Patrzeć nie znaczy widzieć

A czy Ty potrafisz ujrzeć słowa?
Znajdź mnie
Ta książka, gdy tylko zauważyłam ją w zapowiedziach, krzyczała do mnie: bierz mnie! A więc wzięłam, nawet nie zwracałam uwagi w co tak naprawdę wdepnę, ponieważ sama okładka, przecież jest zapowiedzią niezwykłej lektury. Ty razem na całe szczęście się nie myliłam.

Pewnego dnia Thilli odkrywa w kuchni ciało zamordowanej matki. Po tym tragicznym wydarzeniu wraz z ojcem przenosi się do nowego domu w innym mieście. Zaczyna także naukę w nowej szkole, gdzie stara się wtopić w tłum rówieśników. Nie jest to jednak takie proste. Thilli otrzymuje od ojca zamkniętą szkatułkę, w której znajduje się list od zmarłej mamy. Zszokowana jego treścią, nie jest w stanie doczytać go do końca. Od tej chwili nic nie jest już takie samo. W znany jej świat wkraczają istoty znane jej jedynie z prastarych mitów, a ona sama dowiaduje się, że jest kimś innym, niż do tej pory sądziła.
Niby opis nie jest zbytnio zaskakujący i zdecydowanie nie jest nowatorski, a jednak mnie coś do tej książki skłoniło. Fakt, gdy weźmiecie tę książkę do ręki, pomyślicie o tym, że niemożliwe, by stworzyć taką małą cegłę i to w dodatku w dobrym stylu, a jednak. Pani Alice wykonała dobrą pracę, widać w tej pozycji zaangażowanie i dopieszczenie nawet najmniejszego szczegółu. Nie jest to kolejny romans z dawką fantastyki, która przewinie się wam przez dłonie, o to martwić się nie musicie. Charakter Thilli nie zasieje w was ziarenka niepewności, że to nie jest historia dla was, wręcz przeciwnie.

Nie twierdzę, że w jakimś stopniu podobnych historii nie czytaliście już w swoim życiu, ale tak dopracowanej lektury na pewno nie. Autorka niezwykle dobrze radzi sobie z dawkowaniem napięcia w czytelniku za sprawą przedstawionej treści, a jednocześnie zostawia niedosyt i nawet nie zaczynajcie narzekać. Przecież każdy uwielbia ten niedosyt. Sama Thilii nie jest głupiutką nastolatką jakich wiele, nawet pozostałe postacie wyróżniają się z całej gamy bohaterów, jakich do tej pory udało wam się poznać.

Od strony technicznej, nie mogę niczego zarzucić. Zastosowany tutaj podział narracji, na różnych bohaterów, nie jest niczym nowatorskim, ale jednocześnie zaskakuje, ponieważ widać w każdej z nich osobisty wydźwięk. Do tego wszystkiego dołączone są rysunki. To tak mały, a zarazem wielki składnik, który dopełnia całości tej historii. Tak wielu Autorów zapomina o takich dodatkach, a przecież czytelnicy uwielbiają takie obrazki. Tutaj naprawdę macie na co oko zawiesić. Dodatkowo dostrzeżecie tutaj nawiązania biblijne, i chociaż jestem ateistką, to historie biblijne przedstawione w tej historii są bardzo ciekawe i w niewytłumaczalny sposób łączą się z teraźniejszością zawartą w tej książce.

Jedyne co mogłabym zarzucić tej historii, to ta wspomniana obszerność. Moim zdaniem z kilku wątków można by zrezygnować, by pozycja miała odrobinę mniej stron, ponieważ dla wielu osób może być to zbyt dużo, by po nią sięgnąć. Ale tak jak napisałam: nie macie się czego obawiać, to naprawdę świetnie napisana historia, z ogromną dawką wyobraźni. Mogę z ręką na sercu stwierdzić, że to naprawdę udany debiut.

Za pozycję dziękuję : Wydawnictwu Novaeres
Książka przeczytana w ramach akcji: Polacy nie gęsi i swoich Autorów mają
Poznawanie twórczości Pana Jakuba rozpoczęłam od Chłopców. Niezwykle mi się ta seria podobała, na półce również czeka Kłamca, i oczywiście nie mogłam się powstrzymać przed sięgnięciem po Ciemność płonie. Chociaż muszę przyznać, że miałam pewne obiekcje. Sądziłam, że zwykłe opowiastki do mnie nie trafią, a tu proszę, takie zaskoczenie, w dodatku są to niezwykłe opowieści.

Katowice Główny to miejsce, przez które przewijają się dziennie tysiące ludzi. Większość pojawia się tam na moment, część została na znacznie dłużej. Bezdomni. Wybrani. Niegdyś mieli rodziny, pracę, wiedli mniej lub bardziej szczęśliwe życie. Dziś mają tylko siebie i stare, śmierdzące dworcowe hale. Wybrała ich bowiem Ciemność. Zapłonęła i nigdy już nie zgasła.

Już na samym początku, muszę napisać, że ja miałam tę „przyjemność” przechadzania się po starym dworcu w Katowicach. I musicie wiedzieć, że najprzyjemniejsze miejsce do spacerów, czy nawet czekania na pociąg, to nie było. Nie mniej jednak, nawet nie pomyślałabym, że Pan Jakub stworzy tak genialną książkę, która odsłoni mankamenty dawnego dworca w tak fantastyczny sposób. Może nie fantastyczny, a w sposób przelania do tej historii dawki grozy.

Może moja wysoka ocena jest właśnie odzwierciedleniem tego, że wiem, jak dworzec wyglądał i czasem wieczorne czekanie na pociąg, można było przyprószyć dawką horroru. Właśnie na podstawie odczuć osobistych, Autor dodał do tej historii mroczną historię, która sprawia, że ciemność płonie. Nawet zamieszczenie w tej historii religii i egzorcyzmów nic nie dało, w końcu ciemność rządzi się własnymi prawami.

Akcja zaskakuje czytelnika na każdym kroku, a bohaterowie, są wykreowani realnie i co najważniejsze, każdy z nich zyskuję naszą przychylność. Nie wszyscy bezdomni na dworcu, muszą być menelami z pod najciemniejszej gwiazdy. Według Pana Jakuba, Wybrańcy – główni bohaterowie, są zmuszeni do przebywania wieczorami i nocami na dworcu, bo gdy tego nie zrobią, zostaną oni skazani na wieczne potępienie w ogniu i nicości. Osoby wrażliwe nie mają czego szukać w tej pozycji, ponieważ nie brakuje tutaj obrzydliwych scen i dosadnych dialogów.

Nawet czasem zastanawiałam się nad tym, że ta historia mogłaby ujrzeć światło dzienne na srebrnym ekranie. Czuję w kościach, że można by stworzyć z niej wielki hit kinowy. To właśnie zasługa Autora, że w tak przejrzysty i niekonwencjonalny sposób ukazał tę historię. A my tylko myślimy o tym, co będzie czekać nas na kolejnej stronie. Ja po prostu jestem zaskoczona całą otoczką tej historii, wykorzystaniu w niej tak wiele szczegółów, które dostrzegł Autor podczas przebywania na dworcu; opowieści dworcowe właśnie ukazują, co a przede wszystkim kto miał wpływ na tę książkę.

Może to i dobrze, że dworzec jest już odnowiony i nie będzie mi dane czekać na peronie, gdy z tyłu głowy będzie gdzieś się odzywać ta historia. Bo gdyby się nie zmienił, to chyba miałabym stracha, a nawet i pełno w gaciach, że któryś z bezdomnych, będzie chciał mi ukraść moją monetę, a ja wtedy będę skazana na wieczną tułaczkę po dworcu…

Za tułaczkę po Katowickim dworcu dziękuję: Wydawnictwu SQN
Każdy z nas posiada inne zwoje mózgu, a co za tym idzie, nie ma chyba możliwości, by pojawiły się na świecie dwie takie same wyobraźnie. To jest właśnie magiczne, ponieważ jeżeli Autor bądź autorka korzysta z niej garściami, to nie ma sposobności, by nie zachwyciła ona swoich czytelników. Tym razem jednak, Pan Bartosz zaskoczył mnie przeogromnie, ponieważ wreszcie nasyciłam się gore.

Jak zwykle znów wam napiszę, że zbiór opowiadań, zawsze rządzi się swoimi prawami, bo nie każde opowiadanie musi być na wagę złota. Tym razem jednak, w mojej ocenie oczywiście, każda treść jest na swój sposób ciekawa i niezwykle miło było mi się w nie zagłębiać, tylko nie zapominajcie: musicie lubić obrzydliwe tematy. Sądzę, że niezbyt wielu jest czytelników, których nic nie obrzydza, a w dodatku takie tematy ich w jakiś sposób kręcą. Nie chcę mówić i nawet tak nie myślę, że o jakie genialne pomysły, bo przecież na co dzień nie myślę o wyrywaniu czyichś genitaliów. Tak, tak, przygotujcie się na ogromną dawkę krwi, flaków, zboczonych dewiacji. Niech okładka was nie zmyli.

