Patrzeć nie znaczy widzieć

A czy Ty potrafisz ujrzeć słowa?
Znajdź mnie
Moja miłość z tymi jakże cudownymi potworami, jakimi są wampiry, rozpoczęła się bardzo dawno temu. Uważam, że są to najlepsze postacie paranormalne, które kiedykolwiek zaistniały na łamach książek, czy nawet telewizji. Fascynacja ta sprawia, że bardzo chętnie sięgam po książki, gdzie nawet w najmniejszej części następuje rozlew krwi, poprzez jakże seksowne ugryzienie.

Przypadek rządzi życiem Violet Lee już od samego początku powieści. Jej obecność na Trafalgar Square zmienia jej życie w jednej chwili. Jest ona świadkiem rzezi, a jak to bywa ze świadkami, nie może ona zostać po prostu wypuszczona, zostaje więc porwana w całkowicie inną rzeczywistość, do której na pierwszy rzut oka nie jest w stanie przywyknąć. Wszystko się komplikuje, gdy z Kasparem Varnem zaczyna łączyć ją niebezpieczne uczucie, które może sprawić, że i wy na własnych karkach poczujecie dreszczyk emocji.

Nie wiem jak to się dzieje, ale nie mam takich historii dość, oczywiście, że wszędzie u krwiopijców znajdziemy pewien utarty schemat, myślę, że nie da się go ominąć, ale to cała ta otoczka i inne wartości dodane, sprawiają, że książka jest bardzo dobra. W tym przypadku spotykamy się z silną osobowością Violet. Nie jest ona szarą myszką, pomimo tego, że poznajemy ją gdy ma siedemnaście lat. Stoi ona więc u progu dorosłości, męczona wcześniej zwykłymi problemami, nagle zaczyna wplątywać się w taką mroczną historię, że na samym początku nie daje ona wiary co się dzieje.

Bo któż by z nas, przytaknął na wieść, że wampiry istnieją? Nawet ja, rasowa wampiroholiczka, ciągle doszukiwałabym się jakiejś ułudy, bądź niezbyt niesmacznego żartu. Lecz co, gdy nagle na naszych szyjach czujemy wtapiające się kły i ogarniający nas ból? Właśnie, w takiej sytuacji znajduje się główna bohaterka, musi swoim twardym charakterem, sprawiać wrażenie obojętnej, a nawet i czasami wystawić pazurki, by to nie ona stała się źródłem konsumpcji w tym nowym miejscu.
Nie masz wyboru. Nigdy go nie miałaś! Nikt nie wybiera przeznaczenia, gdy znajdzie się pośród mrocznych istot.
Książka jest skierowana do czytelników nieco starszych, może ze względu na rozlewającą się krew, czy istniejące w tej książce sceny łóżkowe. Nie oczekujcie jednak, że to paranormalny erotyk, bo tak nie jest. Nie można też stwierdzić, że to zwykły paranormal romance. Ponieważ uważam, że ta książka ma coś więcej do zaoferowania, niż ckliwą miłość.

Na duży plus zasługuje tutaj zagadka mrocznej bohaterki, która została zapowiedziana przez przepowiednię. Egzystowanie świata wampirów jak i ludzi, miesza się ze sobą, lecz jest on oddzielony światem politycznym. Gdyż autorka przedstawia nam zależność, że osoby siedzące odrobinę wyżej w hierarchii politycznej, wiedzą o istnieniu krwiopijców. Pomimo tego, że to dość częste zagranie wśród pisarzy, to jednak tutaj mamy pewną tajemnicę, która bardzo ciekawie jest wplatana w tę historię.

Temat miłości jest tutaj nieco bardziej skomplikowany w ocenie, gdyż w moim mniemaniu, była to jednak najmniej wartościowa część tej książki. Z jednej strony dziękuję autorce, że nie stworzyła miłości od pierwszego wejrzenia, bo nie sądzę, by było to zbyt realistyczne, stopniowo widzimy rozwijającą się miłość, taką sytuację jestem w stanie znieść, lecz nie, niezdecydowanie. Więcej Wam nie zdradzę, bo musicie sami przebrnąć przez tę prawie sześciuset stronicową książkę.
„- Otwórz oczy, dziewczynko! Jestem cholernym księciem i rozkazuję ci! Nie wolno ci odejść!”
Nie mniej jednak, to naprawdę dobra książka, spodoba się ona osobom, które lubią wsiąkać w historie paranormalne, okraszone stanowczymi bohaterami, chociaż czasem działających zbytnio pochopnie, niezdecydowanie, ale czegóż się spodziewać po osobie, która ma kilkanaście lat? Mam nadzieje, że w kolejnym tomie, będę miała do czynienia z bardziej zdecydowaną bohaterką, która nie będzie mnie już irytować, a sprawi wrażenie, że będę jej całkowicie kibicować na nowej drodze życia. 


Okładka i opis, który przyciąga wzrok jest dla mnie czymś podstawowym w założeniu, by książka mnie zainteresowała. Nawet, jeżeli wspomniany opis, nie leży w moim nurcie zainteresowań, bo przecież trzeba odkrywać nowe historie i gatunki, by się przekonać do nich, lub wiedzieć, że to nie jest jeszcze czas by po nią sięgnąć. Jak było w tym przypadku?
Już na samym początku przemieszczamy się do Warszawy w 2004 roku, gdzie umierający na raka mężczyzna, nagle jest świadkiem włamania do własnego mieszkania. Poszukują oni tajemniczą kopertę ZO171270, gdy ją otrzymują, bez skrupułów zabijają świadka. Następnie wyruszamy do Trójmiasta i problemów Karola Jarczewskiego, który ma problem w postaci zięcia, chce się go pozbyć, lecz splatające się losy mu to uniemożliwiają. Poznajemy też redaktora naczelnego „Głosu Bałtyckiego”, który dostaję propozycję napisania książki o wydarzeniach z grudnia 1970, tak wpadamy w wir niezwykłej historii.

Bardzo ciężko przedstawić wam w tej historii coś więcej, by wam niczego nie zdradzić. Jest to powieść wielowątkowa, więc co za tym idzie, mamy wiele punktów odniesienia, które mogą zmienić postrzeganie niektórych sytuacji, czy osób w niej zawartych. Takie zagranie zasługuje na uznanie, ponieważ możemy wejść z butami do życia innych i starać się zrozumieć, co ich cechowało w danym czasie. Wiele bohaterów, w moim mniemaniu, ma rozdwojenie jaźni, gdyż nigdy nie jestem w stanie rozumieć jak można przechodzić do tak skrajnych emocji. Adam właśnie do takich osób należy, z jednej strony sprawia wrażenie, ze człowiek jest w stanie go polubić, a potem zdenerwować. Chociaż z drugiej strony ileż to takich osób nie znamy w naszym życiu?

By zrozumieć całą historię, byłoby ważnym aspektem, gdybyśmy wiedzieli, co działo się w grudniu 1970. Przyznaję się bez bicia, ja kompletnie nie wiedziałam, co to była za data. Nie wiem czy mogę, ale winą obarczam w pewnym stopniu moich nauczycieli historii, którzy przez całe lata nauki wpajali mi wiedzę na temat starożytności i czasów świetności historii Polskiej, by nigdy nie dotrzeć, do wydarzeń, który miały wpływ na nasz dzisiejszy ustrój. Zapewne uznacie, że gdybym chciała, to sama bym się douczyła, widocznie nigdy nie było mi dane, by otrzymać zalążek zacięcia do historii, jest to po prostu moja pięta achillesowa.

Tytułowa marynarka, ma swoje odzwierciedlenie w historii podczas, której były lider zespołu „Amnezja” widział na własne oczy, jak jego ojciec został zastrzelony, a jedyny obraz, jaki pozostał mu w głowie to wspomniana marynarka taty. Podczas czytania, niektóre momenty bardzo mnie wciągały w swoje historię, a pewne były dla mnie zbędne, ale to tylko moje osobiste odczucie. Chciałabym zaznaczyć, że zapewne bardzo ogromny wpływ miało na mnie to, że historia masakry na wybrzeżu jest mi po prostu obca, nie potrafiłam się do niej odnieść. Właśnie to jest chyba jedna z takich książek, które by móc ujrzeć w nich piękno, należałoby mieć jakąś wiedzę na ten temat. Dla młodych osób, takich jak ja, może to być trudna i dość niezrozumiała książka. Lecz należy pamiętać, że realizm, który odczułam w tej lekturze, wpłynął na mnie ogromnie.

Agresor i ofiara, odgrywają tutaj ogromną rolę, bo dzięki temu spojrzeniu, możemy wczuć się w tę historię z dwóch niezależnych stron. Nie zostaje nam narzucone, kogo mamy wybrać, jak oceniać, autor zostawia to zadanie nam samym.

