Patrzeć nie znaczy widzieć

A czy Ty potrafisz ujrzeć słowa?
Znajdź mnie

Od Hopeless nie oczekiwałam wiele. Miałam wrażenie, że może mi się ona najprościej w świecie nie spodobać, a to dlatego, bo przeczytałam o niej tak wiele dobrych słów, że chyba nie potrafiłabym ich zliczyć. Więc mając na względzie moje wcześniejsze potknięcia dotyczące zabierania się za książki, uwielbiane przez innych, postanowiłam dać jej szansę. I ta szansa, była strzałem w dziesiątkę.

Mieszanka wybuchowa w przypadku tej książki to za mało, ponieważ nawet nie odważyłabym się na to, by oznaczyć ją jedynie mianem gatunku young adult. Oczywiście w głównej mierze znacznie się w niego wpisuje, ale zarazem jest to pewnego rodzaju thriller. I nie bójcie się aż nadto po nią sięgnąć, bo przyznam, że to będzie wspinaczka pełna emocji.

Moje największe zaskoczenie dotyczyło tego, jak łatwo jest w tej lekturze przepaść. Dosłownie jesteśmy (tak jak w tytule) w beznadziejnym położeniu, ponieważ ja nie potrafiłam się od niej oderwać. Niby nie ma w niej nic szczególnego, przynajmniej na początku. Oczywiście jest tajemniczy nieznajomy przystojniak Holder i niepozorna Sky i jakimś dziwnym trafem mają się ku sobie, chociaż nie chcą się do tego przed sobą przyznać.

I właśnie te uczucie, które rodzi się między nimi jest takie szczególne i emocje wręcz z nich wypływają. A my tylko pragniemy sczytywać te słowa z książki i się nad nimi rozpływać. Serio, jestem ogromnie zdziwiona faktem, że i ja wpadłam w tę sieć zachwytów. Nic na to nie poradzę. Od pierwszych zdań pokochałam styl Coleen Hoover i nie mogę się doczekać, aż sięgnę po jej inną powieść. Lecz nie myślcie, że będzie tu tak cukierkowo, co to to nie. Między tymi wydarzeniami skrywa się pewna tajemnica, oj mroczna tajemnica.

Mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że to właśnie ta tajemnica ma tak wyrafinowany wydźwięk. Problem bohaterów jest niezwykle trudny, ale poznajemy go stopniowo, ze względu na przypominające się Sky fragmenty układanki. Nie wiem jak inni czytelnicy, ale ja czytałam ją z takim zapałem, że jednocześnie nie chciałam wiedzieć co będzie dalej. A co tyczy się samych bohaterów, nie wiem jakim prawem, ani jakimi siłami to się stało, ale przeżywałam ich każde wzloty i upadki. Niewiele książek jest w stanie wywołać we mnie takie emocje i niech to będzie moja najlepsza rekomendacja dla tej historii.

Najlepiej opisać tę historię jako słodko-gorzką i to jest w niej najlepsze. Przecież życie każdego człowieka, nie jest jedynie usłane różami, a wręcz czasem mamy wrażenie, że więcej w nim kolców niż samych płatków róż. Tak właśnie jest w tej historii. Uwielbiam gdy Autorzy stosują dobrze mi już znaną zagrywkę, że gdy już w życiu bohaterów wychodzi słońce, to oni potrafią przywołać burzę z piorunami. Co tam burza, to istny monsun!


Mam też wrażenie, że moje słowa nie zmienią waszego nastawienia do tej historii, jeżeli jeszcze jej nie przeczytaliście. Mogę tylko mieć nadzieję, że osoby, które uwielbiają powieści z nurtu young adult się nie zawiodą, ponieważ zaręczam, że to jest inna historia niż wszystkie pozostałe, które przeczytaliście. A jeżeli jednak nie jesteście fanami tego gatunku, to dajcie mu szansę. 

Ja to jestem okropna, naprawdę. 
Zapomniałam o tym, że dwa dni temu wraz z blogiem obchodziliśmy dwa lata. Potem pomyślałam, że zrobię jakieś wspomnienie na ten temat, ale z drugiej strony po co? Ciągle Was przybywa, recenzji, współprac, patronatów również. Tylko się z tego cieszyć i pogratulować sobie, że nadal blogowanie sprawia mi frajdę i pogratulować również Wam, za to że mnie odwiedzacie. To wy jesteście siłą napędową tego bloga! Koniec przemówienia, bez odbioru.

A tak poza tym. Jestem okropna również z innego powodu. W komputerze odnalazłam dawny plik, gdzie umieszczałam zbiorczo odpowiedzi do LBA, i gdy popatrzyłam na daty trzech LBA, do których zostałam nominowana, to aż czerwienią się policzki. Ale lepiej później niż wcale nieprawdaż? O wybaczenie proszę zatem Krucze Gniazdo (nominowała mnie w lutym), Lustrzanej nadziei (również luty) oraz Gabrielę (nominacja z października, a więc nie jest tak źle). Obiecuję poprawę, ale to od przyszłego roku :D Zapraszam więc was na mini wywiad, jak wam się nudzi to poczytajcie (postanowiłam wybrać te ciekawsze pytania, by was nie zanudzić długością - chociaż i tak musicie trochę poscrollować ;)):

Co skłoniło Cię do rozpoczęcia przygody z książkami?
Wszystko zależy od tego, jaką przygodę mamy na myśli. Jeżeli mówimy o kompletnym początku mojej podróży w książkach, to czas wymienić tutaj Harry'ego Pottera. Tak, nie jestem oryginalna. Jeżeli jednak mówimy o przygodzie blogowej, to nie potrafię odpowiedzieć na te pytanie. Powstało chyba dlatego, by mieć co robić w wolnym czasie i jednocześnie się z tego cieszyć.

Czytasz polską literaturę? Jeśli tak, to na jakim poziomie literackim według Ciebie tworzą Polacy?
Czytam dużo książek rodzimych twórców. Uważam, że są na wysokim poziomie, lecz wszystko zależy od tego, na co patrzymy. Nie trzeba się zagłębiać w zagranicznych twórcach, by przeczytać dobrą fantastykę, czy dystopie, a nawet poznać zombie.

Oglądasz ekranizacje książkowe?
Oglądam, ale u mnie jest tak, że nie muszę w pierwszej kolejności przeczytać książki, by potem obejrzeć film. Mi to kompletnie nie przeszkadza. Jednocześnie nie jest tak, że każdy film, który oglądam, muszę wcześniej, czy później poznać w książkowej wersji. Niektóre pozycje są dobre jedynie jako ekranizacje.

Co myślisz o e-bookach?
Czytam dość często, ale to nie powoduje tego, że nie zbieram pozycji na półkach. Fajnie po prostu czasem popatrzeć na te piętrzące się stosy. Lecz jeżeli mówimy o cenach e-booków, to moim zdaniem porażka.

Wolisz książki 'używane', czy dopiero co wydrukowane nówki?
Wolę używane, bo po pierwsze są tańsze i jednocześnie mają w sobie jakąś historię. Nie należę do tych osób, które lubią wąchać nowe książki :D

Jak układasz swoje książki?
Wszystkie leżą poziomo na półkach, gdybym miała je ustawiać tak, jak ktoś tam przykazał, to nie wiem gdzie bym znalazła na nie miejsce. A takim oto sposobem nie brudzą się brzegi papierowe, bo nie ma na nich jak osiąść kurz.
Borys wie, gdzie jest najlepiej

Jakim zwierzęciem chciałabyś być?
Kotem. Fajnie jest mieć kilka żyć, być wypiętym na potrzeby przytulania swojego właściciela. Chodzić własnymi drogami. Jednak jakbym była już tym kotem, to byłoby fajnie, gdybym trafiła na takiego właściciela jak ja. Moje koty to mają klawe życie.

Jakiej muzyki słuchasz? Podaj przynajmniej pięć muzycznych propozycji.