Osiem opowiadań, składa się na tę antologię. Z jednej strony są bardzo rozbieżne tematycznie, ale jednocześnie mają w czytelniku wzbudzić wiele emocji. Mnie wiele nie zaskakuje w życiu. Żaden autor nie napisze rzeczy tak obrzydliwej, bym poczuła się urażona. Jednak Pan Bartosz dał mi taką dawkę horroru, grozy i dozy obrzydliwości, że czuję się spełniona. Jeżeli pierwsze opowiadanie będzie dla was zbyt obcesowe, to nie macie czego szukać w dalszej części.

Nie ma możliwości, byście w tych tekstach dostrzegli pewną schematyczność. Drugs love story, wchodzi w tematy dewiacji seksualnych. Cyrk straceńców ukazuje oblicze ludzkiego obłędu. Bies namiętności i Dobra zła wena jest odrobinę inna od pozostałych opowiadań, jednak są lekkie, ale jednocześnie intrygujące. Błękitne oczy są moim faworytem, ten tekst ukazuje nam grozę w czystej postaci i nieobliczalność człowieka. Utopiny to opowiadanie z pogranicza Archiwum X. Natomiast Stay High opowiada o obłędzie, gdzie rzeczywistość miesza się postrzępioną wyobraźnią. No i ostatnie opowiadanie Elektro, nawiązuje do tortur. Jedynie Bies namiętności i Dobra zła wena, niezbyt przypadły mi do gustu, jednak bardzo przyjemnie się je czytało.

To naprawdę pozycja dla ludzi o mocnym nerwach, którzy nie posiadają żadnego tematu tabu. Czytając te opowiadania czułam się zbrukana, ale jednocześnie chciałam wiedzieć co zdarzy się na kolejnej stronie. Życzę Autorowi jak najlepiej, bo tej trzeciej strony wyobraźni, którą ukazuje nam czytelnikom, możemy mu tylko pozazdrościć i nie mogę się doczekać, aż przeczytam kolejne teksty Autora.

Za tę dawkę nietuzinkowych emocji dziękuję Autorowi.
Książka przeczytana w ramach akcji:  Polacy nie gęsi i swoich Autorów mają

Niecodzienne słowo – Wagabunda, wihajster, waleta


Wagabunda – jest to określenie na podróżnika, włóczęgę

Wihajster – niewielki przyrząd o nieznanej nazwie dla mówiącego

Waleta – wiersz pożegnalny, rozstających się kochanków, charakterystyczny dla epoki renesansu i baroku. Oznaczało dawniej zostanie lub pożegnanie

Film warty obejrzenia – WALL·E, Więzień nienawiści, Wywiad z wampirem, Wysłannik piekieł


Wall-e – Czy naprawdę jest ktoś jeszcze na tym globie, kto nie zna tej bajki? Uwielbiam ją nie tylko za romantyczny charakter, lecz za wizję naszego świata. Bo sądzę, że właśnie sami dążymy do naszej destrukcji.
Daleka przyszłość. Ziemię opuszczoną przez ludzi próbuje uprzątnąć uroczy robot WALL.E. Pewnego dnia na planetę przybywa EVE – przepiękna, nowoczesna maszyna, która szuka oznak życia.

Więzień nienawiści – Neonaziści to temat bardzo rozległy, jeżeli interesują was one, to musicie go obejrzeć! W dodatku, nie raz zakręci wam się łezka, a dodatkowo będziecie zszokowani.
Były neonazista po wyjściu z więzienia stara się przekonać młodszego brata, by nie podążał jego śladem.

Wywiad z wampirem - Tutaj chyba nie muszę nic pisać. Musicie go obejrzeć, jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście.
Historia wdowca, który by przestać cierpieć, zostaje przemieniony w wampira. Jego charakter nie pozwala mu zabijać ludzi z zimną krwią, ale nie jest na tyle silny, by wybrać samobójstwo.

Wysłannik piekieł - Jeden z moich ukochanych filmów grozy. Oglądajcie go przy zapalonym świetle!
Frank Cotton nabywa tajemniczą kostkę, za pomocą której można przywołać demony z piekła.

Książka, która wywarła na mnie wrażenie: Wieczni

Kiedy doktor Luke Findley rozpoczyna wieczorny dyżur w szpitalu w St. Andrews – małym miasteczku w najbardziej wysuniętym na północ zakątku Maine – spodziewa się kolejnych pacjentów z drobnymi obrażeniami i ofiar awantur domowych, tymczasem policja przywozi młodą kobietę, Lanny. Dziewczyna jest oskarżona o zamordowanie człowieka i pozostawienie jego ciała w lesie. Lanny twierdzi, że oboje mieszkali w miasteczku dwieście lat temu. Luke zafascynowany słucha jej opowieści i pomaga uciec przed policją. Człowiek w lesie, Jonatan, jest synem założyciela miasteczka i miłością Lanny. Dziewczyna, chcąc go zatrzymać, popełnia straszliwy występek, a sprawy przybierają nieoczekiwany obrót. Na jej drodze staje uroczy, acz przerażający Adair, człowiek obdarzony ponadnaturalnymi mocami, wśród których jest też zdolność czynienia ludzi nieśmiertelnymi. Dzięki Adairowi Lanny wymyka się śmierci i wkracza w jego świat, świat niezwykłych rozkoszy zmysłowych i pozornie nieograniczonej władzy… Adair nie jest jednak tym, za kogo Lanny go bierze, nagle okazuje się, że to od niej zależy, czy uratuje ukochanego Jonatana i siebie od straszliwego losu, który trwać może przez całą wieczność.

Książka, która wywrze na mnie wrażenie: Więzień Labiryntu

Chociaż mam już za sobą ekranizację, to nie mogę się doczekać, aż przeczytam książkę.

Kiedy Thomas budzi się w ciemnej windzie, jedyną rzeczą jaką pamięta jest jego imię. Kiedy drzwi się otwierają jego oczom ukazuje się grupa nastoletnich chłopców, która wita go w Strefie – otwartej przestrzeni otoczonej wielkimi murami, która znajduje się w samym centrum wielkiego i przerażającego labiryntu.

Podobnie jak Thomas, żaden z mieszkańców Strefy nie wie z jakiego powodu się tu znalazł i kto ich tu zesłał. Czują jednak, że ich obecność nie jest przypadkowa i każdego ranka próbują znaleźć odpowiedź, przemierzając korytarze otaczającego ich labiryntu. Jednak ta droga nie jest łatwa, bowiem labirynt skrywa swoje okrutne tajemnice.


Autor i jego twórczość – Wells Jaye


Jaye Wells jest Autorką książek o Sabinie Kane. 
Sabina nie pasuje do świata, w którym posiadanie mieszanej krwi jest poważnym grzechem. To, że jest zabójczynią – jedyna profesja odpowiednia dla wyrzutka – nie poprawia sytuacji. Ostatnie zadanie, które ma wykonać na rozkaz babki Lawinii, zagraża kruchemu pokojowi między wampirami i magami. Owładnięta wątpliwościami Sabina, próbując stwierdzić, po której jest stronie, z niespodziewaną pomocą kota-demona odkrywa splątaną sieć intryg, nieprzyjemne fakty dotyczące rodziny i… nowe umiejętności. Skutki mogą być fatalne…

Cytaty


„W chwili, kiedy zastanawiasz się czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze.”
Carlos Ruiz Zafón – Cień wiatru

„Wiesz... gdy się jest bardzo smutnym, lubi się zachody słońca...”
Antoine de Saint-Exupéry – Mały Książę

„Więc kiedy szepce:
- Kochasz mnie. Prawda czy fałsz?
Odpowiadam:
- Prawda.”
Suzanne Collins – Kosogłos
Znów poczułam się oszukana. Jak często zdarza mi się to ostatnimi czasy. Może bywam naiwna i w tym przypadku niezbyt wczytałam się w recenzje innych czytelników, w szczególności, jeżeli mówimy o tych, które znajdują się w dalszych podstronach.

„Niewolnicy Snów” Dominiki Budzińskiej to pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji i zaskakujących zdarzeń historia młodej dziewczyny, którą zaczynają nawiedzać dziwne sny i mrożące krew w żyłach koszmary. Jej dotychczas poukładany świat burzą nagłe zmiany, a wokół zaczynają dziać się rzeczy, których nie potrafi wytłumaczyć i zrozumieć. Pomagają jej nowi przyjaciele, a wśród nich tajemnicza Sofie i Scott, któremu przychodzi odegrać szczególną rolę w życiu młodej bohaterki. Okazuje się, że głęboko skrywana rodzinna tajemnica musi wreszcie wyjść na jaw, a kolejne sny stają się istotnym tropem w mozolnym dążeniu do odkrycia prawdy.

