoseksualna została do niej wprowadzona tak trochę od tyłu - za sprawą mojego ówczesnego rozczarowania i sfrustrowania społecznym konstruktem mężczyzny, który w socjologii jest nazywany płcią kulturową. Ta powieść chyba bardziej z początku miała być czymś o rolach płciowych i społecznym postrzeganiu płci niż o orientacji seksualnej, a dopiero w trakcie pisania przybrała taką formę, jaką ma obecnie.

Deszcz głośno bębni w szyby, a Pan ciągle siedzi w swoim pokoju z książką w ręku, popijając ulubioną herbatę. Nagle, Pana uszu dosięga głos prezentera telewizyjnego, który ogłasza, że świat, jaki znamy zakończy się za 24 godziny, gdyż w planetę zmierza ogromna asteroida. Jak spędzi Pan ostatni dzień swojego życia?
Myślę, że podjąłbym wówczas straceńczą próbę odnalezienia sensu w życiu, którego ostatnio trochę mi brakuje, a jak już bym oprzytomniał i doszedł do wniosku, że chyba nie starczy mi na to czasu, skoro nie zdążyłem przez całe życie, to być może bym się z kimś po prostu przespał w oparach dobrego alkoholu i dymu ulubionych papierosów, których palenie rzuciłem dawno temu.

Według Pana, jak zakończy się świat? Jaki kataklizm jest najbardziej prawdopodobny?
Nie zastanawiam się nad tym, szczerze mówiąc. Nie jestem ani fatalistą, ani katastrofistą – nie myślę o końcu świata, dużo więcej myślę o jego trwaniu, to mnie zdecydowanie skuteczniej napędza. Wierzę w „Fundację” Isaaca Asimowa. ;)
Przyszło mi się wreszcie skonfrontować z drugą częścią dość przerażającej serii Jeffa VanderMeera. Pomimo iż poprzedniej części nie oceniłam wysoko, to jednak w głowie przypomniał mi się strach, który towarzyszył mi podczas czytania tej książki. Czy i tym razem włosy stawały dęba?

Strefa X nadal broni swoich tajemnic. Southern Reach, podupadająca rządowa agencja, do kolejnej próby zbadania terenu przydziela Kontrolera. Dla Johna Rodriqueza, śledczego po przejściach, to ostatnia zawodowa szansa. Poczynania nowego szefa nadzoruje tajemniczy Głos domagający się regularnych raportów. Okazuje się, że nie tylko w Strefie X działają siły zmieniające ludzki umysł. Czy mężczyzna będzie w stanie je ujarzmić?

Czasem ślepo podążam za kontynuacjami, nawet nie zwracając uwagi na to, o czym będzie następna część. Tym razem było tak samo. Chciałam poczuć te dreszcze, które niechybnie się pojawiają podczas wieczornego czytania. Jednak tym razem wkroczyłam w kompletnie inną odsłonę Southern Reach. W poprzedniej części poznajemy od podszewki Strefę X, gdzie wszystko jest inne, mroczne i niespotykane. Natomiast w Ujarzmieniu, jak sam tytuł na to wskazuje, poznajemy organizację i śledczego, który stara się rozwiązać zagadkę owej strefy.

Przyznam, że i w Ujarzmieniu nie brakowało momentów, gdy strach było odwrócić się za siebie lub gdy mroczki wpływały do świadomości. Właśnie tak działają na czytelników dzieła Pana Jeffa. Ma to swój niesamowity klimat, ale jednocześnie czegoś tutaj brakuje. Coś, co sprawia, że przemierzam strony prawie na bezdechu, a jednak ocena mówi sama za siebie. Czego więc zabrakło? Nie wiem, możliwe, że to Southern Reach tak na mnie wpływa i nie potrafię racjonalnie myśleć i odpowiednio analizować danej pozycji. Jest w niej jednak ten pierwiastek, który sprawia, że szybciej lub później po zakończenie trylogii sięgnę. Nie wyobrażam sobie również sytuacji, w której miałabym pochłaniać jedną część za drugą. Ona musi swoje odstać. Przynajmniej w moim przypadku.

W tej części jesteśmy zasypywani innymi zagadkami, kompletnie inną odsłoną tego problemu. Tym razem wchodzimy w organizację. Czy jest to możliwe, by i ona została zainfekowana? Pan Jeff to idealny manipulant. Swoimi książkami sam tworzy w umysłach czytelnika istną Strefę X. Z jednej strony chcesz odłożyć książkę, ale z drugiej, musisz wiedzieć jak się historia zakończy. Kompletna dezorientacja.

Tak, jeżeli chcesz się poczuć zmanipulowany, zdezorientowany i kompletnie wydzielony z tego świata, sięgaj po tę serię raz dwa. Pozwoli ci wniknąć w przerażający świat, który bardzo ciężko objąć umysłem.
Długo zastanawiałam się nad tym, czy po tę pozycję sięgnąć, czy jednak podarować sobie powrót do świata Antilii. Uznałam, że zaryzykuję, ale pomyślcie sobie, jak przeogromnie się zdziwiłam, gdy ostatni tom, tak naprawdę jest kolosem, ponieważ liczy sobie ponad 500 stron.