Jesteś typem samotnika, czy raczej duszą towarzystwa?
W towarzystwie, jestem głównym punktem programu śmiesznych historii, jednak gdy jestem w domu, wolę siedzieć samotnie w łóżku, czytając książkę.

Wyobraź sobie, że nadchodzi koniec świata. Jaką apokalipsą nas zgładzisz?
Zdecydowanie sądzę, że koniec świata będzie wyglądał tak, że hakerzy, bądź inne organizacje, wyłączą prąd, a my nie będziemy wiedzieć co z tym począć i wrócimy do ery kamienia łupanego. Chociaż wizja przedstawiana w Prochach również mi się podoba, ale to musicie sami się w niej zagłębić :)

Co myślisz o karze śmierci?
Jestem osobą, która jest za karą śmierci. Mam dość skrajne poglądy dotyczące szerokorozumianej polityki. Nie patrząc na wiele minusów takiego poparcia (w końcu ktoś może być niewinny), to sądzę, że gdyby była kara śmierci, to ludzie pomyśleliby dwa razy, zanim popełniliby jakąś zbrodnię.

Co myślisz o aborcji?
Jestem kobietą, więc jestem za. Nikt nie może mi mówić, co mam robić ze swoim ciałem. Oczywiście istnieje pewne prawdopodobieństwo, że gdyby była zgoda na aborcję, to wiele osób korzystałoby z niej, nie ze względu na zdrowotne czynniki, a raczej psychologiczne. Ale z drugiej strony, to my musimy kierować swoim życiem i żyć z podjętymi decyzjami.

Za co oddałbyś/abyś życie?
Chyba za nic, nie jestem altruistką,

Co myślisz o homoseksualistach i transwestytach?
Uważam, że to ich życie i poglądy. Nie mam nic przeciwko, każdy musi czuć się sobą, a nie, że żyje w kartonowym pudełku. Nawet, jeżeli moje dziecko byłoby homoseksualistą bądź transwestytą, kochałabym je tak samo mocno.

Dajesz się kusić mocno reklamowanym książkom, czy może masz bardziej sceptyczne podejście? Odpowiedź uzasadnij.
Zawsze mam sceptyczne podejście do książek. Oczywiście ulegam reklamom, bo w końcu to one wskazują mi na to, o jakiej książce powinnam pomyśleć, jednak później czekam na recenzje innych, by móc się dowiedzieć, czy dana reklama była uzasadniona, czy tylko była słabym zagraniem marketingowym.

Uprawiasz jakiś sport? Jeśli tak, to jaki?
Ta i co jeszcze? Nie lubię sportu, jako rasowy pulpet. Kiedyś w czasach podstawówki i gimnazjum (o matko, kiedy to było), grałam w siatkówkę uczestnicząc w różnych zawodach. Jednak w liceum, nie ubliżając nikomu oczywiście, poziom gry w siatkówkę dziewczyn poddałabym wielu wątpliwościom, więc tak skończyła się moja przygoda z siatkówką. Ale lubię jeździć na rowerze, jednak zawsze wymigam się brakiem czasu by na niego wsiąść.

Idealne wakacje to takie, gdzie możesz leniuchować, czy może preferujesz bardziej aktywny odpoczynek? Jeśli tak, to jaki?
Zależy jak na to spojrzeć. Po spędzonym dwa lata temu miesięcznym Polandtripie, uważam, że wolę leniuchować, ze względu na to, że aktywny odpoczynek nie jest dla mnie (patrz odpowiedź wyżej). Lubię obcowanie z przyrodą, a wakacje wolę spędzać nad morzem, niż w górach. Spokojne spanie w namiocie, wyganianie pająków ze śpiwora to jedyna aktywność, która jest mi potrzebna podczas wakacji. No i zapomniałabym o zimnym piwie ;)

W idealnym świecie byłabyś/byłbyś…?
Byłabym kimś, kto potrafi zmienić ustrój naszego państwa. Lubię mieć swoje zdanie i zazwyczaj ciężko jest mnie przekonać do czyichś racji. Idealny świat jednak nie istnieję, więc pozostanę przy spokojnym uczestniczeniu w życiu internetowym.
Halo, Pani prezydent przy telefonie

Czy jest jakaś książka, która być może nawet nie mieści się w ramach Twoich czytelniczych zainteresowań, a jednak coś Cię ciągnie do jej poznania? Jeśli tak, podaj jej tytuł i autora. 
Chyba nie, to co chcę przeczytać, to po prostu to czytam. Chciałabym może poznać jakąś klasykę, Jane Austen lub coś, ale tyle razy ile do tego podchodziłam, to tyle razy mi się nie udawało przez to przebrnąć.

Budzisz się któregoś ranka i okazuje się, że jakimś cudem cofnęłaś/cofnąłeś się w czasie o co najmniej dwa wieki. Co robisz najpierw? 
Nie wiem. Nie mam pojęcia. Noga ze mnie jeżeli mówimy o historii, więc znając moje szczęście nie potrafiłabym się wtopić w dane czasy. Jednak sądzę, że to mogłyby być ciekawe i niespokojne czasy. Jednak wolałabym się przenieść do przyszłości :D
Ave Caesar morituri te salutant

Kot czy pies? 
Wiadomo, że kot. Koty są wspaniałe, ale wszystko zależy od wychowania, ponieważ ja mam dwa koty (miałam wcześniej 3, ale niestety z powodu choroby jednego musiałam go uśpic) i każdy z nich był inny. Nie są wredne, są kochane, może to za sprawą tego, że Mimi miał złamaną nogę i gips oraz śruba w jego nodze powodowała to, że nosiliśmy go na rękach i do dziś, chętnie się przytula. Borys natomiast to taki typowy rusek, wredny, bezwzględny i nie lubi przytulania, trzeba go przydusić, by móc go utulić. A Rudi to był puszek okruszek, pokrzywdzony przez poprzednich właścicieli i był wszędobylski i ciekawy świata. Nikt mi nie wmówi, że koty nie cieszą się, że jego Pani (a raczej kobieta od karmienia) przyszła do domu. Moje się cieszą i to okazują. Są też zabawne i zarazem nieokiełznane.
Mimi

Rudi vel. Puszysław

Cytat, który jako pierwszy przychodzi Ci do głowy, to…
Mam problem z zapamiętywaniem jakiś pięknych cytatów, jednak gdy pomyślę o tym głębiej to: 
Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów Stanisław Lem
Wolisz książki osadzone w przeszłości, teraźniejszości czy przyszłości? 
Zdecydowanie lubię czytać książki o przyszłości. Ten temat bardzo mnie ciekawi, w dodatku sama snuję swoje plany dotyczące naszej przyszłości i wiem jedno: czeka nas zagłada.

Zawsze zastanawiałam się nad tym, jak to jest z osobami, które są chore psychicznie? Moje pytanie może wam się wydawać dość dziwne, ale naprawdę mnie to intryguje. Czy obłęd, schizofrenia, słyszenie głosów jest naprawdę chorobą, a może darem, z którym nie potrafią sobie oni poradzić?

Nieobecność to dość ciekawy obraz osoby, która dzieli swój świat z dwoma postaciami: Gwałtem i Mordem. Nie wiem, czy do końca mogę ich nazwać postaciami, bo w końcu są wytworem wyobraźni bohatera, ale czy na pewno?

Mój mini wstęp o chorobach psychicznych ma tutaj bardzo duże znaczenie, bo sądzę, że po przeczytaniu Nieobecności będziecie mieli wrażenie, że i na was spływa zła aura dziwnych głosów. To zdecydowanie lektura dla dorosłych, ze względu na sceny, czy tematykę w niej zawartej. W lekko ponad stu stronach został ukazany obraz i działania osoby, która odczuwa przyjemność z gwałtu i mordu na innych.