Już pierwsze zdanie opisu, informuje nas, że będziemy zaskakiwani, ale ja się pytam: w którym niby momencie? Akcja toczy się nie niespiesznie i to sprawia, że w wielu momentach zaczynałam się nudzić. Nie było pomiędzy mną i książką chemii. A miałam do niej tak wielkie nadzieje. Nie ma w niej, według mnie, punktu kulminacyjnego. Chociaż z drugiej strony, jeżeli spojrzymy na to, że książka ma być dla młodzieży, to może i można by na nią spojrzeć inaczej. Lecz przecież młode osoby nie są mniej wymagające. A może jednak?

Zdecydowanie w tej historii, możemy odnaleźć sygnaturę debiutu pisarskiego. Brak w stylu pisania pewnego dopracowania i tego czegoś, co zaciekawi czytelnika. Wątek miłosny kuleje strasznie. Rozumiem, że czasem zdarza się tak, że strzała amora jest nagła i niespodziewana, jednak tutaj wyszło to po prostu sztucznie. Możliwe, że wpływ miało na to, że bohaterowie, a w szczególności główna bohaterka, mieli w sobie więcej z Pinokia, niż z normalnych ludzi stąpających po tym świecie. Jednak, mama głównej bohaterki, zasługuję tutaj na uwagę i jest chyba najbardziej realistyczną stworzoną postacią.

Sny są bardzo powszechnym motywem stosowanym w literaturze, w szczególności fantastycznej. Niestety i w tym przypadku Autorka nie popisała się zbytnio oryginalnością. Może z jednej strony, był to zły czas dla mnie na przeczytanie takiej książki, ale zapewne są inne książki (w tym debiuty), które spełniłyby moje oczekiwania w większym stopniu niż pozycja Pani Dominiki. Nie mam zamiaru odradzać wam tej historii, ponieważ nie o to chodzi. Staram się po prostu zrozumieć zagranie Autorki i recenzje innych osób. Może to znowu ten nachalny przypadek, że ja czegoś nie dostrzegłam? Nie wiem, dla mnie lektura była po prostu nudna. A szkoda, bo okładka tak wiele mi obiecywała.

Za tę lekturę dziękuję: Warszawskiej Firmie Wydawniczej
Chociaż Kasia zapewne na mnie nakrzyczy, to muszę napisać na początku tej recenzji, że naprawdę ciężko mi być obiektywną w stosunku do jej książki. W końcu to jej pozycja (Mrokitom I) sprawiła, że pokochałam debiuty i Polskich Autorów, w szczególności, jeżeli myślimy o Autorach tych mało znanych.

Opowieść toczy się w tym samym czasie co I tom Mroków. Jednak tyczy się drugiej, głównej bohaterki. Nie mniej, w II części trylogii mamy jasne przesłanki oraz nawiązania, łączące ją z I publikacją.

Lilian ma niezwykły talent magiczny, lecz musi go ukrywać. Ucieka ze Szkoły Magii, by dowiedzieć się, co stało się z jej matką. Jednak prawda uderza ją obuchem w głowę, ponieważ kobieta nie żyje. Zatrudnia się więc w oberży, jednak jednocześnie poszukuje jej szpieg Baronowej wraz z alchemikiem. Niespodziewanie, jeden z gości oberży oferuje jej pomoc…

Tym razem zacznę od drugiej strony, czyli napiszę o jednej rzeczy, która niezbyt mi się podobała w tej historii. Jest to wątek miłosny. Nie mówię tutaj o zachowaniu się bohaterów, których te uczucia dotyczą, a raczej o tym, że nie czułam tego płomienia, jakiego się spodziewałam. Drugą rzeczą, którą musiałabym obrzucić błotem to… nic więcej. Naprawdę, według mnie więcej tu plusów i zachwytów, niż zgrzytania zębami.

Niezwykłą gratką, jest właśnie poznanie losów Lilian, drugiej głównej bohaterki tej serii. Kasia zastosowała motyw, czy zagranie, które uwielbiam: ciągle poszerza swoje uniwersum, jednocześnie przedstawiając nam innych bohaterów, którzy są równie barwni, co ci w pierwszej części. Pomimo, że większość czasu kroczymy za Lilian, to nie brakuje tutaj akcji, czy wydarzeń związanych z innymi bohaterami. Taka wielowątkowość jest do pozazdroszczenia. Czytelnicy to uwielbiają, w tym ja. Dodatkowo płynnie przechodzimy między kolejnymi stronami, nie zapominając oczywiście o momentach zaskoczenia. Uważajcie, Kasia potrafi bezlitośnie uśmiercić kilku swoich bohaterów.

Magia w tej serii jest nieodzownym składnikiem, którego poszukiwałam i jednocześnie oczekiwałam. I tym razem się nie zawiodłam. Mogłam poruszać się po Szkole Magii, co u mnie zawsze będzie słabostką (akcja ze szczurem, podobała mi się ogromnie;)). Można by się tutaj rozwodzić na wiele tematów, mogłabym rozpisywać się o tym, co Kasia zaserwowała swoim czytelnikom, jednak to wy sami musicie odkrywać te smaczki. Sama istota magii i moc rządząca światem stworzonym przez Autorkę, jest niezwykły i warto w niego wsiąknąć.

Jako, że mam możliwość porozmawiania z Kasią, dowiedziałam się wielu niuansów dotyczących, nawet najmniejszych części tej pozycji. Nie zdradzę Wam tych sekretów, co w głowie Autorki siedzi, ale mogę was zapewnić, że wszystko w niej jest poukładane i nawet po trupach będzie dążyła do celu.

Okładka to kolejny wabik na czytelnika. To jedna z tych wersji graficznych, obok których nie przejdziecie obojętnie. Trzymam kciuki, by książka kiedyś ujrzała światło dzienne w postaci papierowej. W końcu, nie mam innego wyjścia, jako patronka tej serii, jak tylko wam polecić tę kontynuację. A ja z niecierpliwością czekam na trzeci tom.
Skuszona niską ceną i magiczną okładką, nie mogłam się powstrzymać, by zdobyć Siłę trucizny w swoje ręce. Nie zapominajmy również o opisie, który zawładnął moimi wyobrażeniami na temat tej historii. Wiedziałam jednocześnie, że spędzę przy niej przyjemnie czas.

Yelena spędza swoje ostatnie chwile w celi, czekając na wyrok śmierci. Niechybnie zostaje uwolniona, jednak by pod postacią pracy, testować posiłki komendanta, poszukując w nich trucizny. Jednak czy tak naprawdę wolne życie w tym przypadku jest pozbawione krat mentalnych? Próbuje się ona odnaleźć w świecie intryg i kłamstw. Oliwy do ognia dodaje informacja, że jest obdarzona potężną magiczną mocą. Jak więc uda jej się przetrwać w Iksji, pełnej walk o władze?

Już od pierwszych stron wiedziałam, że historia mną zawładnie w sposób bezwarunkowy. Świetnie wykreowani bohaterowie, tylko dodawali smaczku tej odsłonie. Oczekiwałam po niej fantastycznej lektury opatrzonej dawkami trucizn, które by mnie do niej przyciągały jeszcze bardziej. W końcu nie każda trucizna musi być gorzka, może być słodka i obezwładniająca.

Motyw magii jest mi już od wielu lat znany i ciągle ślepo wpadam na tę ścieżkę. Tutaj jednak zaskoczeniem są trucizny. Nie żebym chciała kogoś otruć, co to to nie. Jednak Pani Maria ma w sobie niezwykły dar, opisując dane sytuacje. Zagłębiałam się w tej historii z czystą przyjemnością. W dodatku, tak świetnie wykreowane zakończenie i milion pytań krążących w głowie sprawiło, że nie mogę się doczekać kontynuacji. Niestety wyszła ona jedynie w formie e-booka. Wielka szkoda, ponieważ kolejna część w nieokiełznanej zielonej odsłonie jest genialna.

Nie znajdziecie tutaj ogromu przelewu krwi, czy niechybnych wojen. Wszystko jest odrobinę melancholijne, ale zarazem intrygujące. Prześcigamy się tutaj z myślami Yeleny i to ona tutaj gra główne skrzypce. Co wcale nie znaczy, że postacie poboczne są tu zbędne. Wszystko wydaje się być rozwinięte w odpowiedniej proporcji, co do naszych oczekiwań. Może i czasem historia jest przewidywalna, ale te nieprzewidywalne sceny nadrabiają całą chęć do nie przerwania poznawania kolejnych stron.

