Patrzeć nie znaczy widzieć

A czy Ty potrafisz ujrzeć słowa?
Znajdź mnie


Książki z nurtu science-fiction, zawsze mnie interesują, ponieważ jestem bardzo ciekawa jak pisarze postrzegają przyszłość na ziemi lub poza nią. Sama mam jakieś przemyślenia, jak będzie wyglądał świat w przyszłości, lecz czasem wyobraźnia pisarzy przerasta moje jakiekolwiek myśli na ten temat. Jak było tym razem?

Władcy Galaktycznego Imperium Sh’daar w XXV wieku uważają, że gatunek ludzki, jest bardzo blisko osiągnięcia transcendencji. Wszechświat nawet przed nami staje otworem, więc dla wspomnianych władców, jest to dla nich jak i całego galaktycznego świata zagrożenie, co jednoznacznie oznacza wyrok powstrzymania naszego rozwoju, nie cofną się nawet przed eksterminacją. Ludzie jak to mają w zwyczaju, nie są w stanie zaakceptować takiego obrotu rzeczy, stają oni do walki międzygalaktycznej z najpotężniejszymi obcymi. Czy im się to uda?

Ian Douglas wprowadza nas w tak skomplikowany świat, że głowa może wam, jak i mi wybuchnąć już na pierwszych stronach historii, lecz nie myślcie, że to zły znak. Takich wybuchów więcej poproszę. Tak jak już wspomniałam, od pierwszej strony mamy tu tak wiele skomplikowanych nazw, związanych z przyszłą technologią, że na początku nie byłam pewna czy cokolwiek rozumiem ze zlepków tych słów. Jednak okazało się, że tak wsiąknęłam w tę historię, że nie wiem, jak udało mi się przeczytać tę książkę, czyżby była to jakaś nowa czasoprzestrzeń? Niezaprzeczalne tak, nie wiem jak Autor tego dokonał, ale potrafi przyciągnąć czytelnika, by zatracił się całkowicie w wykreowanym przez niego świecie. Właśnie ten żargon wojskowy, militarny i zdecydowanie związany ze skomplikowaną fizyką sprawił, że dla mnie to było za dużo, ale historia, która się kryje pod tymi dziwnymi słowami jest wręcz genialna.
Niestety, to ludzie, a w szczególności politycy sprawili, że zaczynał mieć wątpliwości, czy ludzkość powinna mieć nadzieję na przetrwanie.
Muszę się wam do czegoś przyznać, pierwsze 70 stron, to prawdziwa mordęga dla mnie, laika w sferze science-fiction, męczyłam po parę stron dziennie, a potem bum, jeden dzień i połknęłam pozostałe 360 stron. Historia zaczęła nabierać charakteru i trochę mniejszego nawiązywania do skomplikowanych nazw. Nie martwcie się, każda niezrozumiała nazwa jest tłumaczona przez Iana (chociaż ja nadal tego nie ogarniałam), ale im bardziej wsiąkniecie w tę historię, tym więcej będziecie rozumieć i zapewniam Wam, niecodzienne rozrywka murowana.

Utworzenie obcej rasy, musiało być dla autora skomplikowanym działaniem, gdyż ich wielopoziomowa możliwość posługiwania się różnymi mózgami, jest wręcz nie do opisania. Cała książka jest dzielona na rozdziały jak i również mogłabym rzec na podrozdziały, opisywane z różnego punktu widzenia, nawet znajdziemy tutaj wypowiedzi i myśli Turuschów (obcych). Ciągle mam ochotę pisać, jaka to skomplikowana, a zarazem ciekawa historia, tak wiele wątków sprawiło, że po skończonej książce myślałam tylko o tym, by jak najszybciej zdobyć kolejne części.

W takich historiach, jako czytelnik, zawsze znajdujemy perełki w postaci zdarzeń czy osób, o których wolimy czytać bardziej niż o innych, ja również taką sytuację tutaj znalazłam. Z niecierpliwością czekałam na jakąkolwiek wzmiankę o Trevorze Grey’u. Zapałałam do niego miłością, jaką tylko można obdarzyć fikcyjnego bohatera. Pomimo swojej misji, należy do technofobów, co jest dość niecodziennym zjawiskiem, gdy wszystko, co go otacza jest skomplikowaną techniką połączoną z fizyką.

Jak już wspomniałam wcześniej, mniemana zagłada człowieczeństwa jest spowodowana tym, że jesteśmy blisko transcendencji, czyli wykorzystywania nanotechnologii i robotów i to w ogromnej mierze. I jak to zazwyczaj bywa, całkiem niedawno przeglądając kanały w telewizji, dostrzegłam reportaż o pierwszym człowieku cyborgu. Jeżeli Was zaciekawiłam odsyłam do tego linku: [KLIK]. Czyżby obca cywilizacja, miała podstawy do tego, by nas zlikwidować?

Reasumując, niezwykle wciągająca książka, dająca początek czegoś innego, lepszego, wprowadzająca nas w świat niezwykłych wyobrażeń, wojny międzygalaktycznej, a nawet i uczuć. Mnogość retrospekcji, innych punktów widzenia, stwarza nietuzinkową możliwość przyszłości. Gorąco polecam.

Za tę nieziemską wyprawę dziękuję:
Niezależnie od tego, jakich recenzji i opinii się naczytałam na temat tej pozycji, sama chciałam się przekonać, co do podejmowanego tematu przez Jeff’a VanderMeera, jakim jest Strefa X.

Oficjalna wiadomość dotycząca Strefy X oznajmia, iż jest to miejsce katastrofy ekologicznej, która jest wyludniona, a kolejne wyprawy badaczy mają za zadanie przeprowadzenie swoistych badań, co do miejsca i zdarzeń, które tam zachodzą. Dzięki Pani biolog – uczestniczki już dwunastej wyprawy, poznajemy całkowicie inny świat, wręcz wyjęty z rzeczywistości. Organizacja Southern Reach, wydaje się wypranym z emocji pionem, który szkoli nowych uczestników, a wręcz dzięki hipnozie utrwala w nich pewne zachowania. Cztery uczestniczki, mają za zadanie zbadać teren i przedstawić wszystko w swoich raportach, tylko co gdy na mapie którą posiadają nie ma zaznaczonej spotkanej przez nie wieży? Widać jedynie jej wierzchołek, a upiorne schody kierują się, co raz bardziej w dół. Od teraz rozpoczynamy wędrówkę z uczestniczkami w głąb wieży, która może zasiać w Was ziarno niepewności i grozy.

Jestem pod ogromnym wrażeniem pióra Autora, dzięki swoim opisom wprawia czytelnika w otaczający go strach, który nie chce opuścić nas przez całą powieść. Nie ma tak naprawdę tutaj opisów makabrycznych, gęsią skórkę wywołuje po prostu cała ta atmosfera. Nigdy bym nie pomyślała, że stworzony nastrój i zagadka, którą kryję Strefa X, wywoła we mnie tak skrajne emocje. Uwielbiam się bać, lecz nigdy nie działały na mnie zabiegi psychologiczne, a jednak tutaj sprawiły, że ciarki chciały mnie pochłonąć, a to dość ogromny plus. Sądzę, że nie tylko we mnie takie uczucia wywołały niecodzienne opisy.
Jeśli nie znamy prawdziwych odpowiedzi, to tylko dlatego,że wciąż nie wiemy, jakie zadawać pytania.
Całą opowieść można by określić jednym wielkim znakiem zapytania, bo na każdej stronie czeka nas pewnego rodzaju niewiadoma. W tej historii musimy się przyzwyczaić do opisów, gdyż dialogów jest tutaj jak na lekarstwo. Strefy X, nie jesteśmy w stanie poznać w jednym tomie, ciągłe niepewności wzbudzają w nas apetyt na więcej. Staramy się snuć własne teorie, które i tak nie zostają do końca wytłumaczone, po prostu nie jesteśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić, z czym bohaterka jak i my mamy do czynienia. Historia biolożki, która spowodowała, że trafiła właśnie na tę wyprawę, jest dość mroczną historią, lecz nie będę zdradzała, z jakich pobudek postanowiła ona wkroczyć w te bagno niespotykanej grozy.

Nie wiem, dlaczego, lecz czytając tę pozycję miałam wrażenie pewnego powiązania ją z filmem: Ruiny, który moim zdaniem ma pewne cechy wspólne z książką. Jest to pewnego rodzaju strach przed nieznanym. Lecz może to tylko zagranie psychologiczne, lubimy się bać w szczególności, gdy wiemy, że leżymy spokojnie w łóżku a nam nic nie zagraża. Nie byłabym jednak tego taka pewna, bo po przeczytanej lekturze, będziecie mieli plątaninę myśli, jaką możecie ujrzeć na okładce.

Jeżeli mogłabym się przyczepić do czegoś, to do zawiłości. Uważam, że jest to naprawdę bardzo dobra książka, lecz czasem czytając opisy i przeskoki w wydarzeniach, nie miałam kompletnie pojęcia, o czym czytam. Ciągłe zagadki i niewyjaśnione sytuacje zapewne mają zadziałać na naszą wyobraźnię, lecz w pewnym momencie jesteśmy oszołomieni ich ogromem. Tym bardziej, że na niezbyt wiele pytań uzyskałam jakąkolwiek odpowiedź. Lecz czym prędzej sięgam po drugi tom, mając nadzieję, że wraz z biolożką odkryję prawdę o Strefie X.

Niecodzienne słowo – Fabulacja, Fantasmagoria

Fabulacja – jest to przedstawienie zmyślonych historii w swoich wypowiedziach, w szczególności, gdy mówimy o sobie samym w jakimś zdarzeniu, którego nawet nie było
Jak użyć je w recenzji?
Bohater to istny Pinokio, nigdy byś nie pomyślał, że stosowanie w jego wypowiedziach fabulacji, może być tak częstym zagraniem.

Fantasmagoria – oznacza przywidzenie, złudzenie optyczne
Jak użyć je w recenzji?
Gdy czytałam tę pozycję, doznałam istnej fantasmagorii, czy może błędy w tej książce, nie były moim przywidzeniem?