Nie mniej jednak, pomimo, że jest to dość mroczna historia, to jednak ma w sobie zalążek, który ja uwielbiam. A mianowicie, każdy z nas może odebrać tę pozycję inaczej. Wszystko ze względu na to, że nie na każde pytanie dostajemy odpowiedź, a jawa miesza się ze snem. Po skończonej lekturze w głowie zaczyna się kłębić jedna myśl: co było rzeczywistością? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdy lubi takie zagrywki psychologiczne. Ale ja nie boję się takich lektur. I pomimo, że jest ona sygnowana jako opowieść obyczajowa, to jednak ma w sobie coś innego, wręcz destrukcyjnego.

Może to z moim mózgiem jest coś nie tak, że lubię czytać historie, które innych rażą, a może i przerażają. Nieobecność to lektura na jeden wieczór ze względu na liczbę stron, a w dodatku czytana w chłodne wieczory, może przyprawić was o gęsią skórkę. To jest taki niebanalny obraz potwora, który w pewnym momencie, a raczej za sprawą Jezebel dostrzega, że coś jest z nim nie tak. Ale najważniejsze pytanie to: czy Jezebel jest prawdziwa? No właśnie…

Jedyną rzeczą, jaka nie pasowała mi w tej książce, to dialogi w języku angielskim. Ja nie miałam z nimi problemu, ale moim zdaniem nie można stosować takich zagrywek w polskiej literaturze. Z jednej strony chcę zrozumieć to, że Autor zapewne starał się ukazać charakter wypowiedzi w angielskim stylu, jednak nie sądzę by to był dobry zabieg. Pomimo, że większość z nas zapewne przyzna się do tego, że język angielski zna, to jednak nie mamy ochoty spotykać tego języka w polskich książkach, tym bardziej gdy te dialogi nie są wtrąceniem, a raczej całymi wypowiedziami. Ale nie martwcie się, znajdują się one wyłącznie na ok. 3 stronach w książce.

Nieobecność to lektura dla tych, którzy szukają czegoś innego w literaturze i lubują się w szukaniu drugiego dna w historii. 

Za tę nieoczywistą lekturę dziękuję: Warszawskiej Grupie Wydawniczej



Kurczaki, za parę dni przywitamy nowy rok, ale nie ma się co zamartwiać, w końcu wydawcy przygotowują dla nas tak smaczne kąski, że aż ślinka cieknie:


Złe dziewczyny nie umierają - Katie Alender [Feeria Young 13 styczeń] Duchy? Biorę w ciemno!
Kuracja samobójców - Suzanne Young [Feeria Young 13 styczeńJuż nie mogę się doczekać, aż druga część Programu trafi w moje ręce.
Armada - Ernest Cline [Feeria Young 13 styczeńO Player one słyszałam, ale dlatego, że jest to dziś biały kruk, którego nie da się zdobyć, to jeszcze się z nim nie zapoznałam. Jednak ogólnie uwielbiam sci-fi, więc zobaczymy co tu się będzie ciekawego działo.
Pustka - J. D. Horn [Feeria Young 11 luty] Trzeci i ostatni tom o Wiedźmach z Savannah, chyba nie muszę jej reklamować?
Zbrodnia. Niezwyciężona 2 - Marie Rutkoski [Feeria Young 16 marzec] Nic dodać nic ująć, ponieważ pierwsza część Niezwyciężonej mnie pochłonęła.
Parabellum. Głębia osobliwości - Remigiusz Mróz [Czwarta Strona 13 styczeńChociaż Parabellum nie należy do moich faworytów, to jednak jestem ciekawa jak historia się zakończy.


Żniwa zła - Robert Galbraith [Wydawnictwo Dolnośląskie 15 styczeń] Właśnie rozpoczęłam czytać pierwszą część, a wiadomo, to Rowling w kryminalnym wydaniu, więc dla mnie pozycja obowiązkowa.
Życie i śmierć - Stephenie Meyer [Wydawnictwo Dolnośląskie 3 luty] Nic dodać nic ująć, jako fanka (może nie jakaś ogromna, ale nadal fanka) bardzo chętnie przekonam się o tej pozycji.
Nick i Norah. Playlista dla dwojga - Rachel Cohn,  David Levithan [Bukowy Las 3 lutyTa Playlista w tytule trochę mnie drażni (nie wiem jak ma się to do marketingu - w końcu parę miesięcy temu Feeria Young wydała: Playlist for the dead), ale nie mniej jednak jestem jej ciekawa.
Tu i teraz - Ann Brashares [Ya! 13 styczeń] Tutaj nawet nie zwracam uwagi na opis. Okładka sama mnie do siebie przyciąga.
Szaleństwo - Susan Vaught [Ya! 3 lutyjw.
Pacjent - Juan Jurado-Gomez [Sonia Draga 13 styczeńLubię mroczne historie.


Chwile Ostateczne - Marcin Gryglik [Videograf 10 luty] Groza połączona z fantastyką to coś dla mnie.
Pora chudych myszy - Wojciech Bauer [Videograf luty] Kopalnie i mroczna historia spod ziemi? Biorę w ciemno.
Splątanie - Maciej Lewandowski [Videograf luty] Pierwsza część cyklu powieści kryminalno-okultystycznych - oooo, brzmi ciekawie :)
Stop prawa - Brandon Sanderson [MAG 13 styczeń] Nie muszę chyba Sandersona przedstawiać. Kolejne części chcę i już.
Cienie tożsamości - Brandon Sanderson [MAG 3 luty] jw.
Przewieszenie - Remigiusz Mróz [Filia 13 styczeń] Komisarzu Forst, chcę Cię poznać tu i teraz!


Porwana pieśniarka - Danielle L. Jensen [Galeria Książki 13 styczeńTrolle i czarownice. Więcej dodawać nie muszę.
Magonia - Maria Dahvana Headley [Galeria Książki 3 luty] Za granicą jest o niej głośno, pozostaje więc poczekać cierpliwie do lutego.
Passenger - Alexandra Bracken [Otwarte styczeń?] Mroczne umysły jakoś mnie do siebie nie przekonały, ale odległe czasy? Czemu nie.
Panika - Lauren Oliver [Otwarte 3 luty] Delirium nie podobało mi się jakoś ogromnie, ale i tak chętnie Panikę przeczytam.
Zombie.pl - Robert Cichowlas, Łukasz Radecki [Zysk i S-ka 15 luty] Ten duet uwielbiam, a zombie to tylko dodatkowy smaczek.

A wy na co czekacie?

Wszyscy mówili: sięgnij po Papierowe miasta, to najlepsza książka Greena. Co tam inne jego powieści, ta jest genialna, nieschematyczna i jakże cudowna zarazem. Wręcz pochłoniesz ją w jeden wieczór, bo nie będziesz mogła się od niej oderwać. A ja, jak to ta głupia owieczka podążałam tymi zapewnieniami i jakże było moje wielkie zdziwienie, gdy książka najprościej w świecie jest średnia.

Jeżeli zdarzają mi się właśnie takie przypadki, że moje oczekiwania kompletnie mijają się z rzeczywistością, to nie pozostaje mi nic innego jak zbierać swoją szczękę z podłogi. Bo w takich sytuacjach zawsze w mojej głowie zapala się lampka: czy to ja jestem jakaś dziwna, czy po prostu reszta czytelników, dążąc za nazwiskiem Autora, nie dostrzega, że pozycja jest nieciekawa?

Znany jest tutaj już schemat, przebojowej dziewczyny, skrytego w siebie chłopaka i jakiejś tajemnicy, która oplata się wokół nich. Gdzieś już o tym czytałam, nawet słyszałam, ale w życiu realnym raczej nie spotkałam. Ale przyznajmy szczerze, książki Greena są wyrwane trochę z kontekstu, są głęboko osadzone w naszych największych rozterkach i przewidywaniach co do trudnego, a czasem i cudownego życia. Autor ukazuje perypetie i bohaterów, w dość niespotykanych sytuacjach, w większości jest to młodzież przebojowa, a przede wszystkim nietuzinkowa. Dołóżmy do tego wspomnianą już tajemnicę i mamy bestseller gotowy.