Nie powiem, że jest to ambitna lektura. Nie chcę wam również napisać, że jest genialna i nie znalazłam w niej nic, co by mnie do niej zniechęciło. Bo i takie sytuacje się tutaj zdarzały. Jednak w ostatecznym rozrachunku polubiłam Yelenę i jej historię. Przyjemna lektura na dwa wieczory, przeniesie was w świat trucizn i pozwoli wam smakować tę historię z czystą przyjemnością.
Nawet, gdy Autorka danej książki poniekąd jest nam znana, to nie możemy danej osobie dosładzać z tego powodu. Nie oceniamy książki przecież po okładce (tak, jasne), to czemu mielibyśmy oceniać książkę, ze względu na Autora bądź Autorkę? Po prostu byłam ciekawa, co tym razem czeka na fanów paranormal-romance.

Camille nigdy nie przypuszczała, że takie pytania będą chodzić jej po głowie. Jednak kiedy na jaw wychodzą przez lata skrywane tajemnice, ktoś porywa jej przyjaciółkę, a rodzice wysyłają ją do szkoły z internatem oddalonej o setki kilometrów od jej rodzinnego domu, Camille zdaje sobie sprawę, że nic nie jest takie, jak jej się do tej pory wydawało.

Zacznę od plusów, do których na pewno można zaliczyć paranormalny aspekt tej książki. Nowa rasa stworzeń, jest zawsze w moich kręgach poszukiwań. Nie mogę tutaj niczego Autorce zarzucić, ponieważ wątek i sposób wykreowania tych postaci, jest dla mnie satysfakcjonujący. Nie wchodząc zbytnio w szczegóły, mogę napisać, że jest to lekka lektura, wręcz idealna na wiosenne popołudnie, może nawet i na dwa. A co jest najmocniejszym aspektem tej książki? To zakończenie. Jak można postępować tak z czytelnikiem, by skończyć w takim momencie, że ciągle szukamy wyimaginowanych stron, by dowiedzieć się, co dalej. A tu psikus. Czekajmy sobie na kontynuację.

A może warto zacząć od początku historii? Chyba tak, tylko co można napisać o danej pozycji, gdy wydaje się ona odbitym szablonem, dodatkowo posługującym się kalką. Ileż to słyszało się historii, ileż to czytało się wydarzeń, które zaczynały się tak samo: wyprowadzka, szkoła z internatem, dziwne rzeczy i nieodkryta dotąd tajemnica. Ja nie sądzę, że uniknę takich historii w przyszłości, ależ ile można? Do tego irytująca bohaterka. Nie potrafię określić dlaczego, ale nie przepadam za nią, pomimo iż odczuwałam, że Autorka stara się z całych sił wykreować ją w sposób oryginalny. Ale wyszło, jak wyszło.

Stoję na rozstaju dróg, bo zdaję sobie sprawę, że jest to debiut literacki, ale ciągle się zastanawiam, jak można mieć czasem dobry pomysł, a czasem po prostu nie. Do tego dochodzi zbyt szybko przeprowadzana akcja, poprzeplatana nużącymi się scenami. Bardzo podobały mi się opisy koszmarów Camille, jednak ich sens nie został wytłumaczony w tej książce. No cóż, może dowiem się tego z kontynuacji? Może moja ocena i moje spojrzenie, powoli sugeruje mi: dziewczyno, dawno wyrosłaś już z takich książek, twój umysł jest nimi przesycony. Możliwe, że nastał ten czas, bym pożegnała się z takimi książkami, bo właśnie dla nastolatków, książka ta może wydać się ciekawa.

Niewymagający czytelnik, nie będzie miał wiele do zarzucenia tej historii. Jeżeli jesteś na początku drogi, w poznawaniu paranormal-romance, to zdecydowanie odczujesz satysfakcję. Ja jednak za takie lektury podziękuję, no może, raz na jakiś czas dam się skusić na taką odskocznię. Sami zdecydujcie, czy macie ochotę na taką pozycję. Ja ochotę może i miałam, ale po jej przeczytaniu, była kolejną pozycją młodzieżową, która długo nie zagości w mojej pamięci.

Książka przeczytana w ramach akcji: Polacy nie gęsi i swoich Autorów mają
Jak często zdarzyło się wam, że czuliście się zahipnotyzowani? Uważaliście, iż podążacie wybraną przez was ścieżką, ale tak naprawdę na samym końcu drogi nagle poczuliście się, jak oblani kubłem zimnej wody. I nawet nie zwróciliście uwagi, dokąd zawędrowaliście? Jeżeli chociaż raz wam się tak zdarzyło, to sięgnijcie po Hipnozę Bartłomieja Basiury i poczujcie się ponownie zahipnotyzowani.

Kiedy do lubaczowskich policjantów dociera informacja, że to nie samobójstwo jest powodem śmierci młodej kobiety, rozpoczynają nierówną walkę z czasem. Wiedzą, że do ich spokojnego świata wdarł się intruz i że będą kolejne ofiary. Czy uda im się je uchronić, jeśli mordercą może być każdy?

Jestem zadowolona, że wreszcie mogłam poznać całą trylogię. To było niezwykłe doświadczenie, ponieważ pierwszy raz w życiu, czytałam trylogię od końca. Pomyślicie zapewne, że zwariowałam. Jednak już na wstępie wam napiszę, że jestem szczęśliwa z takiego obrotu sprawy. Bo pomimo wszystko, pierwszy i drugi tom podobały mi się najbardziej. Każda część jest inna i nawet, gdybyście na pierwszy rzut sięgnęli po Ucznia Carpzova, to i tak byście odczuwali niemałą satysfakcję z jej lektury. A jak to wyglądało z Hipnozą?

Z każdym słowem, i z każdą stroną, czułam się niesamowicie usatysfakcjonowana. Czytelnik czuje się najwspanialej, gdy jest zaskakiwany. Bartłomiej za sprawą swojej wyobraźni, przenosi czytelnika na całkowicie inny poziom, ponieważ za sprawą kilku słów, potrafi postawić czytelnika do pionu. Konstrukcja i dopasowywanie wyrazów do siebie, sprawia wrażenie płynącej rzeki, na którą chętnie się porwiecie. Bohaterowie są magiczni i bardzo rzeczywiści. Autor potrafi stworzyć irytujących bohaterów, ale również odsłonić ich słabości, czy mocne strony.   

W każdej książce Bartłomieja widać jego dużą i nieszablonową wiedzę. Tym razem staramy się wraz z główną bohaterka rozszyfrować hieroglify. Dobrze czytacie, hieroglify! Kto by pomyślał? Autor wymyka się ramom pisania książek, a to sprawia, że czytanie jego pozycji, pomimo ich kryminalistycznego wątku, jest przyjemne. Ja osobiście, najbardziej zaczytywałam się w częściach Pamiętnika filozofa. Autor przeszmuglował w nich wiele myśli, zasługujących na miano złotych myśli.
Mądrość można kupić – wystarczy znaleźć dobry sklep. Nie nauczysz się jednak rozróżniać fikcji propagandowej przez otaczający nas świat od prawdy, która zastygła pod polewą codziennych kłamstw.
Za każdym razem w jego książkach, starałam się, wraz z główną bohaterką, podążać za wskazówkami i wytropić złoczyńców. Jednak jak to bywa za sprawą genialnych umysłów, nie jestem wcale przekonana, czy i wy, do ostatnich stron, będziecie w stanie rozwikłać zagadkę, kto jest mordercą. Czy to właśnie nie jest najwspanialsze?

Przecież spójrzcie tylko na tę okładkę, dajcie się zahipnotyzować, bo naprawdę warto.

Książka przeczytana w ramach akcji: Polacy nie gęsi i swoich Autorów mają
W tym przypadku nie było możliwości, by nie sięgnąć po tę książkę tuż po premierze. Ponad rok temu, gdy przeczytałam pierwszą część Czasu Żniw, byłam po prostu oczarowana. Chociaż muszę przyznać, że wtedy jeszcze nie zajmowałam się blogowaniem, stąd brak mojej recenzji. Jednak z drugiej strony ciągle miałam przebłyski tej historii i sądziłam, że nie będę miała problemu z wkroczeniem do tomu drugiego. Jakże wielce się myliłam.

Paige Mahoney uciekając z jednego piekła, tak naprawdę wpadła do kolejnego kręgu piekielnego. Jest na ustach innych osób, stając się jednocześnie najbardziej poszukiwaną osobą w Londynie. Czy Naczelnik przeżył? Oraz jak odnajdzie siebie główna bohaterka, w tym kotle kłamstw?