To książka, która zmusza do refleksji, jeżeli tylko jesteście w stanie sprostać tym wydarzeniom, to wam ogromnie ją polecam.

Za możliwość przeczytania tej pozycji dziękuje Autorowi oraz pani Marii Tomaszewskiej.
Gdy tylko pojawiła się zapowiedź tej książki wiedziałam, że muszę ją zdobyć, nie ze względu na to, że przepadam za erotycznymi książkami, a dlatego, że sama okładka wywołała we mnie pewną euforię, bo obok takiej okładki nie można przejść obojętnie. Nie wspominając już o opisie: „Najgorętsza opowieść na zimowe wieczory”, i chociaż u mnie śniegu jeszcze nie widać, to czytając ją w nocy miałam wypieki na twarzy. Czy czegoś chcieć więcej?

Tytułowa Berenika to kobieta sukcesu, która jako prawnik w jednej z Krakowskich firm świetnie sobie radzi. Dwadzieścia dziewięć lat to czas, kiedy powinna pomyśleć o zamążpójściu, dzieciach, lecz jest to dziewczyna, która nie potrafi dojść do ładu i składu. Lecz pewne wydarzenie sprawia, że serce zaczyna jej bić szybciej, chociaż sumienie podpowiada, że nie powinna brnąć w to dalej, bo jak wytłumaczyć innym, jak i sobie, że łączy ich coś więcej? Półtoraroczna tęsknota za ukochanym Piotrkiem, który wyjechał na kontrakt do Australii jest bólem w samym sobie. Tylko jak ona poradzi sobie samotnie w jego mieszkaniu, kiedy z ukochanym dzieli ich tysiące kilometrów? Berenika nie ma nic wspólnego z rozsądkiem, więc w jej mieszkaniu pojawia się dwóch nowych współlokatorów płci męskiej…
Umieli milczeć, milczeli wspólnie nie przeszkadzając sobie w pogoni myśli.
Genialna, wciągająca, nietuzinkowa i brutalna w swojej istocie jednocześnie. To pierwsze skojarzenia na temat tej lektury. Nie potrafię wam tego inaczej przedstawić, niż za pomocą tego, że gdy tylko moje oczy pojawiły się na pierwszej stronie, nie mogłam się od niej oderwać, nawet sen się ze mną zgadzał, że odpoczynku wcale nie potrzebuję. I tak skonsumowałam ten wspaniały posiłek za jednym razem, a przecież książka ma 600 stron! Tak moi mili, rzadko kiedy zdarza się, bym sięgnęła po tak obszerną książkę, z całkowicie innego gatunku, który czytam na co dzień, a w dodatku bym się w niej bezgranicznie zakochała.

Przyznam, że dość sceptycznie podchodziłam do widniejącego tekstu w zapowiedzi: „Mimo dużej intensywności scen erotycznych Splątany warkocz Bereniki nie jest kolejną kopią Pięćdziesięciu twarzy Greya.” Pomyślałam sobie, że to jest wręcz niewykonalne, zapewne spotkam tu bohaterów, którzy będą łudząco podobni do szarości Grey’a. Jak wielce się myliłam. Każdy z bohaterów, którego znajdziecie w tej książce zawładnie waszym sercem na dobre. Berenika to silny charakter, która może do końca nie wie czego chce, chociaż nie potrafi się powstrzymać by utrzymać złączone nogi. Nie jest ona też żadną lafiryndą, panią lekkich obyczajów, czy kimś innym, jest po prostu sobą: wyzwoloną kobietą, aby ją poznać musicie sięgnąć po tę książkę.
Miło jest obudzić się w niedzielny poranek u boku najlepszego przyjaciela, najlepszego kochanka i najlepszego faceta pod słońcem w jednym.
Nika wprowadza nas w sceny łóżkowe bez żadnych ostrzeżeń, to naprawdę powieść dla odważnych kobiet, chociaż nie jestem do końca pewna, czy płeć męską by ta książka również nie zainteresowała. Seks jest tutaj wyzwoleniem, jest lekcją, którą nie każdy jest w stanie pojąć, zrozumieć, czy nawet zaakceptować. Kontrowersyjność tego tematu sprawia, że kobiety zdecydowanie sięgną po ten tytuł i się nie zawiodą, ponieważ należy tę książkę traktować, jako szereg różnych lekcji, emocji i płaszczyzn. Znajdziecie tutaj dylematy związane z pracą, dorosłością, przyjaźnią, zmysłowością, po prostu poszukiwanie siebie samych. Jeżeli dobrze poszperacie znajdziecie w niej cząstkę siebie.
Grała nie fair, ale kto dzisiaj postępował honorowo? Rycerze i księżniczki wyginęli razem ze smokami.
Książka jest niby o codzienności, zwykłe życie niezwykłe dylematy, przeplatają się w tej historii ciągle i nieprzerwanie. Gdy brnęłam przez pierwsze strony, bałam się, że Autorka stworzy coś nudnego, bo czy życie codzienne naprawdę może być ciekawe? Oj uwierzcie, że może być tak kolorowe jak kalejdoskop. A przy tym, historie czy bohaterowie, nie są przerysowani, nie denerwują i sprawiają wrażenie, jakbym czytała wspomnienia mojej przyjaciółki. Tak, Berenika została moją książkową przyjaciółką bezapelacyjnie, stanęła na podium moich ulubionych bohaterek. Chętnie błądziłam razem z nią, przeżywałam jej wzloty i upadki.

Po tę lekturę powinny sięgnąć kobiety, które nie boją się wyuzdanych charakterów, opisów scen łóżkowych, bo nie tylko na łóżku dzieją się takie rzeczy : ) To historia, która wciąga od pierwszej strony, a jej temperament nie zmniejsza się nawet do ostatniej strony. Autorka ma tak lekkie i przekonujące pióro, że wręcz nie jestem w stanie ogarnąć, jakim cudem może być to debiut. Tak moi kochani, debiut, który zawładnął moim sercem i duszą, po prostu całym ciałem. Życzę wam, by w te chłodne wieczory Splątany warkocz Bereniki rozpalił was, jak gorączka podczas grypy. Jeżeli tylko będziecie mieli tę książkę w pobliżu, to chłody i mrozy nie będą wam towarzyszyć tej jesieni czy zimy.

Dwa poniższe cytaty są tak życiowe, że musiałam je tu zamieścić:
Podejrzewam, że młodość spędził przy kompie, wyznając uczucia emotikonami. Co za młodzież nam rośnie. Jeszcze bardziej pokręcona niż my.
- Ale ja się tak dla niej starałem…
- Jeżeli ona nie potrafiła tego docenić, to jest skończoną idiotką.

Za te wypieki na twarzy dziękuję:
Zawsze fascynowało mnie połączenie naszego świata z anielskim. Chociaż nie należę do osób, które wierzą w anioły, jako takie, to wiem, że ludzie-anioły istnieją, a ich dusze są przepełnione dobrocią. Ale co z tymi, uskrzydlonymi aniołami, czy są w stanie w kobiecie wywołać szybsze bicie serca?
Rita Wenders już od samego początku ma niesamowicie wielkiego pecha, gdyż uczestnictwo w wypadku nie należy do przyjemnych, wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jej anioł stróż, który miał ją strzec. Zostaje ona wprowadzona w śpiączkę, a gdy się budzi, nawet nie wie, jakie nowe wyzwania przed nią czekają. Czy to te, związane z karierą w firmie Service Intel.com, gdzie w dziale marketingu zajmuje wysokie stanowisko, czy też w jej życiu uczuciowym. Bo anioły mogą mieć ogromny wpływ na twoje życie.

Gdy zobaczyłam z tyłu okładki tekst, że to nowy cykl dla dorosłych, byłam zachwycona. Wreszcie ktoś pomyślał i stworzył starszą bohaterkę, która będzie wiedzieć, czego chce, a w dodatku nie będzie zachowywać się jak nastolatka. Jakże wielce się myliłam. Bohaterka zostaje uwikłana w miłość od pierwszego wejrzenia, nie do byle kogo, bo do anioła, ba, nawet do archanioła Gabriela. Skoro książka jest skierowana do dorosłych, myślałam, że ta miłość będzie pełna trzeźwego myślenia, realnego spojrzenia na świat. Tymczasem okazało się, że nie jest tak, jakbym tego oczekiwała. Możliwe, że została ona zakwalifikowana dla starszych, ze względu na sceny łóżkowe, których nie ma tu, aż tak wiele. Więc skąd w ogóle taki zamysł?