Papierowe miasta sprawiły, że przejadłam się Greenem. Zawiodłam się, to stwierdzenie trochę za mało związane z rzeczywistością, bo nadal mam chęć na zagłębienie się do kolejnych pozycji, jednak chyba nie uważam go za kogoś wybitnego. Nie zrozumiałam również do jakich przemyśleń miała ukierunkować czytelnika ta historia. Niby czasem bywały ciekawe wątki, które pozwoliły nam bawić się z głównym bohaterem w Sherlocka, ale jest ona jednocześnie przesycona nudą.

Ciągle wręcz myślałam: Długo jeszcze? Ile stron mi zostało? Uratuj mnie ktoś. Nikt niestety mnie nie porwał i byłam skazana na tę nużącą podróż do Papierowych miast. Ani to książka dobra na lato, czy nawet na zimę. Postanowiłam po prostu poznać całą twórczość Greena i zasmakować jego stylu, który muszę przyznać czasem jest genialny. Lecz do tej pory, ta pozycja wydaje się najsłabsza, i mam ogromną nadzieję, że gdy sięgnę po Szukając Alaski, odnajdę ten czynnik wow, który powie mi, że Autor ma w sobie jakąś magię, która pozwala się oderwać od rzeczywistości. Może jednak się trochę wypalił? W końcu Papierowe miasta są ostatnią pozycją, którą wydał…

Mam nadzieję, że przed monitorem nie znajduje się ani jedna osoba, która by nie wiedziała kto to jest Dorota Wellman? A jeżeli, jakimś cudem się taka osoba znalazła, to gratuluję życia bez telewizora, Internetu i jakiejkolwiek prasy.

Książka Jak zostać zwierzem telewizyjnym? jest zarazem odpowiedzią na zadane pytanie tytułowe, ale nie tylko, ponieważ po jej przeczytaniu uważam, że jest to pewnego rodzaju reportaż, a może i nawet pamiętnik. A dodatkowo znajdziecie tu rysunki: Andrzej rysuje.


Czy moim zdaniem książka przybliży przyszłym dziennikarzom pewnych wskazówek dotyczących pracy w telewizji? Zapewne tak, ale nie do końca. Każdego roku coś się zmienia, nikt przecież nas nie zapewni, że telewizja śniadaniowa będzie trwać wieki.

Nie wiem dlaczego tak naprawdę sięgnęłam po tę pozycję, w końcu nie mam marzenia by zostać dziennikarką, ale zdecydowanie mogę napisać, że ta lektura mnie nie zawiodła. Tak jak wspomniałam wcześniej jest to pewnego rodzaju pamiętnik. W szczególności duża część tej pozycji jest poświęcona latom pracy w Dzień Dobry TVN. Przedstawione są tu wpadki, zażenowania, nietrafne wywiady, czyli coś takiego co nas interesuje, czyli życie telewizji od kuchni.

Śmiem stwierdzić, że praca w telewizji nie jest usłana różami. Zdarza się wiele wpadek, które widzowie zapamiętają na długie lata. Konkluzja z tej lektury jest jedna: nigdy nie wiesz co może się wydarzyć. Jednak oprócz tej prywatnej spowiedzi Doroty Wellman znajdziecie tutaj różne wskazówki co robić, albo czego nie robić. Dowiecie się jak się nie ubierać, czy jak się przygotować do wywiadu. Oczywiście zawsze można „zaświecić” głupotą, ale pamiętajcie: zawsze znajdą się widzowie, którzy was ocenią.


Czy polecam tę pozycję? Zdecydowanie tak, ale może nie traktujcie jej jako kompendium wiedzy o telewizji, a o pamiętniku Doroty Wellman, która przy okazji swoich wpadek i wydarzeń z planu potrafi wyciągnąć wnioski i poradzić wam czego nie robić.

Za tę pozycję dziękuję: wydawnictwu Pascal

Dziękuję wszystkim za wzięcie udziału w konkursie. Nie mniej jednak sądziłam, gdzieś tam skrycie, że pojawi się was więcej.  W końcu trzeba było opisać wyłącznie swoją ulubioną książkę. Ale narzekać nie narzekam. Postanowiłam nagrodzić jedną osobą pakietem trzech książek. Nie przedłużam, pakiet wygrywa:


Gratuluję Ci ogromnie, bo pomimo, że tego Autora kompletnie nie znam, to odczułam poprzez czytanie twojego komentarza, że naprawdę ona na ciebie wpłynęła. ;)

Zacznę dość dosadnie: z humorem i gustem jest jak z dupą, każdy ma swoją. Myślę, że Marek Raczkowski nie powstydziłby się takiego wstępu do recenzji jego książki, a raczej książki zawierającej jego odpowiedzi na pytania zadane przez Magdę Żakowską opatrzone jego rysunkami.

Możliwe, że nie każdy wie, kim jest Marek Raczkowski, ale w dobie Internetu, na pewno chociaż raz przed oczami śmignął wam jakiś jego rysunek. Są proste, wręcz nieskomplikowane, kilka maźnięć cienkopisem i kolorami, śmieszne dymki i prawda.

Ja nie boję się takich lektur. Sądzę nawet, że dla wielu z was wypowiedzi bądź wspomniane rysunki mogą was w jakiś sposób obrazić, a może wręcz zniesmaczyć. I tutaj wracam do samego wstępu mojej recenzji. Nie zawsze ma się ochotę na czarny humor, niektórzy nawet go nie trawią. Dla mnie osobiście jest to pewnego rodzaju karykatura rzeczywistości, opowiedziana w dość dosadny i niecenzuralny sposób. Może jest i tak, że wypowiada on zdania (w końcu jest to wywiad w formie książki), które i nam się cisną często gęsto na usta. Ale ich nie wypowiadamy, bo przecież nam nie wypada?


Ale jak to jest z obrażaniem? Kiedy przekracza się tę cienką granicę, która wręcz dla wielu jest mikroskopijna? Na te pytania wam nie odpowiem, ponieważ nie mi to oceniać. Założę się, że nawet są osoby, które rysunków, jak i wypowiedzi Marka Raczkowskiego w ogóle nie tolerują, bo uważają, że przesadza. Ja wcale tak nie uważam. Nie będę wam uzewnętrzniać moich przekonań zarówno politycznych, religijnych, jak i społecznych. Lubię się naśmiewać nawet z samej siebie, a szczególnie z ludzi, którzy mają bardzo wąskie spojrzenie na świat, i jednocześnie nie potrafią przyjąć czyichś argumentów za zasadnych do jakiejkolwiek kontemplacji.

Z tyłu okładki znajdziecie informację, że Marek Raczkowski mówi o sprawach niewygodnych i trudnych dla Polaków. Całkowicie się z tym zgadzam. Są tu rozmowy o: aborcji, prezydencie Andrzeju Dudzie, in vitro, lesbijkach i gejach, myśliwych, o Powstaniu Warszawskim , uchodźcach, kościele katolickim, Janie Pawle II i o Solidarności. Szerokie spektrum jak na pozycję liczącą sobie 254 strony. Jednak to nie są rozmowy o przysłowiowej dupie Maryny, tylko od samego początku, od pierwszych zdań wiemy, że będzie ostro.


Jest przecież tak, że z wszystkimi poglądami Marka Raczkowskiego się nie zgadzam, ale wiele dosadnych i odważnych słów tu pada.  To na pewno nie jest książka dla wszystkich. Chyba nawet mogę stwierdzić, że dla małej rzeszy ludzi, właśnie z tego względu, że mogą się poczuć oburzeni. Raczkowski jest ateistą, więc możecie się domyślać, co mógł ciekawego powiedzieć np. o kościele.