Wkraczamy w tym tomie do znanego nam uniwersum, a jednak z drugiej strony, wciąż poznajemy nowe szczegóły związane z tym światem. Wtapiamy się w tłum na ulicach Londynu w 2059 roku. Kroczymy jak cień za Paige, w odmętach gangów, ich machlojek, a przede wszystkim, musimy się odnaleźć w spiskach, knutych nawet przez najbliższych. Tak jak już wspomniałam, trudno było mi się przebić do historii na początkowych stu stronach. Gdzieś z tyłu głowy posiadałam blokadę, co do miejsc, zdarzeń, a przede wszystkim, co do imion bohaterów. Ot tak, wyleciały sobie z głowy przez ostatnie półtora roku. Nie dawałam jednak za wygraną i jak wspaniale się czułam, gdy wreszcie trybik wpadł w odpowiednią szczelinę. Od tamtej pory nie mogłam się od książki oderwać.

Nie jestem do końca przekonana, czy w mojej recenzji dostrzeżecie jakąkolwiek obiektywną część. W szczególności, jeżeli mówimy o Zakonie mimów, czyli drugim tomie, nie ma szans na subiektywną opinię. Nie musicie się martwić, że kontynuacja nie sprosta waszym oczekiwaniom. Ona uderzy was bezlitośnie w twarz i w dodatku będziecie błagać o więcej. Tak właśnie na czytelnika działa saga Czasu Żniw. Każda strona jest wypełniona zaskakującymi zwrotami akcji, nieprzerysowaną fabułą i co najważniejsze: bohaterami, którzy zawładną waszym życiem.

Paige Mahoney to bohaterka, jaką należy szukać ze świecą. Wie czego chce, a dodatkowo nie pozwala sobie dyktować warunków. Nie ma więc możliwości, byście nie poczuli z nią więzi. Każdy jej siniak na twarzy, kopniak w żebra, będzie odczuwalny na waszym ciele. Jesteście gotowi na taką dawkę agresji? Ostrzegam, Autorka nie oszczędza swoich bohaterów, a co za tym idzie, nie zważa na to, czy czytelnik będzie się z nią zgadzał. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

Nie lada gratką dla czytelnika, są zamieszczone w książce mapki, czy słowniczek. W szczególności polecam zaglądać do nich tym osobom, które jak przez mgłę pamiętają, z czym wiąże się uniwersum Samanthy Shannon. Z tego świata nie chce się wyjść, nawet na chwilę, a trzeba pamiętać, że nie są to czasy zbyt kolorowe.

Jeżeli macie jeszcze jakiekolwiek obiekcje przed tym, by sięgnąć po kontynuację, czy po pierwszy tom, to ja nie wiem, z jakiej planety jesteście. Obok tej serii nie możecie przejść obojętnie. Sięgajcie po nią czym prędzej, jestem pewna, że się nie zawiedziecie.

Za wkroczenie w świat Paige dziękuję: Wydawnictwu SQN

Niecodzienne słowo – Unanimizm, ultracyzm, unanimiter


Unanimizm – kierunek literacki, który powstał na początku XX w., jako sprzeciw wobec symbolizmu, głosił on odejście od indywidualizmu

Ultracyzm – skrajne, krańcowe poglądy

Unanimiter – dawniej oznaczało to jednomyślność

Film warty obejrzenia – Uciekające kurczaki, Uprowadzona, Udając gliniarzy


Uciekające kurczaki – Nigdy nie przepadałam za animacjami plastusiowymi, jak ja to mam w zwyczaju nazywać. Jednak w tych kurczakach jest coś urzekającego, ale muszę się przyznać, że dawno nie odświeżyłam sobie tej bajki. Pamiętajcie, że nikt nie chce zostać pasztetem :D.


Uprowadzona – To jeden z tych przykładów, gdzie warto obejrzeć wyłącznie pierwszą część. Później to jest tylko masło maślane. Jednak co byście zrobili, gdybyście zostali uprowadzeni? Może i za dużo w niej akcji Hollywoodu, ale historia jest bardzo ciekawa, bo może spotkać każdego z nas (oczywiście nie mówię o sytuacji, gdy nasz własny ojciec jest tajnym komandosem, czy kimś tam innym :D)


Udając gliniarzy – To jedna z moich perełek, które odkryłam jakiś czas temu. Uwielbiam komedie, w szczególności takie, które w swoim repertuarze posiadają niezwykle śmieszne dialogi, które powodują, że nie umiem się przestać śmiać. To właśnie jeden z takich filmów.


Książka, która wywarła na mnie wrażenie: Uczeń Carpzova

Ta książka to istna wybuchowa mieszanka, w której nie występuje wyłącznie kryminał. Znajdziecie w niej również wiele historii, które dzieją się tuż za waszą furtką ogródka. Ludzkie cierpienie, życiowe dylematy oraz rosnąca od pierwszej strony ciekawość: Jak bohaterzy, który występują w tej książce są ze sobą powiązani? Autor w dobrych momentach dawkuję nam rozwiązania zagadek, lecz nie myślcie, że przechytrzycie go i będziecie znali zakończenie wcześniej. O nie, tutaj właśnie zaskoczenie gra pierwsze skrzypce. Oczywiście, sama podczas czytania miałam w głowie własne podejrzenia, lecz się nie sprawdziły. Więc, jeżeli uwielbiasz kryminały, które cię zaskoczą, to książka idealna dla ciebie.








Książka, która wywrze na mnie wrażenie: Ukojenie

Drugą część mam już za sobą, chociaż nadal nie jest to arcydzieło, to jednak coś jest w tej serii intrygującego.

"Przez trzydzieści lat uczestnicy kolejnych ekspedycji, którzy mieli zbadać Strefę X, zabijali się nawzajem, umierali lub popełniali samobójstwo. Tajemniczy obszar rozszerza się, stanowiąc zagrożenie dla świata zewnętrznego.

Czy ostatnia wyprawa, która wyrusza, aby znaleźć zaginionego członka poprzedniej ekspedycji, odkryje w końcu, co tak naprawdę dzieje się w Strefie X? A może rozwiązanie zagadki kryje się w dzienniku Latarnika?
Nie wierz zmysłom. Strefa X zmienia każdego
„Southern Reach” to niezwykła trylogia, łącząca literaturę grozy i klasyczną fantastykę. Została doceniona przez fanów i krytyków na całym świecie, a prawa do jej ekranizacji kupiła wytwórnia Paramount Pictures."

Cytaty


„Umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli ma oczywiście zachować ostrość.”
George R. R. Martin – Gra o tron

„Uważam, że zdrowo jest być samemu przez większość czasu. Przebywanie w towarzystwie, nawet najlepszym, szybko staje się nużące i wyczerpujące. Uwielbiam być sam. Nigdy nie spotkałem przyjaciela, który byłby równie przyjazny jak samotność. Jesteśmy zwykle bardziej samotni, kiedy wychodzimy między ludzi, niż kiedy zostajemy w domu.”
Henry David Thoreau – Walden, czyli życie w lesie

„Uczeni wyliczyli, że jest tylko jedna szansa na bilion, by zaistniało coś tak całkowicie absurdalnego. Jednak magowie obliczyli, że szanse jedna na bilion sprawdzają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć.”
Terry Pratchett – Mort 

Pan Remigiusz, a raczej Erc Zerki-Evski pochodzi z małego miasteczka Milicz, lecz mieszka w Jeleniej Górze. Jednak pracuje jako programista ponad 400km od domu, gdzie jest szefem działu IT w firmie produkcyjnej. Jego ulubiona książka to Diuna - Franka Herberta. Jest Autorem książki Empaton. Pierwsze wynaturzenie. Zapraszam was gorąco na kolejny nietypowy wywiad :)


Adriana Bączkiewicz: Każdy z nas kieruje własnym życiem, lecz czasem się zdarza, iż los sprawia, że lądujemy gdzieś, gdzie nigdzie byśmy się zapuścili, pracujemy w miejscu, o którym nigdy nie pomyślelibyśmy w młodych latach. O czym Pan marzył w dzieciństwie? Czy marzenia się ziściły?
Erc Zerki-Evski: Zawsze marzyłem aby być kosmonautą, niestety marzenia prysły wraz ze zrozumieniem drogi jaką musiałbym przejść, a może bardziej prozaicznego elementu nienagannego zdrowia. Zachłannie czytając książki, przede wszystkim s-f, wyobrażałem sobie siebie jako odkrywcę nowych światów i podróżnika. Teraz wiem, że ograniczenia fizyczne, na ten moment, właściwie uniemożliwiają taką eksplorację kosmosu. Dlatego też gdzieś tam w moim umyśle pojawił się oiB ;).

Jeżeli mógłby Pan wtrącić jedną pozycję do lektur szkolnych, co by to było i dlaczego?
Diuna, jestem zakochany w tej książce i całym cyklu. Żadna inna pozycja nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Komplikacja wygenerowanego świata, a jednocześnie prostota niektórych przekazów powalają. Jedną ze scen, gdy uroniona łza Paula Atrydy jest szokiem dla społeczności cierpiącej na chroniczny brak wody, można by śmiało ekstrapolować na każdy rodzaj niedostatku. Do tego ogrom wątków ekologicznych, etycznych, a wszystko to w pikantnym sosie intryg politycznych. No i wreszcie ponadczasowa litania „Nie wolno się bać, strach zabija duszę”. Nigdy jej nie zapomnę. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że byłaby to trudna pozycja, jako lektura szkolna, ale pomarzyć można. Pomarzyć o młodym pokoleniu, które chciałoby czytać takie książki i w większości zrozumiałoby przesłania zawarte w tej pozycji.