Kiedy autor zaczyna pisać książkę, powinien zdawać sobie sprawę, że w temacie, w którym się zagłębia było wiele poprzedników przed nim, jak i będą miliony, które pojawią się po nim. Należałoby więc wymyślić coś ciekawego, nietuzinkowego, tutaj jednak była to przeciętna historia, która niezbyt dobrze została opisana. Jako przykład, można przedstawić tutaj sytuację, gdy Rita dowiaduje się, że anioły istnieją. Jako normalny człowiek, powinna być zszokowana, a szok dotyczący całej tej boskości, powinien przewijać się przez całą historię, a okazała się, że raz dwa, i już zapomina, że jest to paranormalny świat i przyjmuje go za swój własny. Nie dziwiąc się wielu sprawom, po prostu przyjmując je, jakimi są.

Miłość paranormalna, jest wdzięcznym tematem, po które sięga wiele nastolatek, jak i osób starszych. Bo każdy z nas, fanów fantastyki, chciałby mieć za męża: elfa, krwiopijcę czy inne stworzenia, lecz ta miłość powinna być niezwykła. Czasem miałam wrażenie, że jest to powieść obyczajowa, gdyż większa ilość tej książki, była nacechowana na rzeczywiste życie na ziemi, a ja oczekiwałam dawki paranormalności i to w dużej mierze.

Język występujący w książce, nie jest skomplikowany, przyjemnie się ją czyta, chociaż w niektórych momentach miałam wrażenie, że niektóre sprawy traktowane są zbytnio po łebkach, gdy inne są rozwlekane całkowicie niepotrzebnie. Znów natrafiamy tutaj na sytuację, gdy wszyscy uwielbiają główną bohaterkę, nie mam nic przeciwko takiemu zabiegowi, lecz musi on się czymś innym odznaczać wśród całej masy paranormalnych książek. Tutaj cały zarys fabuły, bohaterów, uczuć jest po prostu średni, niczym niezwykłym ta historia nie jest.

Lecz, tak jak wspomniałam przyjemnie się ją czyta w jesienne wieczory. Pomimo tego, że jest napisane, że to książka dla dorosłych, to sądzę, że bardziej spodoba się młodzieży, ale to tylko moje obiektywne zdanie. Spędziłam dobrze czas podczas tej lektury, lecz raczej odnoszę wrażenie, że za kilka miesięcy niezbyt będę pamiętać o historii miłości nie z tego świata.

Za odrobinę paranormalnego świata, dziękuję:

Niecodzienne słowo – Hagiografia, Hałaburda, Haplografia

Hagiografia – Z jednej strony jest to dział piśmiennictwa, który obejmuje biografie świętych, lecz przenośnie, można powiedzieć tak o biografii, która jest napisana by bezkrytycznie wychwalić opisywaną postać
Jak użyć je w recenzji?
Bardzo często czytuje biografie, lecz tutaj autor utworzył istną hagiografię.

Hałaburda – dawniej charakteryzowało się tym słowem zawadiakę bądź awanturnika
Jak użyć je w recenzji?
W tekście użyto wielu archaizmów, więc nie obrażę nikogo, jeżeli głównego bohatera uznam za hałaburdę.

Haplografia – oznacza to błąd w pisaniu, w opuszczeniu jednej lub kilku następujących po sobie liter
Jak użyć je w recenzji?
Często dość szczegółowo zwracam uwagę na tekst pisany, lecz tutaj autor chyba się strasznie zapomniał i nie dopracował tej książki, gdyż gdzie nie spojrzę znajdywałam jakąś haplografię.

Film warty obejrzenia – Hotel Transylwania, Happy Feet: Tupot małych stóp, Harry Potter

Hotel Transylwania – Bajki animowane są gatunkiem, który uwielbiam. Chyba wiecznie będę się czuć dzieckiem, więc gdy tylko pojawiła się bajka Hotel Transylwania, byłam pod ogromnym wrażeniem, że czas obejrzeć bajkę, która będzie miała w sobie fantastyczne stwory. Jest to prześmiewcza historia, na której świetnie się bawiłam, i chociaż po dziś dzień obejrzałam ją już kilka razy, to sądzę, że nigdy mi się nie znudzi.



Happy Feet: Tupot małych stóp – Kolejna animacja, tym razem czas na pingwiny! To takie cudne stworzenia, w szczególności, jeżeli chodzi o animowane odpowiedniki. Tutaj jednak historia czegoś nas uczy: że pomimo tego, iż jesteś inny od wszystkich, to jednak jesteś w stanie zrobić coś dobrego dla nich i kiedyś cię docenią.


Harry Potter – No tak, po prostu Harry musiał się tu pojawić, pierwsza saga, w której się zakochałam. Chyba nikt nigdy nie odtworzy tego fenomenu.


Książka, która wywarła na mnie wrażenie: Harry Potter, Hobbit – czyli tam i z powrotem

Jako książka, Harry nie mógł ominąć tego zaszczytnego miejsca

Hobbit – czyli tam i z powrotem (recenzja)
Niezwykła część fantastyki, którą każdy musi poznać


Autor i jego twórczość – Huntington Geoffrey

Geoffrey Huntington, to wyłącznie przykrywka autora: Williama J. Manna. Jest on amerykańskim pisarzem-nowelistą, biografem, dziennikarzem, historykiem-znawcą Hollywood. Lecz spod pióra pod pseudonimem ukazała się seria Kruczy dwór. Pomimo tego, iż bardziej uznaję ją jako serię dla młodszych czytelników, to darzę ją niebywałą sympatią. Przekonajcie się sami.

Cytaty

Niestety znalezienie cytatu zaczynającego się na literę H było ogromnym wyzwaniem, któremu nie podołałam, ale że w języku polskim mamy inną literę z tym samym wydźwiękiem, postanowiłam wykorzystać CH do mojego zadania : )

„– Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę.
KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.”
Terry Pratchett – Czarodzicielstwo

„-Chcesz posiąść moje ciało?
-Chciałbym z nim zrobic wiele rzeczy, poza tą jedną...”
Becca Fitzpatrick – Szeptem

„Chwytam jego rękę i ściskam ją mocno, przygotowując się na spotkanie z kamerami. Boję się chwili, w której będę musiała ją puścić..."
Suzanne Collins – Igrzyska śmierci 


Kontrowersja wręcz krzyczy, sam tytuł wydaje się kontrowersją. Nie możecie wiedzieć, co w przyszłości może się zdarzyć… I to właśnie mnie przeraża, przyszłość…

A gdybyś pewnego dnia się obudził i wymacał z przodu piersi, które wyrosły nocą, to co byś zrobił? Skutki tego niesamowitego odkrycia zawiodły bohatera (bohaterkę?) opowiadania „Trzeci cycek” w głębię podziemi i nieznanej dotąd seksualności, oraz doprowadziły do zrozumienia własnych odczuć i pojęcia rozmiarów zbrodni, której stał się ofiarą. Eryk-poczciwina rozpoczyna grę, która miesza mu w głowie i dziwnie w niej słowa układa. Cel: ratowanie ludzkości, zostanie bohaterem. Tylko czy to naprawdę jest gra, a może to wszystko dzieje się w realu, i „Musisz tu wrócić”, inaczej stanie się coś strasznego? Czym zatykać uszy, gdy na zrębach muru cmentarza wyją blade istoty, i czy na pewno to „Wilkołaki”, a może żywi ludzie, skazani na los gorszy od śmierci?

Opowiadania są bardzo ciężkie w ocenie, a co dopiero w pisaniu, ponieważ każde opowiadanie może być różnie odbierane przez różne osoby, a jedne mogą być lepsze od drugich. Tutaj też tak się stało. Z siedmiu opowiadań, mi osobiście spodobały się trzy. Każdy upodoba sobie inne opowiadania, tego jestem pewna, a może i znajdzie się ktoś, komu spodobają się wszystkie opowiadania, kto wie?

Pierwsze opowiadanie Trzeci cycek, nie jest prawdziwą trzecią piersią, a raczej metamorfozą bohatera, który pewnego dnia, na swoim torsie spostrzega dwie kształtne piersi. Mają one wpływ nie tylko na odbiór wizualny, lecz psychologiczny, bo przecież w przyszłości, jedna tabletka może zmienić wszystko. Przeplatana jest tutaj historia dość groteskowa. Pomimo, że to opowiadanie science fiction, to ja doszukiwałam się w nim innego podtekstu, jakim jest poszukiwanie własnego ja. Jako kobieta, ciągle przewijała mi się w głowie piosenka Kayah – Supermenka. Bo w moim odczuciu, „gdybym mogła, być mężczyzną jeden dzień” to ja bardzo poproszę, ale jeden dzień.