Film warty obejrzenia – Fanatyk, Faceci w czerni

Fanatyk – Znów czas na ochy i achy, bo główną rolę w tym filmie gra Ryan Gosling. Tak moje miłe Panie, jeżeli jesteście pod ogromnym wrażeniem jego wdzięków, to pozycja obowiązkowa. Przedstawię wam opis z filmwebu: „Podczas rozważań nad Torą Dany, student żydowskiej uczelni, dochodzi do wniosku, że Bóg jest okrutny. Staje się antysemitą i dołącza do skinheadów.” To naprawdę gorzka historia, o religii, którą każdy musi obejrzeć.


Faceci w czerni – Czy naprawdę trzeba wam przedstawiać ten film? Któżby nie słyszał lub widział tej produkcji. Kosmici są wśród nas Panie i Panowie. Agent J i agent K, wprawi was w wir istot nie z naszej planety, z ogromną dawką humoru. Czy można chcieć czegoś więcej?

Książka, która wywarła na mnie wrażenie: Frankenstein

Literatura obowiązkowa dla wszystkich, ja ją przeczytałam również do mojej pracy maturalnej już dobre 6 lat temu i nadal jestem pod ogromnym wrażeniem tej lektury. Dr Frankenstein chciał stworzyć człowieka i mu się udało, lecz stworzył kreaturę, która nosiła brzemię brzydoty, więc nie pozostało nic innego jak nazwać go Potworem. Ciężka tułaczka, istna makabra.

Autor i jego twórczość – Fitzpatrick Becca

Chyba każdy z Was wie, co to seria Szeptem. Aniołowie, zwykła dziewczyna, miłość i walka dobra ze złem. Czysty paranormal romance, czemu znalazła się autorka właśnie tutaj? Bo wiem, że wielu z Was seria się nie podobała, ale to również seria, która jako jedna z pierwszych zgarnęła moje serce, zaraz po Harrym i Zmierzchu i nie boję się Wam o tym pisać, bo ta autorka wprowadziła mnie bardzo lekko w fantastykę, od której nie mogę się już oderwać. I już ostrze sobie zęby na kolejną książkę autorki - Black Ice, która już 5 listopada będzie miała miejsce. Czy tylko mi się zdaje, że na okładce jest Robert Pattinson? :D




Cytaty

„Fajnie, że cię poznałam, ale czas nie kutas, nie stoi, czas lecieć”
Katarzyna Grochola  Przegryźć dżdżownicę

„Fakt, że się czegoś bardzo pragnie, nie oznacza, że można to osiągnąć
Margaret Stohl  Piękne Istoty

„Fajnie jest wiedzieć, czego się chce”
Kat Falls  Osada


Muszę wam przyznać, że gdy zaczynałam tę serię postów, myślałam, że najgorszą literą będzie E, ale okazało się, że znalezienie słów, książek, czy dobrych filmów na literę F, to dopiero wyzwanie!

Zaczęłam pisać wreszcie moją pracę magisterską, muszę się Wam przyznać, że prowadzenie tego bloga doprowadziło do tego, że pisane przeze mnie recenzje wpłynęły moim zdaniem na zasób moich słów, oraz stworzeniu w swoim mózgu jakiś nowych połączeń, które sprawiają, że pisanie pracy idzie mi szybciej, niż w przypadku mojej pracy licencjackiej. Chyba czas napisać post: Dlaczego blogowanie jest super sprawą.
Fantastyka to bardzo wielki wór, z ogromem różnych podgatunków. Bardzo niewielu autorów sięga do tej pospolitej fantastyki, która przenosi nas do jakiegoś wymyślonego świata, a wszędzie słyszymy świst mieczy, toporów, strzał, a szeptem wypowiadane są klątwy. Adrian stworzył właśnie taką historię, w której aż miło się zagłębiać.

Tytułowa Arlin, to kobieta niebanalna, która odgrywa główną rolę w pozycji Adriana. Autor podzielił swoją książkę na dwie części. Pierwsza z nich „Książe Cienia” wprowadza nas w odmęty magii, gdyż Arlin widząc kobietę, która ma zostać skazana za czarowanie, doznała wewnętrznej chęci, by ją uwolnić, tak też się stało i dziewczyna w zamian za uwolnienie otrzymała magiczny pierścień Dallili. W drugiej części „Płomień i mrok” wspomniany pierścień wpłynie ogromnie na bohaterkę, tylko jak ułoży się walka dobra ze złem? Armia Ciemności chce zapanować nad światem, czy Arlin wraz ze swoimi przyjaciółmi da radę odeprzeć ten atak?

Ta książka to najczystsza fantastyka, i nie, niestety nie jest to książka dla wszystkich. Należy tutaj wspomnieć o barwnych i bardzo szczegółowych opisach, lecz nie myślcie, że źle tutaj to zagrało, właśnie nie. Większa liczba opisów działa tylko na plus, ponieważ autor bardzo sprawnie manewruje między trudnymi i dość niecodziennymi słowami. Musicie wiedzieć, że spotkacie tutaj zwroty, których nie powstydziłby się żaden językoznawca, dla mnie niektóre były dość niezrozumiałe, ale tutaj mają swoisty wydźwięk. Pisząc teraz tę recenzję, aż mi wstyd, że używam w niej tak banalne i prostackie słowa. Autor dzięki swoim wyrazom i słowom wywarł na mnie ogromne wrażenie. Po prostu niewiele jest takiej fantastyki, która byłaby tak dogłębnie dłubana, ponieważ tak to odczułam, że każde zdanie było bardzo pieczołowicie doszlifowywane.
Istnieją drzwi, których nie należy otwierać. Do innych niebezpiecznie jest się nawet zbliżyć, by ktoś na głos naszych kroków nie otworzył ich od wewnątrz. Nigdy bowiem nie wiadomo, co lub kogo zastaniemy po drugiej stronie.
Takiej wyobraźni, można tylko zazdrościć, gdyż nie spodziewałam się takich obrotów wielu spraw, które tutaj znajdziemy. Nie spodziewajcie się tutaj wielkich historii miłosnych, po prostu znajdziemy tutaj walkę dobra ze złem, czysta, nieskazitelna fantastyka. Miłość, jest tutaj wątkiem pobocznym, który skleja powieść w dość niezwykłą historię. Na dużą uwagę zasługuje główna bohaterka, niezwykły zabieg, że mężczyzna, stworzył kobietę tak wspaniałą, waleczną i posiadająca tak wspaniały charakter, że nawet wybredny czytelnik, polubi ją raz dwa.

Jeżeli nadal Was do niej nie skłoniłam, może wywrze na Was wrażenie mnogość walk. Bitwy, to bardzo wdzięczny temat w fantastyce, lecz trzeba umieć o niej pisać, by przekazać czytelnikowi, dynamiczną akcję. Autorowi to się udało, sprawił, że nagle czujemy się jakbyśmy stali w tej bitwie biernie, a nasze pięści i topory ukryte w wyobraźni ostrzą się same.

Tak jak napisałam wcześniej, ta książka nie jest dla każdego, jedynie, do czego mogłabym się doczepić, to właśnie sposób pisania tej książki. Ponieważ trudno się ją czyta, ze względu na wspomniane zwroty i słowa. To tylko świadczy o tym, jakże słaby jest mój zasób słów, archaiczny styl pisania, po prostu trzeba lubić. Ja jednak, miałam parę przeszkód z tym związanych, ale warto było je pokonać, by poznać tę historię. Obojętnie, czy taki styl pisania jest Wam po drodze, czy nie warto do niej zajrzeć i się przekonać, czy to pozycja dla was.

Nie chcę Wam zdradzać zbyt wielu zwrotów akcji oraz tak naprawdę pisać Wam o tym, co znajdziemy w tej historii, ponieważ wolałabym, byście sami odkryli tę historię. Kiedy czytelnik, sam zachęcony kilkoma słowami, czy zdaniami, nabiera chęć na przeczytanie jakiejś książki, to już duży plus. Zapamiętajcie, to jest właśnie taka historia, którą statystyczny wielbiciel fantastyki musi przeczytać. Ja bardzo się cieszę, że mogłam wejść w świat Arlin.

Za wkroczenie w świat fantasy dziękuję Autorowi
Fantastyka, to bardzo nieziemski gatunek, bo wystarczy wyłącznie pobudzić własną wyobraźnie i możemy stworzyć, jak i przeczytać o tak wymyślnych rzeczach, o jakich nam się nigdy nie śniło. Ważne tylko, by było to coś ciekawego, by wyobraźnia zgadzała się siłą przekazu, a w szczególnością z formą.

Amanda nigdy nie sądziła, że w krótkim czasie po stracie własnych rodziców, wniknie w wir tak niecodziennych zdarzeń, a co najważniejsze, niektóre aspekty nowego życia bardzo jej się spodobają, a wszystko zaczyna się od snów, które nawiedzają ją nawet w szkolnej ławce. Przerażające i niezwykle realistyczne sny, okazują się być wizją, a dotąd znienawidzony wuj, który jest jej opiekunem prawnym, stara się jej przekazać wiedzę dotyczącą tego kim jest, a jest czarownicą. Tak rozpoczyna się jej walka na śmierć i życie z Bestią…

Dawno nie czytałam żadnej pozycji o czarownicach, a jeszcze oprószona historia magią, nie mogła pozostać długo nieznaną, tylko czy ta historia, okazała się tak dobra, jak tego oczekiwałam? Niestety nie, ale to wcale nie znaczy, że nie jest to dobra porcja przeciętnej fantastyki, bo należy tu wspomnieć, iż jest to debiut Alicji Tokarskiej. Niechybnie nie byłam w stanie odnaleźć jakichkolwiek informacji na temat autorki w Internecie, więc nawet nie mam pojęcia, ile lat ma autorka.