Wyobraźmy sobie sytuację, że nie może Pan dłużej słuchać śpiewu ptaków, stracił Pan zmysł słuchu. Czego najbardziej będzie Panu brakować?
Narzekań żony J, a na poważnie to muzyki, chyba największego „wynalazku” ludzkości. Zastanawiając się chwilę, chyba bym zwariował. Każdy z naszych zmysłów, nie tylko słuch, niesie tyle różnych doznań, że utrata któregokolwiek z nich byłaby dla mnie osobiście ogromną tragedią. Można by się zastanowić nad odwrotną sytuacją, gdy w jakiś cudowny sposób, lub poprzez rozwój nauki, dostajemy dodatkowy zmysł. Jestem pewien, że nasz mózg poradziłby sobie z odbiorem i interpretacją nowych bodźców, moglibyśmy cieszyć się z unikalnych doznań.

Coraz częściej dostrzegam, że ludzie odchodzą od jakiejkolwiek wiary. Czy sądzi Pan, że kiedyś w przyszłości Bóg nie będzie odgrywał ważnej roli w życiu zarówno indywidualnym, jak i społecznym?
Moim zdaniem zawsze będzie odgrywał taką rolę, bez względu na to jak będzie nazywany, jakie cechy będą mu nadawane. Ludzie są tak „skonstruowani”, że chcą lub muszą mieć nad sobą tego Jedynego, do którego mogą się zwrócić o pomoc, chociażby tylko mentalnie, lub którego mogą oskarżyć. Bez względu na stopień rozwoju naszej cywilizacji, zawsze pozostanie pytanie, kto cały ten świat „skonstruował”, zawsze będzie o ten jeden stopień wyżej ponad bieżącą wiedzę.

Niby zwyczajny dzień, ale nie umie Pan znaleźć drugiej brakującej skarpetki, wlewa Pan do kawy skiśnięte mleko, biorąc prysznic nagle kończy się ciepła woda. Istny dzień na nie, jak Pan sobie radzi z takimi dniami?
Ooo, opisała Pani mój standardowy dzień. Prawie codziennie mam sytuacje tego typu i znacznie poważniejsze, nauczyłem się z nimi żyć. W jakimś sensie jestem fatalistą. Co ciekawe, jest jakiś mój stróż, który wplątuje mnie w takie przygody, a potem mnie z nich wyciąga, chyba ma z tego frajdę J. Po prostu nie narzekam, godzę się z nimi, uważam, że jest w tym jakiś cel.
Opiszę jedną z wielu sytuacji, która mi się przydarzają. W listopadzie 2013 roku, po ponad 42 latach życia, zostałem kierowcą. Po paru dniach jeżdżenia ulicami małego miasteczka, nadeszła chwila, aby wyruszyć pierwszy raz w życiu w długą ponad 400 kilometrową trasę do domu. Stres okrutny. Niestety los, przypadek, czy coś całkiem innego sprawiło, że ten dzień, piękny o poranku, mój wybrany wiele dni wcześniej, okazał się dniem ataku na nasz kraj orkanu o wdzięcznym imieniu Ksawery. Wyruszając w podróż, nie miałem pojęcia o jego sile i przyszłych konsekwencjach. Po półtorej godzinie jazdy i pokonaniu zaledwie 80 km, utknąłem, jak wielu innych kierowców w ogromnym korku, zasypywanym, przez nawiewany silnym wiatrem śnieg. Przez dziewięć godzin, siedziałem w maleńkim samochodzie, pomiędzy ogromnymi tirami, nie mogąc się ruszyć, ani do przodu, ani do tyłu, ani nawet w bok. Oczywiście pojawiły się myśli, dlaczego mam takiego pecha, jednocześnie jednak zdałem sobie sprawę, że biorąc sobie do serca pewne rady znajomych, jestem w miarę zabezpieczony, Do czego zmierzam? Wypytując znajomych, „starych” kierowców, o to na co powinienem zwracać uwagę, otrzymałem wiele cennych rad, z których jedna dziwnym trafem utknęła mi w pamięci: Jadąc w trasę, zadbaj o to, aby mieć pełny zbiornik paliwa. Siedząc w samochodzie i widząc dziesiątki kierowców, którzy w czasie tych długich godzin, musieli w tych okropnych warunkach drałować parę kilometrów do stacji benzynowej, z kanistrami, butelkami, czy innymi pojemnikami po paliwo, dziękowałem za to, że ja mogę sobie w ciepełku czekać na rozwój wydarzeń. To jeszcze nie koniec. Wreszcie po tych dziewięciu godzinach, pomału ruszyłem z powrotem do miejsca wyjazdu, służbom udało się w końcu lekko udrożnić przejazd. Jechałem i nie miałem pojęcia czy dojadę. Zdecydowanie bałem się, co będzie dalej, tym bardziej, że musiałem zjechać z drogi krajowej na boczne, którymi do pokonania miałem jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, gdy po skręcie w boczną drogę, zobaczyłem przed sobą odśnieżarkę. Przez dwadzieścia kilometrów jechałem za nią, ciesząc się, że w całej tej sytuacji, mam jednak trochę szczęścia. Do czasu. Było już grubo po pierwszej w nocy, gdy pług, zakopał się w wielkiej górze śniegu nawianej z pól. Kierowca wysiadł, podsypał piachu z paki, podłożył jakąś dechę i, po paru minutach boksowania kołami udało mu się odjechać. Ja oczywiście ruszyłem za nim, aby nie stracić kontaktu, to były takie warunki, że po paru minutach nie było widać śladu, że cokolwiek było odśnieżane. Niestety rozstaw osi samochodu ciężarowego, jest całkiem inny i mimo tego, że starałem się jak potrafiłem, aby jedna  z kolein cały czas była między moimi kołami, mój samochód zsunął się i zawisł podwoziem na zaspie z kołami w górze. Środek nocy, boczna droga, pustkowie, szansa na to, aby ktoś w takich warunkach jechał minimalna. Załamka, w baku mimo, że pierwotnie był pełny, pozostała już tylko jedna trzecia paliwa. Ale wiecie co dostałem parę dni wcześniej od mamy do samochodu, a co wydawało mi się w sumie niepotrzebne? Saperkę. Nie czekałem aż mnie całkowicie zasypie, wysiadłem i zacząłem nią odgarniać śnieg. Niewiele to dawało, śniegu szybciej przybywało, niż byłem w stanie odgarnąć, mimo to nie poddawałem się. Po dwóch, trzech minutach, czyli właściwie od razu, nadjechały nagle dwa samochody, z których wysiadło czterech czy pięciu młodych chłopaków, znowu szczęście w nieszczęściu. Dosłownie przenieśliśmy Matiza za tę zaspę i w końcu po następnych kilkunastu kilometrach i czternastu godzinach wróciłem bezpiecznie w miejsce wyjazdu. Nie macie pojęcia, jaka ulga i radość mnie ogarnęła, byłem szczęśliwy i zadowolony, mimo tego, że powinienem być wściekły. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, aby pokazać jak ważne są małe szczególiki i tzw. intuicja, jak ważny jest koniec, a nie środek, że z każdej nawet najgorszej sytuacji, można wyciągnąć pozytywne wnioski. Cały ten dzień i noc to była jedna wielka sinusoida emocji i jedna wielka nauka. Taka głupia sprawa jak ruszanie na jedynce, w tym dniu robiłem to setki razy, jazda w trudnych warunkach, po śniegu, lodzie. Dla „młodego” kierowcy, nieocenione, w jakimś sensie otrzymałem i traktowałem tę przygodę jako dar zdobycia takiego doświadczenia. Naprawdę szeroko się uśmiechałem wysiadając nocą z samochodu.

Uważam, że wszystko w naszym życiu nie dzieje się bez przyczyny. Czy Pan również tak sądzi?
Jak wyżej, raczej tak. Chodzi o to, abyśmy umieli wyciągnąć wnioski i odpowiednio zareagować, być może ktoś to ocenia. Pozostaje pytanie, czy nasze reakcje, maja jakiś faktyczny wpływ na dalsze losy, czy są tylko bieżącymi, krótkotrwałymi zawirowaniami, niemającymi realnego znaczenia w dalszym życiu, a przynajmniej w jego kamieniach milowych. Powtórzę się, wyciągajmy wnioski i pozytywy z każdej nawet najgorszej sytuacji.