Czy Twój robot się zgodzi? To kolejne dobre opowiadanie, które przyciągnęło moją uwagę, traktujący o relacji robota z człowiekiem. Lecz nie myślcie, że to zwykła opowiastka, o nie, tutaj również dostrzegłam głębszy sens tego, co autorka przedstawiła. Wszystko jest jednym wielkim testem. „Czy wspierasz swego człowieka w trudnej sytuacji?”, „Czy niektóre twoje funkcje przewyższają zdolności twojego człowieka i czy on ci to wybacza?”. Wiele pytań, ogrom dygresji, a odbiór pozostawiam wam.
Robot nie wziął go do ręki, wolał być zależny, zawsze był własnością człowieka. Po co mu wolność?
Najlepsze opowiadanie ze wszystkich to Wilkołaki. Nawet określiłabym je mianem fantastyki, połączonej z horrorem w lekkim wydaniu. Nawet podczas czytania tego tekstu, w mojej głowie słyszałam skowyt. Każdy może wybrać procedurę odbywania kary, bo przestępców już nie zamyka się w więzieniu, zakłada się im obręcz na szyję, dzięki której są kontrolowani elektronicznie. Niezwykła odsłona czegoś innego, co sprawiło, że bardzo było mi miło czytać te opowiadanie.

W tych trzech opowiadaniach brnęłam z ogromną chęcią, wywoływały we mnie odpowiedni dreszcz, nie wiem czy dobrze interpretuję te teksty, ale myślę, że skłaniają do refleksji, mają drugie dno. Takich opowiadań mogę czytać wiele i mogą wnieść w moje życie czytelnicze, te małe iskierki. Pozostałe opowiadania, były dla mnie niezbyt zrozumiałe, lecz nie chcę pisać, że gorsze, po prostu inne. Wcześniej już wam wspomniałam, że osoby, które lubują się pławić w opowiadaniach, odnajdą coś dla siebie, bo to bardzo ciekawy zbiór opowiadań, dość innych i niecodziennych. A w dodatku są to krótkie opowiadania, każde rozprzestrzenia się na 20-30 stronach, jedno opowiadanie na dzień, to przecież nie jest wiele, chociaż ja połknęłam je w jeden dzień. Pomimo wszystko polecam, jeżeli lubicie zagłębiać się w czymś nietuzinkowym, to będzie to literatura dla was.

Książka przeczytana w ramach akcji:

______________
Każdy lubi się pochwalić czasem, więc i ja się pochwalę, moja recenzja Turkusowych Szali - Remigiusza Mroza ukazała się w najnowszym wydaniu Fanbook'a. Nie spodziewałam się, a gdy ujrzałam go przez przypadek, bardzo się zdziwiłam i zarazem ogarnęła mnie wielka radość :)

Pamiętacie, gdy jakiś czas temu przedstawiłam Wam recenzję Mannumiterry? [Klik] W której, nie potrafiłam wyjść z zachwytu na temat talentu pisarskiego Pana Kacpra? Dziś macie możliwość poznać Pana Kacpra Bębenka odrobinę bliżej. Jeżeli moja recenzja was nie przekonała do niej, to wywiad powinien już załatwić sprawę :)

Adriana Bączkiewicz: Nie potrafiłam znaleźć o Panu żadnych informacji w Internecie, świetnie się Pan ukrywa, czy jest to zabieg celowy?
Kacper Bębenek: Absolutnie nie. Myślę, że wynika to przede wszystkim z faktu, iż „Mannumiterra” jest moim debiutem literackim. Prawdopodobnie z tego powodu na blurbie nie znalazła się notka o mnie, lecz o książce. Jako debiutant prawdopodobnie nie byłbym najlepszą reklamą.


Hobby jest bardzo ważnym aspektem życia, by mieć jakąś przyjemność w życiu. Skoro jest Pan autorem książki, to myślę, że czytanie książek nie jest Panu obce. Jakie trzy książki poleciłby Pan swoim czytelnikom?
Cóż, to ciężkie pytanie. Należę do osób, którym trudno się na coś konkretnego zdecydować i wybranie trzech pozycji graniczy dla mnie z cudem. Gdybym jednak musiał wybrać tylko trzy książki, to biorąc pod uwagę fakt, że osoby, które sięgnęły, lub też sięgną po „Mannumiterrę” są już zapewne obeznane z klasyką literacką gatunku fantasy wybrałbym coś nieoczywistego, niezbyt znanego czytelnikom w naszym kraju. Podjęcie decyzji nastręcza mi wiele kłopotów – jest tylu wybitnych twórców, których warto polecić, nawet jeśli ograniczymy się do samej fantastyki. Z resztą, każdy preferuje inną jej gałąź. Myślę, że warte polecenia są opowiadania i powieści Howarda Lovecrafta, dla tych którzy szukają w fantastyce mroku i ezoteryki. Osobom lubującym się w bardziej społeczno-filozoficznych klimatach polecam prace Janusza Zajdla, zaś fanów klasyki, w czystym tego słowa znaczeniu, odsyłam do Ursuli LeGuin. Ostatnio natknąłem się też na dwie powieści Megan Turner. Leżały w księgarni na półce fantasy i choć oprócz bytów boskich nie ma w nich nic z fantastyki, to sama fabuła jest wciągająca. Polecenie autora, czy konkretnego tytułu to, jak dla mnie, temat-rzeka.


Słucha Pan muzyki rockowej, czy był to gatunek, który zawsze płynął w Pana głośnikach? A jak to jest z najlepszą piosenką, która nigdy Pana nie nudzi?
Fanem rocka zostałem gdzieś mniej więcej w czasie edukacji w gimnazjum, więc nie zawsze płynął w moich głośnikach. Również odkrywanie tego gatunku odbywało się (i nadal odbywa) kawałkami. Zaczynałem od słuchania klasyki gatunku – Pink Floyd, Led Zeppelin, AC/DC, The Rolling Stones itd. Z czasem poznawałem kolejne podgatunki – punk, grunge, metal, rock alternatywny. Czy mam ulubioną piosenkę? Nie. Nie mam nawet ulubionego wykonawcy – jest ich po prostu zbyt wielu. Bo jak tu porównać ze sobą Nirvanę i dajmy na to Queen? Zupełnie różne zespoły o całkowicie odmiennym repertuarze. Zazwyczaj mam swego rodzaju „fazy”, podczas których intensywnie wsłuchuję się w muzykę pewnego zespołu, a potem przerzucam się na inny. Gdybym miał wymienić zespoły, czy wykonawców, którzy mnie nigdy nie nudzą, to byliby to wspomniani już Floydowie, Zeppelini, Nirvana, Queen i David Bowie, a spośród polskich – Maanam, Hey, O.N.A, Edyta Bartosiewicz i Myslovitz. Obecnie numerem jeden na mojej play liście jest „Suffragette city” Davida Bowie, choć usilnie goni go formacja U2 z kawałkiem „Ordinary love”.


Każdy chyba na świecie, lubi oglądać filmy. Woli Pan oglądać filmy w zaciszu domowym, czy jednak wyruszać do kina na jakiś szczególny repertuar?
To zależy. Zarówno wielki ekran, jak i telewizor mają swoje wady i zalety. Należę do osób, które nie lubią tłumów. Nie żebym był aspołeczny, ale preferuję znane mi towarzystwo i źle się czuję wśród zbiegowisk. Z tego powodu nie przepadam za kinem podczas premier, preferuję udać się do mniejszego lokalu, w jakiś czas po premierze i móc w spokoju obejrzeć film, na który kupiłem bilet. Nie mam zamiaru tracić pieniędzy na przyjemność, którą ktoś mi zaburzy. Jeśli chodzi o seanse w domowym zaciszu, to oczywiście nie mogą one sprostać kinowym pod względem wielkości ekranu, czy nagłośnienia, lecz gwarantują możliwość spokojnego oddania się przyjemności oglądania.


Skoro jesteśmy przy filmach, co Pan ostatnio oglądał oraz na jaką premierę Pan czeka?
Ostatni film na jakim byłem w kinie to: „Strażnicy galaktyki”. Nie pamiętam jaki ostatnio film widziałem w telewizji. Rzadko mam czas na to, by w ogóle oglądać telewizję, a i nic ciekawego w niej zwykle nie znajduję. Już wiem, ostatnio widziałem w telewizji „Johna Cartera”, oczywiście nie był to pierwszy raz, kiedy widziałem ten film.


Brnąc dalej w temacie hobby, napisał Pan, że interesuje się biologią i chemią, dla mnie osobiście jest to temat nieogarnięty, na czym polega fascynacja? Nie potrafię sobie wyobrazić zainteresowania taką tematyką, odnosi się to, do czytania książek, artykułów, czy w jakimś innym wydaniu?
Te zainteresowania wywodzą się jeszcze z czasów liceum. Artykułów ani książek na ten temat nie czytam, albowiem czas poświęcam raczej artykułom stomatologicznym i podręcznikom akademickim. Natomiast w czasie wolnym zdarza mi się oglądać programy naukowe, popularno-naukowe oraz przyrodnicze.