Myślę, że młodzież będzie bardzo zaciekawiona tą historią, ponieważ nie jest ona skomplikowana, wszystko jest nam serwowane na tacy w odpowiednim momencie. Gdybym mogła zacząć od początku, chciałabym zaznaczyć, że brak mi w tej historii odpowiedniego wprowadzenia, a wręcz zbyt szybkiego przedstawienia nam motywu fantastycznego. Przeczytamy kilkanaście stron, w których dowiadujemy się, że coś fantastycznego zaczyna się dziać z naszą bohaterką, i nagle już za chwile dowiadujemy się prawie całej historii, co, gdzie i dlaczego tak jest. Jak to bywa w takich historiach, wujek chciał bronić swoją podopieczną, trzymając ją jak najdalej od całego zgiełku magii, lecz potem nagle zaczyna jej uczyć zaklęć i wszystkiego. Trochę to takie niespójne. Wiele wątków miałam wrażenie, jakby były zaczerpnięte z pomysłu Rowling, ale chyba każdą dawkę czarowania będę tak odbierać, nie widzę w tym nic złego, tylko wolałabym, by było w niej coś niezwykłego, bo chętnie przeczytałabym o magii, czarowaniu, różdżkach. Tutaj ten pomysł wyszedł dość przeciętnie.

Do tego wszystkiego dochodzi irytująca bohaterka, która jako nastolatka, ma prawo do tego, by być rozwydrzoną dziewczyną, która co chwile zmienia zdanie i potrafi wykrzyczeć swojemu opiekunowi, jaki to świat jest zły. Jej rozchwianie emocjonalne widzimy na każdej stronie, raz uważa, że wujek jest najwspanialszą osobą pod słońcem, a potem potrafi się na niego obrazić, bo ukrywał przed nią jakąś tajemnicę.

Lecz nie myślcie, że tutaj wszystko jest na nie, ponieważ tak nie jest. Tak jak wcześniej wspomniałam, myślę, że dla nastoletnich czytelników będzie to pozycja idealna, ze względu na to, jeżeli czytelnik uważa, że chciałby się czymś niezwykłym odznaczać w towarzystwie, bo czy nie każdy z nas marzy o tym, by magia okazała się prawdą? Lecz należy zwracać uwagę, że z każdym darem wiążą się dobre jak i złe strony jego posiadania. Bohaterka przypadnie im do gustu, bo ciągle stara się odnaleźć się coś niezwykłego w rozwijającym się nadal umyśle. Znajdziemy tutaj ciągłe wyszukiwanie skrótów w stawianych przed nią zadaniach, pierwsze zauroczenie, czy właśnie pogodzenie się z własnym dziedzictwem i światem dorosłych.

W tej pozycji znajdziemy wiele magii, a to naprawdę ogromny plus, zaklęcia znajdą się na każdej stronie i jest to wartość dodana, którą bardzo miło się czytało. W 300 stronicowej książce znajdziemy jednak wiele dialogów, które przeważają nad opisami, należałoby w moim mniemaniu trochę nad tym popracować, ale tylko, jeżeli ta pozycja miałaby zostać odebrana nieco przychylniej przez starszych czytelników. Jeżeli masz kilkanaście lat i chętnie sięgasz do fantastyki to pozycja dla Ciebie, a jeżeli jesteś odrobinę starszym czytelnikiem, wybór zostawiam Tobie.

Za możliwość wniknięcia w tę historię dziękuję:


Myślę, że zbytnio nikogo nie obrażę stwierdzeniem, że każdy z Nas czasem podkochiwał się w kimś z ulubionego zespołu muzycznego. Ja wprawdzie bardziej skłaniam się ku aktorom, lecz gwiazdy muzyki potrafią nie jednej osobie zawrócić w głowie. Tylko czy taka miłość, jest w ogóle możliwa? Nie śledzę tabloidów, lecz chyba nigdy nie słyszałam, by ktoś sławny, był w związku ze swoim fanem/fanką. A może po prostu dobrze się ukrywają?
Ally Hanningan – dziewczyna, która mogłaby konkurować z każdą szarą myszką na całym globie, w swoim poddaństwie i braku wiary w siebie. W związku, można by rzec jest statystką, która gdzieś występuję pod wodzą własnych rodziców, a w szczególności matki. Tkwi w związku, w którym się dusi, tylko dlatego, iż mama jej to nakazuje. Nie posiadając ni krztyny silnej woli poddaje się tym dniom przepełnionymi rozczarowaniem, twierdząc, że jakoś to będzie. Podczas czekania na lotnisku na przesiadkę, ma miejsce scena, która odmienia życie bohaterki do góry nogami. Spotyka tam Brandina, chłopak ukrywa się pod ciemnymi szkłami swoich okularów, co jest nieco dziwne, w końcu jest noc. Lecz dziewczyna niczego nie podejrzewa, tylko prowadzi z nim rozmowę, która trwa przez kilka godzin. Mężczyzna wiele ryzykuje podając jej swój numer telefonu, przecież wie, że jeżeli jego tożsamość wyjdzie na jaw, już będzie spalony w świecie show biznesu. Tak, Brandin należy do zespołu o takiej sławie, że nie mieści Wam się to w głowach. I tak zaczynają się podchody, gdzie do wygrania jest miłość.

Książka początkowo była swojego rodzaju fanfickiem o zespole Tokio Hotel. Zapewne załamujesz ręce tak jak ja. Przyznam, nie należałam do fanów tego zespołu, niemęscy mężczyźni nigdy mnie nie poruszali, tym bardziej śpiewając w języku niemieckim, od którego trzymam się daleko. Lecz Autorka stworzyła historię, jak dwa światy, które nie mają ze sobą wiele wspólnego, nagle się spotykają i splatają. Historia nie jest skomplikowana, przynajmniej z punktu widzenia: czytania. Czyta się ją przyjemnie i lekko i nawet nie zauważamy, gdy ponad trzysta stron zostaje przez nas pochłonięte. Jedynie zastanawiam się, skąd aż tak duże zainteresowanie tą historią wśród czytelników? Oczywiście rozumiem, że każda z dziewczyn lubi przeczytać historię o miłości nie z tego świata, lecz czy ta historia naprawdę należy do wspaniałego dzieła? Nie sądzę.

Ally denerwuje na każdym kroku, jest tak niezdecydowana, w dodatku tak wycofana z życia jakiegokolwiek, że powoli się zastanawiam jak zaskarbiła sobie uczucie gwiazdy estrady. Najbardziej denerwującą częścią jest, gdy Ally i Brandin są w strefie friendzone. Gdyż nie potrafi uciec od swojego toksycznego związku i żali się przez telefon przyjacielowi. On nie pozostaje bierny, gdyż nie wyjawia jej prawdy, lecz męczy go to, bo wie, że gdy ona się dowie, kim tak naprawdę jest, to może ją stracić, nie ze względu na to, że posiada miliony fanek, lecz to, że ją okłamuje. I właśnie takie intrygi przewijają się przez całą powieść. Po pewnym czasie, staje się to dość irytujące.

Na plus zdecydowanie można zaliczyć piosenki, których tytuły i cytaty pojawiają się przez książkę. Dzięki nim, przypomniałam sobie o piosenkach, których już bardzo dawno nie słyszałam. Opisywanie sytuacji związanych z wytwórnią oraz życiem zespołu, również mi się podobała, bo myślę, że szef zespołu który ma na względzie wyłącznie pieniądze, w prawdziwym życiu może zrobić piekło członkom zespołu z  powodu podpisanego kontraktu. Może określać jak mają się ubierać, z kim mogą się spotykać, oczywiście by zyski były większe. Związek? Niemożliwy, ponieważ fanki go kochają i żyją nadzieją, że może to one zostaną wybrankami. Niedoczekanie.
Pytasz, dlaczego płaczę? Nie pytaj. Popatrz w moje oczy. A jeśli zobaczysz tam siebie, po prostu odejdź.
__________________________________________
Poniżej znajduje się recenzja drugiego tomu, mogą znaleźć się w niej spojlery pierwszej części, czytasz więc na własną odpowiedzialność.

Nadszedł czas na drugi tom, oczywiście rządzi tutaj zasada: należy związek zepsuć. Brandin pod koniec pierwszego tomu zostaje postrzelony, a w jego głowie kiełkowała myśl, że jego ukochana ciągle go okłamywała, spotykając się z jego bratem- jednocześnie członkiem zespołu. I tak zaczynają się chwile pełnego napięcia, czy z tego wyjdzie, oraz czy poradzi sobie ze zdradą ukochanej?

Oczywiście dobrze wiemy, że zdrada jest plotką, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, lecz on nie przyjmuje tego do wiadomości. Nie dopuszcza do siebie Ally, jednocześnie chcąc o niej zapomnieć, ale zakochane serce nie jest w stanie tak szybko odpuścić w tej grze. Dziewczyna również przechodzi pewnego rodzaju metamorfozę, bo wszelkimi sposobami, stara się przekonać ukochanego do prawdy. Jak jej się powiedzie? Tego się dowiecie sięgając po część drugą sagi Niny Reichter.
Bo jesteśmy jedyni. Wyjątkowi i niepowtarzalni. Niezmienni i niewzruszeni, trwamy w tym, co nazywają wiarą, a co pozostaje jedynie strzępkiem ludzkich nadziei, że kochasz mnie tylko trochę mniej… bo nikt nie mógłby kochać tak, jak ja Ciebie.
Może moja niechęć do tej serii wiąże się z tym, że nie lubią czytać historii o miłości, bo uważam, że nie wprowadzają one nic do życia czytelników. Tylko kształtują nam myśli o tym, że miłość powinna być pełna poświęceń, kreują miłość idealną, a później, gdy sami jej doświadczamy, nie ma z nami fajerwerków i po prostu się rozczarowujemy. Według mnie uczucie, jest to wspólne trwanie, czasem w nudnej rzeczywistości, a nie wieczne super randki, kwiaty każdego dnia. Może ktoś z Was, ma takiego lubego/lubą, nic tylko Wam pozazdrościć.