Nina wkroczyła w dorosłość w ekspresowym tempie, lecz zapewne nie sądziła, że przyjdzie jej się zmierzyć z tak wieloma zadaniami. W szczególności z jednym nadrzędnym, jakim jest ciąża. Może i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jako księżniczka musi bronić swój lud, a to właśnie jej dziecko, ma zagrozić jej nowo poznanemu światu – Mandorze.

Ostatni tom trylogii, nie może obejść się bez ogólnego rozrachunku serii. Pierwszy tom, był przyjemną młodzieżową lekturą, która umiliła mi wieczory. Natomiast drugi tom był porażką, po której nie sądziłam, że sięgnę po kontynuację. Jednak stało się inaczej i z jednej strony jestem zadowolona ze swojego wyboru. Ponieważ gdy zaczęłam czytać pierwsze strony, dostrzegłam jakiś progres w twórczości Pani Ewy. Czułam się, jakbym czytała książkę kompletnie innej Autorki.

Wśród bohaterów dostrzegamy zmianę. Wydają się oni nam bardziej dojrzali, fabuła zarazem jest przemyślana i sprawnie poprowadzona. Czegóż tak naprawdę chcieć więcej? Otóż, nie jestem do końca przekonana, skąd ta siła i wola Autorki do stworzenia takiego kolosa. Przyznam się szczerze, że pozycje w trylogii, bądź jakiejś serii, powinny być pojemnościowo takie same, bądź podobne. Tutaj natomiast otrzymujemy uderzenie w twarz pokaźną księgą. Nie sądzę, że to akurat jest wada, ale czuję, że Autorka bardzo wiele się nauczyła na podstawie swoich poprzednich części i doskonaliła swój zamysł, jak i warsztat.

Zastosowanie w tej części podziału na narrację Niny i Nicka, niezbyt przypadł mi do gustu. Trochę było zgrzytania zębami w moim przypadku. Może, ale tylko może, gdyby Autorka dostarczałaby takiego podziału od początku serii, to wszystko byłoby jak po maśle. Jednak wykorzystywanie najlepszych pomysłów w ostatnim tomie, nie było dla mnie czymś na plus.

Na początku Autorka przybliża nam poprzednie tomy, w przemyśleniach głównej bohaterki, co sprawia, że sami przypominamy sobie, co działo się wcześniej. Każdy Autor, powinien mieć właśnie taki wzgląd na czytelnika, bo przecież nie zawsze pamiętamy kto był kim.

W tej części nie odkryłam tego smaczku, którego zawsze szukam. Chociaż poprzednie części nie były najlepsze, to zawsze coś mnie w nich intrygowało. W pierwszej, była to tajemnica innego świata, w drugim poznawanie i podróżowanie po różnych planetach. Tutaj natomiast było tak dorośle i jednoznacznie. Chociaż z drugiej strony, gdy wnikamy w sposób myślenia bohaterów, sprawy ukazują się nam klarownie, a jednocześnie możemy zapałać sympatią do wielu bohaterów.

Ostatni tom, wywołał we mnie wiele sprzeczności. Gdyż ostatecznie nie jestem w stanie stwierdzić, czy polecać wam tę serię, czy jednak nie. Dla młodzieży, okaże się ona nie lada gratką, lecz dla starszych osób, może okazać się zapychaczem, bez którego tak naprawdę da się przeżyć.

Za tę lekturę dziękuję: Wydawnictwu Feeria
Och, ileż ja słyszałam o tej pozycji. I skoro zauważyłam ją na półkach księgarni za parę złotych, to przecież byłby to grzech nie skorzystać. Niby wszystko w niej jest, charyzmatyczna bohaterka, świat fantastyczny, przystępna akcja, to co tak naprawdę w niej nie zagrało?

Kiedy siostra MacKayli została zamordowana, pozostała tylko jedna wskazówka dotycząca okoliczności jej śmierci – enigmatyczna wiadomość na poczcie głosowej Mac. Dziewczyna jedzie do Irlandii w poszukiwaniu odpowiedzi i wkrótce odkrywa, że stoi przed nią jeszcze większe wyzwanie – pozostanie przy życiu na tyle długo, by zapanować nad mocą, której istnienia nie była nawet świadoma - darem, który pozwala jej spojrzeć poza świat ludzi, w niebezpieczne dziedziny elfów...

Czasem, ale naprawdę czasem, zastanawiam się, czy niektóre opinie innych, są pisane tylko i wyłącznie pod publikę. Oczywiście, każdy z nas ma inny gust, tylko co gdy zaczynam czytać książkę i zastanawiam się, czy tak naprawdę czytaliśmy tą samą pozycję? Jedni zachwalali śmieszne, humorystyczne dialogi. Ja się pytam: gdzie niby je znaleźliście? Nic śmiesznego tam nie znalazłam. Fakt, bohaterka jest błyskotliwa i nie należy do tych schematycznych, ale jednocześnie wpasuje się w ramkę irytującej. Wypadałoby poprzeć to jakąś częścią, więc proszę bardzo. Jeżeli wasza siostra zostałaby zamordowana, to czy zwracalibyście uwagę na inne przyziemne i te nadnaturalne rzeczy? Właśnie, ja też nie. Czasem miałam wrażenie, że bohaterka zapomina o tym, co jest jej głównym celem, czyli odnalezienie zabójcy jej siostry.