Przyznam, że studiowanie na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu, w dodatku na kierunku stomatologia, to coś nieoczywistego. Skąd taki wybór? Każdy zapewne pomyśli, no tak, syn lekarza, zostaje lekarzem. Czy w Pana przypadku było tak samo, czy jednak nie było to podyktowane wykształceniem rodziców?
Nie. Nie mam w rodzinie nikogo, kto skończył studia na jakimkolwiek kierunku medycznym. Przynajmniej nikogo takiego nie znam spośród mojej rodziny, ale może jakaś dalsza? Wracając do pytania, stomatologią zainteresowałem się jeszcze jako dziecko i tak jakoś już zostało. Zawsze chciałem być stomatologiem i póki co, nie zapowiada się, abym zmienił zdanie. Oczywiście wolałbym być pisarzem, ale w naszym kraju utrzymywanie się z pisarstwa jest mało, naprawdę niesamowicie mało prawdopodobne.


Większość własnego życia spędził Pan w Nysie, czy dla takiej osoby jak ja, która lubi odwiedzać niezwykłe miejsca w Polsce, jest w Nysie coś magicznego, co mógłby Pan polecić?
Coś magicznego? Hmm… może wystawę nyskiego muzeum o procesach czarownic. A tak na poważnie, Nysa jest nazywana Śląskim Rzymem nie bez kozery. Jest tu kilka zabytków do zwiedzenia i kilka miejsc, gdzie można przyjemnie spędzić wolny czas. Można zobaczyć wspomnianą wystawę muzeum oraz oczywiście inne propozycje tej instytucji. Przede wszystkim mamy bardzo dużo zabytkowych kościołów, bowiem Nysa była niegdyś siedzibą biskupów wrocławskich. Można przejść się nyskimi ulicami i pooglądać te zabytki, które ocalały z czasów II Wojny Światowej. Jednak do Nysy przyciągają turystów głównie Dni Twierdzy Nysa, podczas których na nyskich fortach inscenizowana jest bitwa pomiędzy wojskami pruskimi a napoleońskimi oraz festiwal wody i ognia nad nyskim jeziorem.


Pana zwykły normalny dzień, jak on wygląda, czy jest w nim jednak coś niezwykłego?
To zależy od dnia. W czasie roku akademickiego mój dzień można ująć w schemacie – pobudka – szybkie śniadanie – zajęcia do wieczora – nauka w domu – spanie etc. W czasie wolnym jest to bardziej nieschematyczne. Generalnie lubię czytać, oglądać filmy. Często wymyślę sobie jakieś zajęcia na kilka, kilkadziesiąt dni, a potem porzucam je na rzecz innego, nowego. Niezmiennie jednak w czasie wolnym piszę.


Napisał mi Pan w krótkiej notce, że czuje się Pan kosmitą? Skąd taki pogląd?
Po prostu czasami czuję, że tak naprawdę coś mi tu (w świecie) nie pasuje. Mam wrażenie, że nie do końca jestem rozumiany, nie w sensie, żebym czuł się wyalienowany, ale zawsze odczuwam takie małe niedopowiedzenie. Myślę, że po prostu gdzieś indziej bardziej bym pasował, czy to w stosunku do miejsca, czy czasu. A może ma na to wpływ moja miłość do fantastyki? Cóż, chyba każdy chciałby czasem móc doświadczyć czegoś niemożliwego, nierealistycznego, nieznanego. Kto nie chciałby na przykład spotkać kogoś, kto nie byłby człowiekiem?


Czas przejść do Pana debiutu pisarskiego: Mannumiterra, jak to jest możliwe, że stworzył ją Pan, mając 16-17 lat? Czytelnicy zazwyczaj sceptycznie podchodzą do takich informacji, jednak ja po przeczytanej książce, jestem pod ogromnym wrażeniem.
Książka rzeczywiście powstała w większości w czasie, gdy miałem 16-17 lat. Oczywiście część powstała wcześniej. Generalnie fabuła, postacie, świat przedstawiony zmieniały się wielokrotnie, aż znalazłem to, co chciałem. Zmieniony został na pewno styl i język wypowiedzi, jednak fabuła jest nienaruszonym tworem szesnastoletniego mnie. Jak to możliwe, że stworzyłem powieść będąc tak młodym? Nie wiem, tak jakoś wyszło. Chciałem spróbować i spróbowałem. Po zakończeniu prac i poprawek przedstawiłem książkę mojej polonistce, która stwierdziła, że warto podjąć próbę wydania. Co do drugiej części pytania, jest bardzo szczęśliwy, że podobała się Pani książka. Nie dziwi mnie, że ludzie zwykle podchodzą sceptycznie do jakiegokolwiek wyniku aktywności twórczej osób młodych. Wiadomo, osoba starsza, bardziej doświadczona ma więcej do powiedzenia, pokazania, aczkolwiek nie wyklucza to możliwości przedstawienia czegoś przez osobę młodszą. Moją powieść kierowałem głównie do osób w wieku, w którym sam byłem, tworząc ją. A kto lepiej zrozumie nastolatka niż nastolatek?


Porównałam Pana książkę, do świata Harrego Pottera, oczywiście tylko w pewnej części, czy miałam rację, że się Pan historią Rowling inspirował? Bądź czy spodziewał się Pan takich porównań?
Czy się inspirowałem sagą Joanne Rowling? I nie, i tak. Na pewno przemyciłem to i owo z serii o Harrym Potterze, co wynika z faktu, iż wszystkie powieści fantasy, które przeczytałem wywarły na mnie jakieś piętno. Po drugie „Mannumiterra” i cały cykl o trzech siostrach miał z zamiaru do pewnego stopnia być pastiszem, a więc przerysowaną pochwałą, klasycznego fantasy (gdyby kogoś interesowała koncepcja pastiszu, odsyłam do twórczości reżyserskiej Quentina Tarantino). Można w niej znaleźć nawiązania do wielu twórców literackich i nie tylko. Niektórym kojarzy się z Harrym Potterem, innym z Władcą Pierścieni, a jeszcze innym z Opowieściami z Narnii. W ten sposób, każdy może odnaleźć w niej coś dla siebie.


Czy pisanie książki Mannumiterra przysporzyło Panu jakieś załamanie? Czy jednak wyobraźnia aż wylewała się z Pańskiej głowy, wprost na papier?
Bywały moment trudne, kiedy stawałem w kropce nie wiedząc, jak dokończyć dany fragment. Choć główny wątek miałem już opracowany szczegółowo, wykreowanie niektórych postaci, czy poprowadzenie akcji w kilku punktach sprawiło mi problemy. Większość powieści jednak wylała się z głowy na papier w mgnieniu oka.


W Pańskiej książce ciągle przewija się magia, sądzi Pan, że magia istnieje?
Chciałbym, aby tak było. Oczywiście w sensie przenośnym pewien rodzaj magii istnieje – dla każdego może nią być coś innego. Dla mnie dowodem na istnienie magii jest zjawisko życia. Jego bogactwo i różnorodność form zadziwia każdego dnia. Pozwala dostrzec coś poza codzienną, szarą rutyną.


Napisał Pan, że długo szukał Pan wydawcy, jak to jest możliwe, by taka perełka, przechodziła tak długie poszukiwania?
Cóż, myślę że to kwestia polityki jaką prowadzą wydawnictwa. Nie jest im na rękę wydanie powieści debiutanta, bowiem nie stanowi to pewnego źródła zysku, tym bardziej, że społeczeństwo mamy raczej nieczytające. Lepiej jest wydać dzieło uznanego pisarza. Mam też wrażenie, że pomimo faktu podawania przez wydawnictwa informacji o poszukiwaniu debiutantów do współpracy, w wielu przypadkach osoby odpowiedzialne za segregację nadsyłanych utworów idą na łatwiznę i zamiast przeczytać tekst, proszą o streszczenie. Rozumiem, że do dużych wydawnictw zapewne wpływa wiele propozycji, ale nie sądzę, żeby niemożliwym było ich chociażby pobieżne przejrzenie. Warszawska Firma Wydawnicza podeszła do sprawy rzeczowo. W mailu, jaki otrzymałem jako odpowiedź na moją propozycję wydawniczą, otrzymałem konkretną informację o tym, co podobało się osobie sprawdzającej tekst, a co należałoby poprawić. Odpowiedzi od innych wydawnictw często bazowały na stereotypowym podejściu do literatury fantasy jako mało odkrywczej. Generalnie można powiedzieć, że trudno jest debiutantom znaleźć wydawcę.