W drugiej części czekało na bohaterów wiele sytuacji, które wystawiały ich miłość na próbę. Po kolejnych pagórkach, stawało się to po prostu denerwujące. Ciągłe przeciwności losu, osoby wtrącające się do ich związku czyhały za każdym rogiem. Nie wspominając o powstającym uczuciu jednego z pozostałych bohaterów w stosunku do Ally. Tego już według mnie było za dużo. Na ogromny plus zaliczam tutaj niektóre zdania o miłości, które zdecydowanie należą do perełek, które warto zachować. Lecz chyba w tej serii nie potrafię odnaleźć dla siebie czegoś wspanialszego.
Zaufanie to cząstka duszy, którą oddajesz komuś w nadziei, że nadal pozostanie Twoja.
Podsumowując, książki czyta się szybko, jeżeli przyjmiecie tę historię z pewnym przymrużeniem oka, to może ona się dla Was okazać miłą odskocznią od innych książek, które do tej pory przeczytaliście. Fakt, dla mnie była to odskocznia od fantastyki, którą czytam, na co dzień, lecz nie była ona tak satysfakcjonująca, by chcieć znów w nią wkroczyć, gdyż dochodzą mnie słuchy, że fanów czeka jeszcze trzecia część przygód Ally i Brandina. Lecz ja dziękuję, już się przejadłam.

Są takie zapowiedzi książek, które po prostu wiesz, że musisz mieć. Opis książki oraz informacje, jakie znajdziecie w Internecie na temat Endgame przed premierą, nie są aż tak obszerne, lecz zasiewają w nas jedynie niepewność, czegóż to możemy się spodziewać po tej lekturze. Szeroko zaprawiona reklama sprawiła, że nie mogłam się doczekać, aż ta złota książka, wkręci mnie w rywalizację. Nadszedł czas, byście zasięgnęli po tę książkę i rozpoczęli walkę o 500 000 $ w złotych monetach. Gdyż oprócz dobrej lektury, jest w niej osadzone mnóstwo wskazówek i zagadek, których rozwiązanie, może Was zaprowadzić do wygrania głównej nagrody!

Na całym świecie w ziemię uderzyło dwanaście meteorytów, rozpoczynając swoiste wezwanie Graczy, do walki na śmierć i życie. Ludzie Niebios w bardzo dawnych czasach, przybyli na Ziemię, stworzyli ludzkość podzieloną na dwanaście plemion, których jednym z zadań jest trenowanie Graczy przez kolejne pokolenia do czasu, aż nadejdzie znak określający Wezwanie. Engame jest grą, w której wygrać może wyłącznie jeden uczestnik, który będzie w stanie ocalić swoich najbliższych, a resztę ludzi na świecie czeka zagłada. Kto zdobędzie pierwszy klucz?

Tak jak pisałam już wcześniej, nie wiedziałam czego się spodziewać po tej pozycji, czy będzie tutaj duży rozlew krwi, czy jakaś niedościgniona tajemnica oraz najważniejsze: Czy mnie zachwyci? Na wszystkie pytania odpowiadam: Tak. Już od samego początku katastrofa goni katastrofę, Frey i Johnson-Shelton stworzyli tak brutalną grę, w której nawet życie innych jest nic nie warte.
Endgame rozpocznie się, kiedy ludzka rasa przestanie zasługiwać na to, co jej dano. Gdy okaże się, iż zmarnowaliśmy oświecenie, którym nas obdarowano. Mówi też, że jeśli nie docenimy Ziemi, uznamy ją za rzecz oczywistą, przeludnimy i będziemy nadwerężać tę błogosławioną planetę, zacznie się Endgame.
Na szczególną uwagę zasługują znajdujące się tu zagadki. Lecz nie sądźcie, że w książce znajdziecie: Zagadka nr: 1. O nie, tutaj sami musimy rozpocząć poszukiwania, co w tekście w ogóle jest zagadką. Znajdujemy tutaj tekst niewyjustowany, wyrównany do lewej strony, chciałam zacząć już narzekać, ale to również może być pewien specjalny zabieg: „Układ typograficzny książki, brak wcięć akapitowych, rodzaj przypisów i sposób zapisu liczb został narzucony przez wydawcę oryginału. Może mieć to związek z rozwiązaniem zagadki, ale nie musi.”. Przyznam szczerze, podczas czytania zerkałam i zastanawiałam się, czy ta cyfra jest zagadką? A może pierwsze litery kolejnych stron stworzą jakiś wyraz? Można by rzecz, że wręcz wpadłam w mętnie paranoi. Myślę, że właśni taki był zabieg autorów, by zasiać w nas pewną niepewność, dotyczącą wszystkiego. W końcu do wygrania jest 500 000 $, zdradzę, że zauważyłam jedną zagadkę, ale chyba nie posiadam tak wielkiej inteligencji by ją rozwiązać. Ale pamiętajcie: Żeby wygrać trzeba grać, autorzy dają nam 2 lata na rozwiązanie zagadki.

Zostawmy nagrodę dla czytelników, a przyjrzyjmy się książce, jako historii. Według niej, czeka nas zagłada i nie mamy możliwości by temu zapobiec. Fabuła jest poplątaniem wielu miejsc na całej Ziemi, ogromnej różnorodności charakterów graczy, a w szczególności opisów brutalnych scen. Gracze to osoby nieobliczalne, które zostały wręcz zaprogramowane od najmniejszego do zabijania, rozwiązywania zagadek, braku empatii. Odsyłam was do finałowej sceny, która rozbiła moje serce na małe kawałki. Ci ludzie, to nie ludzie, bo jak można… A nie, nie zdradzę Wam : )

Książka spodoba się mężczyznom, gdyż wartka akcja, różne rodzaje broni, skomplikowane spiski sprawią, że nie będziecie mieli dość tej historii, a wręcz będziecie skandować o więcej. Kobiety, które uwielbiają nietuzinkowe opisy, barwne charaktery, czy lubią się wzruszać, również znajdą coś dla siebie. Te osoby, które lubią wprawnie wplatany wątek miłosny, również będą zachwycone, pomimo iż są to maleńkie epizody, to sprawiają wrażenie idealnie dołączonych perełek w tej okrutnej rozgrywce.

Historia jest przeplatana mocnymi dialogami i wspaniałymi opisami, które zazwyczaj są zdaniami prostymi, nie ma tutaj skomplikowanego języka, no chyba, że mówimy o zagadkach. Nie sposób tutaj o nich nie wspominać na każdym kroku. Na samym końcu mamy przypisy, które przekierowują nas do różnych stron, które również opatrzone są sygnaturą zagadek. Pomysł goni pomysł, zagadka ma w sobie kolejną zagwozdkę, a postacie są tak skomplikowanymi charakterami, że nie ma szans, byśmy ich nie polubili, nawet, jeżeli są okrutnymi mordercami. Tylko gdzie kryje się wygrana, jak ją zdobyć, czego szukać, najważniejsze JAK szukać? Tego dowiecie się, jeżeli sięgniecie po Endgame. Wezwanie. Polecam Wam ogromnie.

Za tą niezwykłą historię oraz cały pakiet, który się na to składał (koszulka, torba, puzzle oraz oczywiście książka), dziękuję:


Pamięć to taki twór, że bez niej bylibyśmy nikim. Nie wiedzielibyśmy gdzie jest nasz dom, jak się nazywamy, a co najważniejsze, do kogo zwrócić się o pomoc. Przyznacie patowa to sytuacja, gdy umysł zacznie płatać nam figle, lecz co gdy ten stan został wywołany umyślnie?

Miranda North, staje przed największym wyzwaniem, jakim przyszło jej się kiedykolwiek spotkać, musi sprawić by jej pamięć, jej wspomnienia wróciły. Lecz jednak okazuje się, że to jest również jej zagrożeniem. Budzi się, nie pamiętając, dokąd zmierza, lecz wie jak się nazywa, to już jest pewien początek. Niespodziewanie odczuwa ból w głowie, a już po chwili, ludzie z centrum handlowego, w którym się znajduje, zaczynają uciekać w popłochu, taranując siebie i innych, tylko by uciec. Wszędzie pachnie różami, a ona dostrzega jednego chłopaka, który w tej wrzawie siedzi sam i nie zwraca uwagi na otaczający go gwar. Podchodzi do niego nieco niepewnie, i tak rozpoczyna się jej walka o pamięć, która nie jest w stanie przysporzyć jej wiele dobrego, w końcu uczestniczy w pewnym eksperymencie…

Książki science fiction mają to do siebie, że muszą zaskakiwać czytelnika swoją postawą do nieznanego. Tutaj wcale zamysł nie odbiega od normy dziwactw, z jakimi zdarzyło się mi spotkać. W pozytywnym znaczeniu tego słowa oczywiście. Ciągle brnęłam dalej w tej lekturze, tylko czekając, aż wreszcie się dowiem, jak Miranda poradzi sobie z utratą pamięci. Lecz gdy nagle dowiaduje się, kto za tym stoi i jaki przyświeca mu cel, włosy stanęły mi dęba. Bo dobrze wiemy, że wykorzystujemy tylko pewną część naszego mózgu, lecz co gdy, niektórzy potrafią korzystać z innych funkcji, których my osobiście już nie posiadamy? W tym przypadku jest to recenzja, w której zbyt wiele nie mogę zdradzać, chciałabym napisać o tym i o tamtym, ale nie mogę, bo zepsułabym wrażenia, jakie wy byście odczuli, gdy tylko po nią sięgniecie.