Wiele razy podczas czytania jego słów, jak i przyglądaniu się rysunkom, na moje usta wpełzał uśmiech. Potrafi po prostu dołożyć do pieca, ale to chyba dobrze, nie ukrywa siebie samego, nie stwarza pozorów dobrego samarytanina, i mówi/rysuje/pisze to co myśli (przynajmniej mam nadzieję, że nie jest to pod publikę).

Sięgnijcie więc po tę książkę, by odpowiedzieć sobie na pytanie: czy taki humor do mnie przemawia? Do mnie tak, więc może i do was on trafi. 

Za tę pozycję dziękuję: wydawnictwu Pascal

Każdy z nas w życiu spotkał się z takim momentem, który w jakiś sposób odmienił życie. Może to być coś niezbyt znaczącego dla innych, ale ważne dla nas. Właśnie sam tytuł książki Łukasza Ignatowa powoli nas nakierowuje na odpowiednie tory, że w życiu bohatera się coś odmieni. I muszę przyznać, że ta odmiana może być znacząca.

Ta pozycja zaintrygowała mnie po pierwsze swoją objętością, a po drugie dość pospolitym pomysłem. Pomyślicie zapewne jak coś pospolitego może zainteresować? A no właśnie może. Wszystko dlatego, że jeżeli mam do czynienia z debiutującym autorem, to jestem przeogromnie ciekawa jego prozy, bo może właśnie jest to taka perełka - coś znanego, ale w kompletnie innym wydaniu. Czasem mam wrażenie, że to właśnie debiutujący pisarze mają najwspanialsze pomysły, ponieważ wiedzą, że jeżeli chcą coś osiągnąć to muszą się ogromnie sprężyć i zaciekawić dość krytycznego czytelnika.

Pospolity pomysł w tym przypadku wiąże się z wizytami w zaświatach, przechadzkami z demonami i ogólnie poznawaniem dość specyficznego bohatera – Sawyera. I chyba właśnie mój największy zarzut dotyczy samego bohatera. Gust to rzecz całkowicie niezrozumiała i nie można się nim tak naprawdę tłumaczyć, ale Sawyer po prostu mnie ogromnie irytował. Autor starał się zachować dość współcześnie nacechowane dialogi, niejednokrotnie z humorem, ale w tym przypadku ani mnie nie dziwiły, ani nie zachwycały. Wydawały się nawet czasem niezbyt na miejscu. Bo Sawyer to bohater, który twardo stąpa po ziemi i ego aż mu się wylewa uszami. Jedni lubią takich bohaterów, jedni nie i tyle w tym temacie.

Muszę również przyznać, że książka jest sprawnie skonstruowana. Do stylu nie mogę się przyczepić, ponieważ wszystko jest na swoim miejscu. A skoro mam tym razem oceniać debiutanta, to muszę pochylić czoło przed wszystkimi zarzutami jakie pojawiają się w przypadku początkujących autorów. Tutaj raczej do niczego się nie przyczepicie, a nawet mam wrażenie, że brak błędów zachęci wiele z was do tej lektury.

Co do samego, jak to uznałam we wstępie, pospolitego pomysłu, to odrobinę się zawiodłam, ale nie całkowicie. Mogłabym się chyba pokusić o stwierdzenie, że fanom serialu Supernatural, książka Łukasza Ignatowa przypadnie do gustu. Nie sądzę, by była to jakaś ogromna inspiracja, ale jakoś nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jest poniekąd nim inspirowana. Może tylko w zamyśle, ale zawsze.

Napisałam również na początku o tym, że zaintrygowała mnie objętość. Wszystko tyczy się właśnie debiutu. Jeżeli sięgam po taką książkę, która ma ponad 400 stron, a w dodatku wiem, że jest to pierwsza część zapowiadanej trylogii, to aż mnie świerzbi by dowiedzieć się, czy autor jest tak wielkim grafomanem, a może i jakimś wybitnym początkującym pisarzem? W tym przypadku z grafomaństwem Przebudzenie nie ma za wiele wspólnego, ale zarazem z geniuszem też nie. Czasami czułam znużenie podczas czytania tej historii, ale bardziej na jej początku, ponieważ nie umiałam się zbytnio w niej rozeznać. Chwilami w głowie zaczęły mi się kłębić pytania: w jakim kraju, bądź mieście dzieje się akcja? Oczywiście, nigdy nie jest to zagadnienie, które musi być ujęte w powieści, ale tutaj ten brak jakoś bardzo zauważyłam. I oczywiście samo imię głównego bohatera jak i pozostałych postaci ukazuje, że na pewno nie jest to Polska.

Osobiście pomimo moich zarzutów wam ją polecam, bo jest to dość ciekawa historia o demonach i nie tylko. Nie musicie zwracać uwagi na to, że jest to debiut, ponieważ patrząc na to, w jaki sposób została historia opisana, to jednak jest to bardzo dobry debiut.

Za tę demoniczną lekturę dziękuję: Warszawskiej firmie wydawniczej

W roku 2016 postanowiłam nie przystępować do żadnego wyzwania, a raczej sprostać własnemu wyznaniu. Przez dwa lata uczestniczyłam w różnego rodzaju wyzwaniach, poczynając od kończenia różnych serii, po wyzwaniu: przeczytam ile mam wzrostu, a nawet i różnych słowach kluczowych. Jednak większość z nich kończyło się fiaskiem. 

Myślę, że fiasko objawiało się w tym, że wyzwania (w większości) stawiają na pewnego dopasowaniu się do zadania klucza, a często gęsto niektóre podpunkty mi nie pasowały. Nie będę już oszukiwać siebie, że sięgnę po gatunki za którymi nie przepadam, w końcu powinniśmy czytać z przyjemności.

W zeszłym roku było jedno wyzwanie, a mianowicie: Kiedyś przeczytam. To najlepsze wyzwanie, w jakim do tej pory uczestniczyłam, i chociaż go nie ukończyłam, to jest w nim coś magicznego.

Moim problemem, że nie ukończyłam (a raczej nie ukończę) tego wyzwania było to, że za mało miałam wyboru. Bo ze mną to tak jest, że muszę mieć dużą pulę książek, z której wybieram co akurat dzisiaj by mi się spodobało.

Tak moi mili, w życiu każdego czytelnika nadchodzi taki czas, gdy jest wręcz przerażony tym, ile pozycji wpłynęło na półkę/regał dawno temu, a do tej pory jej nie przeczytał. Na moich regałach jest ok. 150 pozycji nie przeczytanych.

Postanawiam więc skończyć z tym zaleganiem. Jeżeli chcielibyście dołączyć do tego wyzwania, to zapraszam. Kochajmy wszystkie książki tak samo!

Nie będzie żadnych zasad, żadnych kar i wytykania palcem. 

Na początku przyszłego roku stworzę post, w którym pokażę wam, jakie pozycje u mnie zalegają i chociaż wiem, że wszystkich nie przeczytam w przyszłym roku, to jednak chciałabym może z połową się skonfrontować.

Nie jestem pierwszą i zapewne nie ostatnią ostatnią osobą, która wpadła na pomysł takiego wyzwania. Panna Kac, też stworzyła takie wyzwanie, możecie do niego dołączyć tu: KLIK, zapewne też i wyzwanie Kiedyś przeczytam powstanie na przyszły rok. Każdy ma wolną wolę, więc ja zrobiłam je dla siebie, bo w końcu kto jak nie ja, jest dla mnie samej najsurowszym katem? 




Nie martwcie się, sama się boję pisać recenzję książki, którą ubóstwiam nad życie, a jednocześnie tak bardzo jej nienawidzę. Jestem zła, że saga posiada tylko siedem części, i tylko chwile spędzone przy tej lekturze, pozwalają mi bezgranicznie oddać się magii.

Przyjmijcie tę recenzję jako coś całkowicie luźnego, bo coś czuję, że nie potrafię patrzeć na nią obiektywnie. Nie jestem jakąś fanatyczką i nie uważam że jestem największą fanką na świecie. Lecz jednocześnie muszę napisać te proste słowa: bardzo możliwe, że bez przeczytania tej pozycji w młodości, nie byłabym tą osobą, którą jestem dziś. Nawet nie jestem w stanie zliczyć, po raz który czytałam Kamień filozoficzny. Po siódmym razie przestałam już liczyć.

Zapewne dla was, nie pojmujących tego fenomenu, jest to coś niezrozumiałego. Sądzę, że jesteście zwykłymi mugolami i naprawdę nie mam wam tego za złe, ale jednocześnie jest mi bardzo przykro, że omija was tak ogromna nauka o miłości i przyjaźni, które są potrzebne w walce dobra ze złem.

Może i jest tak, że marzymy zawsze o czymś, co jest nieosiągalne. Ja nadal czekam na swój list z Hogwartu, jednocześnie zaczytuję się w serii po raz nty, oglądam filmy po raz kolejny i marzę o takim świecie. Może i bez złego Voldka, ale kto nie chciałby pomachać sobie różdżką?

Sam Kamień filozoficzny nie był wymysłem autorki, ponieważ krąży o nim wiele legend i jest, bądź był, głównym przedmiotem poszukiwanym przez wielkich alchemików. Nawet sam Nicolas Flamel, nie został przez nią wymyślony. Bo to był alchemik, którzy żył w XIV wieku. Więc jak widzicie, bądź czytacie, to wszystko nie jest ot tak sobie wymyśloną historyjką. Więc wierzcie mi, że zdecydowanie zgadzam się z innymi, że Hogwart istnieje.

Magia istnieje w każdym z nas. I czuję w głębi, że to będzie pierwsza książka, którą polecę, a nawet i przeczytam swoim dzieciom. Nie ma możliwości by im się nie spodobała. A jeżeli, naprawdę jeżeli zdarzy się, że jednak coś im nie zagra, to po prostu ich wydziedziczę ;)

Jak widzicie, to najbardziej luźna recenzja ze wszystkich, które mogliście ujrzeć u mnie. Nie potrafię zrozumieć tego fenomenu, a jednocześnie nie potrafię mu zaprzeczyć. Jest to lektura ponad wszystko i do końca swoich dni, będę miło wspominać całą sagę. I tak, będę zbierać nie jedną serię, która się ukaże. Poniżej mikro dawka moich jeszcze nie kompletnych czterech serii, które posiadam:


Taki dodatek znajduje się w nowym wydaniu Bloomsbury (Angielskie)


A tutaj jedna z moich niespodziewanek, okazało się, że mój egzemplarz to pierwsze wydanie z 33 dodruku. Może dla was nic to nie znaczy, ale dla mnie tak. Wczytajcie się w tekst znajdujący się na okładce, a nawet i Dumbledore wygląda trochę "inaczej" w pierwszych wersjach ;) Po lewej stronie jest książka (wcześniejszy dodruk), a po prawej jedynie papierowa obwoluta.

Tym razem jednak uda mi się zrobić jeden prezent na Mikołajki. W końcu to dobry dzień, by kogoś obdarować. Wasze odpowiedzi były mniej lub bardziej wymyślne. Jednak tym razem wybór był w miarę prosty, bo szukałam w nich czegoś innego. Przecież wiecie, że u mnie nie musicie się bać trudnych i czasem abstrakcyjnych wypowiedzi ;) Nie będę więc wam przedłużać:

Zimową opowieść - Jeanette Winterson wraz z zakładkami i notesem wygrywa:


Już zaraz skrobnę do Ciebie e-mail z wiadomością o wygranej ;)

Nie martwcie się, w końcu dzisiaj pojawił się post z kolejnym konkursem :D (Szaleństwo, nieprawdaż?) Klikajcie w obrazek, a on was do niego przeniesie:



Z okazji Mikołajek przybywam do was z kolejnym konkursem :) Pozostawiam wam wyłącznie 10 dni na zgłoszenie się, byście jeszcze cieszyli się nagrodą przed świętami (przynajmniej mam taką nadzieję) :)
To już trzeci ostatni konkurs, w którym świętujemy nadchodzącą drugą rocznicę bloga. Jak możecie zauważyć, tym razem macie do wygrania 3 książki, które ogromnie mi się podobały.

Regulamin:
1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga: http://ujrzec-slowa.blogspot.com/, czyli Riana.
2. Sponsorem nagród jest : Warszawska firma wydawnicza.
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest zgłoszenie się w komentarzu i odpowiedzenie na proste pytanie i trzymanie kciuków, że to właśnie Ty wygrasz.
4. Konkurs trwa od 06.12.2015 roku do 16.12.2015 roku do godz. 23.59 i wyniki ogłoszę w ciągu 3 dni od daty zakończenia konkursu.
6. Obowiązkiem wzięcia udziału w konkursie jest dodanie bloga Ujrzeć Słowa do obserwowanych.
7. W konkursie może wziąć udział każdy. 
8. Nagroda jest wysyłana przez Pocztę Polską, wyłącznie na terenie Polski. Nie wysyłam książek za granicę.
9. Zwycięzca ma 3 dni na odpowiedź na mojego e-maila informującego o wygranej, jeżeli tego nie zrobi, nastąpi ponowne wyłonienie zwycięzcy.

10. Pytanie: Poleć mi książkę, która wywarła na Tobie duże wrażenie (możesz podać również uzasadnienie).

Wzór zgłoszenia:

Zgłaszam się!
Obserwuję jako:
Odpowiedź: 
E-mail:

11. Ale byłoby mi również miło, gdybyście udostępnili informację o konkursie, czy nawet polubili mój fanpage: [KLIK]

12. W zależności od jakości i ilości waszych odpowiedzi, postanowię, czy pakiet zgarnie jedna osoba, czy może trzy osoby wygrają po jednej książce. A kto wie, może coś dołożę jeszcze od siebie :) 

Mam nadzieję, że już dobrze zdajecie sobie sprawę z dwóch rzeczy: po pierwsze uwielbiam polskich autorów, a po drugie lubię opowiadania. W końcu to one ukazują kunszt danego autora. Przynajmniej tak mi się zdaje: że napisać powieść nie jest trudno, często można zastosować przysłowiowy zapychacz, a w opowiadaniach musi być to coś, co nas przyciągnie od pierwszego zdania.

W przypadku Opowieści starca, miałam różne odczucia, ale ostatecznie dochodzę do wniosku, że nie jestem w stanie ich ocenić.

Wszystko za sprawą tego, że opowiadania są odpowiednio wyważone, a do danego stylu nie mam nic do zarzucenia. Widzę, że Jarosław Bujak przyłożył się do ich stworzenia i w szczególności poprawiania. Bardzo ciekawym dla mnie zabiegiem jest również to, że w 184 mieści się aż 11 opowiadań, w czym jedno z opowiadań ma lekko ponad 100 stron. Więc jak możecie zauważyć, nawet taka forma można przybierać również różne konstrukcje.

Tutaj nie jest inaczej. Sam opis ukazuje, że każde z opowiadań jest o różnorodnej tematyce. Jeżeli widzę, taki gar opowiadań, to się zastanawiam, czy dany Autor jest tak genialny, że odnajduje się w różnych sferach, czy po prostu tak naprawdę nie wie, w jakim klimacie czuje się najbardziej? Nie jestem w stanie tego ocenić, może Jarosław Bujak jeszcze poszukuje swojej drogi, i mam szczerą nadzieję, że ją znajdzie, ponieważ wszystko wskazuje na to, że przekazuje w przejrzysty sposób to co chce ukazać.

Dlaczego zostawiam więc Opowieść starca bez oceny? Nie czuję się do końca kompetentna, by wystawić jej konkretną cyferkę. Podczas ich czytania odczułam, że właśnie, jak sam tytuł książki wskazuje, jest to pewna opowieść i czasem miałam odczucie, że są dość osobiste, ale może niekoniecznie samego Autora, ale czyjeś, jakiejś nieznanej osoby. Oczywiście mówię o tych obyczajowych opowiadań. Ponieważ znajdują się tu też opowiadania o charakterze kryminalnym, ale i czasami dość fantastycznym.


Tak jak wspomniałam, pomieszanie z poplątaniem. Czytało mi się je przyjemnie, ale ostatecznie bez ochów i achów, ale jednocześnie czuję, że Autor ma coś do powiedzenia jeszcze w szeregu innych Autorów. Może w przyszłości zamknie się na jeden, może na dwa główne gatunki, w których czuje się najlepiej. Tego życzę mu z całego serca.

Za tę lekturę dziękuję: Warszawskiej firmie wydawniczej


__________________
Jak możecie zauważyć, postanowiłam postawić na zmianę w komentarzach. Tym razem zagościł tu Disqus. Wolę tę formę u innych, bo dzięki temu mogę bez problemu "porozmawiać" w komentarzach z innymi blogerami. Mam nadzieję, że taka forma i wam przypadnie do gustu. 
Miałam z nim kilka problemów, bo wydaje się, że mój szablon z bloga jest zbyt skomplikowany na niektóre sprawy, ale mam nadzieję, że samo komentowanie przebiega sprawnie, a małe niedociągnięcia zniweluję w czasie ;)

Kiedy znajdujemy tekst na okładce książki, że jest to historia o polskim seryjnym mordercy, to chyba logiczne, że zacieramy już ręce z niecierpliwością, by poznać jego działania i mamy ochotę na jakąś krwawą jatkę. No dobra, nie mogę mówić w imieniu wszystkich, ale jako rasowa fanka historii okrutnych wręcz żądam od przedstawionej przez autora powieści trochę krwawych wątków, a nie jedynie sucho wypranych faktów.

Karol Kot żył w latach 1946-1968 i był nazywany Wampirem z Krakowa. Historia ta pewnie zaintrygowała Autorkę książki, którą staram wam się przedstawić. Według informacji, do których udało mi się dokopać w Internecie: dopuścił się on 2 morderstw, 10 prób zabójstwa oraz 4 podpaleń. Lolo jest więc historią jego samego, opowieścią o tym, jak stał się zwyrodnialcem. Tylko chyba do samej historii mam tak wiele zastrzeżeń, że nie jestem do końca przekonana czy ją wam polecać.

Lolo jest dla mnie rozczarowaniem. Fakt, czyta się ją szybko i nie jest skomplikowana, a przede wszystkim jesteście w stanie ją przeczytać w ciągu kilku niezobowiązujących godzin. Książka liczy sobie skromne 224 stron i mogłoby się wydawać, że jest to za mało by ukazać psychopatyczny charakter Kota. I niestety te wrażenie towarzyszyło mi do samego końca tej pozycji. Mogłabym nawet stwierdzić, że ta historia jest jakimś nieporozumieniem, lecz po kolei.

Jeżeli znajduję informację, że historia jest inspirowana faktami, to logiczne jest, że przeszukujemy Internet by dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. I najgorszymi możliwymi emocjami, jakie mnie ogarnęły podczas tych poszukiwań było to, że wiadomości z Wikipedii, były ciekawsze od samej pozycji. Tak jak wspomniałam, Lolo jako historia jest sprawnie napisana, ale wiele jej brakuje do tego, by móc się nad nią zachwycać.

Nie wiem dlaczego, ale na moje usta wstępuje uśmiech, gdy widzę pewnego rodzaju wężyk: Lolo jest inspirowany prawdziwą historią, a film Czerwony pająk jest ponoć inspirowany książką Lolo. Nie ma to jak reklamować film jako inspirację inspiracji. Ale to tylko taka moja dygresja dotycząca tego chwytu marketingowego. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że gdy film wejdzie to kin, to zapewne rzesze kinomanów sięgną i po książkę Marty Szreder, ale chyba zawiodą się na niej tak jak ja.

Lolo to taka historia psychologiczna, albo raczej urywek historii mordercy. Na plus należy zaliczyć przede wszystkim niektóre momenty, gdy na pierwszy plan wysuwają się wydarzenia, które ukazują naturę Karola Kota – jego zafascynowanie bronią, niespełnioną miłość, brak ciepła rodzinnego domu. Ale to tylko niektóre fragmenty zachwycają, a oprócz nich jest to tylko zlepek słów, które każdy z nas mógłby opowiedzieć.

Liczba stron wpływa również na to, że postać psychopaty nie została w pełni wykorzystana, a wręcz była powierzchowna. Czasem my sami dopowiadamy wiele więcej niż przedstawiła to Autorka. Nie oczekujcie tutaj też rozlewu krwi, bo tu jej praktycznie nie ma. Wszystko zostało przedstawione schematycznie, a ja sama się dziwiłam temu wszystkiemu, w szczególności gdy dowiedziałam się czegoś więcej z różnych źródeł o Karolu Kocie. Pomysł na napisanie tej pozycji był genialny, ale niestety kompletnie niewykorzystany. Mam nadzieję, że film będzie o niebo lepszy.

Za tę pozycję dziękuję: wydawnictwu Znak Literanova

To jest dopiero heca dla czytelnika, jeżeli trzyma książkę w ręce, spogląda na tył okładki, by dowiedzieć się czegoś o fabule, a tu nicość. Ja nie miałam takiego problemu, że nazbyt się zszokowałam tą zagrywką, ponieważ zakochałam się w Invocato Agnieszki Tomaszewskiej i zdaję mi się, że nawet gdyby Autorka napisała tomik poezji to i tak bym go przeczytała. Styl nieporównywalny do innych wielkich autorów. Jeżeli już raz sięgniecie po którąś z książek Agnieszki Tomaszewskiej, to ciągle będzie wam mało.

Sam tytuł tej pozycji mówi wiele, ale nie odsłania wszystkiego. Bezsenność jest głównym wątkiem, ale zarazem jest częścią całkiem innej historii, która przybywa do nas z innej galaktyki. Nana jako główna bohaterka zaprasza w swe skromne progi nie tylko nas, ale i owych przybyszów. Czy coś dobrego z tego wyniknie? Przekonajcie się sami.

Prawie na początku mojego wywodu, nasypię do tej recenzji odrobinę goryczy. Znów przydarzyło mi się to dziwne uczucie, że czasami nie sklejałam odpowiednio wątków. Albo że nie zostały one odpowiednio sklejone. Takie czasami pomieszanie z poplątaniem, bo niekiedy w tekście coś wydaje się być wyrwane z kontekstu. Może właśnie to jest taki genialny styl Autorki, że zasiewa w nas niepewność i pozostawia minimalną lukę do snucia swoich własnych wyobrażeń. Nie mniej jednak ta historia jest świetna i jedynym minusem są właśnie te niekiedy nieskładne wątki, które powodują w czytelniku dezorientację.

Dobra, jakoś ta gorycz przeszła, czas na tony cukru i lukru. Głupio tak z jednej strony komuś słodzić, ale jeżeli się to komuś należy to czemu nie? Insomnia i Invocato to jedyne wydane książki tej Autorki i da się w nich dostrzec pewne podobieństwa. Widać zarysowany styl, który odbiega od stylu innych autorów, ale zarazem jest prosty i nieskomplikowany.

Najlepiej jakbyście przekonali się o tym na własnej skórze i po prostu przeczytali którąkolwiek pozycję Agnieszki Tomaszewskiej. Tylko tyle, albo aż tyle mogłabym w tym temacie napisać, bo czasem mam wrażenie, że tego nie da się opisać. Po za tym, w tej historii mamy tak świetnie wykreowanych bohaterów, że aż szok. Nie są ślamazarni, posiadają ciętą ripostę na każdy przytyk i to sprawia, że mamy ochotę z nimi przebywać. W szczególności z Naną - to skomplikowana osóbka, ale zarazem, napiszę to wprost: kobieta z jajami.

Wracając do pomysłu na daną książkę, można tylko Autorce pogratulować, ponieważ niewątpliwie ma jakieś konkretne szare komórki w swoim mózgu, które mogą stworzyć niepowtarzalną historię. Nawet nie sądzę, by o czymś podobnym byście słyszeli. Nie chce zdradzać wam czegokolwiek z tej historii, ponieważ trzeba ją poznać na własnej skórze.

Na wielki plus zasługuje końcowy punkt kulminacyjny. Dostajemy prawym sierpowym, by po chwili wejść w stan odrętwienia, bo w końcu ktoś nam ten policzek masuje. Nie wiem szczerze komu mogłabym polecić tę książkę. Sądzę, że wszystkim bez wyjątku, ponieważ każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Zarazem znajdzie się tu pewna przygoda, sensacja, ale i fantastyka, a raczej science fiction.

Zapewne długo zajmie mi by powrócić do świata żywych, albo zatracić się w jakiejś innej pozycji, przez następnych kilka dni, może tygodni. W dodatku pierwszy raz udało mi się dawkować lekturę przez dłuższy czas i to nie dlatego, że była nudna, tylko po prostu nie chciałam się z nią za szybko rozstać. To najlepsza rekomendacja jaką mogę wam przedstawić.

Wyzwanie: Kiedyś przeczytam

Zaskoczenie w przypadku tej pozycji to mało powiedziane. Dawno nie zdarzyło mi się tak, bym otrzymała coś kompletnie innego niż przypuszczałam, że otrzymam, ale oczywiście w pozytywnym sensie. Jak sama nazwa serii wskazuje: Inni, to pozycja inna niż wszystkie.

Nie ma tak naprawdę sensu przedstawiać wam skrótu z opisu, czy skracanie wam jej fabuły, bo mam wrażenie, że bez tej znajomości, ta książka wydaje się tak wspaniała. Sama stałam przed takim wyborem, ponieważ nie zaglądając za bardzo w opis i w treść, coś mi podpowiadało, że muszę się za tę pozycję wziąć. Ciągle tylko obijała mi się myśl o uszy, że sama nazwa serii wskazuje na jakieś paranormalne stworzenia. I w tym przypadku jest to całkowicie dobra ścieżka myślenia. Odnajdziecie tutaj wilki, wrony, niedźwiedzie, oczywiście nie tak jak my postrzegamy te zwierzęta, ale posiadają one możliwość przemieniania się w ludzi i jakby na to nie patrzeć, są ponad ludźmi. To oni wyznaczają prawa, potrafią pokazać zęby, a nawet ich użyć. Tak właśnie są oni przedstawieni, jako terra indigena, czyli stworzenia o niebywałej mocy, którzy potrafią zmieniać się w ludzi, a raczej przybierać ich wygląd. I chociaż to wszystko może wam się wydawać skomplikowane, to co gdy dowiecie się, że występują tu również wampiry, jak i Cassandra sangue – czyli wieszczka krwi.
-Wrona w recepcji, szczeniak w sortowni, a na zewnątrz szalony Wilk – mruknęła do siebie – Czy ten dzień może być gorszy?Najwyraźniej mógł – ale na szczęście Meg zauważyła robaka, którego Jake wrzucił jej na przeprosiny do herbaty, zanim go połknęła.
I chociaż mi nie wierzycie, to naprawdę nie musicie tego wszystkiego wiedzieć, by oddać się przyjemności podczas jej czytania. Pierwsze skrzypce w tej książce to zaskoczenie i niebywała historia, która wciąga od pierwszego zdania. Wykreowanie tak genialnego świata, który jest połączeniem świata ludzi i tych innych stworów i ich wzajemne przenikanie jest cudem.

To jedna z takich recenzji, które przedstawiam wam w skrócie, ponieważ niewiele jest do powiedzenia w przypadku bardzo dobrych książek, które potrafią nawet mnie wzruszyć! Tak, przecież to dziwne, że mnie coś wzruszyło, ale jednak. Ta książka przeznaczona jest dla tych osób, które lubią pławić się w niebanalnych historiach z pogranicza fantastyki i nie tylko dla osób, które zaczytują się w takim paranormalnym gatunku.

Każdy z bohaterów, czy jest to Simon Wilcza Straż, czy Meg wieszczka, jest idealnie wykreowany i sprawia wrażenie ulubionych bohaterów wszech czasów. Niezależenie od tego, ile ta historia miałaby stron, to czytałabym ją tak samo zachłannie, stąd też, gdy przeczytałam ostatnie zdanie, to od razu zabrałam się za kolejny tom i aktualnie czytam ostatni i to jedna z moich ulubionych serii. Potrafi zaskoczyć, wzruszyć, emanować takimi emocjami, że ciągle pragniemy więcej. 

Nie ma zbyt wiele słów by opisać tę pozycję. Ją po prostu musicie przeczytać i poznać wizje Meg, bo mogą wam zmrozić krew w żyłach.

Wiecie jak to bywa w konkursach, ktoś musi wygrać, a tak naprawdę wybór tym razem był bardzo trudny. Porzuciłam już konkursy, gdzie o wygranej decyduje los, ale wcale nie jest teraz łatwiej. W końcu trzeba tylko przeczytać Wasze odpowiedzi, wybrać tę najlepszą... Taa, tylko właśnie każdy z Was w moim mniemaniu powinien wygrać. Nie przedłużam:

Pakiet dwóch tomów Red Rising wygrywa:


Lecz nie zapominajmy o zakładkach, które obiecałam! W tym przypadku e-mail informujący o powiedzmy nagrodzie pocieszenia w postaci zakładek otrzymują:

Martha Oakiss
_ CrUzOn _
bookworm
Patrycja Waniek
Dziewczyna z książkami
Ania K
Marcelina L.
Czarny Kruk

Tak, postanowiłam nagrodzić więcej odpowiedzi, jak i rodzynka, który jako jedyny chciał zawalczyć jedynie o zakładki ;) E-mail zaraz się skonstruuje ;)

Ostatecznie: wasze wizje świata są przerażające i z wieloma waszymi wypowiedziami się zgadzam. Nie wiem co to będą za czasy w przyszłości, ale nie wiem czy takiej przyszłości chciałabym dożyć. 

Regulamin:
1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga: http://ujrzec-slowa.blogspot.com/, czyli Riana.
2. Sponsorem nagród jest : Grupa Wydawnicza Publicat S.A..
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest zgłoszenie się w komentarzu i odpowiedzenie na proste pytanie i trzymanie kciuków, że to właśnie Ty wygrasz.
4. Konkurs trwa od 25.11.2015 roku do 5.12.2015 roku do godz. 23.59 i wyniki ogłoszę w ciągu 3 dni od daty zakończenia konkursu.
5. Nagrodą jest książka: Przepaść czasu Jeanette Winterson, mini notes oraz zakładki.
6. W konkursie może wziąć udział każdy. 
7. Nagroda jest wysyłana przez Pocztę Polską, wyłącznie na terenie Polski. Nie wysyłam książek za granicę.
8. Zwycięzca ma 3 dni na odpowiedź na mojego e-maila informującego o wygranej, jeżeli tego nie zrobi, nastąpi ponowne wyłonienie zwycięzcy.
9. Pytanie: Co życzyłbyś Wiliamowi Szekspirowi z okazji jego 400 rocznicy śmierci?

Wzór zgłoszenia dla książek:
Zgłaszam się!
Odpowiedź: 
E-mail:

10. Ale byłoby mi miło, gdybyście dodali mój blog do obserwowanych, udostępnili konkurs, czy nawet polubili mój fanpage: [KLIK]

Pamiętajcie, nie ma złych i dobrych odpowiedzi, niech Was poniesie fantazja :)