Tak naprawdę manewrujemy tutaj między dwoma bohaterami: Mac i Barronsem. Trochę chyba za mało, ale kto wie, może w kolejnej części spotka mnie większy zachwyt i zdecydowanie więcej akcji? Zarazem należy wspomnieć, że nie jest to zbytnio wymagająca lektura. Może stwierdzenie, że potrzeba więcej akcji, jest niezbyt trafione, bo coś tam się dzieje, ale za bardzo przeskakujemy między akcją właściwą, a jej brakiem. Zdaję sobie sprawę, że czasem należy zwolnić tempo, ale chyba nie aż tak.

Natomiast wykreowanie paranormalnych stworzeń, było ciekawym i udanym zabiegiem. To ta strefa tutaj nadrabia kulejące już wątki i postaci. Pomimo tych minusów, coś jest w tej historii, ale po opiniach innych spodziewałam się fajerwerków, a nie kilku niewypałów. Na pewno sięgnę po kolejną część, ale do końca nie jestem pewna, kiedy to nastąpi. Nie była to najgorsza lektura, jaką udało mi się w swoim krótkim życiu przeczytać. Nie sądzę, że powinniście omijać ją szerokim łukiem, ale zastanówcie się dwa razy, czy macie ochotę na odrobinę różu.
Riana niczego się nie boi, nawet tego, że będę wam tym razem przedstawiać pozycję, która idealnie nadaje się do czytania tam, gdzie król chodzi piechotą. Mogłabym nawet napisać wam to, że tym razem podejdziemy do tematu od dupy strony :) Muszę zaznaczyć, że ta recenzja, a w szczególności książka, jest dla ludzi, którzy podchodzą z dystansem do siebie. Witam was w toaletowym świecie, gdzie dowiecie się czegoś ciekawego, a przy okazji będziecie mogli załatwić swoją potrzebę. Musicie przyznać, że to dość użyteczne.

Kiedy tylko książka dotarła do mnie, cała rodzina była rozbawiona wydaniem tej pozycji. Ponieważ dołączony twardy, gryzący sznurek, przypomina ten, na którym wisiał papier toaletowy w dawnych wychodkach… Jeżeli wisiał. Takie dodatki zawsze wywołują u mnie uśmiech, ponieważ widać, że dane wydawnictwo stara się, by dana pozycja była niecodzienna. Najbardziej zaskoczył mnie tekst z tyłu okładki: „Papier podobny do toaletowego, zatem książka ma co najmniej dwa zastosowania.” Nie wiem, nie próbowałam, ale wierzę na słowo.

W pozycji widać płynność (ups, błędne słowo) tematów, które są tutaj poruszane, a raczej ciekawostki związane z danymi sytuacjami, bądź osobami. Fakt, nie każda ciekawostka wydała mi się intrygująca i jakoś szczególnie ważna by zapamiętać ją na dłużej. Lecz czasem przesiadujemy na stronach internetowych, w których czytamy o takich pierdołach, że ta pozycja w ostatecznym rozrachunku nie jest taka zła.

Najbardziej podobały mi się rozdziały Moje ciało moją zmorą i Naga prawda o seksie. Bo wiecie, fajnie wiedzieć, że wieloryb gładkoskóry posiada największe jądra wśród zwierząt i jedno waży ok. 500 kilogramów. A może chcielibyście się dowiedzieć, że najgorszymi siedliskami bakterii w szpitalach są piloty do telewizorów? Albo: w niektórych zakątkach świata wykorzystuje się mrówki legionowe, jako szwy chirurgiczne. I zdecydowanie nie chciałabym się znaleźć na Alasce, gdy  teraz posiadam wiedzę, że od 1976 r. jest tam najwyższy odsetek zgłaszanych gwałtów, w przeliczeniu na 10 tys. mieszkańców.

Naprawdę znajdziecie w tej pozycji wiele ciekawostek, których może i nie zapamiętacie na długo, ale zapewne będziecie mogli zabłysnąć na jakiejś nudnej imprezie. Jedynym mankamentem tej pozycji jest to, że czasem niektóre nazwiska celebrytów, nie są mi znane, więc nie mogąc się odnieść do tego, kim ta osoba jest, sprawiało wrażenie nudnych, suchych faktów. Ale nie martwcie, Elvisa przecież każdy zna.