Po przeczytanej pozycji, zdecydowałam się zakwalifikować ją, do pozycji dla młodzieży, która uwielbia zwroty akcji, niecodzienną tajemniczość i w końcu nieprzewidywalne pomysły na zrealizowanie wyobraźni autora. Pomimo, iż do młodzieży już się nie zaliczam, to ujęłam sobie kilka lat i siedząc w łóżku z kubkiem herbaty, nie potrafiłam się od niej oderwać. Czyta się ją niezmiernie przyjemnie, nie znajdziemy tutaj skomplikowanego języka, czy niemożliwego do rozszyfrowania toku myślenia autora. Właśnie tak, idealna książka dla młodzieży, a nawet i dla tych starszych, którzy lubią czasem powrócić do lekkich, lecz jednocześnie zaskakujących lektur.
Jesteś częścią eksperymentu mającego na celu zaprowadzenie pokoju poprzez chaos. Jesteś nadzieją na lepsze jutro.
Okładka wciąga czytelnika ogromnie, przynajmniej mnie wciągnęła i wiem, że gdybym zauważyła ją na półce w sklepie, już by dumnie woziła się w moim koszyku. Może okładka, jest również moją słabością, gdyż uważam, że połączenie czerni z niebieskim i jego pochodnymi jest strzałem w dziesiątkę w jakimkolwiek zestawieniu. Graficy spisali się na medal. Para, która gna na dole okładki, ma odzwierciedlenie w powieści, ciągłe uciekanie, gonitwa z czasem, to domena bohaterów.

Pomimo tego, iż odniosłam wrażenie, że pomysł w małej części był już gdzieś wykorzystywany w literaturze, czy filmie, nie wpłynęło to na moją ocenę w ogóle. Czasem zdarzało się, że przewidywałam niektóre zdarzenia, lecz nie, to też nie sprawiło, że oceniłabym książkę gorzej. Pozycja jest spójna w każdej stronie, w każdym zdaniu, po prostu we wszystkim.

Głównym wątkiem jest poznanie prawdy, kim tak naprawdę Miranda jest. Znajdziemy też tu odrobinę romantyzmu, dużą dawkę przyjaźni i w końcu zakłopotanie, gdy dowiemy się, co tak naprawdę w Obcej Pamięci się dzieje. Kto pociąga za sznurki? Oraz czy z tego ambarasu może wyjść coś dobrego? Już, gdy czytałam ostatnie strony, wiedziałam, że chcę więcej, lecz cóż, pozostanie mi czekanie na kolejny tom, a ja tylko żałuję, że przeczytałam ją tak szybko.


Za wtargnięcie w ten eksperyment dziękuję:


To jest jedna z tych książek, do której podchodziłam sceptycznie. Z pewną dozą dystansu otwierałam pierwsze strony, gdyż mogę się założyć, iż nie jest to pierwsza recenzja książki Szukaj mnie wśród Lawendy, którą czytacie. Lecz jak dobrze wiecie, wole sama się przekonać o książce, niż ślepo wierzyć innym recenzjom, przecież każdy z nas może inaczej odczuć daną pozycję. Tylko co, gdy czuję wasze spojrzenia i głos w głowie: A nie mówiłam, trzeba było mnie słuchać?

Pani Agnieszka przenosi nas do południowej Dalmacji, gdzie zanurzamy się powolnie w historie trzech sióstr, których życie potoczyło się różnie. Zuzanna to pierwszy tom cyklu o siostrach. Tytułowa bohaterka przeprowadza nas po swoich wspomnieniach, o płynącej teraźniejszości i niepewności, co do przyszłości. Przeszłość jest obarczona, złamanym sercem, lecz spotkanie po wielu latach, znów rozpala w sercu iskierkę, tylko czy kobieta jest w stanie wybaczyć Robertowi zdradę? Odpowiedzi szukajcie wśród lawendy.

Całkiem sensownym zagraniem, jest stworzenie postaci, która idealnie wpasowuje się w naszą rzeczywistość XXI wieku. Zuza, jest osobą, z którą każdy z was kiedyś się zmierzył. Jest kobietą, pełną wzniosłości, samodyscypliny oraz bycie nastawioną na jeden cel: awans czy spełnienie się zawodowo. Zapomina o własnej rodzinie, można by rzec, że nie myśli tak naprawdę o sobie. Przyznajcie, każdy z nas zna taką zołzę, i szczerze powiedziawszy, nie trawię takich kobiet kompletnie. Kobieta powinna myśleć o założeniu rodziny, lecz cóż, żyję w takich czasach, gdzie kobieta dążąca do coraz wyższego szczebla zawodowego, jest postrzegana, jako kobieta XXI wieku. Z tego jak i z innych powodów, do, których należy zaliczyć przemianę w kobietę pełną wątpliwości, co do celu własnego życia. W wieku ponad trzydziestu lat, zaczyna się zastanawiać, czy związek jest jej jeszcze pisany? Zbyt krótka jest ta książka, by zmiana charakteru głównej bohaterki, nie był przerysowany.

Gdy zaglądamy w opis, już pierwsze słowa kierują nas w stronę Dalmacji. Oczekiwałam pięknych, długich opisów, które w te jesienne wieczory zaprowadziłyby mnie do ciepłych krajów, przejrzystych wód, pięknych zapachów i odkryję, czegoś, o czym jeszcze nie wiem, o tej stronie świata. Niestety, można by tutaj napisać już dość znane stwierdzenie, które wpasowuje się tu idealnie: Za mało Dalmacji w Dalmacji.

Kiedy zagłębiam się w lekturę książki, która w swojej historii ma wplecione inny, dość nieznany kraj, zaczynam przysłowiowo się modlić o to, by autor bądź autorka, tylko w dialogach nie stosował zagranicznego języka. Może to tylko moje osobiste odczucie, ale nie lubię biegać wzrokiem do dołu strony, by zrozumieć, co zostało napisane, jeżeli w ogóle jest wytłumaczone. Tutaj na całe szczęście, posiadamy tłumaczenie, lecz tak jak wspomniałam, męczy mnie zerkanie, w dół i górę by zrozumieć przekaz. Za to nie obniżać oceny, bo może naprawdę jest to tylko moje książkowe zbyt perfekcjonistyczne podejście.

Oczywiście, nie myślcie, że te wszystkie powyższe akapity miały zmiażdżyć tę historię. Chciałam po prostu wam przekazać, co mnie w tej książce drażniło, niczym gęsty dym, lecz czasem wyglądałam zza niego i dostrzegałam pewne perełki, które skrzętnie zapamiętam w swojej głowie. Siła więzi sióstr, sprawiła, że książka według mnie nabrała swoistego przekazu. Nie ważne, czy świat wali się nam na głowę, czy jesteśmy na wzgórzach wspaniałej kariery, powinniśmy pamiętać, że mamy kogoś, kto zrozumie, czasem nakrzyczy, lecz zdecydowanie wysłucha. Zaintrygowała mnie Zofia, ze swoim spojrzeniem na związek, na rodzinę i otaczające je wartości.
Zofia zdawała sobie sprawę, że dzięki jego pracy mogą sobie pozwolić na bezpieczne życie, a ona cały wolny czas mogła poświęcić dzieciom, swoim pasjom i nie martwiła się o comiesięczne płatności, ale... Właśnie, zawsze jest jakieś ale. Może jednak wolałaby mieć więcej trosk, ale i więcej męża na co dzień?
Jeżeli poszukujecie, nieskomplikowanej, krótkiej historii, którą połkniecie w jeden wieczór, to szukajcie jej wśród lawendy;) Naprawdę jest to książka, która nie dostarcza czytelnikowi zbytnio dużej dawki szczerej miłości, czy zbytnio nowoczesnego podejścia do tematu, takich historii jak tak, jest wiele. Niestety, ale bardzo chętnie przeczytam tom o Zofii, gdyż ta z sióstr bardzo mnie chwyciła za serce.

Za wkroczenie w świat Dalmacji dziękuję:
Odwaga, to pojęcie, które każdy z nas odbiera, inaczej. Ja traktuję ją, jako cechę charakteru, którą mogą się szczycić wyłącznie osoby bardzo inteligentne. Bo czyż nie trzeba posiadać wysokiego IQ, by przekładać dobro innych, nad swoje? Odwaga ma bardzo wiele twarzy, tylko my sami, nie potrafimy jej docenić, w najważniejszym momencie naszego życia, jakim jest po prostu życie.

Nina, a tak naprawdę księżniczka Antilia, musi skonfrontować się z Alexusem i jego armią śmierci. Chociaż sama spowodowała taki rozwój wydarzeń, szczerze tego żałuje i postanowiła przedsięwziąć kroki, by go uśmiercić, a w szczególności uwolnić swoich poddanych z ciągłego strachu o ich przyszłość. Wyrusza więc wraz ze swoją świtą, w podróż do niecodziennych planet, by znaleźć sprzymierzeńców, lecz w głównej mierze, by poskromić magię, która w niej drzemie. Jak będą wyglądały te podróże oraz, czy od zawsze krążyła w jej żyłach odwaga? Tego dowiecie się, sięgając po drugą część przygód Niny.

Książkę pochłonęłam raz dwa, nawet się nie obejrzałam, a już byłam na ostatniej stronie. Gdy moje palce przebiegają teraz po klawiaturze, mam niesamowity mętlik w głowie, bo nie mam pojęcia jak ją ocenić. Z jednej strony pozycja posiada naprawdę wspaniały zarys wyobraźni autorki, lecz czasem historia wydawała mi się bardzo przerysowana, czasami wręcz irytująca. Lecz niestrudzenie brnęłam dalej w stronach i nie zatrzymywałam się, chociażby na chwilę. Ta część zdecydowanie różni się od pierwszego tomu, w którym to dopiero w późniejszych stronach dowiadujemy się o magicznej stronie. Tutaj natomiast, magia pojawia się już w pierwszych stronach i trwa z nami do samego końca.