Wiele osób emigruje, gdyby miałby Pan taką możliwość, porzuciłby Pan Polskę?
Nigdy na stałe, kocham ten kraj. Co nie znaczy, że nie mógłbym wyjechać i mieszkać jakiś czas gdzieś indziej, ale nie nazwałbym tego emigracją. Zawsze bym wracał, częściej lub rzadziej, ale wracał. Każdy ma jakieś marzenia, ja na starość mógłbym mieszkać na jakiejś ciepłej wyspie, ale Polska, zawsze pozostałaby na pierwszym miejscu i chciałbym aby była tym ostatnim.

Mam nadzieję, że się Pan ze mną zgodzi: jesteśmy społeczeństwem, który narzeka na brak czasu. Jak Pan sobie radzi z brakiem czasu?
Nie radzę sobie. Pracuję po kilkanaście godzin dziennie (nie licząc prac nad dalszym ciągiem Empatona), również w większość weekendów, no chyba, że jadę do rodziny, do żony i córki. Takie nastały czasy, i nie mam na to recepty. Mam wrażenie, że przez to strasznie dużo tracimy. W jakimś sensie, biologicznie żyjemy dłużej niż nasi przodkowie, a faktycznie coraz krócej, bo zdecydowanie szybciej. Dzień za dniem mija w takim tempie, że moje wewnętrzne odczucie mijającego czasu, całego tygodnia, równa się odczuciu przemijania jednego dnia z mojej młodości. Co najmniej siedem razy szybciej, więc bilansując zdecydowanie szybciej umrę, za szybko. Mimo rozwoju nauki, techniki, która powinna nam pomóc w wykonywaniu codziennych czynności, przyspieszyć je, abyśmy mieli więcej czasu dla siebie, jest dokładnie odwrotnie. Może przydałaby nam się jakaś mała rewolucja w stylu Dżihad Butleriański ;). Bardzo podoba mi się akcja Slow Food, tym bardziej, że sam uwielbiam gotować, przydałaby się podobna, Slow Life J, powolnego delektowania się życiem jak przepyszną potrawą.

Zdradził mi Pan, że dojeżdża do swojej pracy blisko 400 km. Czy zabiera Pan ze sobą autostopowiczów, czy jednak gdzieś tam w głowie pojawia się myśl, że może się coś Panu złego przytrafić?
Od 20 lat, pracuje poza miejscem zamieszkania, najbliżej był Wrocław i to na samym początku, potem coraz dalej. Grubo ponad 18 lat moim środkiem lokomocji, było PKP i PKS, a tam trudno o autostopowiczów J. Dopiero od niedawna stałem się posiadaczem samochodu i kierowcą. Same plusy, nie jestem od nikogo uzależniony, jadę kiedy chcę, no i czas podróży w jedną stronę, spadł m i z 12-14 godzin do 6. Co do autostopowiczów, to wcześniej nie miałem zbyt wielu okazji, aby ich zabierać, ale ostatnio na przykład podrzuciłem dziadka z wnuczką. Sama myśl, żeby nie brać przygodnych osób, gdzieś tam się kołacze w moim umyśle, ale wszystko zależy od chwili i szybkiego osądu, nie jestem w tym chyba jakimś wyjątkiem. Jeżeli ktoś wzbudza zaufanie, to nie mam z tym problemów. Nie rozpatruję tego w kategoriach bezpieczeństwa, co ma być to będzie J.

Niezależnie, czy jesteśmy fanami fantastyki, to i tak każdy z nas marzy o posiadaniu nadprzyrodzonej mocy. Gdyby mógłby Pan wybrać jedną nadzwyczajną moc, co by to było?
Bardzo trudne pytanie. Szczerze mówiąc to nie wiem. Pewnie chciałbym umieć cofnąć czas, aby zmienić część mojego życia, naprawić błędy, wiele błędów, które popełniłem. Czy to by coś dało? Nie wiem, trzeba by się cofnąć do pytania szóstego i znać na nie przekonywującą odpowiedź, trzeba by wiedzieć, czy popełnione błędy nie były częścią życia, bez której nasze losy potoczyłyby się zgoła gorzej? Nigdy nie poznamy na to odpowiedzi.
Patrząc po względem stricte praktycznym to zdecydowanie teleportacja, tylko czy w ramach aktualnego rozwoju nauki, można tę moc, nazwać nadprzyrodzoną? J.

Pomijając podróże służbowe, gdzie by się Pan najchętniej wybrał? Czy jest Pan typem zwiedzającego, który jest wszędzie, czy wręcz przeciwnie, dąży Pan do spokoju i relaksu?
Cenię sobie spokój i relaks, ale jednocześnie lubię zwiedzać zabytki i ciekawe miejsca. Uwielbiam wygrzewać się w promieniach słońca, ale nie wyobrażam sobie, aby nie poznać w międzyczasie historii, zabytków i kultury danego narodu. Najbardziej pasjonuje mnie jednak przyroda i natura. Zakochałem się w podwodnym świecie Morza Czerwonego, w jego niesamowitej różnorodności.
Wracając do głównego pytania, są dwa takie miejsca które chciałbym odwiedzić. Nowa Zelandia, ze względu na przyrodę i Zanzibar jako miejsce wypoczynku.

Co Pan sądzi o piractwie? Nie mam na myśli tych piratów na morzach, lecz tych internetowych.
Mam mieszane uczucia. Z jednej strony jestem programistą i od niedawna autorem, stąd wiem ile wkładu pracy i wiedzy wymaga stworzenie, tej niematerialnej wartości. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że piractwo w bycie takim jak Internet jest nieuniknione. Powiem może coś niepopularnego, ale jak ktoś ściągnie moją książkę z nielegalnego źródła i ją przeczyta, to mogę tylko mieć nadzieję że mu się spodoba, ale pretensji żadnych mieć nie będę. Starałem się ustalić cenę mojego ebooka, tak aby nie był drogi, co jest moim zdaniem jednym ze sposobów na piractwo. Osąd tych, których na niego stać, a jednak sięgają po wersję piracką, zostawiam ich sumieniu.

Jaki film poleciłby Pan swoim czytelnikom?
Jest tego sporo, bardzo lubię polskie filmy, szczególnie komedie Barei, czy filmy Smarzowskiego. Ubolewam że jest wiele doskonałych pozycji, które gdzieś umknęły szerokiemu gronu, na przykład mało znany a według mnie przedni, film Zero Pawła Borowskiego. Co do zagranicznych to stare klasyki Siedem, czy Leon Zawodowiec, najlepsza seria s-f Obcy, oraz komedie Zuckerów i Abrahamsa z genialnymi rolami Leslie Nielsena, a także Monty Python i jego produkcje.
Pisząc te tytuły, zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę to od dłuższego czasu mało co oglądam, wymieniam same starocie, kłania się permanentny brak czasu.


Mówi się, że swój pierwszy milion trzeba ukraść. Komu ukradłby Pan ten milion?
Rozczaruję Panią, nikomu. Nie potrafiłbym ukraść. Staram się żyć w zgodzie z własnym sumieniem, mam własne zasady, których staram się nie łamać i nieraz z tego powodu dużo traciłem. Suma summarum zawsze jednak na końcu okazywało się, że dobrze zrobiłem, mogłem spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć, masz jednak korzyść, coś nieuchwytnego, czyste sumienie. Zdaję sobie sprawę, że mogłem w pewnych momentach nagiąć swoje zasady, czy je wręcz złamać i zrobić coś co ułatwiłoby mi łatwiejsze funkcjonowanie, ale zawsze wolałem iść drogą trudniejszą, ale w zgodzie z własnym sumieniem. Oczywiście nie jestem święty i nie zawsze udawało mi się, z różnych zresztą powodów, wytrwać w swoich postanowieniach, ale staram się.
Wracając jednak do hipotetycznej sytuacji z pytania J, to jakbym miał już ukraść, to ukradłbym ten milion temu, kto by tego nie zauważył. Nie chodzi mi o konsekwencje zauważenia kradzieży, przez okradzionego, ale konsekwencje jakie mogły wyniknąć z utraty przez niego tego miliona. Jakby mi ktoś wyjął z portfela dziesięć złotych, to nie tylko nie zauważyłbym tego, ale nie wpłynęłoby to w żadnym razie na moje dalsze losy.