Kto pierwszy przeczytał Pana książkę? Był to ktoś z rodziny, czy może jednak niezbyt zdradzał Pan szczegóły swoim znajomych?
Pierwsza moją książkę przeczytała moja polonistka. Doradziła mi co do języka i stylu wypowiedzi, choć generalnie była pod dużym wrażeniem i nie miała zbyt wielu uwag. Po dziś dzień wszystkie moje prace w pierwszej kolejności wysyłam do niej. Spośród rodziny pierwsi byli moi rodzice. Trzeba przyznać, że od czasu, kiedy skończyłem pisać „Mannumiterrę”, o czym moi rodzice wiedzieli, do momentu, kiedy zdecydowałem się pokazać im tekst, minęło trochę czasu.


Jakie towarzyszyły Panu emocje, gdy zobaczył Pan papierową książkę w swoich rękach?
Odczucie było niepowtarzalne. Myślę, że nie da się tego z niczym porównać. Każdy, kto kiedyś miał przyjemność zobaczyć coś, co stworzył, w oficjalnej formie, wie o czym mówię.


Jakie są Pana plany pisarskie? Pisze Pan wyłącznie cykl o siostrach, czy coś jeszcze Pan tworzy?
Piszę nie tylko cykl o trzech siostrach. Mam rozpoczętych kilka innych powieści, z mniejszą lub większą dozą fantastyki. Tworzę też wiersze.


Deszcz głośno bębni w szyby, a Pan ciągle siedzi w swoim pokoju z książką w ręku, popijając ulubioną herbatę. Nagle, Pana uszu dosięga głos prezentera telewizyjnego, który ogłasza, że świat, jaki znamy zakończy się za 24 godziny, gdyż w planetę zmierza ogromna asteroida. Jak spędzi Pan ostatni dzień swojego życia?
Pozwolę sobie przedstawić dwie wersje wydarzeń – pierwszą realistyczną i drugą całkowicie fantastyczną. Opcja prawdopodobna: nie wiem, jak dokładnie bym się zachował, czy górę wziąłby paniczny strach, czy ignorancja i pogodzenie. Albo rzucałbym wszystkim co popadnie, darł się i wyklinał świat, albo spokojnie dokończył książkę popijając herbatę stwierdzając, że cały świat i tak nie ma sensu i jest niesprawiedliwy, więc po co się nim interesować i podniecać? Opcja fantastyczna: niczym Ford Prefect z „Autostopem przez galaktykę” Douglasa Adamsa, wystawiłbym ku górze kciuk, złapał kosmiczny autostop i zniknął z powierzchni Ziemi nie za bardzo zainteresowany jej losem.


Jaki jest Pana plan na szczęśliwe życie?
Szczerze mówiąc, nie mam takiego planu. Myślę, że dla każdego jest on inny i minie jeszcze trochę czasu, zanim ja znajdę plan na moje życie. Mam nadzieję, że nie będzie na tyle tragiczny, by mieć do siebie żal, lecz móc w swoim czasie odejść nie żałując swojego życia.


Było mi niezmiernie miło przeprowadzić z Panem Kacprem ten wywiad, za co bardzo mocno mu dziękuję. W takich chwilach, gdy odnajduję perełki wydawnicze jestem pewna, że czytanie książek to bardzo wartościowa część życia.
Bardzo ciężko oceniać książkę, która pomimo tego, że jest tworem wyobraźni, jest jednocześnie pewną analogią do spraw, które dzieją się za naszą wschodnią granicą. Kontrowersja, aż krzyczy z propozycji wydawnictwa Feeria na jesienne wieczory. Okrutność pojawia się już na pierwszych stronach, sprawia ona, że nie wiem, czy jestem w stanie wystawić jej ocenę, która tyczyłaby się konkretnej cyfry, nie mniej jednak, jestem nią oczarowana.

Bracia Dżamałudin i Zaur Kemirow, żądzą twardą ręką w fikcyjnym mieście na Kaukazie. Brutalność, przemoc, czy nawet terror nie są im obce, potrzebują ich, by sprawować władzę i bronić się przed łapami innych osób, które bardzo chciałyby zagrabić te niezwykle tereny ogromnych wpływów. Sam tytuł wskazuje na to, że czas wkroczyć na Ziemię Wojny, jak to niestety bywa na wojnie, życiem przypłaca wiele osób, w szczególności niewinnych.

Mam nadzieje, że to nie zabrzmi zbytnio źle, ale brutalność w tej książce, bardzo mi się podobała, autorka opisuje je tak barwnie, że naprawdę czujemy się jakbyśmy stali gdzieś z boku i przyglądali się temu bez żadnego skrępowania. Pierwsze strony wprowadzają nas w okrutność, w pewną rzeczywistość, gdzie dla zbira, nie jest ważne, do kogo strzela, nawet nie zwraca uwagi na to, że właśnie zabił małe dziecko. Nadal nie może to dotrzeć do mojego mózgu, że ociekające w krew sceny opisywała kobieta. Pani Julia Łatynina nie oszczędza czytelnika, więc już teraz chcę napisać: Jeżeli nie macie mocnych nerwów, jeżeli nie założycie na siebie grubej skóry, to nie sięgajcie po tę książkę, bo może ona wywołać u was, miejscami odruch wymiotny.

Z drugiej jednak strony, musimy mieć na względzie, iż jest to polemika do prawdziwego obrazu wojny, która rozgrywa się teraz na świecie. Oczywiście, jest już tak, że jeżeli nie uczestniczymy w pewnych wydarzeniach, nie jesteśmy w stanie zrozumieć poczynań danej strony. Tym bardziej książka wydaje się tak drastyczna w swojej prostocie. Wojna zawsze jest okrutna, a osoby w niej walczące czasem nie wiedzą, dlaczego walczą, a wymierne korzyści otrzymują wyłącznie wysoko postawione osoby. Tutaj nie znajdziemy niczego innego, a my możemy tylko na chwilę przystanąć i zastanowić się nad tym i dziękować, że żyjemy w wolnej Polsce… jeszcze.

Zwracając uwagę na sam tekst, jestem pod ogromnym wrażeniem. Należy tutaj wspomnieć, że objętościowo jest to naprawdę obszerna książka. Blisko czterysta pięćdziesiąt stron w dodatku wydanych w większym formacie sprawia, że aż strach, że ktoś potrafi pisać o brutalności na tylu stronach powieści. Książka nie jest łatwa w odbiorze, ze względu na tematykę, ale ze względu na samą formę jest bardzo przystępna. Język nie sprawia problemu oczywiście na początku jesteśmy bombardowani dziwnymi słowami, z którymi zwykły śmiertelnik nie jest obeznany np. Hadż, Wympieł, Szahid. Wiele z tych słów wywodzi się z religii Bliskiego Wschodu, lecz również znajdziemy tutaj wykwalifikowane nazwy broni. Mi na początku ciężko było przyzwyczaić się do imion i nazwisk bohaterów, nie jesteśmy po prostu przyzwyczajeni do takiej wymowy, lecz było to niecodzienne spotkanie, które z każdą stroną historii nabierało szybszego tempa i coraz mocniej zamykało mnie w tej książce. Jedyne, co mi przeszkadzało, to zbytnie szczegółowe opisy np. dotyczące ubioru postaci, lecz może był to zabieg do spowolnienia akcji, by nie straszyć czytelnika na każdym kroku?

Nie chcę zamieszczać tutaj żadnych cytatów, zdradzać wam, co się stanie na kolejnej stronie, nie chcę wam szczerze powiedzieć niczego, jeżeli chodzi o fabułę, bo musicie odkryć tę historię sami. Jeżeli sami ją odkryjecie, będziecie w stanie ją ocenić osobiście, zmierzycie się ze słabościami, z własnym żołądkiem, a w dodatku z własnymi myślami. Książka zdecydowanie na Ciebie wpłynie, niezależnie czy jesteś kobietą, czy mężczyzną. Młodsze osoby, powinny ją jednak omijać z daleka, ponieważ makabryczne sceny wpływają na myślenie. Ludzie potrafią być okrutni, ale, żeby aż tak?

Za wkroczenie na Ziemię Wojny dziękuję:

Chłopcy powrócili i to w dodatku w innej odsłonie.

Dzwoneczek budzi się ze śpiączki, a wszystko wskazuje na to, że jej poprzednie życie z Chłopcami, proszkiem, łzami, było tylko jej chorym wymysłem. Niezwykła intryga, a w dodatku Cień i Piotruś Pan zaskoczą Was w tej historii, tylko do cholery: Gdzie podziali się Chłopcy?