Ogromnym plusem jest prolog, który pozwolił mi, jako czytelnikowi, przypomnieć sobie zarys fabuły, który tak naprawdę mi umknął na przestrzeni kilku miesięcy. Więc, czy to znaczy, że poprzednia część na mnie nie zrobiła wrażenia? Sądzę, że nie, bo gdy tylko przeczytałam parę zdań, to historia w mojej głowie odżyła na nowo, przywołując miłe wspomnienia.
Wbij sobie do tego zakutego łba, że pochodzenie, rodzina czy też gatunek istoty nie wpływa na to, czy ktoś jest dobry czy zły.
Moje zawirowania dotyczące tej pozycji, wynikały z pewnych wad, które możliwe, że tylko ja takowe dostrzegam. Czasem zdarzało mi się przechodzić pewnego rodzaju deja vu, w powtarzających się schematach. Np. Gdy Nina dotarła na kolejną planetę, prawie za każdym razem był tekst dotyczący, że jeżeli coś kombinują to ich zabiją. Może mały szczegół, ale jako taki nie dawał mi spokoju. Jest to też, jedna z tych pozycji, w której w większej mierze występują dialogi, bardzo rzadko dostrzegałam opisy, pomimo iż w tej części autorka dostarcza czytelnikowi bardzo dużo wiadomości z przeszłości, poprzez wypowiedzi bohaterów. Dlatego z jednej strony, dialogi w pewien sposób męczyły, lecz, jeżeli spojrzymy na to od strony bohaterki, która nic nie wie jeszcze na temat światów, to logicznym podejściem, jest otrzymywanie tych informacji z wypowiedzi innych bohaterów. Chociaż, mógłby znaleźć się tutaj czasami opis z jakiejś książki lub jakoś urozmaicić sposób pozyskania tej wiedzy. Dialogi powodowały również to, że akcja toczyła się w tej części leniwie, dotyczyły one uczuć, wspomnianych już przeze mnie wspomnień, czy też zwykłych wymian własnych zdań.

Akcja, która nie postępowała zbytnio naprzód, spowodowała, że finałowa scena, rozegrała się na przestrzeni kilku stron. Taki zabieg zawsze smuci mnie w każdej książce, bo wolę przeczytać bardziej rozwiniętą akcję, która podziałałaby na moją wyobraźnię. Wszystko to, spowodowało, że główny wątek, czyli pokonanie Alexusa, stał się w mojej ocenie wątkiem pobocznym. Jednakże podróż po różnych planetach, poznawanie różnych stworów takich jak, wampiry czy elfy, nie były przedstawione według naszej pospolitej wiedzy, lecz zostały one zmodyfikowane, co uważam, za bardzo dobry punkt programu. Zdecydowanie nie mogę zarzucić autorce, braku wyobraźni, bo ma, i to w dodatku bardzo obszerną i korzysta z niej bez obaw, że coś zostanie przerysowane. Sposób wykreowania postaci i światów sprawił, że mogłabym ją zaliczyć raczej do powieści przygodowych.

Książkę w mojej ocenie określę, jako miarę dobrej, nie mniej, nie więcej, lecz jednocześnie szybkość z jaką się ją czyta i z jakim zaciekawieniem, sprawia, że nie mogę się doczekać trzeciej części o przygodach Antilii, bo nie zdradzając wam za wiele, epilog wami wstrząśnie i gdy go przeczytacie, będziecie chcieli więcej.

Za ponowne wkroczenie do świata Antilii dziękuję: wydawnictwu Feeria
Czasem jest tak, że nawet nie zwracam uwagi na okładkę, czy na opis, a zerkam tylko na gatunek. Tym razem wzrok padł na fantastykę i postanowiłam, obejść obok przerysowanej i słabej okładki, czy chaotycznego opisu, który niezbyt wiele nakierowuje nas na zakres tej pozycji. Jakże tym większe było moje zdziwienie, gdy połknęłam książkę w całości i spodobała mi się tak bardzo, że uznałam, że nigdy więcej nie będę zwracać uwagi na okładkę.

Tytułowa Obdarzona, jest pewnego rodzaju guru, lecz nie boginią (gdyż te miejsce w Złotym Mieście zajmuje ktoś inny). Jest w stanie władać wszelkimi żywiołami, pomagając swojemu ludowi, lecz od pewnego spotkania, Shiloh straciła możliwość w przywoływaniu wiatru, wody oraz innych żywiołów. Pomimo tego, że wie, iż za opuszczenie miasta grozi kara śmierci, nie ma innego wyjścia, gdyż jej ludem włada susza, która nie potrafi odejść i zagląda mieszkańcom do gardeł. Na swej tułaczce spotyka Łowców, od tej pory zaczyna się wyścig z czasem, czy wraz z nowymi towarzyszami będzie potrafiła pomóc swojemu ludowi oraz czy będzie musiała ustawiać na szali, życie własne i życie ludzi, którzy w nią wierzą?

Jak już wspomniałam na wstępie, okładka niezbyt przyciąga czytelnika, lecz nie dajcie się zwieść. Może to jest zabieg, który ma wyplenić wszystkich innych, by naprawdę wytrwali, dotarli do fantastycznej treści. Już teraz wam zaznaczę, że w treści odnalazłam parę błędów, czy to brak spacji po kropce, czy trochę zła konstrukcja dialogu lub czasem brak znacznego odznaczenia kolejny wątków fabuły, ale nie zdarzało się to tak często, by kuło mnie w oczy. Co ja w ogóle piszę, zbytnio nie zwracałam uwagi na te błędy, bo fabuła niezwykle mnie wchłonęła w swe objęcia.

Należy wspomnieć, iż na samym początku czytamy, że autorka wchłonęła się w świat gier fabularnych, dzięki tej informacji, wiem, skąd tak wielka wyobraźnia autorki. W tej powieści znajdziemy elfów, krasnoludów, przewodników, rządcy dusz, naprawdę bardzo wiele fantastycznych istot, których nadmiar na mnie w ogóle źle nie oddziaływał. Byłam wręcz zaskoczona, wyobraźni, która potrafiła stworzyć, możliwe, że odrobinę przewidywalną, ale naprawdę bardzo głęboko osadzoną historię. Wiele nazw, sytuacji, czy opisów, jest bardzo barwnych i nietuzinkowych. Pani Monika wspaniale sobie radzi z opisami, gdzie zwalnia akcję i wplata nas w ten świat, czy też z dialogami, które są specyficznie nacechowane, zależnie od nastroju danej sytuacji. Czasem pojawiał się na moich ustach uśmiech, czy niedowierzanie.

Czułam pewne podobieństwo do bajki animowanej: Droga do el dorado. Dostrzegałam pewne te same cechy, lecz uwaga: nie przeszkadzało mi to. Nie chcę was zdradzać, gdzie dostrzegłam te podobieństwa, bo książka jest zbyt krótka, by zdradzić jakąkolwiek część tej historii. Książka nie posiada jakiejś zakrojonej na wielką skalę promocji, a bardzo wielka szkoda, bo to naprawdę bardzo ciekawa historia, która cechuje się wspaniałymi przemyśleniami. Moim zdaniem, historia niczego wielkiego nie uczy, ma za zadanie przekazanie nam, czytelnikom, jakiejś niezwykłej sesji rpg, która zasługuje na gromkie brawa.

Każdy z bohaterów sprawi, że bardzo chętnie będziecie czytać o ich niezwykłych losach. Autorka stworzyła wielu bohaterów, którzy są całkowicie inni od pozostałych. Nie dostrzeżecie tutaj podobnych bohaterów, którzy będą was nudzić, czy irytować. Może i było parę mankamentów, które sprawiły, że odrobinę mój zapał przygasł. Jeżeli Pani Moniko, czyta Pani moje wypociny, następnym razem czekam na większą objętościowo książkę, bo w przypadku wyobraźni Autorki, wyjdzie to wyłącznie na dobrą stronę. Na końcu znajdujemy też epilog, który mam ogromną nadzieje, nastraja nas na kolejny tom, jeżeli tak, to staję pierwsza w kolejce po drugi tom.

Polecam, każdemu fanowi fantastyki, który szuka czegoś niecodziennego, niezwykłej wyobraźni, czegoś, co go odciągnie, chociaż na chwilę od rzeczywistości. Sięgnij po Obdarzoną i miej przyjemność z jej czytania, tak jak ja.

Za możliwość wniknięcia w tę historię dziękuję Warszawskiej firmie wydawniczej

Niecodzienne słowo – Egzemplifikacja, Eminentny, Enuncjacja

Egzemplifikacja – jest to opis czegoś przy pomocy przykładu.
Użycie w recenzji?
Mam nadzieje, że nie zaskoczy was moja egzemplifikacja.

Eminentny – oznacza: znakomity, wybitny, ktoś lub coś na czele
Użycie w recenzji?
Nie ma, więc innej możliwości, niż osądzenie go mianem eminentnym.

Enuncjacja – jest to wypowiedź, własny osąd na jakiś temat, bądź oficjalne oświadczenie w telewizji, bądź radiu.
Użycie w recenzji?
W danym tekście dostrzegamy wiele zabiegów enuncjacji głównego bohatera nad danym tematem.

Film warty obejrzenia – Edward Nożycoręki, Eurotrip, Eksperyment


Nie potrafiłam zdecydować się na jeden film, więc wybrałam trzy filmy i każdy jest innego gatunku. Nie będę się rozpisywać na temat Edwarda Nożycorękiego, bo przecież jako fanka Johnnego Deppa, uwielbiam każde jego kreacje. Chyba przesadzam, z ilością Deepa w tych postach, ale po prostu nie mogę Wam tego nie polecić w dodatku, iż jest to film Burtona.


Eurotrip, to świetna komedia w dość dawnym stylu, trochę głupkowata, ale kto nie lubi się pośmiać?

Eksperyment – W tym filmie przytoczę jedynie opis filmu, gdyż jest to zdecydowanie najlepsza zachęta byście obejrzeli ten film: Dwudziestu sześciu mężczyzn bierze udział w eksperymencie; część z nich odgrywa role więźniów, pozostali strażników. Po kilku dniach przedsięwzięcie wymyka się spod kontroli.

Książka, która wywarła na mnie wrażenie: Eragon

Tym razem książka, która jest dość specyficzna, lecz przeczytałam ją gdy byłam jeszcze małolatą i byłam nią zachwycona. Gdy spojrzymy na wszystkie recenzje tej pozycji, zawsze pojawia się zdanie, iż jest to książka dla młodzieży, tak też ją należy odbierać. Jeżeli się nie mylę Christoper Paolini stworzył ją, gdy miał 16 lat, lecz pamiętam do dziś, że chętnie zagłębiałam się w Smoczym Jeźdźcu, perypetiach jego i Saphiry. Dlatego znów zaczynam komplementować tę sagę, by móc ją przeczytać w jesienne wieczory.