Obojętnie czy lubicie czytać w toalecie, czy w innym miejscu, to pozycja dość ciekawa. Może i nie odmieni ona waszego życia, ale zapewne ubarwi szary, ponury dzień, a również mówiąc dostanie, ciężką kupę. Mówiłam, że do tej recenzji musicie podejść z dystansem ;)

Za dawkę śmiechu dziękuję: Wydawnictwu Pascal
Gdy tylko ujrzałam nazwisko Pana Łukasza na okładce, nie mogłam się powstrzymać przed tym, by nie zgarnąć takiej perełki dla siebie. Po BHO miałam wygórowane oczekiwania wobec tej pozycji i dodatkowo nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że i tym razem się nie zawiodę, a flaki będę się wałęsać po moimi nogami. Nie chcę skłamać, ale chyba pierwszy raz miałam styczność z książką, która została stworzona przez dwóch Autorów. Kompletnie nie wiedziałam, co z tego może wyjść. Jak to możliwe, by dwie osoby były w stanie stworzyć jedną spójną treść? Ale ponoć co dwie głowy, to nie jedna.

Tytułowe Miasteczko to Morwany, znajdujące się pośrodku lasu. Sama podróż do tego miasta jest nie lada wyczynem. Dla osób, które chcą odciąć się całkowicie od świata, to miejsce idealne – tak stało się w przypadku Marcina, który wyruszył na „wakacje” wraz ze swoją żoną, by przemóc swoją niemoc w napisaniu kolejnej książki. Jak to bywa z nami Polakami, nigdy nie zwracamy uwagi na szczegóły, które zwiastują nadchodzące niebezpieczeństwo.

Bardzo rzadko zdarza mi się sięgać po literaturę grozy, oczywiście jednocześnie zaznaczając, że uwielbiam się pławić w takich tematach. Uczucia, które towarzyszą mi podczas czytania takich pozycji, są nie do opisania, ponieważ nie należę do większości osób, które po takiej lekturze, będą bały się wyjść z pokoju ze zgaszonym światłem. Jednak wracając do Miasteczka, nie spodziewałam się aż tak dobrej historii, którą będę pochłaniać w zastraszającym tempie.

Wierzenia słowiańskie, przez Autorów tej pozycji nie są traktowane po macoszemu. Jest wypełniona nimi aż po brzegi i to sprawia, że tak mile była przeze mnie odebrana. Nie znajdziemy w nich hollywoodzkich mar, zagranicznych zagrań, tylko właśnie osiądziemy wraz z bohaterami w Morwanach i będziemy tylko marzyć o tym, by się z niego wyrwać.

Jednocześnie muszę zaznaczyć, że osoby o słabych nerwach nie mają czego szukać w tej lekturze. Słowiańskie wierzenia połączone są tutaj z erotyką i opływającą w gore. Autorzy nie oszczędzają swoich czytelników, potrafią w dosadny i niezwykle obrazujący sposób przenieść nas do strefy mroku, czy ukazać masakrę wywołujące ciarki na karku. Zakończenie to już inna historia, ponieważ nie będziecie się spodziewać takiego obrotu spraw.

Autorzy przemycili w tej historii nawet zagrania rynku wydawniczego i wspomnianą już przeze mnie niemoc twórczą. To była miła odmiana i czuję w głębi, że wszelcy Autorzy muszą spotykać się z takimi sytuacjami nie raz, a nawet i nie dwa. Potrafili również ukazać bohaterów w sposób realistyczny, co jednocześnie wpływa na nas tak, że niektórych z nich zaczyna nam być żal. Nikt, dosłownie nikt nie chciałby się znaleźć na ich miejscu. A zdecydowanie nie ja. Jednak poruszanie się między wyobraźniami Autorów, było miłym doświadczeniem czytelniczym i wiem, że do książek Pana Łukasza i Roberta, będę podchodzić ochoczo, gdyż mają niezwykły talent do spowijania nas czytelników w łańcuchach grozy.

Za tę dawkę grozy dziękuję: Wydawnictwu Videograf
Książka przeczytana w ramach akcji: Polacy nie gęsi i swoich Autorów mają
Chyba nie ma takiej osoby, która nie słyszałaby o serii Oddechy Pani Donovan. Sama odczuwałam niemałą przyjemność zagłębiając się w tych trzech tomach, i gdy tylko ujrzałam, że zostanie wydana kolejna pozycja Autorki, to nie mogłam się jej oprzeć. Pomimo tego, że byłam podekscytowana Co jeśli, to jednak podchodziłam do niej z wielką dozą sceptycyzmu. Zawsze gdzieś z tyłu odzywał się głos, że może Pani Donovan chcę poodcinać sobie kupony ze zgromadzonej rzeszy fanów, którzy ślepo sięgną po kolejne książki. Jakże wielce się myliłam, ponieważ zatraciłam się w tej lekturze na parę dobrych godzin.

Cal wspominając pewną sytuację z przeszłości, zaczyna rozmyślać o tym: co stało się z Nicole? Po maturze kontakt urwał się kompletnie, i tak naprawdę nikt nie wie co się z nią dzieje. Gdy jego myśli zaprząta dziewczyna z dawnych lat, nagle dostrzega w nieznajomej, błękitne oczy. Przecież to nie możliwe, by to była ona, lecz co jeśli…

Z każdą kolejną stroną wkręcałam się w historię tak bardzo, że nawet nie spostrzegłam, iż za oknem dawno niebo przykryła granatowa zasłona nocy. Bardzo rzadko zdarzają mi się sytuacje, w których pomimo zmęczenia krążącego na powiekach, nie jestem w stanie odłożyć lektury. Wzrok poruszał się po kolejnych wyrazach, chłonąc w szybkim tempie zdania, a dłonie niecierpliwie wierciły się na książce, by wreszcie odwrócić kolejną stronę. I tak mijały godziny, dopóty nie przeczytałam ostatniego zdania.

Nie sposób nie ujrzeć w tej historii pewnego rodzaju stylu i mody na tematy związane z nieszablonową miłością i krążącą wokół niej intrygą. Jednak ani trochę mi to nie przeszkadzało, ponieważ zdaję sobie sprawę, że jest to tak samo jak z marzeniami większości dziewczynek, które kiedyś chciały zostać księżniczkami. Porównywalnie tak jest z miłością. Każdy marzy o niej, jako wyróżniającej się pośród wszystkich norm i ogólnych ustaleń. Zachwycają nas opisy sytuacji, o których byśmy nawet nie pomyśleli, a co dopiero nasza sympatia. Kochamy osoby dążące za wszelką cenę do spełnienia własnych marzeń i po kryjomu zaczynamy tworzyć własne listy szalonych rzeczy, które powinniśmy zrobić przed śmiercią.

W Co jeśli znajdziecie wiele znaczących momentów, pozwalających oderwać się na chwilę od rzeczywistości. Przewracając kolejne strony będziecie w wolnym tempie odkrywać tajemnice przeszłości Cala. Już dawno nie spotkała mnie sytuacja, w której tak ogromnie wkręciłabym się w czytaną historię. A co najważniejsze, w głowie zaczęły mi się pojawiać myśli, że chętnie ujrzałabym wydarzenia zawarte w tej książce na srebrnym ekranie.

Podczas czytania starałam się analizować fakty, dostrzegać detale, by odkryć tajemnicę Cala i Nicole. Jakże wielce się zdziwiłam, gdy zostałam zamurowana, gdy okazało się, jak zakończyła się ta historia. Niewiadoma zostaje odkryta dopiero na końcowych stronach, co jednocześnie staje się perełką samą w sobie. Poruszająca i niezwykła historia, to zbyt mało wyrafinowane słowa, by zachęcić was do tej książki. Nie czekajcie chwili dłużej, tylko biegnijcie do księgarni, bo warto wydać pieniądze, by pozyskać i przeczytać nową książkę Rebecci Donovan.

Za tę cudowną historię dziękuję: Wydawnictwu Feeria
Tytuł oryginału: A March of Kings
Data wydania: 03.06.2015
Liczba stron: 248
Gatunek: Fantastyka
Seria: Krąg Czarnoksiężnika
Tom: II
Przeznaczenie bohaterów | Korowód królów
Wydawnictwo: Feeria Young


Nie musiałam długo czekać na kontynuację Kręgu czarnoksiężnika. Pierwsza część mnie ogromnie zafascynowała i zdecydowanie zaskoczyła, nie mogłam się wręcz od niej oderwać. Coś jest w tej historii, pomimo tego, iż nie jest to jakaś górnolotna seria, to jednak przyciąga mnie do siebie w niewytłumaczalny sposób. A dodatkowo, drugi tom jest pod patronatem Ujrzeć Słowa. W końcu Riana nie poleca wam byle jakich książek.

Pierwszy tom zakończył się w bardzo intrygującym momencie, gdyż nasz główny bohater Thor został zamknięty w lochu, za domniemaną próbę otrucia króla. Z tego miejsca nie mógł on znów ostrzec króla i to spowodowało, że Królewski Dwór stracił władcę. Korowód królów przeniesie was do miejsc intrygujących, przepełnionych walką o władzę, a nawet będziecie pławić się w uczuciu, które rodzi się pomiędzy Thorem a Gwendolyn. A to tylko namiastka tego, co będziecie na was czekać w tej kontynuacji.

Pomimo iż pozycja liczy sobie niewiele stron, to jednak jest przepełniona wieloma wydarzeniami, które chwytają za serce. Pani Rice ma niezwykle wiele pomysłów na skomplikowanie życia młodemu Thorowi. To taka typowa fantastyka dla młodzieży, podczas której nie ma sposobu na nudę. Ciągle poznajemy świat Kręgu w nowych odsłonach, wędrujemy coraz dalej, uczymy się zwyczajów pospólstwa, jak i tych urodzonych wyżej w hierarchii. Oczywiście, możecie stwierdzić, że treść wydaje się błaha i czasami można ją przewidzieć, jednak musicie mieć na uwadze to, że jest to pozycja dla nastolatków. Starałam się więc odmłodzić podczas czytania tej książki i jestem pewna, że osobom w młodym wieku się spodoba.

To naprawdę dobre zagranie Autorki, że w kolejnej części zostały przedstawione nam odpowiedzi na dręczące nas pytania, lecz jednocześnie podczas lektury zadajemy kolejne i znów musimy czekać na trzeci tom. Jednak jeżeli pozycja jest bardzo dobra, to w takim razie mi to w ogóle nie przeszkadza. Do dnia kolejnej premiery, co jakiś czas będą mi krążyć w głowie myśli, co tym razem spotka głównego bohatera, jak sobie poradzi z wyzwaniami stawianymi przed nim? Musicie pamiętać również o jednym, czeka nas jeszcze naście części tej serii i mam tylko ogromną nadzieję, iż wydawnictwo wyda ją w całości.

Zaznaczałam już to we wcześniejszej recenzji, lecz muszę powtórzyć: historię poznajemy z różnych perspektyw. Nie mogę dokładnie stwierdzić, czy tak naprawdę mamy do czynienia z Thorem jako głównym bohaterem, ponieważ obracamy się wśród wielu bohaterów. Autorka posiada duży talent do wykreowania postaci w sposób realistyczny, co sprawia, że sami możemy zdecydować, do których bohaterów pałamy sympatią. Uważajcie, czarnych charakterów tu nie brakuje.

Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić wam tę kontynuację. Jeżeli jeszcze was do niej nie przekonałam, to już nie wiem co mogłoby sprawić, byście sięgnęli po tę serię. Może konkurs? W sumie, czemu nie. Mam dla was dwa egzemplarze Korowodu królów. Poniżej regulamin:

1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga: http://ujrzec-slowa.blogspot.com/, czyli Riana.
2. Sponsorem nagród jest : Wydawnictwo Feeria.
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest zgłoszenie się w komentarzu i odpowiedzenie na proste pytanie i trzymanie kciuków, że maszyna losująca (w postaci mojej ręki) wybierze właśnie Ciebie!
4. Konkurs trwa od 14.06.2015 roku do 30.06.2015 roku do godz. 23.59 i wyniki ogłoszę w ciągu 7 dni od daty zakończenia konkursu.
5. Nagrodą są dwa egzemplarz książki: „Korowód królów" - Morgan Rice
6. W konkursie może wziąć udział każdy.
7. W konkursie mogą brać udział tylko osoby mieszkające w Polsce, książki nie są wysyłane za granicę.
8. Zwycięzca ma 3 dni na odpowiedź na mojego e-maila informującego o wygranej, jeżeli tego nie zrobi, nastąpi ponowne losowanie.
9. Nie wymagam, byście dodali mój blog do obserwowanych, czy udostępnili informację gdzieś w Internecie, lecz jeżeli dołączycie do obserwatorów otrzymacie + 1 los, a gdy udostępnicie informację o konkursie +1 los. Możecie również polubić blog Ujrzeć słowa na facebooku, to znów dodatkowy los. W takim wypadku, za jednym zgłoszeniem, możecie otrzymać aż 4 losy!
10. Pytanie: Z ilu części składa się cała saga Kręgu Czarnoksiężnika? (Mam na myśli oryginalną, anglojęzyczną wersję)

Odpowiedzi szukajcie tu: Klik lub tu: Klik

Wzór zgłoszenia:
Zgłaszam się!
Odpowiedź: 
Obserwuję, jako (blogger czy google+):
Fb lubię jako: 
Baner:
E-mail:



Już na samym początku bije do nas informacja, że jest to książka dla dorosłych. Zaczynasz więc się zastanawiać, dlaczego jest taki napis, czy są tam krwawe sceny? Może flaki walające się pod nogami, a może jednak sceny łóżkowe? No cóż, co innego nasze wyobrażenia, a co innego serwuje nam autor.
Każdy chyba wie, kim jest najemnik. Wystarczy mu zapłacić i już jest po twojej stronie. Przenosimy się w tej pozycji do świata wojen i wielu intryg. Takim oto sposobem Autor zaprasza nas do Orgonu.

Wspomniałam kilka linijek wyżej, że to książka dla dorosłych. Niestety ja odniosłam wrażenie, że w większości jest to przez nadużywanie przekleństw. Ja wiem, że szmiry, które są najemnikami, to tak naprawdę typki spod ciemnej gwiazdy, więc taki język nie dziwi. Jednak podczas czytania bardzo mi to przeszkadzało, nie żebym była świętoszką, która przeklinać nie umie, ale co za dużo to nie zdrowo. Musiałabym wspomnieć również o okładce, która chyba była strzałem w stopę, w rzeczywistości jest tak ciemna, że ledwie można cokolwiek dostrzec.

Bitwy, które przewijają się w tej historii, momentami są zbyt przydługie i najprościej w świecie nużą. Narracja czasami pozwala nam przeżyć miłe chwile i wciągamy się w historię bez reszty, by potem dochodziło do wydarzeń, przez które chcemy przebrnąć jak najszybciej. Nie wiem od czego to zależy, ale miałam wrażenie, że książka jest bardzo nierówna. Myślałam, że pozycja idealnie wpasuje się w mój gust, jednak w tym przypadku odrobinę się zawiodłam.

Do plusów należy zaliczyć bohaterów, którzy w większości są prostaczkami, i można dostrzec to w ich wypowiedziach. Jednocześnie my jako czytelnicy, czerpiemy z tego przyjemność. Pomimo obszerności tej pozycji, Autor skupia się na kilku postaciach, co jest zbawienne, bo nie plątamy się między dziwnymi imionami. No i zakończenie, które urywa historię w pewnym momencie. Udane zagranie, które sprawi, że czytelnicy będą chcieli sięgnąć po drugi tom.

Nie mogę powiedzieć, że jest to zła książka i wam jej nie polecam, bo nie mogłabym wytrzymać ze swoim sumieniem. Ma w moim odczuciu kilka minusów, ale pomimo tego jest ciekawą czytelniczą odskocznią w świat najemników. Jeżeli jesteście fanami czystej fantastyki, to musicie się za nią rozejrzeć.

Za wczroczenie w świat najemników dziękuję: Wydawnictwu Forma
Kiedy o danej książce jest głośno, nie ma możliwości, bym nie zainteresowała się daną pozycją. W szczególności, gdy sam tytuł, który zwiastuje niewygodne tematy dla naszego społeczeństwa. Nie wiedziałam w jaki styl wejdę tym razem, ani czy pozycja mi się spodoba. Lecz uwielbiam się pławić w tematach kontrowersyjnych, bo może odnajdę w nich jakąś niespotykaną dotąd prawdę.

Nati, jest główną bohaterką tej pozycji i jakby na to nie spojrzeć, zagłębiamy się w tej książce w jej przemyślenia, poznajemy nietuzinkowy charakter, a przede wszystkim małymi kroczkami wtapiamy się w otoczenie i staramy się ją zrozumieć. Nie pała ona przychylnością do mężczyzn, wręcz rozkłada ich gesty i słowa na czynniki pierwsze. Można by pomyśleć, że jest zagorzałą feministką, lecz nic bardziej mylnego. Wszystko zmienia się gdy poznaje Manat, gotkę, która otwiera jej umysł na inne doznania.

Przebrnięcie przez pierwszych kilka stron było dla mnie nie lada wyczynem. Nie dlatego, że historia jest źle napisana, po prostu zagłębiałam się w niektórych słowach, których najprościej w świecie nie rozumiałam. Słowa zahaczają o filozofię i tworzą się dzięki temu zdania pełne artyzmu. Jednak dostosowanie się do narracji, było najprzyjemniejszą rzeczą, z jaką mogłam się ostatnio spotkać. To jedna z tych chwil, gdy sądzisz, że książka nie będzie dobra, a tu nagle bum, czytasz dalej i wiesz, że tak szybko o tej historii nie zapomnisz.
Stykam się w tramwaju z obcymi sobie jestestwami i odczuwam potęgujący się ból wyobcowania. Na chwilę strumyczki ich osobowości przecinają się z moją zdekomponowaną, hermetyczną osobowością mizantropki. Ach, te spotkania mikroświatów… Robię głośniej discmana i zaciskam usta, aby nie wydarł się z nich żaden krzyk… Ani szept.
Sądzę, że poznając Nati, przenosimy się do początku tego milenium. W końcu wtedy nastąpił rozkwit zespołu Tatu. Pan Eryk nie oszczędza swoich czytelników, ukazuje prawdę tamtych czasów, nie tylko w sposób nietuzinkowy, ale przede wszystkim dosadny. Przewijają się w tej historii wiecznie przeklinające dresy, odrzuceni społecznie goci, czy utarczki społeczne z nimi związane. A co najważniejsze, Autor potrafi zaskoczyć czytelnika, ukazując do czego są zdolni ludzie, jakie myśli krążą w ich głowach i jakie odniesienie ma to do codziennego funkcjonowania tych grup społecznych.

Pozycja ta jest niezwykle dopracowana i ukazuje kunszt pisarski Autora. Jeśli sięgnięcie po tę pozycję, będziecie mieli możliwość poznania tekstów piosenek, które idealnie wpasowują się w wypowiedzi bohaterów, czy nawet dostrzeżecie sentencje łacińskie, a  przede wszystkim wejdziecie w umysł zagubionej osoby, która nie ma pojęcia, co się z nią naprawdę dzieje. Dziś homoseksualizm, nie jest według mnie takim tematem tabu, jakim był piętnaście lat temu. Oczywiście znajdą się osoby, które są temu przeciwne, uważają, że takie osoby powinny siedzieć w zamknięciu, a przede wszystkim powinny się leczyć. Pati – przyjaciółka Nati, właśnie należy do takich osób. To sprawia, że historia ma taki smutny wydźwięk.

Chociaż to całkowicie niepozorna książka, która ma większy tekst, jest cieniutka, to jednak treść w niej zawarta wnika w głąb czytelnika, jest przejmująca i sprawia wrażenie potrzebnej. Wkraczając w umysł Nati, poznajemy sposób myślenia osób, które nie wiedzą dokąd dążą oraz nie potrafią zrozumieć samych siebie.

Sądzę, że pozycja miała mnie zszokować, ale nie w taki sposób, że czytam o lesbijce i będę poznawać smaczki związane z tą orientacją. Zaskoczyła mnie w sposób pozytywny, bo odkryłam w niej perełkę i sądzę, że każdy powinien zagłębić się w jej treść, nawet Ci, którzy nie tolerują homoseksualistów. Może ta pozycja ukaże wam ich w całkowicie innym świetle?
Ludzie wciąż mnie zaskakują, ale ty mnie zaskoczyłaś pozytywnie i to mnie najbardziej dziwi.
Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Wieża Czarnoksiężnika 
Książka przeczytana w ramach akcji: Polacy nie gęsi i swoich Autorów mają

Niecodzienne słowo – Zoomorfizm, zblazowany, zecer


Zoomorfizm – przedstawienie jakiegoś bóstwa w postaci zwierzęcej, bądź ze zwierzęcymi atrybutami

Zblazowany – ktoś obojętny, znudzony dużą ilością swoich doznań i przeżyć

Zecer – dawniej człowiek zajmujący się ręcznym bądź maszynowy składaniem tekstu


Film warty obejrzenia – Zielona mila, Zanim odejdą wody, Zejście


Zielona mila – Tego filmu po prostu nie możecie nie znać. Wzruszający, prawdziwy, z pewną dawką zdarzeń nadnaturalnych.
Emerytowany strażnik więzienny opowiada przyjaciółce o niezwykłym mężczyźnie, którego skazano na śmierć za zabójstwo dwóch 9-letnich dziewczynek.

Zanim odejdą wody – To jeden z tych głupich komedii, ale jeśli tylko macie dobry humor, to nie możecie przejść obok niego obojętnie.
Peter ma zostać ojcem i chce zdążyć na poród żony. Zrządzenie losu skaże go na towarzystwo nieznośnego początkującego aktora.

Zejście - Możliwe, że film jest odrobinę irytujący, a aktorzy mogliby sie odrobinę bardziej postarać, ale ja lubię takie horrory. 
Uwięzione w jaskini grotołazki rozpaczliwie poszukują wyjścia. Nie podejrzewają, że wkroczyły na cudzy teren. 

Książka, która wywarła na mnie wrażenie: Zniszcz ten dziennik. Kreatywna destrukcja

Dużo jest opinii na temat tej "książki", ale ja wam pokażę, że można się z nią nieźle bawić :)
Dzisiaj tak wygląda mój egzemplarz, pognieciony, ale za to jaki kolorowy :)

Uwaga, są cycki, akurat playboy pod ręką, to cóż zrobić?

Pierwsze kroki w rysowaniu, kolorów jeszcze nie ma, a to tylko szkice

Wiecie ile musiałam ją kolorować?

Ja narysowałam Wojtka, a chłopak mnie. I to wszystko lewą ręką!

Skoro bębnić, to czemu nie ołówkami po bębenku?

Niby wiemy jakie są słowa, ale ciężko je na poczekaniu wymyślić

Zła ośmiornica złapała łódź podwodną. Nawet rybka jest zniesmaczona

Często gęsto o tym zapominam, ale kilka cudeniek się znalazło

Pomysł zapożyczyłam gdzieś z internetu, fajna sprawa

Uwaga zdjęcie zawiera lokowanie produktu :D

Książka, która wywrze na mnie wrażenie: Zatrute ciasteczko

Jest początek lata w sennej angielskiej wiosce Bishop's Lacey. W wielkim domu Buckshaw ambitna młoda odkrywczyni Flawia de Luce przeprowadza eksperymenty chemiczne w laboratorium odziedziczonym po ekscentrycznym wuju. Pracuje nad truciznami. Pewnego ranka na grządce z ogórkami odkrywa trupa. Zostawia probówki i palniki Bunsena, postanawia rozwiązać osobiście kryminalną zagadkę, ku utrapieniu miejscowej policji. Ale czyż można ją winić? Czy jedenastoletnie cudowne dziecko ma inny wybór? Tym bardziej, że zostawione jest samo sobie i zmaga się z jawną wrogością sióstr i obojętnością owdowiałego ojca, którego całym światem jest kolekcja znaczków.


Autor i jego twórczość – Ziemiański Andrzej

Pan Andrzej napisał, masę książek. Lecz najbardziej znany jest z serii o Achai.  Zastanawiam się, czy i mi się spodoba :)

Cytaty


„Zabijanie dla pokoju jest jak pieprzenie się dla cnoty.”Stephen King – Serca Atlantydów

„Zawsze trzeba być ostrożnym z książkami i z tym, co w nich jest, bo słowa mają moc zmieniania ludzi.”
Cassandra Clare – Mechaniczny anioł

„Zawsze na świecie ktoś na kogoś czeka.”Paulo Coelho – Alchemik



Nastał ten smutny czas, bo nadszedł koniec tego cyklu. Wiele nerwów mnie kosztował, ze względu na to, że czasem miałam problemy ze znalezieniem odpowiedniego słowa, filmu, czy cytatów. Teraz będę prowadzić nowy cykl, który raczej będzie się pojawiał rzadziej. Możliwe, że raz na miesiąc. A będzie to: Riana rozmyśla.


Dodatkowo, wyjeżdżam, a raczej wylatuję jutro do Londynu, na trzy dni, spodziewajcie się relacji z tego wypadu po przyjeździe, w szczególności, że będę odwiedzać Warner Bros Studio ;)