Chociaż na kontynuację, nie czekałam długo, bo za Bangarang zabrałam się dopiero niedawno, to jednak te parę dni wystarczyło bym oczekiwała części trzeciej, jak jakaś narkomanka na dostawę towaru. Trzęsące się ręce, rozbiegany wzrok, to domena oczekiwania na Zgubę. A jak sprawa wygląda po zakończonej książce? Całkowicie, kompletnie i jeszcze bardziej niezwyczajnie, bo teraz przesadziłam z szybkością czytania, i ja, jak ten nieszczęśnik, muszę czekać na tom czwarty. Panie Jakubie, niech się Pan spręży, bo nie będę mogła długo funkcjonować na takim głodzie.

Niezwykle ciężko pisze się recenzję książki, która jest kontynuacją, a jeszcze gorzej, gdy kontynuacja jest napisana w całkowicie innym stylu, co poprzednie. Tak moi mili, trzecia część odbiega od naszych Chłopców, których kochaliśmy całym sercem w dwóch poprzednich częściach. Lecz pamiętajcie o najważniejszym: inny, nie znaczy wcale gorszy. Dzięki tej części, jestem w stanie powiedzieć, że Pan Jakub potrafi w inny, całkiem odważny sposób ukazać, bardzo ciężkie przeżycia i spycha on czytelnika łokciami jakbyśmy grali w Masę. Skąd się wzięły te przepychanki? Bo tym razem czas dorosnąć, a fe, to nie jest czas by dorosnąć, tylko ktoś usilnie chce byśmy dorośli, a to całkowicie inna sprawa.

Już od samego początku, zostajemy uwikłani w historię, w której ciągle zadajemy sobie pytania: Ale jak to? Dlaczego? Co dalej? Tym razem, trzecia część jest bardziej całością, niż jej poprzedniczki, bo poruszamy się na kilku płaszczyznach, by lepiej zrozumieć, osobiście wpaść na wnioski ukryte gdzieś w tekście. Ot tak, dorosłe podejście do tematu. Naprawdę nie chcę dorastać, nie chcę by Chłopcy dorastali, ale chyba właśnie taka jest kolei rzeczy, nawet, gdy ogromnie tego nie chcemy i się z tym nie zgadzamy. Tylko czy jest jeszcze nadzieja?

Chociaż niektórzy, zarzucają zbytnie rozleniwienie tematu, że bardziej znajdujemy tutaj, przeciągnięcie akcji, że autor skupia się na szczegółach. Może i tak jest, ale mi to ani trochę nie przeszkadzało, bo można było odczuć tutaj pewną dojrzałość. Ja pitolę, dojrzałość w Chłopcach? Jak to źle brzmi.

Na dużą uwagę, znów zasługują rysunki, które są pierwszą rzeczą, jaką oglądam, gdy tylko książka trafi w moje ręce. Wertuje strony w poszukiwaniach tych niezwykłych rysunków i nigdy się nie zawodzę. Rysunek ze strony 258 widziałabym na mojej ścianie, bo jestem ogromną fanką rysunków zawierających inny świat – świat Skrótu. Intryguje mnie swoją makabrą i oczywiście jest na nim Pan Proper!

Pomimo, że Chłopcy są odmienieni, to każdy z nich pojawia się w tej historii. Czasem trudno ich znaleźć, pod nowymi maskami zachowań i zawodów, ale jeżeli jesteście wprawnymi detektywami i to nie sprawi wam większego problemu. No i znów dziękuję Autorowi, za wprowadzenie mojego ulubionego bohatera, jakim jest kot: Pan Proper – Ja wiedziałam, że odegra on jedną z ważniejszych ról w tej serii, tym razem się nie myliłam.

Pana Ćwieka, albo się lubi, albo wręcz nie da się przez jego pisanie przebrnąć. Tak już bywa w dzisiejszych czasach, więc niezmiernie się cieszę, że trafiłam do fanów Chłopców i kibicuję im z całego serca, by nie musieli dorastać, bo nie każdy musi czuć się dorosłym, a do nich po prostu to nie pasuje.

Więc, dla kogo jest ta książka? Zapewne dla tych, którzy zakochali się w poprzednich częściach, lecz również dla tych, którym poprzednie części nie spodobały się swoją otoczką, wtedy musicie się przemóc, bo tu czeka was coś kompletnie innego.

Za ponowne wkroczenie w świat Chłopców dziękuję:

Z Chłopcami jest jak z dzieciństwem, zbyt szybko się kończą.

Chłopcy powrócili, lecz nie zapominajmy również o Dzwoneczku. Tym razem nie obejdzie się bez kłopotów, porządnego mordobicia, przekleństw i intryg. Wszystko prowadzi do tego, by odnowić lunapark, tylko nie jest to takie proste jakby się mogło wydawać.

Pan Jakub ponownie zaprasza w odmęty swojej wyobraźni, a ja znów nie mogę wyjść z podziwu. Nie jestem nawet w stanie określić, skąd bierze się ten zachwyt. Już sama okładka zaprasza w swoje mroczne progi, a ja skłaniam głowę za umieszczeniem na okładce Pana Propera, jednego z moich ulubionych bohaterów, - w drugim tomie pokaże on pazurki. Jakbym mogła, spałabym z nią pod poduszką. Fenomenem jest, chyba brak przekłamania, ukazywaniem rzeczy, jakimi są, nawet, jeżeli byłyby to przerysowane historie. To przekleństwa i bijatyki, przyciągną zarówno chłopców, dorosłych mężczyzn, a nawet i wyuzdane dziewczyny, które w jakiś sposób zazdroszczą książkowej Mamie.

Tym razem jednak, Autor postanowił nam zaserwować posiłek niezbyt obfity, lecz jakże treściwy, przynoszący w swej zawiłości, mętlik myśli i ciągłego błagania o więcej. Uf, jak dobrze, że za niedługo będziemy mogli się cieszyć trzecim tomem, bo po zakończeniu myślałam, że Pana Jakuba znajdę i mu powiem, co myślę, ale ostatecznie czytając posłowie, jestem w stanie mu wybaczyć… Chociaż kto wie. Potrafi on wprawić czytelnika w takie uczucia, o jakie nigdy bym się nie podejrzewała. Bo jakże trudno w dzisiejszych czasach wywołać w książkoholiku rosnącą adrenalinę? Podczas tej lektury poczujecie się, jakbyście w tej historii uczestniczyli, gdzieś tam, nie wiadomo gdzie, w drugiej Nibylandii.

To nie jest historia dla grzecznych ludzi, no chyba, że chcecie wkroczyć na złą drogę, lecz raczej tego nie proponuje. Czytając ten zbiór opowiadań, bo tak to należy odbierać, tworzą one pewną całość, mogłabym je czytać bez końca. Non stop na okrągło, nie zatrzymując się choćby na jeden oddech, niczym nasi Chłopcy, gdy podróżują Skrótem. A propos Skrótu, to jedyny minus, który ja osobiście odczułam, gdyż ten dziwny twór, jest moim ulubionych miejscem akcji, tutaj było go odrobinę za mało, lecz to nie znaczy, że książka wypadła gorzej. O nie, tutaj widać pewną inną sferę życia Chłopców, więcej przekleństw, retrospekcji, niby ta sama seria, a jednak odmiennie inna. Lecz ciągle niesamowicie genialna.
„ – I nie gadaj tyle ze zwierzętami, bo wiesz, co mówią o takich, co tak robią?
- Nie wiem – odparł Kubuś.
- Że są pojebani.”
Ja naprawdę nie wiem, jak można tyle odczuć ukryć w tej krótkiej książce, bo 300 stron nie jest jakimś ogromem, ba, nawet przeczytałabym tysiąc stron o Chłopcach. Znajdziemy tu wspomnianą brutalność, śmiech, bezwstydność, zacznijcie wymieniać sobie dalej, co chcecie, bo na pewno to tu znajdziecie, istny misz masz, który współgra cudownie. A wszystko tyczy się o nie dorastaniu, bo jak Ci wspaniali Chłopcy mogliby dorosnąć? Znów należy zwrócić uwagę na rysunki, które przyciągają wzrok i kilka ostatnich stron, och te dodatki są wspaniałe, w szczególności zasady gry w Masę.
„ – Kim pan chciał zostać, kiedy dorośnie?
- Nie pamiętam – odparł. – To nadeszło tak szybko, że nie zdążyłem się zastanowić.”
Jeżeli spodobała wam się pierwsza część, to druga spodoba wam się jeszcze bardziej, więcej krwi, bijatyk, przekleństw. Czego by chcieć więcej? Autor, który wprawia mnie w dobry nastrój, sprawia, że cieszy się ryło, to dobry, genialny autor. Panie Jakubie, niech mnie Pan nie zawiedzie w trzeciej części!