Autor i jego twórczość – Warren Ellis

Znalezienie autora na literę E, w mojej biblioteczce, było nie lada wyczynem, wreszcie odnalazłam pana Ellisa, który przeniósł mnie do świata zbrodni, które są wstrząsające i naprawdę bardzo nietuzinkowe. [Recenzja]

Cytaty

"Ewolucjonizm, nie zajmując się pytaniem "po co powstał świat i człowiek?", pozwala oszczędzić czas i energię. Nie ma żadnego "po co", jest tylko – wymagające wyjaśnienia, ale też w pełni je dopuszczające – "dlaczego?". A w tej dziedzinie, co powinien wiedzieć każdy, kto ukończył szkołę podstawową, doszliśmy już do wielkiego “DLATEGO”. Dlatego, że dziedziczenie, zmienność i dobór naturalny; dlatego, że geny i mutacje; dlatego, że to wszystko doskonale składa się w jedną sensowną i popartą dowodami całość. A na wałkowane ciągle przez teologów “po co?” świat ciągle i uparcie odpowiada nam “po jajco!”."
Andrzej Eldrycz – Horton antyreligious. Oprogramowanie antyreligijne
Nowy wspaniały świat, czy to nie brzmi strasznie utopijnie? Lecz czy nie jest tak, że każdy z nas w rzeczywistym świecie, w którym przyszło nam żyć, zmieniłby parę rzeczy? Jest wiele mechanizmów naszego świata, z którymi ja ogromnie się nie zgadzam. Jako ateistka, ucięłabym stawianie religii na pierwszym miejscu (jeżeli chodzi o sprawy państwowe, czy urzędnicze), dałabym każdemu po równo pieniędzy, a co się będę. Jak utopia, to utopia, a jak swój świat postrzegał Aldous Huxley?

Jest rok 2541, bądź inaczej 632 rok nowej ery „Ery Forda”. Świat jest jednym państwem pod nazwą Republika Świata, w którym sztuczne zapłodnienie, klonowanie jest na porządku dziennym. Wszystko rządzone jest innymi prawami, można by wręcz rzec, iż jest to swoiste pranie mózgów, od najmniejszych lat. Już od „zapłodnienia” wiesz, do jakiej kasty będziesz należeć, co będziesz robić. Co powiecie na rozwiązłość seksualną? W końcu nie ma w tym nic złego, lecz zastanów się dwa razy, czy taki świat wyzbyty z uczuć byłby tym, w którym chciałbyś egzystować? Gdyż życiem tego nie można nazwać…

Należy wspomnieć, iż jest to klasyka antyutopii, a gdy spojrzymy na datę pierwszego wydania, to nie pozostaje nam nic innego jak ogromny zachwyt. Autor stworzył swoją wizję świata w roku 1932! Z jednej strony jest to utopia, lecz z naszego punktu widzenia możemy określić ją mianem antyutopii. Gdyż to, co się dzieje w przyszłości, jest wręcz nie do przyjęcia. Nie ma takiego czegoś jak mama czy tata, nawet miłość nie jest tutaj określana. Wszystko obraca się wokół słów: klonowanie, ulepszanie, a wszystko jest opatulone Somą – narkotykiem, który jest podawany w każdej sytuacji.

Było to dla mnie dość niecodzienne doświadczenie, bo muszę przyznać, iż nie jest to łatwa lektura. Trzeba mieć ogrom cierpliwości, więc co za tym idzie dozę czasu, bo pomimo swej małej objętości, przekazuje w sobie tyle treści, że nie sposób czytać ją szybko. Należy się w nią wkręcić i trwać w niej przez całą lekturę, by zrozumieć nowy wspaniały świat, który przyszykował nam Autor. Mam nadzieję, że również was nie zrażę, gdy powiem, że czytałam tą książka chyba dwa tygodnie. Przerywałam, odkładałam, by ciągle w nią wkraczać, gdy mój mózg odpoczął od tej dawki narkotyku, w postaci przyszłości nie z tej ziemi. Nie jestem w stanie stwierdzić, co jest takiego w tej pozycji, że pomimo przerw, denerwowania się nad jej niezrozumiałością, po zakończeniu jej jestem wniebowzięta. To dopiero mistrzostwo pisarskie.
Nigdy nie odkładaj do jutra przyjemności, którą możesz mieć dzisiaj.
Nie będę pisać Wam o treści, o wydarzeniach w tej książki, bo to jest zbędne. Historia jest spójna, a wy musicie postarać się podejść do niej z pewnym dystansem. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, z jaką fala krytyki musiał zmierzyć się autor, gdy wydał tą pozycję. Przecież w tamtych czasach, to musiała być tak ogromna dawka science fiction, że mógłby zostać okrzyknięty heretykiem stulecia. Składam swoje ciało w ogromne pokłony i mam ochotę czcić wyobraźnię autora. Nawet wśród jego wyobrażeniach, znalazłam taką, która ma swoje odzwierciedlenie w dzisiejszym świecie. Mianowicie chodzi o osoby starsze, były one opisywane, jako takie, które nie miały zmarszczek, były piękne, i ciągle jasno myślące, a wszystko za sprawą transfuzji krwi młodych osób. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy dosłownie dwa dni później przeczytałam, iż po przeprowadzonych badaniach, ta teza ma swoje medyczne usprawiedliwienie. Dzisiejsi naukowcy odkryli, że podawanie, czy wręcz transfuzja młodej krwi, sprawia, że komórki w naszym ciele rodzą się na nowo. Czyżby to był wynalazek naszej rzeczywistości, a lekarstwo na starość zostało wynalezione?

Skomplikowana, pełna filozofii książka, na takie połączenie mówię głośne TAK. Nie wiem, co mogłabym wam innego o niej powiedzieć, by was do niej przekonać. Książka po prostu broni się sama, jeżeli szukacie antyutopii, która spowoduje, że zmienicie swoje spojrzenie na nasz świat, w którym przyszło nam żyć, to nie pozostaje wam nic innego, jak sięgnąć po nią.


Alchemia zawsze mnie intryguje w książkach, jest to dziedzina nauki, która potrafi przyprawić o ciarki na plecach, spowodować, że zaczynamy marzyć o płynnym złocie, kamieniu nieśmiertelności, czy o innych hedonicznych przyjemnościach.

Alchemik z Hagi przenosi nas do XVII-wiecznej Holandi, lecz nie tylko, gdyż znajdziemy tutaj również podróż w czasie. Dzieje niderlandzkiego alchemika Dirka van Woensdrechta wprawiają nas w świat alchemii bez dwóch zdań. Poszukuje on sposobu na przemienienie ołowiu złoto, diabeł Łakota mu to „umożliwia”, lecz jak przystało na rodowitego diabła, posiada on małe kruczki, których na pierwszy rzut oka nie jesteśmy w stanie wraz z głównym bohaterem dostrzec. Opowieść o alchemii, połączonej z nurtem fantastyki oraz oscylujący wokół podróży w czasie, zaciekawieni?

Ja byłam ogromnie zaciekawiona, lecz chyba na tym się skończyło. Nie powiem, ze to była przeprawa przez mękę, lecz jakoś historia nazbyt mnie nie wciągnęła. Miałam chyba pierwszy raz wrażenie, że niektóre fragmenty są wybitne, a inne są swoistym zapychaczem, co jest dość dziwne, ponieważ nie jest to długa pozycja. Zgadzam się z niektórymi opiniami w Internecie, że historię, można by podzielić na dwie części, lub bardziej w proporcji ¾ do ¼. Pierwsza z nich, opowiada o alchemii, jej dziejach, zmaganiem się głównego bohatera z tym tematem, a druga jest tą wspomnianą podróżą w czasie, której kompletnie nie rozumiem. Zbyt wiele pomysłów, nie zawsze działa na jakość. Tutaj po prostu zakończenie zniszczyło cały sens tej książki.

Pierwsza część, jest naprawdę dobrze skonstruowana, wprowadza nas w wir Holandii, nazewnictwa alchemicznego, oraz pożądania wprawienia własnego ego w pozytywne wibracje. Wplątanie w tą historię diabła Łakoty, było naprawdę mądrym zagraniem, sprawiło, że cała historia miała swoisty charakter i sens. Język w niektórych sytuacjach sprawiał mi problem, w szczególności w nazewnictwie, lecz miałam na uwadze, iż Autor chciał nas w pełni wprowadzić w dawne czasy, więc nie sprawiało to takiego zgorzknienia z mojej strony. Miałam jednak wrażenie, że skoro ma się taki pomysł na książkę, to można by ją napisać nieco obszerniej, bo w niektórych przypadkach miałam wrażenie, że historia jest ucięta w pół zdania. A przecież wyobraźnia potrafi ponieść pisarza czy czytelnika do nieogarniętych granic.

Ostatnia ćwiartka sprawiła, że ręce mi opadły. Podróże w czasie są naprawdę wdzięcznym i pożądanym tematem, sądzę nawet, że i w tej historii pomysł by się sprawdził, lecz nie w takim wykonaniu, jaki przedstawił Autor. Było w nim za dużo zawirowań, niezrozumienia z mojej strony, jako czytelnika. Że po skończonej lekturze, chciałam powiedzieć: Pani Leszku, co Pana podkusiło do zniszczenia tej historii takim kiepskim pomysłem. O ile zachowanie bohaterów z dawnych czasów jest zrozumiałe, tak bohaterzy po podróży w czasie, są jacyś wyjęci ze świata rzeczywistego. Tak się po prostu nie robi.

Pomimo wszystkich moich żali do tej pozycji, polecam ją miłośnikom alchemii, tylko ostatnią ćwiartkę sobie podarujcie, wtedy wasza ocena będzie o wiele wyższa od mojej. Nie mniej jednak, jeżeli Pan Leszek stworzy coś nowego, chętnie po nią sięgnę, bo nie przekreślam tego talentu całkowicie. Bo na ogromny plus zasługuje magiczne wciągnięcie Nas w świat XVII Holandii.

Za możliwość zanurzenia się w odmęty alchemii dziękuję akcji: Polacy nie gęsi i swoich autorów mają oraz wydawnictwu Bellona

Gdy myślicie o najstarszym zawodzie świata, zapewne przed oczami, widzicie kobiety, które stoją przy przydrożnych lasach i kuszą swoimi długimi nogami, krótkimi spódniczkami oraz wyuzdanym makijażem. Nie wiem jak wy, ale ja mam taki obraz, jeżeli chodzi o panny lekkiego obyczaju, lecz co jeżeli powiem Wam, że są również takie, które są traktowane jak księżniczki?

Lawenda to dość nietypowa książka, opowiadająca o kompleksie rozkoszy, który mija się z powszechnym myśleniem o sprzedawaniu własnego ciała. Kobiety są nazywane mianem kwiatów, mamy Magnolię, jak również i Lawendę. Przebywanie z Lawendą, jest opatrzone wysokim rachunkiem, lecz dewizowych klientów, po prostu na to stać. Historia jest bardzo dobrze przeplatana historią Magnolii, która jest „ogrodniczką” wszystkich jej kwiatów, poznaje ona Pawła, który przyjechał ze Stanów Zjednoczonych by napisać o tym książkę. Lecz z drugiej stronę mamy historię Lawendy, kobiety, która chciałaby skończyć z tą pracą i móc zacząć nowe życie, czy jej się to uda?

Jeżeli zerkniemy na okładkę, to nigdy, ale przenigdy nie pomyślałabym o tym, że może wnieść w moje życie takie wyuzdane treści. Bardziej oczekiwałabym po niej opowieści romantycznej na miły przyjemny wieczór. Była to jednak historia tak wspaniała, że w jeden wieczór nie mogłam się od niej oderwać. Oczywiście, większość z Was zaczytanych w powieściach kobiecych, może uznać ją za dość szablonową, może nazbyt przewidywalną, lecz nie dla mnie. Ja mogę na palcach jednej ręki zliczyć, ile to literatury kobiecej do tej pory przeczytałam.

Naprawdę nie sądziłam, że Pani Ewa wciągnie mnie w wir historii o Małgorzacie i Adzie tak bardzo. Uwielbiam czytać książki o naprawdę trudnych tematach, książka o dziwkach, zapewne do takich należy. Mamy tutaj historię z wieloma retrospekcjami. Jest to książka wielowątkowa i pomimo swoich dwustu stron, jest dopasowana idealnie. Wiele wyznań bohaterek jest dobrze usytuowane i chwytają czytelnika za serce. Można by również pokusić się o opinię, iż jest to historia zaskakująca w swej prostocie. Język jest prosty i dość plastyczny, dlatego czyta się ją przyjemnie.

Autorka według mnie starała się przekazać historię, opatrzoną wielkimi rozterkami i sprawiającymi ból wspomnieniami. Każda kobieta, uwielbia czuć się jak księżniczka, w szczególności, jeżeli jest to poparte czynami. Mogłoby się zdawać, iż jest to historia cud miód malina, która z kobiet chciałaby zrezygnować z takiego luksusu, ogromnej ilości pieniędzy czy adoratorów z całego świata? Właśnie na takim skraju znalazła się Lawenda, mając dwójkę własnych dzieci, zaczyna dostrzegać pewien dysonans, że luksus przypłaca brakiem więzi ze swoimi małymi bliźniakami.

W tak małej liczbie stron, znalazły się tak skrajne emocje, że jestem pod ogromnym wrażeniem. Musze przyznać, że pierwszy raz zdarzyło mi się wzruszyć. Lecz nie zdradzę Wam, dlaczego tak się stało. Bohaterowie według mnie są autentyczni, nie zauważyłam ani razu, by coś było na wyrost lub by zbytnio byli oni przerysowani. Należy wspomnieć, iż w kilku słowach od autorki, dowiemy się, że historia była inspirowana pewnymi pogłoskami. „Nie wiem, czy istniała naprawdę, czy była tylko wymysłem ludzi.” Jest to, więc historia opatrzona dobrym wykorzystaniem wyobraźni dotyczącego kobiet, które znalazły się w takiej sytuacji życiowej.

Podsumowując, jest to bardzo dobra książka, w dążeniu do marzeń prawdziwej kobiety, nawet skrzętnie skrywanych, takich jak, dzieci, ślub czy po prostu kontakt z rodziną. Dla wielu z was, temat może wydać się kontrowersyjny, a zarazem przewidywalny, lecz dla mnie była to podróż, w te jesienne wieczory do Trójmiasta. Zdecydowanie zaskakująca i chwytająca za serce czytelnika, bądź raczej mogę zawęzić ten krąg do czytelniczek. Polecam wam dziewczyny, tą historię, sięgnijcie po nią, a na pewno nie pożałujecie swojej decyzji. Bo właśnie o to chodzi w życiu: By nie żałować niczego, niezależne od tego, jaki byłby nasz wybór.

Za zapoznanie się z tą historią dziękuję Autorce oraz akcji: Polacy nie gęsi i swoich autorów mają
Ostatnimi czasy, bardzo chętnie sięgam po książki, które mają w sobie niepowtarzalny wątek, w szczególności, jeżeli chodzi o piekło, anioły. Ot tak, fantastyka, która by mnie przeniosła do innych wykreowanych światów. Czy książka Demon żądzy, był taką podróżą?

Emily nie jest zwykłą dziewczyną, niedawne wydarzenia sprawiły, iż dowiedziała się, że w jej duszy gra dar przemieniania się w feniksa. Powoduje to, że świat anielski zaczyna przeplatać się z światem, którym rządzi Lucyfer. Walka Asmodeusza (Demona Żądzy) i Lukasa (Obłąkanego Anioła) rozpoczyna się i czy ma możliwość zakończenia się, gdy toczy się ona, o ciało i duszę głównej bohaterki? Wiele zaskakujących zwrotów akcji czeka tu na Was, jeżeli tylko sięgnięcie po debiut Dominiki Szałomskiej.

Nie będę ciągle pisać Wam o tym, iż do pozycji rodzimych Autorów podchodzę z ogromnym podekscytowaniem. Nie zwracam, więc większej uwagi na to, czy jest to debiut, czy może jest to już Autor, który posiada ogromne doświadczenie w swojej pisaninie. W tej powieści jednak dostrzegam, iż jest to debiut, lecz niezmiernie kibicuje Dominice, by wciąż doskonaliła swój warsztat i dawała ujście własnej wyobraźni.

Historia ma swój osobisty charakter, ponieważ jeszcze nie spotkałam się z takim zabiegiem paranormalnym, by osoba posiadała dar zamieniania się w feniksa. Ogarniające ją płomienie mogą sprawić, że spali całe pomieszczenie, w którym się znajduje, a w większości przypadków, iskierką jest jej dość intensywny charakter. Emily nie jest dziewczyną, która jest szarą myszką, potrafi powiedzieć dosadnie, co myśli. Może wybuchnąć, sprawiając wrażenie niezrównoważonej psychicznie. Chciałoby się wręcz napisać, że bohaterka wie, czego chce. Niestety, ja tego zachowania charakteru nie znalazłam w tej historii. Moim zdaniem jest bardzo niezdecydowaną osobą, która mnie osobiście bardzo irytowała. Bo cały czas miałam w głowię wiadomość, iż ma ona 21 lat, więc zaczynam wspominać samą siebie w takim wieku, raczej nie byłam taką osobą. Lecz jednocześnie rozumiem Autorkę, że chciała stworzyć całkowicie inną postać od tych, które możemy znaleźć na innych kartach książek. Ubolewam jednak nad warsztatem pisarskim, bo sprawił, że było to nazbyt przerysowane.

Pozycja jest zdecydowanie za krótka, na przekazanie wyobraźni, którą chciała ukazać nam Autorka. Wiele pomysłów, w zbyt okrojonej powieści. Chociaż, z drugiej strony jest to całkiem spójna całość, jeżeli chodzi o wątek główny, lecz poboczne, zostały często traktowane po macoszemu. W niektórych sytuacjach czas biegł sprintem, by w najważniejszych momentach, przystanąć i zastanawiać się nad sensem wszystkiego. Dlatego czasem potrafiłam jednym tchem przeczytać kilkadziesiąt stron, a innym razem, po paru stronach, mówiłam głośne basta. Sprawiło to niestety, iż zbytnio nie wkręciłam się w historię miłosną.

Pomimo, iż w opisie książki, dostrzegamy wątek miłosny i zaczynamy spekulować, czy znowu będziemy mieli do czynienia z trójkątem miłosnym? Nie tym razem. Trójkąt jest, ale trochę bardziej zagmatwany i bardziej traktujący o chęciach zdobycia głównej bohaterki, do własnych niecnych celów. Zakończenie jest ni dobre ni złe, lecz mam nadzieje, ze dobrze odebrałam sens ostatnich zdań, iż jest to powieść jednotomowa, no chyba, że się mylę.

Po całej lekturze, z dozą optymizmu i obiektywności, stwierdzam, iż jest to dobra pozycja. Gdybym mogła pokusić się o docelową grupę wiekową, to zdecydowanie należy tutaj zaznaczyć czerwonym kółeczkiem, dziewczyny w wieku młodzieżowym. Pomimo, iż może bym nie chciała, to muszę napisać, że zakwalifikowałaby tą pozycję do paranormal romance. Nie mniej jednak, jak na Polską Autorkę, która podjęła się takiego zadania, to postawiłabym jej czwórkę w dzienniczku. Czyli dobra, może niezachwycająca, lecz równie nie jest zła.

Za egzemplarz dziękuję serdecznie Autorce oraz Wydawnictwu: Novae Res