Dlaczego zdecydował się Pan na formę selfpublishingu? Skąd taki pomysł? Czy rynek wydawniczy maczał w tym palce?
Odpowiedź jest prosta, aczkolwiek wymaga pewnego wprowadzenia.
Po napisaniu Empatona, i kilkukrotnym przejrzeniu całego tekstu wraz z poprawkami, postanowiłem wysłać go do wydawnictw. Nie mając doświadczenia i po internetowych poszukiwaniach, napisałem maila, załączyłem krótkie streszczenie, pełny tekst i wysłałem do wydawnictw, które wydawało mi się zajmują się podobną tematyką. Znalazłem ich chyba siedem albo osiem. Jedną odpowiedź dostałem prawie od razu, za co jestem wdzięczny. Wydawnictwo nie zamierzało podejmować współpracy z nowymi autorami. Reszta się nie odzywała, więc po jakimś czasie, gnany niecierpliwością debiutanta i internetowymi opiniami o braku szans na wydanie w Polsce książki bez „znanego nazwiska”, postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i na początek sam wydać tekst, choćby w formie ebooka. Znalazłem osobę, która wykona korektę i redakcję mojego tekstu, napisałem program do generowania ebook-ów, wykupiłem domeny i stworzyłem strony, uruchomiłem system płatności. Jak już to wszystko miałem gotowe i uruchomione, niedawno odezwało się drugie wydawnictwo, proponując wydanie na zasadach współfinansowania. Niestety, mimo tego, że miałem w zasadzie tekst opracowany, sugerowali powtórzenie wszystkich prac. Ja to nawet rozumiem taką postawę wydawnictwa, ale wiązało to się z tym, że ponownie poniósłbym niemałe dla mnie koszty, które już wcześniej poniosłem.
Teraz myślę, że może lepiej byłoby, gdybym wysłał tekst już po korekcie i redakcji, ale pewności nie mam. W każdym razie moim marzeniem jest wydanie tradycyjne, i jeżeli jakieś wydawnictwo uznałoby moją książkę za wartą wydania, to jestem jak najbardziej otwarty na współpracę. Chciałbym aby moja książka stała na półce w moim domu.
Potem, chciałem zainteresować swoim tekstem blogerów, zajmujących się tematyką książek. Tym razem większość do których napisałem, odpisała od razu, niestety nie było chętnych, aczkolwiek wszyscy życzyli powodzenia. Dopiero Pani ‘Lustro Rzeczywistości’, która nie zajmuje się taką tematyką, a której jestem niezmiernie wdzięczny, podała mi inne adresy, wśród nich jeden do Pani. Dzięki temu trafiłem do akcji ‘Polacy nie gęsi, swoich autorów mają’, o której wcześniej nie miałem pojęcia.

W Pana książce zainteresował mnie fakt, że gdzieś tam, nie wiadomo gdzie, jest lekarstwo np. na raka, ale zwykli śmiertelnicy nie mają do niego dostępu. Sądzi Pan, że jest tak naprawdę?
‘The Truth Is Out There’. ‘Prawda jest gdzieś tam’, tekst z czołówki starego serialu niech będzie odpowiedzią.
Tak naprawdę, to nie mam pojęcia, ale nie dałbym sobie obciąć nawet paznokcia, że tak nie jest. Ostatnio parę razy przekonałem się, że moje wyobrażenia, moje zdanie na jakiś temat, może nagle zmienić się o 180 stopni, mimo tego, że jeszcze dwa trzy lata temu, byłem pewien, że to niemożliwe. Dlaczego o tym wspominam? Dlatego aby podkreślić, że nie ma na tym świecie pewników, że w każdej chwili może nastąpić coś, co zmieni nasze pojmowanie rzeczywistości, lub spowoduje całkowitą zmianę poglądów na daną sprawę. Nie odrzucajmy niczego, tylko dlatego, że teraz wydaje nam się niemożliwe. Mam wrażenie, że jako ludzkość poruszamy się jak ślepcy we mgle, że nasza fizyczność ogranicza odbiór pełnego obrazu rzeczywistości, obrazowo: widzimy wszystkie odcienie szarości (np. fizyka, chemia), ale nie widzimy innych kolorów.
Wracając do pytania, dopuszczam do siebie myśl, że jest tak naprawdę, mimo, że rozsądek się buntuje i krzyczy nieeee.

Jeżeli miałby Pan możliwość wtargnięcia do czyjegoś umysłu i wtoczenie tam jakiejś myśli, czy skorzystałby Pan z takiej okazji?
Nie, to byłoby świństwo. Chociaż po chwili zastanowienia ‘Tak’, nie jednej osobie, ale nawet całej grupie, powiedzmy zawodowej. Mam na myśli polityków, ale nie napiszę co bym im wtłoczył, bo ten wywiad musiałby być dostępny tylko po 23-iej.

Jak jednym zdaniem zareklamowałby Pan swoją książkę?
Najtrudniejsze pytanie. Ciężko jest się odnosić do własnej twórczości, tym bardziej ocenionej dopiero przez kilka osób w większości dobrych znajomych.
Jedno zdanie: Zaufaj wyobraźni, odrzuć rozsądek, to może być prawda.

Deszcz głośno bębni w szyby, a Pan siedzi w swoim pokoju z książką w ręku, popijając ulubioną herbatę. Nagle, do Pana uszu dobiega głos prezentera telewizyjnego, który ogłasza, że świat skończy się za 24 godziny, gdyż w stronę ziemi zmierza ogromna asteroida. Jak spędzi Pan ostatni dzień swojego życia?
Sześć godzin z tych dwudziestu czterech, spędziłbym w samochodzie jadąc do żony i córki. Pozostałe osiemnaście, wspominając najlepsze momenty z minionych czasów, ze szklaneczką dobrej whisky, albo kuflem piwa w ręku. Nie bałbym się, ani nie martwił z prostego, ale jakże znaczącego dla mojej psychiki powodu: Zginęliby wszyscy, więc czym się martwić? Czego żałować, skoro niczego, ani nikogo nie będzie, przynajmniej w tej postaci, formie materialnej, jedynej jaką znamy. Może pojawiłaby się nuta niepokoju, związana z myślą, a co się stanie jak sam jeden przeżyję? Samotność jest straszna, wiem coś o tym.

Gdzie widzi Pan siebie za dwadzieścia lat?
Plaża na Zanzibarze, lub taras z widokiem na ciepły Bałtyk. Dyktuję, lub tylko myślę, a słowa materializują się w całe zdania, akapity, strony mojej najnowszej powieści. Tak, chciałbym nadal i tylko pisać, tworzyć alternatywne światy i rzeczywistości, dawać ludziom możliwość przeżycia fajnej przygody i pola do przemyśleń, a sobie niesamowitą satysfakcję.

Wiem, że Emapton ma być trylogią, co dla czytelników przygotował Pan w kolejnych tomach?
Drugi tom jest w trakcie tworzenia, a rozplanowany w całości w głowie. Będzie w nim więcej fantastyki, chociaż gro akcji nadal będzie na ziemi, np. na Zanzibarze J. Będą „starzy” bohaterowie, oraz paru nowych, nie tylko ludzi. Pojawi się moja ulubiona, obca, zdecydowanie najdziwniejsza istota, organizm jaką wymyśliłem, Ybarxa. Bohaterowie, będą zmuszeni do walki z zagrożeniami wynikającymi z pierwszej części oraz z nowymi, jeszcze gorszymi dla ludzkości, spowodowanymi przez Organo i pośrednio Ybarxę, a związanymi z oceanami, co zresztą sugeruje podtytuł drugiego tomu ‘Łzy Oceanu’. Pierwszoplanową postacią będzie nadal Tsehaj, ale równie ważną będzie Ono, jej dziecko, postać o potężnych możliwościach, chyba jednak tragiczna, ze względu na niezrozumienie. Pacyfik będzie rozgryzał i próbował zrozumieć strukturę i własności pola oiB, pomału zacznie się wyjaśniać czym ono dokładnie jest. Będzie trochę tzw. fajerwerków i filozofowania. Mam zamiar rozszerzyć wątek tzw. obserwatora, istoty, która w każdym ebooku nazywa się inaczej i nosi miano, nick, imię osoby, która danego ebooka zakupiła. Mam nadzieję, że ten „eksperyment” spodoba się czytelnikom. Przypominam, że każda osoba, która wejdzie na stronę www.empaton.pl i zdecyduje się na zakup I tomu, może wypełnić, ale nie musi, pole z własnym imieniem, nickiem internetowym, lub pseudonimem, spowoduje to, że w  zakupionym ebooku, pojawi się mała scenka z istotą o takiej nazwie. Parę fragmentów II tomu jest na wspomnianej stronie.
Jest gotowe około 80 stron. Na razie czytała je tylko jedna osoba, moja żona. Na pytanie i jak? Odpowiedziała: Fajne, tylko ten mały mnie wkur… Jakby nie patrzeć wzbudza emocje, to chyba dobrze.
Trzeci tom to na razie mgliste zarysy akcji, bez szczegółów, aczkolwiek wiem dokąd dążę. Nie wiem jak inni autorzy, ale ja jak siadam do pisania, to jakby ktoś otwierał na oścież drzwi mojej wyobraźni, sceny same układają się w mojej głowie, a pomysłów mam mnóstwo, nie tylko na trylogię Empaton.

Dziękuję Pani Adriano za nietuzinkowe pytania.