Jak już niejeden raz Wam wspomniałam: wierzę, że Mars będzie planetą, którą kiedyś osiedlimy. Wciąż pojawiające się nowinki techniczne jak i kosmiczne, dotyczące wyprawy na tę planetę, bardzo mnie ciekawią i jednocześnie zachwycają, bo cóż, kiedyś takie wyprawy mogą się okazać codziennością.
„ Mark Watney kilka dni temu był jednym z pierwszych ludzi, którzy stanęli na Marsie. Teraz jest pewien, że będzie pierwszym, który tam umrze.”
Już od samego początku historii, jesteśmy wciągani w wir wydarzeń nie z tego świata. Burza pisakowa przybrała zbyt dużą siłę destrukcyjną, niemożliwe by cała ekspedycja mogła zakończyć się sukcesem. Postanawiają więc uciec z tej burzliwej planety, która wydaje się walczyć z obcymi przybyszami. Niestety Mark Watney zostaje ciężko ranny. Szybkie decyzje rządzą tym światem, reszta załogi ucieka z tej planety, mając na uwadze, że Mark nie żyje. Jednak rzeczywistość okazuje się całkowicie inna…

Jestem ogromnie urzeczona tą historią. Już od pierwszych stron, zaczęłam popadać w tę planetę bezwzględnie. Założyłam skafander i hełm razem z bohaterem i chciałam mu pomóc, przebywałam z nim na Marsie przez ogromną liczbę soli(jednostka dnia na Marsie, ponieważ doba na tej planecie jest odmienna od naszej ziemskiej). Nie każda historia musi się skończyć tragicznie, nie każda historia musi się skończyć szczęśliwie, w dzisiejszych czasach nigdy nie wiesz, co autor wymyślił.

Już od samego początku główny bohater wbija w nas szpilki humoru, czasem nawet dość czarnego. Bo co byście powiedzieli na to, że musicie przeżyć na Marsie, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że zostaje zniszczona łączność z Ziemią, a Ciebie uważają za zmarłego? Właśnie, ja bym już narobiła w majtki ze strachu, z otaczającej mnie samotności i z tego powodu, że zostałabym skazana na pastwę losu. Fakt, jedzenie jest, ale na pewno nie starczy do czasu, gdy wyruszy kolejna misja na Marsa. Musi on więc kombinować i to bardzo szczegółowo, aż tak, że niektórych zwrotów, słów nie jestem w stanie zrozumieć. Lecz nie martwcie się, w niczym te nazwy nie przeszkadzają, oczywiście na początku wprawią was w osłupienie, ale gdy wyłączycie myślenie, a raczej zastanawianie się nad tym, co to naprawdę jest, to idzie gładko i przyjemnie, jeżeli można tak powiedzieć o sytuacji, w której znalazł się główny bohater.
„Na końcu powstanie mnóstwo H2O, ale będę zbyt martwy, żeby to docenić.”
Mark Watney ujął mnie za serce, swoimi wypowiedziami, a raczej jego wpisami do dziennika. Istny komik, który może i chce zamaskować cały ten strach, który w nim siedzi, ale ma to niesamowity wydźwięk w tej historii i nadaje tej książce autentyczności i niebywałego charakteru, którego nie znajdziecie w innej książce. Tak, jest to niespotykana do tej pory książka, tu nie znajdziecie jakichś kosmitów, tutaj znajdziecie odpowiedź na to: jak przetrwać. Istny Cast Away w wersji pozaziemskiej, gdzie jedyne, co was otacza, to czerwona pustynia.

Jakbym mogła się  do czegoś przeczepić, może nie przyczepić, a raczej powiedzieć czego było za mało, to właśnie tych wpisów z dziennika marsjańskiego. Jedni wolą urozmaicenie, w postaci wydarzeń z ziemi, które tutaj się pojawiają, ale ze względu na to, że tak zakochałam się w głównym bohaterze, to mogłabym nawet przeczytać o tym, jak nic nie robi. Jego przemyślenia i wydarzenia wiele razy wprawiały mnie w szeroki uśmiech. Więc dla mnie, nawet gdyby była ona całkiem wypełniona misją na marsie to nie miałabym nic przeciwko.

Nie mogę się doczekać filmu, Ridley’a Scott’a, który będzie miał swoją premierę w przyszłym roku, a główną rolę zagra Matt Damon. Przyznacie, że istna gratka, zarówno dla czytelników, jak i filmożerców. Ja zaliczam się do dwóch grup, i ogromnie Wam polecam tę bohaterską walkę na czerwonej planecie, nie tylko z własnym sobą, a z przeciwnościami losu, na które nie zawsze możemy mieć wpływ.

Za tę nieziemską wyprawę dziękuję:


Gdy sięgamy po opis książki, czasem nie mamy pojęcia, czego możemy się po niej spodziewać. W szczególności, gdy znajdujemy zapis, że „tu liczy się tempo akcji”, już te parę słów zachęciło mnie ogromnie do przeczytania jej. A już mogę Wam zdradzić, że opis nie jest przekłamany, książka wciąga od pierwszej strony.
Dziennikarz Paul Lemaitre wygrał wycieczkę do Portugalii, nie spodziewał się, że podczas tej wyprawy, będzie świadkiem morderstwa, a kolejne wydarzenia spowodują, że jego zawód będzie krzyczał, by wziął sprawę w swoje ręce. Gdy coraz bardziej zagłębia się w tę sprawę, nie ma nawet pojęcia, w jaką sytuację wdepnął, gdyż zapuszcza się on w wydarzenia, sięgające drugiej Wojny Światowej, połączonej z Watykanem.

Zdecydowanie jest to niebezpieczna książka, zarówno dla Paula jak i dla nas czytelników, gdyż cała otoczka wokół, której toczy się historia, jest niesamowicie wciągająca, dająca do myślenia, a my mamy tylko ochotę wykrzyczeć: Uważaj! Autor wszystko odpowiednio nam przedstawił, na samym początku zaszczepia w nas niepewność, a później stosunkowo odkrywa przed nami karty tej historii. Lecz nie myślcie, że nie natrafimy tutaj na ślepe zaułki, często myślimy o tym, że to chyba sprawa, której nie ma możliwości rozwiązać. Jednak główny bohater brnie dalej.

Bardzo podobał mi się zamysł, że książka sięga tak odległych czasów, połączenie nękania żydów z kościołem, jest zdecydowanie zaskakującym połączeniem, który u nie jednego czytelnika, może zasiać niepewność. Nie znajdujemy tutaj nudnych opisów, ckliwych romansów, po prostu podążamy wraz z głównym bohaterem ścieżką poszlak, które są dość nietypowe, i gorąco Paulowi kibicujemy, by mógł zakończyć tę sprawę.
„Nie miał po co żyć. Chciał umrzeć i być z Veronique. Być tam, gdzie ona. Sam nie wiedział gdzie. Był ateistą. Nie wierzył w piekło i niebo, ale sądził, że istnieje coś po śmierci, no bo przecież to beznadziejne życie nie może się skończyć tak kretyńsko.”
Powieści sensacyjne mają to do siebie, że potrafią być schematyczne, a tu jednak pan Jacek zaskakuje czytelnika na każdym kroku, co chwile wymyślając nową nietuzinkową poszlakę, i to w dodatku, która sprawia, że Paul musi podróżować na różne kontynenty. Lecz nie myślcie, że będą tu uwzględnione opisy miejsc, w których aktualnie z bohaterem się znajdujemy. Tutaj po prostu na to nie ma czasu, tu liczy się akcja, która mknie coraz szybciej, coraz sprawniej, aż w pewnym momencie należy przystanąć by nabrać odrobinę oddechu.
„W tym bezpiecznym świecie panuje prawo, a wszelkie występki są karane. Mój świat był inny. W moim świecie, prawo nie istniało. Istniała za to jedna prosta zasada: zabij, żeby nie być zabitym.”
Niektórzy w tej lekturze dostrzegają pewną wadę, jaką jest stosowanie przypisów. Przyznam, jest ich dość dużo. Znajdziemy przypisy tłumaczenia słów takich jak: Garou, Legia Cudzoziemska, papier czerpany, Porto czy Synagoga, fakt, może niektóre z nich są na wyrost, lecz niektóre są bardzo sprawnym dodatkiem. W szczególności, jeżeli chodzi o takiego laika historycznego jak ja. Może na mnie nakrzyczycie, ale ja np. nie wiem, co to Legia Cudzoziemska. Sądzę więc, że jeżeli któryś z czytelników, wie co to za słowo, wie o czym czyta, to nie sprawdza, co autor zapisał w przypisie, a dla takich jak ja, jest to dobry kawałek wiedzy.

Osoby, które lubują się w takich historiach, które uwielbiają kroczyć za poszukiwaniem kolejnych wskazówek, ciekawej intrygi i niezwykłej książki, która pochłania Cię w całości, to polecam ogromnie, bo warto czasem przeczytać taką historię, nawet gdy jesteście fanami fantastyki takimi jak ja.

Książka przeczytana w ramach akcji: